Wszyscy odrzućmy rzeczywistość!
2012-05-16 12:38:48
W Europie panuje polityka odrzucania rzeczywistości – grzmią komentatorzy głównonurtowych mediów. Mają powody do wściekłości. Kiedy wybuchał kryzys wiele osób zastanawiało się, czy da to wiatr w żagle słabnącej w oczach lewicy. Tak się nie stało. Socjaliści dogorywali wówczas po dekadzie giddensowskich bzdur, a centroprawica kontynuowała tryumfalny pochód.

Na czym polega rzeczywistość i czy można jej nadać walor obiektywizmu? Dylemat ten znakomicie rozstrzygnął Marks, pisząc w Ideologii niemieckiej, że „myśli klasy panującej są w każdej epoce myślami panującymi”. Później w teorii hegemonii kulturowej odwoływał się do tego również Gramsci. Dzisiaj rano miałem okazję czytać artykuł, który winą za problemy polskiej oświaty obarcza Kartę Nauczyciela, gwarantującą nauczycielom zabezpieczenia socjalne. Kto ją demonizował? Eksperci FOR (zał. L. Balcerowicz) oraz BCC. Jesteśmy w sytuacji, w której o racjonalności rozstrzygają de facto wyłącznie przedstawiciele wpływowego lobby biznesmenów, i to tych najbogatszych, klasy panującej na miarę naszych czasów. To oni brylują w mediach, które nie mają w Polsce wielu lewicowych alternatyw. Nie dziwi, że nagminnie natykamy się w nich na potępienie ostatniego trendu w Europie.

A jest on lewicowy. Obok sukcesów zarówno umiarkowanej, jak i radykalnej lewicy francuskiej, na jeszcze większy tryumf koalicji Syriza zapowiada się w ponownych wyborach w Grecji. Wśród licznych w ostatnim czasie głosowań można mówić jedynie o porażce niemieckiej die Linke, która wypada z kolejnych landtagów i grozi jej koniec bytu parlamentarnego, a w Londynie walkę o fotel burmistrza przegrał znowu Ken Livingstone z Partii Pracy. Z drugiej jednak strony, laburzyści pogonili konserwatystów w wyborach do rady miasta, osłabiając pozycję ich burmistrza, a w Niemczech SPD i Zieloni idą jak burza po władzę zarówno na poziomie lokalnym, jak i federalnym. Kroją się tam nawet przedterminowe wybory, które mogą zmieść koalicję Merkel. Moi znajomi, obserwując relację z francuskich wyborów w TVN24 żartowali, że na Wiertniczej chyba urządzą chyba stypę po Sarko. Francuzi bowiem w myśl gości telewizyjnego studia odrzucili właśnie racjonalność.

Czy można im to zarzucić? Czy rzeczywiście decyzje Greków również świadczą o ich lekkomyślności? Społeczeństwo odrzuciło politykę, w myśl której spłacać ma zadłużenie wobec banków i wydatki zbrojeniowe. Tych ostatnich, podczas gdy broń Grecy kupowali (cóż za zbieg okoliczności) akurat od państw Merkozy’ego, w wytycznych MFW i UE jakimś cudem nie ograniczano. Dużo słyszymy o tym, że Grecy szydzą z tego, co nie podlega dyskusji i nie chcą współpracować. Jakim jednak prawem do ratowania ich gospodarki zabiera się w klimacie pozbawionym jakiejkolwiek jawności i demokratycznej kontroli, jako groźnego populistę demaskując lidera Syrizy, Alexisa Tsiprasa? Postuluje on audyt długu, wzorowany na tym, który znakomite rezultaty przyniósł w Ekwadorze. Ujawnił jak olbrzymia była skala długów zawieranych w bezprawny sposób, pokazując obłudę stwierdzenia, że państwa muszą zawsze bezwzględnie spłacać wszystkie swe obciążenia. To tylko fałszywy eufemizm, bo często są to długi bezprawne, a o odpowiedzialności i uczciwości można mówić jedynie w kontekście ich braku po stronie pożyczkodawców. Nie słuchajmy też głupawych opinii o tym, że winne jest życie Greków ponad stan. Od piewców racjonalności dowiemy się, że żyli oni niczym najbogatsi obywatele skandynawskich państw dobrobytu. To ciekawe, skoro ich płaca minimalna jest dwukrotnie niższa aniżeli w przypadku Nordyków.

Świadomość spadając potrafi paraliżować. Zimny prysznic to bolesne doświadczenie. Wolałbym jednak, aby to właśnie on spadł na piewców dziwnie definiowanej racjonalności. Dalsze zaciskanie pasa społeczeństwom Europy będzie bolało bardziej i narobi więcej głupstw naszej przyszłości. Życzyłbym więc sobie i wam, abyśmy wszyscy „odrzucili rzeczywistość”. Bardzo potrzeba tego również Polakom i to nie tylko w kontekście wydłużenia wieku emerytalnego. Obiektywizmu w duchu Centrum A. Smitha ci u nas przecież pod dostatkiem.
Przełom?
2012-05-01 22:49:02
Przy okazji najbliższych wyborów media podkręcają atmosferę, stwierdzając, jakoby zależała od nich przyszłość kontynentu. Dużo tu przesady, chociaż głosowania miewały i takie znaczenie. Mam wątpliwości co do tego, czy i tym razem można mówić o takiej wadze. Niemniej będą one istotne dla lewicy.

Miałem ostatnio okazję czytać dużo materiałów na temat giddensowskiej „Trzeciej Drogi”. Z rozbawieniem pomieszanym z odrazą przeglądałem pochwały blairyzmu sprzed przeszło dekady. Dzisiaj wydają się być śmiesznymi, ale wtedy nawet ludzie tacy jak Tadeusz Kowalik, nie byli wolni od zachwytów nad serią sukcesów lewicy. Z jej ówczesnej potęgi przetrwały ochłapy. „Manifest socjaldemokratyczny” kojarzy się niewiele lepiej od afery Rywina i tylko Leszek Miller okazuje się zaskakująco wieczny. 15 lat temu Blair był świeżo upieczonym premierem. Dzisiaj to lobbysta na usługach Kazachstanu.

Za to ostatni czas zdaje się sprzyjać lewicy. Odbija się ona od dna, poniżej którego spaść już chyba nie mogła. Odzyskała władzę w Danii i Słowacji, aktualne sondaże sprzyjają też jej w Szwecji i Czechach, gdzie przeciw wiszącej na włosku prawicowej koalicji protestowało 120 tys. osób. 6 maja fotel burmistrza Londynu ma szansę odzyskać Ken Livingstone z lewego skrzydła Partii Pracy, obiecujący zerwanie z polityką cięć poprzednika. Nikłe są szanse na kontynuację rządów Angeli Merkel. Być może zdoła nawet pokonać SPD, ale koalicjant jej CDU, liberalne FDP, wypada z kolejnych parlamentów lokalnych. Prawicy grożą przedterminowe wybory, po których rząd wspólnie z socjaldemokratami powołają Zieloni.

Wreszcie François Hollande przełamał złą passę, której przejaw stanowiły wyborcze porażki lewicy w największych państwach Europy. Nie tylko on zresztą jest wygranym, ale i kandydat radykalnej lewicy, Jean-Luc Mélenchon. 11% to mniej niż wskazywały sondaże, ale czy daje się wyobrazić taki rezultat kogoś wspieranego przez komunistów w Polsce? Nawet we Francji, mającej większe socjalistyczne tradycje, to najlepszy wynik takiej osoby od lat. Sondażom nigdy nie wolno ufać do końca, a zamiast opartego na nich lamentu warto cieszyć się, że nad Sekwaną odwrócono czarną, a właściwie niebieską kartę. Sceptycy wytykają dobry wynik Marine Le Pen jako umożliwiający zwycięstwo Sarkozy’ego. Tak się jednak nie stanie. Wyborcy jednego kandydata nigdy nie idą jak jeden mąż za innym. To istotne zwłaszcza w przypadku nacjonalistki, której ruch nie do końca przypomina obraz znany z rodzimego podwórka. Część jej elektoratu z pewnością poprze socjalistę, a część, jak i ona sama, pustymi głosami dorżnie nielubianego przez siebie Sarko. Ten ostatni będzie pierwszym w historii V Republiki prezydentem, który nie uzyska najpewniej ponownej akceptacji wyborców.

Część francuskiej lewicy nie zrozumiała błędu jakim jest rozbicie, ale popełniły go tylko niektóre z jej środowisk. Nowa Partia Antykapitalistyczna i Zieloni ponieśli klęskę, bo czytelną dla wyborców okazała się dychotomia Hollande-Mélenchon. Sukces tego drugiego na prawdopodobnym zwycięzcy wymusi bardziej lewicową politykę. Nawet w semiprezydenckim systemie głowie państwa potrzebne jest zaplecze parlamentarne, tak więc chcąc rządzić skutecznie, Hollande będzie musiał współpracować z bardziej radykalnym skrzydłem. Budzi on wątpliwości, jako zbyt miękki i niedający gwarancji dotrzymania swych dobrze rokujących obietnic. Istnieją obawy, że pozostanie kopią Obamy, równie rozczarowującą. Na szczęście Francja to nie USA i lewica wygląda tam inaczej. Życzyłbym kluczowemu państwu UE większej zmiany. Nawet keynesistowskie hasła brzmią jednak lepiej, a być może nacisk Mélenchona pozwoli urzeczywistnić przynajmniej część deklaracji wymierzonych w pakt fiskalny. Ma on dusić kryzys przy użyciu jego objawów, przedkładając dyscyplinę budżetową ponad dobrostan gospodarki, rozumiany szerzej niż z punktu widzenia Centrum A. Smitha.

