Jarosław Klebaniuk: Rewolucja trwa przez cały czas

[2015-03-16 18:18:39]

Najnowsza premiera Wrocławskiego Teatru Współczesnego jest pomysłowym, oryginalnym i konsekwentnie prowadzonym spektaklem. Tchnęła nowe życie w tekst sprzed niemal pół wieku, a znakomita obsada pozwoliła pozornie podobnym postaciom zaznaczyć swoją indywidualność. Trudno dzisiaj o tak intensywne doświadczenie teatralne. Mam nadzieję, że przedstawienie młodej reżyserki trafi na sceny festiwalowe i sprawi przyjemność tamtejszej publiczności.

Uczestnicy dramatu Karpowicza niby są ze sobą przez cały czas, wchodzą w interakcje, są responsywni, ale jakoś tak obok siebie, osobno, jakby żyli w odrębnych światach, które połączyć może co najwyżej banalna, zdawkowa konwersacja przy stole lub przyjmowanie różnych póz do rodzinnych fotografii. Tekst napisany w 1968 roku miał wyraźne tło polityczne i zapewne dlatego wówczas nie doczekał się wystawienia, w przeciwieństwie do innych dramatów tego autora. W końcu „ten unikalny rok miał tylko 11 miesięcy”, bo młodzi „nie mieli w nim marca”. Niektórych studentów „wcielono do wojska monstrualnym wyciorem”, a Żydzi „dostali nawet wyroki”.

Tamta historia wydaje się dziś odległa. Tym bardziej uderza to, jak aktualne jest przesłanie Niewidzialnego chłopca. Zderzanie się różnych wartości i stylów życia odbywa się, jeśli nie w Polsce, gdzie bunt drzemie pod kołdrą wielkich nadziei wpajanych przez neoliberalną propagandę, to w Grecji czy Hiszpanii, krajach doświadczających radykalnej zmiany politycznej. Stąd zapewne tamtejszy kontekst byłby nawet trafniejszy niż polska rzeczywistość, gdzie zamiast studentów protestują górnicy i rolnicy na traktorach.

Jednak oprócz dosyć oględnego, uwzględniającego ówczesne ograniczenia artystycznego komentarza do wydarzeń z marca 1968 roku, z Dziadami Kazimierza Dejmka w tle i Moczarowskim antysemityzmem w roli głównej, ma dramat Karpowicza także bardziej uniwersalne oblicze. Jak parokrotnie mówią różne postaci, „rewolucję robi się każdego dnia, podczas posiłku, podczas mówienia, podczas miłości”, a więc zmiana, także ta przez wielkie „Z”, nie jest jednorazowym aktem, lecz długotrwałym procesem. Psychologowie wiedzą to bardzo dobrze, gdyż stare potrafi z uporem się trzymać, a odsunięte – powracać raz po raz. Te indywidualne męczarnie, które niezbędne są dla rozwoju, a niekiedy i dla integralności jednostki, na innym, społecznym poziomie doprowadzić mogą do zmiany systemowej. W Polsce mieliśmy po marcu jeszcze lata 1970., 76., 80. i następne. W 1989 historia się bynajmniej nie skończyła. Wręcz przeciwnie – rozpoczął się powolny proces, który doprowadzi do odejścia tej formacji ustrojowej. Nie wiadomo jednak, czy nastąpi to za Twojego czy mojego życia.