Również 6 maja swojego wyboru dokonają Grecy. Aktualne szacunki przewidują, że partie lewicy zdobędą 36% poparcia, w które nie wlicza się 13% skompromitowanego PASOK-u. W Grecji pada bipolarny układ partyjny, albowiem prawicowa Nowa Demokracja może liczyć na raptem 20%. Nowe siły lewicowe niekoniecznie jednak zdobędą władzę: na rzecz konserwatystów przemawia ordynacja gwarantująca zwycięzcom premię w postaci 50 mandatów na 300 miejsc ogółem. Wybory sprawią jednak, że głos przeciwników drakońskiego neoliberalizmu będzie słyszalny również w parlamencie, a nie tylko na gorącej, greckiej ulicy.

No i ta Polska. Dzisiejszy pochód SLD i OPZZ był największą manifestacją tego rodzaju od lat, a dołujący Sojusz udowodnił, że potrafi jakoś zdyscyplinować liczące 60 tys. osób struktury. Partia wraca do lewicowej retoryki, chociaż 50% stopa podatkowa dla najbogatszych to w dalszym ciągu zachowawczy postulat. Ale krok w dobrą stronę. Niemniej 1 maja to święto, jeden dzień w roku. Nie wiem czy dzisiejszy Miller perorujący o naturze kapitalistów jest gwarancją na odnowę swej formacji. Wydaje się mało wiarygodny jako polityk, który nigdy nie przyznał się do kluczowych porażek, takich jak polityka nakierowana na świat biznesu czy sprawa tajnych więzień. Nie wiem czy Sojusz, który chwali się parytetem wśród zastępców Millera, mając wyłącznie męskich szefów organizacji wojewódzkich, to nadzieja na zmianę. Nawet pełne furii ataki „Wyborczej” (czyli chyba musi być w SLD jednak coś dobrego) nie przysłonią rewitalizacji politycznej Czarzastego i Oleksego.

Ten ostatni zapowiadał niegdyś, że będzie jak brzytwa. Polska i Europa zasługują jednak na coś więcej niż tylko cięcia. Na przełom.
Terrorysta z Newsweeka
2012-04-24 21:17:37
W miniony weekend na ulice Warszawy wyszły tysiące ludzi, demonstrujących w obronie telewizji Trwam. Trudno mi zgadzać się z ich postulatami, widzę też jak cynicznie są wykorzystywani przez prawicę. Wiele już bowiem przegadano o tym, że główną bolączką polskiej lewicy jest zastąpienie sporu klasowego światopoglądowym. Przy 13,5% bezrobocia, kiedy nawet praca nie zapewnia bezpieczeństwa, zabijamy się o krzyż i telewizję finansowaną z milionów starego antysemity z Urugwaju.

Niedawno przeczytałem świetną książkę Thomasa Franka: Co z tym Kansas?. Nie jest to wyważona analiza, lecz emocjonalny esej, mający zniechęcić do głosowania na Busha. Wyjaśnia jednak znakomicie dlaczego skrajna prawica cieszy się taką popularnością. Frank pokazuje to na przykładzie robotniczo-chłopskiego stanu, który wytrwale głosuje nie tyle na Republikanów, co ich radykalne skrzydło. Znakomicie przedstawia genezę ruchów w rodzaju Tea Party, chociaż pisał książkę jeszcze przed powstaniem tego ustrojstwa. Biedota mobilizowana strachem przed aborcją i gejami brukuje w ich ramach drogę kapitalistom, przekonana, że wcielą oni w życie jej światopoglądowe postulaty. Mimo, że nie jest zamożna i okiełznanie finansjery leży w jej interesie, z nienawiścią patrzy na regulacje. Jej idole (polityczni i medialni) przedstawili te ostatnie jej jako synonim przeszkód stawianych drobnym przedsiębiorcom. W ten sposób zwykły rzemieślnik będący obyczajowym konserwatystą, odda życie za miliardera. Książkę wydano w Polsce w 2008 r., jako analogię do bipolarnego układu prawicowych ugrupowań, gdzie społeczna wrażliwość jednego z nich jest tylko złudzeniem. PiS miażdży niczym Rush Limbaugh moralną zgniliznę bogaczy, aby potem położyć się plackiem przed ich interesami, kasując podatek spadkowy i fundując podatek liniowy dla 97% obywateli.

Główną wojną kulturową ukazaną w książce jest spór o aborcję. Co ciekawe jednak, opóźniona lektura umożliwiła mi dopatrzenie się kolejnej analogii pomiędzy szaleństwami z obu państw. W 1996 r. rywalem Clintona w walce o reelekcję był Bob Dole, bardzo konserwatywny senator z Kansas. W tym samym roku w stanie tym miejsce miała katastrofa lotnicza. Nie zginęli wprawdzie prominenci, ale i tak prawe skrzydło Republikanów dopatrzyło się spisku. Nie oświadczyło, że to Clinton odpowiada za zamach, ale uznało, że postanowił go zatuszować i udawać, jakoby był to wypadek. Demokraci inaczej przegraliby przecież wybory. Ich kandydat był zbyt miękki, aby poradzić sobie z terrorystami. Naród w swojej mądrości nie wybrałby oczywiście mięczaka w sytuacji zagrożenia. Mistyfikacja uchroniła zatem liberałów przed klęską.

Niezależnie od tego jak nas to porównanie rozbawi czy przerazi, oraz jakie obrzydzenie wzbudzi ględzenie o mgłach i brzozach, powinniśmy raczej bić się w piersi na widok tłumów w stolicy, aniżeli chcieć szczuć je policją. Problemem lewicy jest to, że nie umie zmobilizować Polaków wokół racjonalnych postulatów. Prawicy wystarczy histeryczna ksenofobia. Nie jestem jednak dumny z tradycji, która radzi sobie z takimi zjawiskami, poprzez lekceważenie. Sejm potraktował ostatnio jak śmieci 1,5 mln osób domagających się referendum emerytalnego. Blisko dwie dekady temu w podobny sposób uwalono inicjowane przez Unię Pracy głosowanie o aborcji (1,3 mln poparcia). To nas oburzało. Oburza mnie też to, jak potraktowano kanał Rydzyka, chociaż go nie znoszę. Jest coś nie halo, jeżeli niby demokratyczne instytucje rozdają koncesje TVN czy Polsatowi na nadawanie kolejnych kanałów w docierającej do każdego telewizji cyfrowej. One na co dzień ogłupiają innego rodzaju papką miliony Polaków. To nie w porządku, że dyskryminuje się stację, która potrafi nie tylko szczuć ludzi na gniew ulicy, ale i go realnie wzniecić. Jakikolwiek on nie jest, wyraża myśli tysięcy osób. Zdeterminowanych na tyle, aby wyjść na ulice tak pasywnego przecież politycznie kraju.

Tymczasem dominująca strategia, to dehumanizowanie tych środowisk. Przykład dostarcza zreformowany przez Tomasz Lisa „Newsweek Polska”. Lis z lubością krytykuje hipokryzję radykałów, zupełnie zmieniając retorykę wobec ludzi sobie poglądowo bliskich. Objął właśnie kolejne pismo, w którym nawet nie ma specjalnie czego już popsuć. Wydawany przez polski oddział koncernu Axel Springer tygodnik jest w gruncie rzeczy brukowcem drukującym średniej jakości artykuły na cienkim, śmierdzącym papierze. Parę lat temu usłyszałem od syna naczelnego jednej ze springerowskich gazet, że jego ojciec odszedł z niej, bo nie mógł wytrzymać skali politycznych nacisków. Ponoć dotyczyły one tam nawet miesięcznika o grach komputerowych „CD Action”… Lis trafia na godnych siebie, którym przyprowadził całą zgraję medialnych intelektualistów z opuszczonego przez siebie „Wprostu”. Ekspertów od wszystkiego i niczego, których miałkie felietony mają uratować to drukowane pismo przed cyfryzacją. Może to im się udać, zważywszy na poziom czytelnictwa w Polsce. Z drugiej jednak strony, lisowy jeszcze niedawno „Wprost” ratował się fałszowaniem danych o sprzedaży.

Lis zaczyna w „Newsweeku” okładką, która przedstawia Macierewicza w roli terrorysty. Tzn. taliba, ale przecież każdy wie, że to oznacza terrorystę. We wstępniaku opisuje dlaczego poseł zasłużył sobie na tę ocenę. Też nie lubię podejrzliwego Antoniego. Ale nie zgadzam się z islamofobiczną kalką, dzięki której Lis próbuje zdemaskować Macierewicza. Skoro odkrywa hipokryzję, to dlaczego sam jej używa, zrównując muzułmanina z bandytą. W islamofobicznej rzeczywistości, gdzie wielu broni Millera za przyzwolenie na torturowanie na Mazurach, partyzant narodowowyzwoleńczy, który nie miał szczęścia urodzić się partyzantem AK, jest z definicji terrorystą. Można go zlikwidować (nie zamordować, ale skasować jak plik w komputerze) przy użyciu szwadronu śmierci czy bezzałogowego samolotu. Przecież to nie człowiek, tylko terrorysta. To gówno którym oblepimy politycznego przeciwnika.

Pomimo, że moja najlepsza przyjaciółka jest lesbijką, nie wierzę w boga, a moi rodzice głosowali kiedyś nawet na Unię Wolności, czuję się tak samo odległy Lisowi, co demonizowanym przezeń poszukiwaczom sztucznej mgły. Zamiast dehumanizować i wyszydzać mobilizację, której należy raczej zazdrościć, powinniśmy przedstawić alternatywę i edukować, pokazując paradoksy opisanego przez Franka zjawiska backlashu. Wątpię, aby Lis i mu podobni byli nam jakkolwiek bliżsi czy zostali sojusznikami naszej sprawy.
Zanim obrazimy się na teatry
2012-04-07 23:25:09
Niedawno metropolie zabijały się w wyścigu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Kulminacją kulturalnej gorączki był jej Europejski Kongres we Wrocławiu. Ze spotkania kręgu wzajemnej adoracji nic nie wyniknęło. Znani z rozwagi politycy PiS zasypali media litanią oskarżeń wobec władz, ale skupili się na tym, że bankiet obył się bez ich nielicznych, acz dyspozycyjnych intelektualistów.

Powody do krytyki były prawdziwe, ale innej natury. Wydarzenie kosztowało kilkanaście mln zł. Potem zorganizowano jego regionalne odsłony. Po jednej z nich, organizatorzy chwalili się, że wydali mniej niż milion. Fajnie byłoby, gdyby wszystko było poniżej tej kwoty. Mniej niż milion to jednak nie tylko tysiąc, ale i 999 tys. Nie pamiętam dokładnej sumy, ale tysiąc to nie był… Czy tymczasem finansowany przez podatnika spęd przysłużył się upowszechnianiu kultury? Jego beneficjentem okazał się Krzysztof Penderecki, który zagrał tam do kotleta. Wiadomo, duża impreza, to i kotlet duży. Dzięki temu nawiązał współpracę z takimi muzykami jak Aphex Twin i Jonny Greenwood. Z tym ostatnim wydał wspólną płytę, która poszerzyła krąg odbiorców Pendereckiego. Teraz zagra nawet na zorientowanym na młodzież festiwalu Open’er. Można pomyśleć, że koszmarnie drogi Kongres jakoś więc zaprocentuje. Warto niemniej przypomnieć, że karnet na gdyńskie koncerty kosztuje 370 zł, a kolejne kilkadziesiąt pochłonie nocleg na polu namiotowym. Czy w ten sposób można mówić o publicznym upowszechnianiu kultury? No cóż, wspomniany album można pobrać za darmo z sieci. Ale znając poglądy organizatorów EKK, można być też za to przez nich ściganym. Wszyscy pamiętamy jak dobrowolnie i konsekwentnie rząd stwierdził, że wycofa się z ACTA dopiero, kiedy wcześniej to podpisze.

Szał na kulturę się skończył. W Warszawie nie powstanie zatem wyjątkowo głupi projekt: Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Uchodzi ona za najdroższą, a istotą placówki niebędącej galerią, jest gromadzenie kolekcji. W sam raz na czas cięć! Ich ofiarą padają jednak nie tylko księżycowe idee, ale i miejskie teatry. Władze stolicy znakomicie znają się na polityce kulturalnej. Odpowiedzialnemu za nią biuru szefuje osobnik od 5 lat pełniący funkcję o trafnej w przypadku administracji PO nazwie: p.o. Prezydentka stolicy nie miała czasu rozpisać konkursu na jego stanowisko. Jej praca jest wszak niebezpieczna i stresująca, musi działać w mieście skłotów, czyli miejsc, gdzie młodzież pije alkohol i pali papierosy. „To może wywołać pożar”, żaliła się. Kompetentna administracja wpadła wiec na pomysł cięcia dotacji dla teatrów. Jednym z odniesień jej krytyki jest Dramatyczny, w którym kończy się dyrekcja Pawła Miśkiewicza. Scena ta eksperymentuje, a powinna skupić się na wystawianiu lektur i wypracowaniu zysku, komentuje Ratusz. Zresztą obok działa wzorowa placówka – Teatr 6. Piętro Michała Żebrowskiego. Realizuje on ambitne dramaty o dupie Maryni z Kubą Wojewódzkim w roli głównej. Kto by tymczasem chciał oglądać te bzdury jak ostatnia inscenizacja Miśkiewicza o kryzysie, w której demaskuje neoliberalizm czy "lewackie" sztuki Strzępki i Demirskiego?

Władza udaje zabawę w racjonalność. Społeczeństwo ma być pozbawione wspólnoty, którą ograniczy się do widowisk sportowych i pogrzebów tzw. autorytetów. Mamy być głupsi, mieć więcej dyplomów niż umów o pracę, i mniej kultury, która może rozbudzić tak groźną świadomość jednostek. Gramy wbrew swoim interesom, tak jak moi znajomi na roku, powtarzają niczym papugi stanowisko towarzystw biznesowych o reformie emerytalnej. Gramsciańska hegemonia kulturowa, pojęcie z wydumanych debat, boleśnie pokazuje się w rzeczywistości. Tak bardzo ją przerżnęliśmy, tak strasznie brakuje nam własnych instytucji. Powszechnie funkcjonujące, nowe poglądy zdają się być jedynie gdakaniem interesów elit, przyklaskujących namiętnościom obracającym się wokół spadających samolotów i obyczajowości. Sytuacji, w której ich statusu nikt nie będzie usiłował kwestionować.

Moje pokolenie poglądy ekonomiczne wykształtowało na słuchaniu peanów o skompromitowanych autorach transformacji, którzy w cieniu Konstytucji opisującej gospodarkę na Skandynawii, zaoferowali marsz w kierunku iście XIX-wiecznej niepewności jutra. Młodzi z zapałem śledzą felietony Roberta Gwiazdowskiego, w których wyłuszcza on posiadaczom umów śmieciowych drogę krzyżową wielkiego biznesu. Ich sojusznikiem zdaje się być Jeremi Mordasewicz, czarodziej w perfekcyjnie skrojonym garniturze. Potrafi on, używając argumentów opartych na własnych przekonaniach, jak sam mówi, przekonać każdą grupę w 1,5 godziny do pracy do 67 lat. Naszą świadomość wykształtowali wspólnie z nim tacy ludzie jak ekspert Centrum A. Smitha, który komentował ostatnio dziennikarski eksperyment z Białegostoku. W ciągu doby uzyskano w nim 25 odpowiedzi na fałszywe ogłoszenie o pracy przy stawce 3,5 zł za godzinę. To znak, że należy znieść płacę minimalną, oznajmia Zbigniew Sulewski, żaląc się na wysokie koszty pracy. Wysokie wobec czasów Ziemi Obiecanej, a najniższe w OECD.

Ale nie jest tak, że musimy uważać, bo zaraz będzie za późno na zakładanie ośrodków badawczych, medialnych i instytucji nacisku społecznego. Już jest za późno! Pytanie jednak o to, jak długo będziemy musieli gonić. Niedawno z przerażeniem przekonywałem się, że w świecie zwycięskiego pochodu turbokapitalizmu lewicowe idee tkwią w okopach marazmu, obrony status quo. To nieprawda! Mamy swoje ofensywne projekty! Warto walczyć o świat w którym nie tylko coś się zabiera, ale i realizuje. Bez swoich utopii spoczniemy na laurach, a i utopijność bywa względna, skoro nawet Sarkozy peroruje dzisiaj o podatku Tobina. Opór społeczny można wzniecić, skoro zniechęceni do polityki młodzi potrafią robić kilkutysięczne demonstracje. Na kilkunastostopniowym mrozie! Grzebiąc medialne obrazki gniewu ulicy, które redukują go do obrazu pijanego, wąsatego związkowca, sikającego na ulicy i podpalającego opony. Przestajemy wierzyć, że miejscem artykulacji postulatów jest zrzucanie ich na barki reportaży nisko opłacanych i wykwalifikowanych dziennikarzy, tak jakby protestowanie było niekulturalne.

Cieszę się więc, że ludzie teatru potrafią zbuntować się przeciw destrukcji ich środowiska w imię chorych, prawicowych idei, ale boję też, że ich słuszna walka utonie w gównie zbiorowej, acz indywidualistycznej zawiści. Nie pozwólmy na to!

Równość zostawmy na potem
2012-03-12 23:58:11
Tegoroczna Manifa okazała się małym sukcesem. Czterotysięczny pochód w centrum Warszawy wyróżnił się na tle większości wydarzeń tego rodzaju. Pasywni w sferze politycznej Polacy demonstrują rzadko: statystyczny obywatel jedynie raz na kilka lat. W tym kontekście niedzielny pochód miał naprawdę masowy charakter. Jak w przypadku większości wydarzeń, których organizatorzy (tutaj organizatorki) mają się czym pochwalić, szybko pojawia się jednak szereg uwag „Życzliwych”. I to z diametralnie różnych stron.