Aktualność Niewidzialnego chłopca znakomicie wyeksponowała Weronika Szczawińska z pomocą ascetycznej, niemal sterylnej scenografii Natalii Mleczak. Tekst, wielowątkowy i trudny, pozornie się nie klejący, rozbiła i umelodyjniła w taki sposób, że aktorzy magnetycznie wprost utrzymywali uwagę widzów. Sceny zbiorowe, bezwstydnie sztuczne, wykazywały brak porozumienia między bohaterami. Patrzyli w jedną stronę, nie na siebie, i tak jakby każdy widział coś innego. Jednokolorowe kostiumy upodobniały ich do siebie zewnętrznie, lecz zróżnicowane gadulstwo ujawniało specyfikę poszczególnych protagonistów. Jedynie Służąca (Jolanta Solarz) nie tylko kolorem ubrania, lecz i milczeniem odróżniała się od członków rodziny i tejże przyjaciela. Pozostali mówili nieustannie, wpadając sobie w słowo i albo trwali w upozowanym bezruchu, albo z wigorem poruszali się po scenie. Ta zmiana dynamiki świetnie była widoczna na dużej, przestrzennej scenie, z minimum rekwizytów, w dodatku przesuwalnych. Pełne oświetlenie, zazwyczaj rzadkie w trakcie spektaklu, skazywało aktorów na doskonałość. Wszelkie niedoróbki gry byłyby bezlitośnie oświetlone. Ale – jeśli były – wymagały widać oka bardziej wprawnego niż moje czy Eli.

Charakterystyczne dla prowadzenia aktorów było unikanie gry mimiką – przeciwieństwo maniery kina niemego, a nawiązanie do kina współczesnego (tytuły filmów głośnych i nowych w czasach powstawania dramatu padały zresztą podczas konwersacji przy stole). Aktorzy mieli wyrazy twarzy niczym przyklejone, a w zróżnicowany sposób posługiwali się jedynie pantomimiką, ruchem scenicznym, modulacją głosu, jego zwieszaniem, zmiennym tempem mówienia, zacinaniem się. Ta nienaturalna wokalizacja tekstu była zresztą bardzo udanym zabiegiem, pozwalającym niekiedy zatrzymać się i coś podkreślić, ale też kreującym nową jakość z tyrad, które wygłaszane monotonnie mogłyby okazać się nieznośne, zwłaszcza dla widza przyzwyczajonego do pauz i ciszy podnoszącej napięcie.

A kogo mieliśmy na scenie, w tych wokalizacjach przedziwnych, ekscentrycznych? Oto Dziadek (Zdzisław Kuźniar) wciąż głodny życia pomimo słabnących możliwości („Jednego? Nie ma już czasu na jedno. Trzeba trzymać się wszystkiego!”) łakomie otwarty na nowe zmysłowe doświadczenia („Salut, sprośne oko, salut, grząskie ucho, salut, nieposkromiony dotyku!”), łasy na smakołyki i trunki („Stół rozumie nasze szczęście. Nie tylko go dzisiaj nie powściągniemy...”), pragnący podróżować i powrócić do męskiej sprawności („chcę przeżyć wszystkie miłości świata. Z Brigitte, z Marylin. Nie szkodzi, że zmarła”). Jego głośne marzenie o tym, jaki odzew chciałby uzyskać u służącej Marty wzbudziło spontaniczny aplauz na widowni. Jednak ten birbant recytuje też litanię do Matki Boskiej, a więc zdaje się być jednym z tych pobożnisiów, których katolicyzm uwiera, tłamsi i kiedy tylko można w gorączkowym używaniu życia rozwiązują konflikt między opresyjnymi normami a wybujałymi potrzebami.

Oto Syn (Konrad Wosik) pragnący opisać świat w sposób chłodny i obiektywny raz po raz recytujący parametry gwiazd („Gwiazdy wieczorne to wymysł wzdychologów”), podczas gdy pozostali (z wyjątkiem Służącej, która i w tej, i w innych scenach pozostaje na ogół obojętna, jakby wykluczona z inteligenckiego dyskursu, uznana za przedstawicielkę gorszej klasy – „Agata, do nogi”) ostentacyjnie okazywali zainteresowanie, wydawali z siebie westchnienia zachwytu i na inne sposoby pretensjonalnie udawali fascynację astronomią. Jednak ten student używający naukowego języka pozwala sobie na zdziecinniałą mowę i dystansowanie się („1500, 100, 900”), a w innym miejscu – wstawki po niemiecku i francusku cytowane zapewne z przewodzących ówczesnym buntownikom filozofów, których nazwiska podawał.