Zafrapowała mnie krytyka z wydania internetowego „Nowego Obywatela”. Opublikowano w nim postulaty Forum Kobiet Polskich, organizacji katolickiej, która dezaprobuje charakter demonstracji feministek. Prawdziwe problemy kobiet nie są bowiem, zdaniem FKP, związane ze sferą obyczajowości, ale fatalnym poziomem zabezpieczeń socjalnych. Tzn. społecznych, bo państwo z „NO” i FKP mylą terminy, nie kumając, że chodzi im nie tylko o sferę największego ubóstwa, ale o ogólne standardy zabezpieczeń dla kobiet. Na Manifie hasłem przewodnim było „Przecinamy Pępowinę”, nawołujące do osłabienia więzi państwa z Kościołem Rzymskokatolickim. Efekty poddaństwa względem kleru uderzają m.in. w swobodę planowania rodziny, a władza hojnie obdarowująca w działki i pensje duchownych, ignoruje potrzeby publicznych żłobków. Warszawska manifestacja to tymczasem nowobogacki pochód z redakcją „Wyborczej”, ignorujący hasła społeczne. Głupie wydarzenie dla nastolatek z bogatych rodzin, które emocjonują się słowami Joanny Muchy, koleżanki partyjnej Gowina i Libickiego, na dodatek znanej z pogardy względem starszych, ubogich klientów publicznej służby zdrowia.

Cięgi Manifa zbiera nawet od SLD, które przywołuje swój ignorowany przez media Sejmik Kobiet z udziałem 5 tys. pań w Pałacu Kultury i Nauki. Ciekawe gdzie te 5 tys. zmieścili. Na Sylwestrze na pl. Konstytucji bawiło się podobno 100 tys. osób, a Jedna Rosja w Czeczenii otrzymała ostatnio 99% głosów. Czarodziejskie sztuczki liczących! Nawet moja koleżanka ze studiów, deklarująca się jako feministka, acz odcinająca od lewicowych poglądów, nie była entuzjastką pochodu Porozumienia Kobiet 8. Marca. Zgadza się wprawdzie z głównymi postulatami, ale dziwi, że organizatorki skupiły się na krytyce Kościoła i Euro 2012. Wszyscy są wierzący, a do tego kochają futbol, to samo marginalizowanie się! To co się działo w niedzielę zna oczywiście z mediów, a jak wiadomo, one wszystkie w Polsce przyjmują lewicową aksjologię. Tak przynajmniej piszą w „Gazecie Polskiej”. Ufajmy im.

Powyższe krytyczne głosy są podwójnie mylące: głupie i kłamliwie zarazem. Tegoroczny pochód nie tylko nie był adoracją elit, ale uczestniczyli w nim liczni związkowcy z OPZZ, OZZIP, OPZZPIP, Sierpnia 80 i pewnie innych central, których nie zauważyłem. Naczelnymi hasłami były te o tematyce społecznej, domagano się bowiem przesunięcia środków ze stadionów i Kościołów na systemową opiekę nad dziećmi, wyrównującą szanse ich matek na rynku pracy. Z kolei hasłem przewodnim ubiegłorocznej manifestacji było „Wymawiamy służbę”, akcentujące wątek klasowy, co wyraźnie było nie w smak przedstawicielkom Kongresu Kobiet, takim jak Henryka Bochniarz. To właśnie z nią chyba Życzliwi pomylili warszawską Manifę. Najgłupsze w całej krytyce jest natomiast to, że jako zarzut traktuje się fakt, iż na demonstracji zobaczyć można było osoby znane z mediów, np. Seweryna Blumsztajna. Ja tymczasem cieszę się, że wśród lewicowych haseł daje się odnaleźć jeszcze takie, które mogą liczyć na sympatię największego dziennika w kraju, kształtującego opinie setek tysięcy Polek i Polaków. Cieszę się, że nie wszystkie postulaty lewicy mogą być aplikowane jedynie w wąskim gronie, że wchodzimy z nimi do głównego nurtu. Apologeci jedynej, prawdziwej lewicy oburzają się, kiedy jakkolwiek zaakcentujemy swój opór wobec prymitywnie konserwatywnej obyczajowości, pozbawiającej m.in. moją partnerkę swobody decydowania o własnych prawach reprodukcyjnych. Nie ma jak budowanie hegemonii kulturowej w oparciu o sprawdzanie czyjejś przynależności partyjnej, a może raczej naszych wrażeń o tej ostatniej. Nie ma też wreszcie jak komentowanie czegoś mówiąc nie na temat!

Uczestniczki i uczestnicy XIII już Manify mogli usłyszeć od organizatorek ich marszu, że równości nie można odkładać na później. Warto przypomnieć to wszystkim Życzliwym. Nie jest tak, że najpierw mamy stworzyć kraj mlekiem i miodem płynący, a dopiero później zająć się równym podziałem profitów. Nie przypomina wam to czegoś? Ile to już razy słyszeliśmy od będących u władzy socjaldemokratów, że teraz nie czas, że trzeba zacisnąć pasa, a ekonomiczne postulaty spełnią się w lepszych czasach. My wciąż pamiętamy kto wprowadził podatek liniowy i wiernie kontynuował szaleństwa AWS i Balcerowicza. Pamiętamy też, kto walczył niczym lew o prawo do aborcji w latach 2001-04, kiedy wcale nie dominował w parlamencie, a prezydentem był straszliwy wróg. Ten ktoś zlikwidował też Fundusz Alimentacyjny, czyli coś takiego, co jest potrzebne tylko celebrytkom.

Równości nie trzeba odkładać na później. O nią trzeba walczyć dzisiaj, bo postulaty wolności jednostkowej nie gryzą się z lewicową polityką społeczną. Jestem wręcz przekonany, że są ze sobą połączone. Nie musimy się wstydzić emancypacyjnych postulatów i słuchać mędrców dyktujących własne opinie w roli obiektywnych faktów, tłumaczących co jest, a co nie jest rzekomo prawdziwym problemem Polek. Podobną tematyką zajął się zresztą niedawno mój redakcyjny kolega, Piotr Ciszewski. Piotr też uważa, że prawdziwa walka nie toczy się na Manifie. A dzisiaj sam się zżyma na „Wyborczą”, że decyduje o tym kto jest populistą, a kto nie, gdy komentuje wygraną Roberta Fico. Przyganiał kocioł garnkowi, nieprawdaż? Nie będę też rozwijał wątku, który objawia prawdziwą naturę takich przekonań. Jeżeli bowiem głównym problemem Polek są problemy ich dzieci, to jasne staje się co jest główną powinnością kobiety, definiującą zakres jej społecznych praw i obowiązków. To niezwykle lewicowe myślenie.

Tak więc nie musimy słuchać Życzliwych. No chyba, że jesteśmy konserwatystami.
Nie grzebmy kolei
2012-03-06 21:36:39
Zderzenie pociągów pod Szczekocinami to najbardziej dramatyczna katastrofa kolejowa ostatnich lat w Polsce. Wypadek symbolicznie obrazuje sytuację po rozczłonkowaniu PKP. Wszak jednym z głównych konfliktów na torach jest obecnie konflikt między konkurencyjnymi przewoźnikami obsługującymi połączenia pasażerskie. Są nimi PKP Intercity i Przewozy Regionalne, kuriozalna i zadłużona spółka zarządzana przez większość marszałków województw, a nie PKP, z którego to PR zostały wyłączone. Dawne koleje nie były ideałem, ale ich problemy wynikały z niedofinansowania i złego zarządzania, a nie samej wielkości tego przedsiębiorstwa. Dzisiaj są podzielone na kilkadziesiąt firm, których nikt nie umie nawet zliczyć, a wszystkie zajmują się czym innym. Nawet dziennikarze mylą ich nazwy informując np., jak Gazeta.pl, o zderzeniu pociągu spółki InterREGIO. Spółka taka nie istnieje, jest to jedynie klasa połączenia.

Permanentnie zadłużony plankton nie potrafi skoordynować działań, trudno zresztą to zrobić, skoro już na wstępie od instytucji użyteczności publicznej wymaga się komercyjnej działalności nastawionej na zysk. Warto wspomnieć tu np. los byłego już szefa kolejowej spółki, Dworzec Polski, zwolnionego po udanym remoncie Dworca Centralnego. Apelował on o to, aby dofinansować jego firmę, która nie ma wystarczających środków na utrzymanie odrestaurowanej stacji przed drugą degeneracją w jej historii. Nie słuchał go nikt, więc pozwolił sobie wprowadzić na Centralny nieco reklam. Wówczas oskarżono go o bezguście, pójście na łatwiznę i z hukiem zwolniono. Tragedia na Śląsku pokazuje absurdy kolei jeszcze bardziej brutalnie i dosadnie. Niepotrzebna konkurencja firm, które wyniszczają się, zamiast wzajemnie uzupełniać, doprowadziła jedynie do tragedii pasażerów, rannych i zabitych w zderzeniu pociągów konkurencji wymyślonej przez chorych amatorów deregulacji.

Na największą ironię zakrawa fakt, że do wypadku doszło na zmodernizowanym fragmencie torowiska. To jedno z nielicznych miejsc, którego nie muszą wstydzić się kolejarze obsługujący zrujnowaną infrastrukturę. Średnia dopuszczalna prędkość na polskich torach nie przekracza 50 km/h, i głównie temu zawdzięczamy na nich względne bezpieczeństwo. Jakość infrastruktury już nie pogarsza się tak szybko, ale trudno też mówić o jej wyraźnej poprawie. Być może uda się ją osiągnąć, zmienia się bowiem filozofia myślenia o pogrobowcach PKP. Wprawdzie mało kto patrzy jeszcze na pociągi jako instrument wyrównywania szans ludności peryferii, komunikujący ją z bardziej perspektywicznymi metropoliami. Coraz wyraźniej przebija się jednak krytyka absurdalnego podziału kolei na dziesiątki, czy wręcz setki podmiotów, jako radykalnie niewydajnych organizacyjnie i ekonomicznie. Coraz częściej słyszy się już, że nie jest normalne, że w świecie zagrożeń klimatycznych transport opiera się na motoryzacji. UE zaleca, aby stosunek wydatków na infrastrukturę drogową i kolejową wynosił ok. 4 do 6. W Polsce stawianie fatalnej jakości autostrad powoduje, że relacja ta wynosi 1 do 9. Na szczęście stosunku tego nie pognębi budowa Kolei Dużych Prędkości. Tzw. „Y”, linia łącząca 4 z 18 miast wojewódzkich, miała kosztować minimum 26 mld zł. Eksterytorialny korytarz z cenami dostępnymi jedynie przedstawicielom klasy wyższej nie powstanie wprawdzie niedlatego, że rząd poszedł po rozum do głowy, ale ponieważ bał się realizować duży projekt. Zyskamy jednak dzięki temu wszyscy: przynajmniej część tych środków będzie można przeznaczyć na ratunek resztkom podupadłej sieci kolejowej.

Mimo wszystko pozostaje ona najbardziej perspektywicznym i najbezpieczniejszym środkiem transportu. Nie wypada wcale źle pod względem bezpieczeństwa w porównaniu z europejską konkurencją. Od wojny na kolei zginęło raptem 400 osób. Chodzi o okres przeszło pół wieku, kiedy tymczasem tylko w ciągu jednego roku na drogach ginie w przybliżeniu 11 razy więcej ludzi. Źle jest natomiast pod względem jakości usług kolejowych przewoźników. Podróżuję tym środkiem transportu kilka razy w miesiącu. Regularnie napotykam się na takie sytuacje, jak np. zaobserwowany w minioną niedzielę brak połowy sufitu w toalecie w InterREGIO relacji Białystok-Warszawa. Sytuację tę rekompensuje jednak po części niska cena połączeń. Warto o tym pamiętać dzisiaj, kiedy dobiega końca wymuszona administracyjnie żałoba narodowa. I zamiast dołączać do bezkresnej fali lamentów na kolejarzy, powinniśmy wspierać kolejowych związkowców. Jakość ich pracy (zależna też od osobistej satysfakcji czy wypoczęcia) będzie mieć znaczenie dla bezpieczeństwa nas, pasażerów. Przyszłość organizmu kolei wpłynie z kolei na rozwój egalitarnego społeczeństwa. Mierzony jakością poziomu naszego życia, a nie wirtualnymi wskaźnikami ekonomicznymi.
Granice hipokryzji
2012-02-28 20:28:51
Zaczyna się jednoprocentowy szał. Organizacje pożytku publicznego proszą, abyśmy przekazali im część podatku. Tradycją w krótkiej historii „1%” stało się, że najwięcej uzyskują na nim ci, którzy najmniej go potrzebują. Jednymi z największych beneficjentów są tu fundacje Polsatu i TVN. Organizacje te nie są jednak, jak usiłują nas przekonywać ich ambasadorowie, wyrazem dbałości koncernów medialnych o dobro wspólne. To maszynki marketingowe, służące dbałości o wizerunek promowanych przez siebie marek. Oglądając przez chwilę telewizję, natrafiłem dzisiaj na reklamę fundacji Polsatu. Elżbieta Zającówna odwoływała się do uczuć widzów w profesjonalnie zrealizowanym spocie. Poruszała sumienia, mówiąc, że warto robić coś dla innych. Reklama zachęcała do przekazywania „1%” podatku.

Dziwnym trafem fundacja ta ma w nazwie wyraz Polsat. Przypomnijmy, że to cypryjska telewizja. Przerejestrowano ją zagranicę, żeby płacić niższe podatki. Jej właściciel, Zygmunt Solorz-Żak, bywa klasyfikowany jako najbogatszy Polak. Niedawno dziennikarze „Wyborczej” pytali go, czy byłby skłonny poprzeć postulowane przez Warrena Buffeta wyższe opodatkowanie milionerów, tak aby wspierać pogrążone w kryzysie państwa. Nie zgodził się. Tak więc oszustwo jest podwójne. Nie tylko Polsat i jego właściciel nie przekazują swoich zysków na rzecz potrzebujących, ale jeszcze grają na i tak żenująco niskich podatkach, będących źródłem dochodu naszej wspólnoty: państwa. Odwołują się za to do emocji, nazywając działalnością charytatywną promocję swojego wizerunku przy użyciu cudzych pieniędzy. Aż tak perfidnie nie działa nawet nielubiany przez nas TVN.

Pomyślawszy to, wyłączyłem telewizor i rzuciłem okiem na „Tygodnik Powszechny”. Tematem numeru jest kwestia kontrowersji wokół majątku Kościoła. Pretekst stanowi raport Katolickiej Agencji Informacyjnej o jego finansowaniu. Zasadniczo mało mnie ta kwestia obchodzi, ocenianie katolików nie jest moim ulubionym zajęciem. Nie uważam, aby szkodliwa działalność duchownych była głównym zmartwieniem lewicy: antyklerykalizm bynajmniej nie równa się wrażliwości społecznej. Niemniej, dla mnie, osoby która pracuje w organizacji samorządowej, działa w stowarzyszeniu i studiuje na związanej z tą kwestią specjalizacji, oburzające są sugestie biskupów, którzy prezentują poziom swojego, rzekomego ubóstwa. Postępująca laicyzacja ma szanse przysłużyć się demontażowi części ich przywilejów, toteż próbują dobrać się do budżetowych pieniędzy, zgarniając „drugi %”. Niespecjalnie różnią się w tym od bankierów z upadających banków, polskich właścicieli klubów piłkarskich czerpiących zyski z budowanych za miejskie pieniądze stadionów, czy pospolitych złodziei.

Wspomniany raport głosi, że 80% dochodów Kościoła pochodzi z datków wiernych. Dotacje państwowe wynoszą raptem 500 mln zł rocznie, a przeciętne wynagrodzenie księdza ok. 2 tys., czyli poniżej średniej. Portal Money.pl liczy inaczej: średnia pensja 6 tys., a państwo daje 1,6 mld. Skąd różnica? KAI stosuje kreatywną księgowość. Zapomniała doliczyć miliarda, który MEN daje Kościołowi na katechezę, oraz o wsparciu od samorządów. Ile razy słyszeliśmy o finansowanych przez nie remontach kurii czy kościołów? Czasami powody są słuszne, bo to często zabytki, dziedzictwa architektury. Eksploatowane jednak na cele kościelnych biur czy sprawowania kultu. Tego ile Kościół dostaje od państwa, nie sposób obiektywnie zliczyć. Wiadomo jednak, że to kwoty wysokie i zaniżane przez Episkopat oraz jego odpryski w rodzaju KAI.

Trudno oszacować całokształt strat będących efektem działań Komisji Majątkowej, która służy oficjalnie zwracaniu mienia zagrabionego Kościołowi. Tak naprawdę to raczej Komisja Odwracania Dziejowej Sprawiedliwości, zważywszy na to, że znacjonalizowany majątek nie był owocem działalności biznesowej czy darowizn wiernych. Było to dziedzictwo feudalizmu i pańszczyzny, tworzących system, w którym Kościół był dalece uprzywilejowany. Po nacjonalizacji majątek ten służył szkołom, uczelniom, urzędom… Medialne doniesienia ukazały poziom korupcji i przekrętów w Komisji, przed czym hierarchowie bronią się, bagatelizując, że nie zapadły jeszcze wyroki sądowe. Podobnie świta Millera bagatelizowała Aferę Rywina. Biskupi wskazują, że Kościół wyręcza państwo, prowadząc działalność świadczoną społeczeństwu, trudną do oszacowania pod względem społecznych zysków. Trudno odmówić im racji: zwłaszcza na wsi parafie pełnią nieraz rolę centrów twórczej aktywności lokalnych wspólnot. Z drugiej strony nie zawsze to działa, a zyski te należy bilansować ze społecznymi kosztami, wywoływanymi działalnością duchownych. Wzmacniany przez nich prymitywny konserwatyzm jest przecież jednym z głównych powodów kulturowego zacofania, jak choćby i wartej wspomnienia z okazji zbliżającego się 8 marca, kwestii aborcji. Dzisiaj nielegalnie dokonuje jej blisko 100 tys. Polek rocznie.