Oto Matka (Ewelina Peszke-Lowitzsch) przedstawiająca niewiarygodną historię rodzinnego diademu, ale i przyznająca się do seryjnych zdrad, aby zachować ich anonimowość i własną niezależność („Przeraża mnie, że mogę się przywiązać do jakiegoś człowieka, do jakiejś rzeczy. Że mogę unieruchmić się, uniewłasnowolnić”).

Oto Ojciec (Jerzy Senator) ganiący „wichrzycieli” i wyjaśniający „dlaczegośmy was rozpędzili, dlaczegośmy was bili” – bo „trzeba bronić wszystkiego”, a jednocześnie sam słuchający jazzu, muzyki uchodzącej w tamtych czasach za przejaw zachodniej dekadencji. Stanowił parodię patrioty, gdy chwalił zielonogórskie wino: „To nieprawda, że mamy za mało słońca. Jeśli mamy mniej na polskim niebie, to mamy go więcej w polskiej krwi”. Służąca, zazwyczaj obojętna, tym razem wpatrywała się namiętnym wzrokiem w swojego pana. Czy to urok władzy, czy dojrzałego mężczyzny? Nie wiemy, lecz pewność siebie stanowi potencjalne narzędzie wpływu. Możemy się domyślać, że Ojciec jako ktoś znaczący w hierarchii społecznej był dumny z tego, że dzięki prasie stał się „częścią ich świadomości” i głuchy na zarzuty córki, że korzystał z przywilejów („byłeś nad, miałeś władzę, miałeś górę książek”). Rodzic i latorośl wzajemnie się nakręcają, podnoszą głos i jest to jedna z nielicznych prób nieudolnego dialogu, a właściwie reagowania wciąż tym samym na powtarzane argumenty drugiej strony.

Oto właśnie ta krytyczna wobec rodzica Córka (Anna Kieca), z której solowego występu – a takie mieli wszyscy członkowie i przyjaciel rodziny – nie udało mi się nic wynotować, tak hipnotyzujący był to aktorski popis, z charakterystycznym zacinaniem się i zatrzymywaniem. Dla oddania sprawiedliwości warto jednak wspomnieć, że to ona spotkała tytułowego chłopca, tego samego którego później Ojciec „przegonił”, a Doktor (Krzysztof Boczkowski) „dopadł, dał zastrzyk, sprowadził do stołu” i... Nie zdradzę wszystkiego, bo w końcu ta niewidzialna fabuła powinna sama się doopowiedzieć w trakcie spektaklu.

Oto rzeczony Doktor, przyjaciel domu, który załatwił przyjęcie na studia pociesze prominentów. Jego solowe popisy chyba najbardziej były ekscentryczne, bo do onomatopeicznych monologów i podnośnych mamrotań rozsianych po spektaklu obficie, dołożył jeszcze nietypowe zastosowanie mikrofonu – już to jako lekarskiej słuchawki, już to jako jakiejś badawki innej, bliższej ultrasonografowi. Jednak obrazu z tego nie było żadnego, za to dźwięki, owszem, jedyne w swoim rodzaju.

Niektóre sceny rozgrywały się w parach, w jakichś przedziwnych tańcach i wygibasach, których powtarzalność, podobnie jak powtarzalność i absurdalność kwestii budziła skojarzenia z Umarłą klasą Tadeusza Kantora. Równoległe wypowiadanie różnych kwestii wydobyło odległe wspomnienie Naszej małej stabilizacji Tadeusza Różewicza wystawianej we Współczesnym przed wieloma laty. Natomiast sterylna, nieco futurystyczna scenografia przywodziła na myśl T.E.O.R.E.M.A.T. według Pasoliniego w reżyserii Grzegorza Jarzyny, także lokujący na wielkiej scenie (podczas „Dialogu” gościła je Opera Wrocławska) rodzinę patologiczną, w jakimś sensie upiorną.