Dla „TP” wypowiada się też znana socjolożka, szefowa CBOS, Mirosława Grabowska. Jej zdaniem funkcjonuje wiele stereotypów o rzekomej majętności biskupów, chociaż w rzeczywistości nie jest ona wielka. Polski Kościół należy wręcz do tych biedniejszych, albowiem przez ostatnie 200 lat nie cieszył się wsparciem żadnej władzy. Grabowska sprytnie pomija ostatnie 22 lata, ignoruje też czasy minionego ustroju. Jako dziecko uczyłem się, że po wojnie źli komuniści zwalczali usilnie katolicyzm, świątynie zamieniali na muzea ateizmu, a kler poddawali terrorowi. To oczywiście bajki. Owszem, inwigilowani księża stanowili ofiary stalinizmu. To samo można jednak powiedzieć o reszcie społeczeństwa, żyjącej w krótkim i jedynym w polskiej historii okresie totalitaryzmu. A co do tych muzeów, to kwestia dotyczyła innych państw. Za Bieruta na polskich ziemiach powstawało wyjątkowo dużo kościołów w porównaniu do innych okresów historii, a był to czas trudno dostępnych materiałów budowlanych. Zagrabione przez prawicę dziedzictwo „Solidarności” nie tylko wyczyszczono z emancypacyjnej tradycji ruchu robotniczego, ale wzbogacono je też o mit o zaangażowaniu księży. Wielu z nich rzeczywiście wspierało opozycję, ale za wyjątkiem bohaterów w rodzaju Popiełuszki, w latach 80. biskupi mieli ciepłe stosunki z pseudokomunistyczną, wojskową juntą. Wyszyński nie zachęcał ludzi do wychodzenia na ulice przeciw władzy, a raczej wręcz przeciwnie. Jan Paweł II nie zaprojektował polskiej opozycji, tak samo jak związkowego oporu nie wymyślił neoliberalny Reagan.

„Tygodnik” na szczęście nie jest taki znowu zły, toteż chętnie go czytuję. Określany przez głos z Torunia jako „Żydownik” bądź też „Obłudnik” nie jest efektem społecznie użytecznej działalności Kościoła. Parę lat temu popadł w tarapaty, z których uratowało go finansowe wsparcie ITI – ponoć Walter i Wejchert chcieli zrobić coś dobrego. Kupili 49% udziałów tytułu, zapewnili niezależność jego redakcji (w sumie Kościół zrobił to samo, skoro łamy „TP” to jedyne miejsce gdzie ks. Boniecki może wypowiadać się publicznie…), a niedawno ITI zwróciło je za darmo. Tymczasem jeśli chodzi o to jak swoimi środkami dysponują proboszczowie, to nie wiedzą tego nawet wierni. Z cytowanych przez krakowskie pismo badań z ubiegłego roku wynika, że raptem 8% praktykujących słyszało o tym, aby w ich parafii działała rada ekonomiczna z udziałem świeckich. Jej powołanie jest tymczasem obligatoryjne i wprost wskazuje to prawo kanoniczne. Jak zauważa autor opisywanego przeze mnie artykułu, Artur Sporniak, „skala ignorancji wobec kościelnych wymogów prawnych jest poważna”. Chyba się nie myli.

Tak więc kiedy czytam i oglądam te rzeczy, to krew mnie zalewa. Takie są granice hipokryzji. Ale no właśnie, czy w ogóle jakieś jeszcze są?
Czas murzynków
2012-01-28 01:40:48
Amerykanie przyjeżdżając do Polski bywają zaszokowani językiem, jakim posługują się nasi rodacy. Nie chodzi bynajmniej o to, jak trudnym jest on narzeczem: porażająca bywa sama treść. „Narobiliśmy się jak murzyni, zrobili z nas murzyna, traktują mnie jak murzyna, czuję się jak murzyn”. Komentarze te niekoniecznie są przejawem rasizmu. Uprzedzenia zakotwiczyły tak głęboko, że stają się zwykłą częścią języka, pozbawioną pierwotnego ładunku znaczeniowego.

To jednak nie świadczy o tym, że nie jesteśmy rasistami. Wręcz odwrotnie, nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Używając tych określeń pokazujemy tylko, jak głęboko to w nas tkwi i jak przestaje nas poruszać. Sytuacja, w której z pobłażliwością traktujemy nasze uprzedzenia jest niebezpieczna, przyzwyczajamy się do nich, uznajemy je za normalne. Wybitnym ich przykładem są np. wierszyki dla dzieci. Uważamy je za niewinne, ale to przecież właśnie w dzieciństwie ludzie kształtują swoje przekonania. Przyjmują wartości na podstawie których będą podejmować decyzje w dorosłym życiu. Bardzo łatwo wychować przyszłych ksenofobów, jeżeli budujemy ich wyobraźnię na bazie takich treści.

W ostatnich dniach w Sejmie taką elokwencją błysnęło dwóch posłów PiS. Marek Suski w rozmowie z posłanką PO zauważył, że „ten wasz murzynek znowu głosuje z wami”. Mówił to przy włączonym mikrofonie, w towarzystwie kamer. Jego słowa trafiły do mediów, a zaczerwieniony Suski odpowiadał na pytania dziennikarzy, czy przeprosi posła PO, Johna Godsona. Obiecał, że uczyni to, o ile ów poczuł się urażony. Tłumaczył jednak jednocześnie, że w Polsce nie jest to określenie obraźliwe, kojarzy się z wierszykiem dla dzieci, niewinnym Bambo.

Zapomniał niestety, że nie jest to niewinny tekst, tylko kolejny symbol tego z jaką lekkością traktujemy w naszej kulturze rasową nienawiść, która jest jedyną treścią tego utworu oprócz zawartych w nim rymów. Tytułowy chłopiec ucieka swojej mamie oferującej mu mleko, bo boi się, że się wybieli, z tego samego powodu nie chce się też myć. Naziści również pisali bajki, które tłumaczyły niemieckim malcom, dlaczego pejsaci Żydzi są robactwem, które trzeba wyplenić. Czarni też mieli swój Holokaust, bo jak inaczej określić eksterminację Kongijczyków poprzez pracę w kopalniach Leopolda II, kiedy wyginęła ponad połowa ich populacji. Czarni nie byli jednak, co przenikliwie zauważył Enzo Traverso, częścią społeczeństw zachodnich. Kaźń Żydów pod względem swojego okrucieństwa nie była niczym wyjątkowym, nie była również wyjątkowa pod względem zaplanowania. Była natomiast jedyna w swoim rodzaju dlatego, że po raz pierwszy tak samo jak skolonizowanego podczłowieka, potraktowano w jej toku wyemancypowaną ludność europejską.

Szok był zbyt duży aby wyprzeć go z pamięci, do dzisiaj pozostaje więc żywy w zbiorowej świadomości. Dzięki niemu nie toleruje się publicznie antysemityzmu. Nie do pomyślenia byłoby np. czytanie dzieciom wierszy o żydku Kubusiu. Murzynek nie jest rasistowski? To dlaczego żydek jest? Dlaczego polaczek z białaskiem są? A może gdyby Niemiec napisał „polaczek”, nie byłby polonofobem? Z żydkiem to samo? Podobnie błysnął poseł Jan Dziedziczak, zwracając się w męskim rodzaju do Anny Grodzkiej.

We współczesnym podręczniku Psychologia społeczna. Serce i umysł (tzw. duży Aronson), zalecanym studentom większości nauk społecznych, jeden z autorów pisząc o charakterze współczesnego rasizmu zauważa, że ma on bardziej subtelny charakter, aniżeli poziom z okresu segregacji rasowej. Problem jednak w tym, że mowa tu o przypadku amerykańskim. Przypadek Suskiego to przykład rasizmu bezpośredniego. Podobnie jak i bezczelność Dziedziczaka. Słowa obu są prostymi, bezczelnymi, dehumanizującymi określeniami, które mają poprawić samopoczucie ich autorów. Działa tu prosta zasada: „ale jej/mu dowaliłem”. Przecież on (tj. pedał, żydek, murzynek) nie jest zwykłym człowiekiem takim jak ja. Dochrzaniłem jej/mu. To prosta agresja, która ma pozwolić uporać się z własnymi problemami poprzez zmiażdżenie oponenta, jego odczłowieczenie. I to na najniższym poziomie: nabijania się z czyjegoś wyglądu lub seksualności.

Zastosujmy proste ćwiczenie myślowe. Skoro Marek Suski ocenia kogoś na postawie jego wyglądu (karnacji), to i jego oceńmy. Tłusty mężczyzna w średnim wieku o okrągłej głowie, przypominającej coś pomiędzy piłką a kapustą. Do tego pochodzi z Grójca. To miasteczko pod Warszawą kojarzone z przemysłem owocowym i warzywnym. Zwykło się (na bazie podobnie ksenofobicznej kalki) określać w stolicy mianem grójczanina pospolitego chama, prostaka, wieśniaka. Tak więc Marek Suski to cham z Grójca o głowie przypominającej kapustę. Dlaczego nie myśleć w ten sposób, skoro można myśleć kategorią murzynka? Podobnie Jan Dziedziczak. Skoro ów łysiejący sobowtór młodego Andrzeja Garlickiego zabawia się w dyskredytowanie kogoś na bazie kpienia z jego seksualności, to zastanówmy się i nad jego własną. Jak ona musi wyglądać? Czy Dziedziczak jest spełniony seksualnie, czy może ogarnięty jakimiś frustracjami, które pchnęły go do prawicowej partii? Może ma kompleksy? A czy na pewno jest mężczyzną? Mimo tego, że chętnie odwołuje się do maczystowskiej homofobii, ma delikatne rysy. Ciekawe czy jest heteroseksualny, przecież na swojej stronie nie chwali się rodziną… Jak łatwo dehumanizować w ten sposób.

Niezbyt cieszy mnie kształt parlamentu obecnej kadencji, niemal zupełnie wolnego od ludzi o lewicowej wrażliwości. Cieszy mnie jednak to, że jest to Sejm kolorowy, z jawnymi przedstawicielami mniejszości seksualnych czy ludzi o innym odcieniu skóry. Trudno jest pogodzić się z tym faktem bandzie prawicowych ważniaków, którzy skupieni na knuciu, kapitulowaniu przed kapitałem i płaszczeniu się przed klerem, już dawno zapomnieli o prawdziwym życiu, które jednak wkradło się nieoczekiwanie do ich parlamentu. Miejmy więc nadzieję, że jak wieszczył klasyk, wkrótce nastąpi koniec cywilizacji takiego człowieka.

Ale nie białego, tylko przygłupa i prymitywa.

Jedyny dzień lewicowej hegemonii w roku
2011-12-28 17:35:12
Po raz kolejny poznaliśmy listę leków refundowanych przez NFZ. To jeden z ostatnich ochłapów bezpłatnej służby zdrowia. Nie jestem na szczęście osobą przewlekle chorą, co stanowi wielki atut w świecie wymuszającym codzienne transformacje, służące dostosowywaniu się do zasuwającej z zatrważającą prędkością codzienności. Mam jednak swoje przygody z układem oddechowym (nie, nie, drodzy amatorzy indywidualistycznej dyscypliny, jestem osobą niepalącą) i zdarzało mi się kupować leki umożliwiające łatwiejsze przeżycie okresu grzewczego. Mogłem za grosze nabyć specjalne dyski wziewne. Dzięki nim rzeczywiście miałem równe szanse jak wszyscy, którzy akurat przypadkiem nie odziedziczyli astmatycznego dziedzictwa po swoich przodkach.

Tymczasem, jak co roku w ostatnich dniach wiele grup chorych z oburzeniem odkryło, jak odebrano im ich dotychczasowe prawa. Nawet telewizja TVN i jej niezawodny tropiciel błędów i wypaczeń w systemie służby zdrowia, zwróciła uwagę na owo zagadnienie. Wszystkie media relacjonowały wystąpienia wściekłych klientów aptek, jeszcze bardziej podkręcając ich złość, jeszcze bardziej wyostrzając przekaz. A czy wie Pani/Pan jak to teraz będzie strasznie? Będzie dramatycznie! Czy mogłabym/mógłbym prosić o wyważony komentarz? I najeżeni, wściekli Polacy tłumaczą wtedy, jak bardzo nienawidzą świata i rządu.

Od lat jesteśmy karmieni neoliberalną papką, która wmawia nam, że wszyscy powinniśmy być zdyscyplinowanymi jednostkami, odpowiedzialnymi na własny koszt. Wszystko mamy w naszych rękach, a wyrazem osobistej odpowiedzialności będzie opłacanie prywatnego ubezpieczenia. Od pewnego czasu forsuje się zatem m.in. pomysł na skomercjalizowaną służbę zdrowia, która działając w formie handlowych spółek będzie wydajna dzięki efektywnemu wykorzystaniu środków wg biznesowych reguł. Nabijamy się z kolektywistycznych ciągot. Głosujemy na partie prawicowe. Krzyżem i tabletem maskujemy prywatnych homo sovieticus, połowę życiorysu swojego albo rodziców z PRL, swoje wykształcenie na tym parszywie komunistycznym uniwersytecie. Jak oczarowany kapitalizmem Leszek Miller wypieramy własną tożsamość. Jak ten piesek monotonnie kiwający główką za tylną szybą naszego, sprowadzonego z zachodu auta, tak 364 dni w roku jak mantrę powtarzamy to hasło: niskie podatki.

Mniejsze obciążenia, które uwolnią przedsiębiorczość, które sprawią, że dzięki osobistej odpowiedzialności będziemy lepiej organizować swoje życie aniżeli ten okropny Lewiatan. Potwór zjadający wolność, niedostosowany do dynamiki przemian otaczającego nas świata. A w ten jeden dzień w roku jesteśmy roszczeniowi. Nawet TVN i jego dziennikarze wzbudzając pokłady nienawiści polskiego emeryta, ujawnia swą kolektywistyczną mentalność. Daj, daj, daj, wołają. Niech państwo zrefunduje, jak to tak można, żeby szukać oszczędności na naszym zdrowiu. To żadne oszczędności, skoro będzie trzeba zapłacić za leczenie, będziemy mniej wydajni jako pracownicy, a poza tym to przecież nieludzkie!

No właśnie. Lewica (ta prawdziwa) mówi to od lat. Ale jakoś przez 364 dni w roku z nami się nie zgadzacie. Może czas przyznać nam rację? Dlatego kiedy nasi prawicowi przyjaciele zaczną cieszyć się z budowania osiedli kontenerowych i cięcia opieki społecznej, niech pamiętają, że niekoniecznie muszą mieć pecha w pracy i stracić majątki. Wystarczy, że utracą zdrowie, a przecież wobec jego straty jesteśmy tak samo równi, jak wobec śmierci. A być może, choćbyśmy nie wiem jak znakomicie przezorni nie byli, nie zdołamy tego opłacić ze sprywatyzowanych zabezpieczeń. Z pustego Salomon nie naleje: z podatku liniowego i pomniejszanego budżetu nie zrefundujecie leków. Wasi nowi idole nie powiedzą że to Wasza wina, ale, że to Wasz pech i odpowiedzialność. Czy ich posłuchacie? Wasz wybór.
Refleksje wokół aresztowania naleśnika
2011-12-20 22:05:03
W toku walk klasowych udało się nałożyć na instytucję państwa szereg obowiązków opiekuńczych. Obecnie obserwujemy ich erozję, rozpoczętą dawno temu przez kryzys naftowy i upadek Żelaznej Kurtyny. Nasz indywidualistyczny świat sprzyja nadawaniu państwom roli wspomagacza grup uprzywilejowanych. Sytuacji takiej odwrócić nie potrafił nawet najbardziej doskonały system, ale dzisiejsza rzeczywistość to wyraz najostrzejszej wersji tego procesu. Państwo to także samorząd, chociaż zwykliśmy kojarzyć z nim jedynie szczebel centralny. Wbrew pozorom również on powinien sprzyjać sprawiedliwej redystrybucji i inwestowaniu w rozwój. Ten ostatni nie jest bynajmniej synonimem urynkowionej polityki nastawionej na łatwo widoczne, ale krótkotrwałe zyski operacyjne. Sternicy tego poziomu wolą jednak rozprawiać o zbrojeniach i decydować w jaką część świata poślą swoich żołnierzy.

Ale w codziennej ponurości są wyłomy. W Warszawie rozpoczęła się okupacja baru mlecznego „Prasowy”. Działającą w lokalu należącym do miasta (a więc jego obywateli!) jadłodajnię zamknięto, ponieważ nie była w stanie sprostać podwyżkom czynszu. Tanie posiłki dostępne wszystkim ustąpią miejsca kolejnej w Śródmieściu knajpie, gdzie szklanka wody kosztuje nierzadko tyle, co 2 dania w mleczniaku. Być może nie będzie to nawet żadne miejsce spotkań, choćby i przysługujące tylko lepiej uposażonym. Może to być bank, który regularnie opłaci czynsz nie powodując hałasu i brzydkiego zapachu. Jednak na dłuższą metę przyczyni się do czyjejś utraty zdrowia, kiedy za x lat dokona się eksmisja z mieszkania kupionego na irracjonalnie wysoki kredyt. Bank nikogo też nie dożywi.

Młodzi warszawiacy, którzy weszli do baru na terenie należącym w istocie do ich własnej wspólnoty, zaczęli gotować potrawy i sprzedawać je za ceny wymyślone przez samych klientów. Miejsce na kilka godzin odzyskało swoją funkcję. Tego było za dużo dla Zarządu Gospodarowania Nieruchomościami. Urzędnicy określili to jako bezprawie i włamanie. Wezwali policję, która otoczyła jadłodajnię nawołując 30 biesiadników do rozejścia się. Pierogi i naleśniki zagrażają systemowi, zwłaszcza gdy każdy ma do nich dostęp. Wiele już wylano konserwatywnych bzdur, tłumacząc, że dobrobyt rozbestwia i rozleniwia. Leniwe za kilka zł bez wątpienia spowodują, że wszyscy zaczniemy się opieprzać i rozbuchamy roszczeniowość. Natomiast segregacja przestrzenna, gentryfikacja i krojenie prawa pracy takiego zagrożenia już nie stworzą.

Podobnie w Łodzi. Poprawia się stan tutejszych dworców, nawet legendarnie brzydki Fabryczny zamieni się w wizytówkę. Dzisiaj jest tu tak obskurnie, że na tle szpetnego otoczenia nawet sprzedawane w rozpadających się budach nieaktualne gazety lśnią niczym bibliofilskie rarytasy. Straszy jeszcze nim zapadnie zmrok. Ale kiedy podjeżdżające pociągi będą już ładniejsze i szybsze, a na peronie czysto, podskoczą ceny biletów. Obecna mizeria wywołuje marzenia o forsownej modernizacji, której sztandarowym punktem ma być Kolej Dużych Prędkości. Główny węzeł przesiadkowy polskiego TGV ma otworzyć Łódź na świat. Prawda jest taka, że to otwarcie będzie kosztowało kilkaset zł od osoby, opłacane głównie przez elitarne grono i duże ilości wożonego powietrza. KDP będzie kosztować przynajmniej 6 mld zł. Obecnie na całą kolej rocznie przeznacza się 6 razy mniej.