Różnorodność użytych środków nie kończyła się jednak na tym. Całkiem nieoczekiwanie pojawiały się chóralne wykonania przebojów sprzed dziesięcioleci i kawałków w stylo gospel. Grupowy śpiew bez akompaniamentu wymagał dużych umiejętności i zgrania się. Kiedy indziej z kolei aktorskie głosy i odgłosy stanowiły nijako muzyczne tło dla recytacji. Te muzyczne fragmenty chwilami zaskakiwały, a zmienność pozwalała zainteresowaniu trwać i trwać.

Warto też podkreślić, że materiałem dramatycznym stanowiącym podstawę spektaklu był tekst niezwykle soczysty. Oto parę tylko smakowitych literackich kąsków wyjętych z Tymoteusza Karpowicza: „Bywa tak, że się wiedza skurwi z niewiedzą i tak rodzi się polot”, „Uwaga, nadchodzą docenci i profesorowie. Sztywniejemy”, „Kują nam zbroje przeciwko czemuś. W kuźniach mizoginizmu – przeciwko kobietom...”, „Czytał Dzienniki Che Guevary (…) Nawet Chrystus chwyciłby za broń”. Takich pyszności było więcej. Spora porcja z nich przypadła ekspresywnemu i żywotnemu Zdzisławowi Kuźniarowi.

Kim był Niewidzialny Chłopiec? Być może niespełnionym marzeniem, a może wcieleniem wolności, którego sprawujący władzę nie chcieli widzieć i nie mogli znieść. Niewidzialnego łatwo ignorować, a widzących więcej niż inni – zdyskredytować. Jedno z rodziców tak zareagowało na wyznania córki ze spotkania w drzwiach: „Masz talent aktorski, ale to nie studencki teatr, a nasz dom”. Zresztą jaką wiarygodność może mieć pełna wyrzutów wobec własnego ojca „absolwentka Wydziału Paraliżu Politycznego”?

Najnowsza premiera Wrocławskiego Teatru Współczesnego jest pomysłowym, oryginalnym i konsekwentnie prowadzonym spektaklem. Tchnęła nowe życie w tekst sprzed niemal pół wieku, a znakomita obsada pozwoliła pozornie podobnym postaciom zaznaczyć swoją indywidualność. Trudno dzisiaj o tak intensywne doświadczenie teatralne. Mam nadzieję, że przedstawienie młodej reżyserki trafi na sceny festiwalowe i sprawi przyjemność tamtejszej publiczności.

Niewidzialny chłopiec. Reżyseria: Weronika Szczawińska, scenografia i kostiumy: Natalia Mleczak. Wrocławski Teatr Współczesny, Scena na Strychu.

Według dramatu Tymoteusza Karpowicza.

Prapremiera: 14 lutego 2015

Recenzja ukazała się także na blogu Autora w serwisie NaTemat.pl.

Jarosław Klebaniuk


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

BYDGOSKA DEBATA O IPN-ie
Bydgoszcz, ul. Jaworowa 5
22 lipca (niedziela), 9.15-16.00
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

23 lipca:

1870 - Rady Generalne zatwierdziły I Międzynarodówkę.

1921 - W Łodzi początek obrad XVIII Kongresu PPS, który przyjął nowy statut partii. Uchwalono, że PPS nie będzie brać udziału w rządach koalicyjnych z partiami burżuazyjnymi. Podjęto decyzję o wystąpieniu z II Międzynarodówki. PPS liczyło 55 tys. członków.

1936 - Hiszpania: W Katalonii, utworzona przez anarchistów "Żelazna Kolumna", licząca ponad tysiąc milicjantów, wyruszyła z Barcelony, by walczyć z frankistami.

1952 - Egipt: Rewolucja lipcowa - obalenie monarchii.

1961 - Nikaragua: Powstał Sandinistowski Front Wyzwolenia Narodowego (FSLN).

1974 - Grecja: Upadek prawicowego reżimu "czarnych pułkowników".

1993 - Szwadron śmierci dokonał masakry bezdomnych dzieci pod kościołem Candelária w Rio de Janeiro.


 
Lewica.pl na Facebooku