Za pieniądze wpompowane bezmyślnie w jedną linię dostępną nielicznym, można podwyższyć standardy obsługi w całym kraju. Nie ma zatem sensu mieć 1 wystrzałowej trasy przy masie zaniedbanej infrastruktury. Głównym problemem naszego transportu kolejowego nie jest przecież złe wykorzystanie środków. Tak naprawdę chodzi o chroniczne niedofinansowanie: cud, że tak źle opłacany złom w ogóle jeździ. Kolejarze bronią się próbując to ogarnąć, za co my ich ganimy. Zmusza się ich do utrzymywania kosztownej usługi, domagając jednocześnie komercyjnych wyników i świadczenia działań pożytecznych społecznie. Demonizujemy więc ich, kiedy próbując dopinać napięty budżet wieszają na wyremontowanym Centralnym wielkoformatowe reklamy.

Aresztowanie naleśników i księżycowe projekty nie wykreują powszechnej szczęśliwości. To koncepcje służące jedynie mniejszości, z której bogactwo nie skapnie cudownie na resztę, jak chcieliby piewcy panującej ideologii. Siedząc w drogich restauracjach i wagonach nie będą starali się przeciwdziałać wykluczeniu, którego nawet nie ujrzą. Potrzeba alternatywnej drogi: uspołecznienia. Cudownie czytać o tym, jak garstka moich rówieśników stara się go bronić, nie tylko symbolicznie, kontestując nieludzką politykę lokalową. Tak samo jak Sławomir Nowak nie wie, ile dobrego może uczynić, jeżeli rzeczywiście zaniecha projektu KDP. PO boi się wyzwania, ale być może właśnie ten marazm nieświadomie przyczyni się do czegoś dobrego. Mam nadzieję, że garstka łódzkich parlamentarzystów tego nie schrzani, walcząc o realizację swoich niebezpiecznych marzeń.
30 lat i ciągle nic
2011-12-13 22:20:12
Z 13 grudnia jest większy kłopot jak z Powstaniem. W przypadku tego drugiego trudno mówić o czymś więcej jak bohaterstwie i lekkomyślności. Była to w gruncie rzeczy bezmyślna w sensie strategicznym jatka, której efekt stanowi kaźń mieszkańców mojego rodzinnego miasta. Natomiast decyzja Jaruzelskiego miała swoje za i przeciw, minęło 30 lat, a my naprawdę dalej nie wiemy na ile była słuszną. Są argumenty za i przeciw. Znam je, większość czytelników też, więc nie chce mi się tutaj pisać kolejnego referatu na ten temat.

Z polską historią w ogóle jest taki problem, że dużo o niej mówimy, piszemy i nawet (o dziwo) czytamy, a dalej myślenie na jej temat jest pełne mitów i martyrologii. Nacjonalizm ma to do siebie, że przeczy starej, wydawałoby się bezsprzecznej zasadzie, że im więcej edukacji, tym lepiej. Nakłada on na naukę historii taką soczewkę, przez którą dalej nie myślimy racjonalnie, pod wpływem emocji ogarniając wszelkie doświadczenia nas samych, jak i naszych przodków dotyczące. Mimo tego wpycha się w proces nauczania informacje o kolejnych bitwach, mordach, powstaniach, a i tak nie pozwala to nikomu nauczyć się analizy kryzysów gospodarczych czy organizowania się w pracy, o tradycyjnie rozumianej sferze politycznej nawet nie wspominając.

Wczoraj TVP nadała program, w którym znani ludzie (przeważnie mężczyźni) odpowiadali na pytania o PRL. Najlepszą wiedzą wykazał się Jacek Kurski. Europoseł pokazał, że paradoksalnie na skrajnej prawicy są jeszcze ludzie, którzy kumają jak dzieje przebiegały. Szkoda tylko, że nie przekreśla to tych idiotyzmów jakie wyczyniają w sferze publicznej i kiedy stanowią obowiązujące nas prawo. Nie wiadomo czyj obecnie bulterier podziękował koleżankom i kolegom z opozycji, którzy nie porobili karier politycznych, a dzięki którym Polska jest dzisiaj niepodległa. Piotr Kraśko podziękował mu za te piękne słowa. Szkoda tylko, że nawet w pięknych słowach musi kryć się instrumentalne traktowanie przeszłości. Tak jakby Polska, nawet ta autorytarna, niepodległą w 81’ nie była…

Jestem raczej krytykiem Jaruzelskiego i skłaniałbym się ku zdaniu, że jego pucz nie był dobrą rzeczą. Wyprowadzanie czołgów na ulice, internowanie opozycji i ograniczanie jakichkolwiek swobód, niszczenie życia, zabranianie wyjazdów, to nie są metody realizacji tak instrumentalizowanej przez polskich przywódców racji stanu. Jeżeli dyktator byłby patriotą, to podałby się do dymisji, a nie umacniał swoją władzę, twierdząc, że robi to z myślą o Polsce. Z drugiej strony zmył swoje winy. Doprowadził do rozmów z opozycją, współuczestniczył w demontażu reżimu i pomógł ustabilizować demokrację. Nie żyło mu się w III RP specjalnie źle, miał niezły dom w niezłej części Warszawy, ale nie obstawił się też panienkami w willi z basenem, czy nie zwiał objuczony złotem jak niedawno Ben Ali z Tunezji. To nie za Stan Wojenny powinniśmy mieć do niego pretensje. Raczej za nadzorowanie antysemickich czystek w armii po Wojnie Sześciodniowej. Przede wszystkim Czesi i Słowacy nie powinni mu nigdy nie wybaczyć udziału w dławieniu ich rewolucji, kiedy nasze wojska pancerne rozjeżdżały ich wolność. Za to mógłby gnić w więzieniu niezależnie od tego jak bardzo się już zestarzał.

To wszystko są pytania na które rozpadający się na cząstki, coraz brzydszy, bardziej schorowany i ślepy Jaruzelski nam nigdy nie odpowie. Podobnie jak historia, o której nawija się za dużo nie mówiąc żadnych konkretów. Te tajemnicze dzieje ciągle będą fruwać jak bumerang w zakamarkach naszych myśli, nawet moim rówieśnikom ryjąc przekonania, z czego nic nie wyniknie.

A tych zatroskanych o wolność chłopaków, którzy na co dzień podziwiają politycznego bliźniaka Jaruzelskiego, czyli Pinocheta, aby raz w roku łazić wieczorem pod dom starego pryka, podziwiam i zazdroszczę im zarazem. Podziwiam, że chce im się stać w mroźny, słowiański grudzień na powietrzu i bawić się w kretyńskie gusła, a zazdroszczę, że mają na to jeszcze czas w dniu roboczym.

P.S. Największe jaja są chyba za to z faktu, że dzisiaj Jarek, który tak wytrwale mobilizuje socjalny elektorat odżegnując się od lewicowości, pragnie przeć naprzód niczym Chiny, te neoliberalne i komunistyczne przecież zarazem!

Złote myśli Leszka Millera
2011-12-08 18:30:40
Leszek Miller ogłosił, że będzie kandydował na przewodniczącego SLD. Były premier złamał zatem złożoną wcześniej obietnicę. Gdybym miał opisać swoje zdanie na jego temat, niewątpliwie zostałbym posądzony o zniesławienie. Powiem tylko, że sądzę o nim jak najgorzej. Był najgorszym przywódcą polskiej lewicy po 1989 r., mimo jej wszystkich cieni i słabości, najgorszym nawet w tak niewybitnym gronie. Zaprzedał wszystkie socjalistyczne ideały na rzecz bezgranicznego płaszczenia się przed kapitałem, jedyną łączność z macierzystą ideologią utrzymując jedynie dzięki staniu na czele „syndykatu władzy” (określenie Anny Materskiej-Sosnowskiej) o pezetpeerowskiej wspólnocie życiorysów. Jego rząd pogłębił koszta transformacji, pognębił wykluczonych i tolerował torturowanie ludzi na Mazurach. Wyliczanie grzechów zajęłoby długo, po co to robić. Zamiast tego zaprezentuję wybrane przeze mnie fragmenty manifestu Platformy Socjalliberalnej, wewnętrznej grupy programowej Sojuszu, jaką Miller ze swoimi zwolennikami założył w 2007 r. Autor tekstu jest nieznany. Być może zajęty zagłaskiwaniem kapitalistów „prawdziwy mężczyzna” z Żyrardowa nie znalazł czasu na taką twórczość, ale niniejsze słowa powstały z jego inspiracji, w zgodzie z jego wolą i wyrażając jego poglądy. Zatem:

„III Rzeczpospolita jest wielkim sukcesem i wspólnym dobrem Polaków. (…) Krajem wolnym i suwerennym, państwem (…) rozwiniętej gospodarki rynkowej, (…) członkiem NATO. (…) W tych wszystkich osiągnięciach Sojusz Lewicy Demokratycznej ma znaczący udział. (…) To powód do dumy i przepustka do przyszłości. (…)

Szybki rozwój nie jest (…) możliwy bez swobody działalności gospodarczej. To z kolei wymaga polityki liberalnej. (…) Z tych powodów nie warto spierać się z rynkiem, ale należy go wspierać i rozwijać przedsiębiorczość. (…)

Świat walk klasowych (…) należy do przeszłości. Spór między wolnym rynkiem, a socjalizmem został rozstrzygnięty. (…) Nie można być za demokracją i przeciw kapitalizmowi. (…) Decyzje rządu Leszka Millera o obniżeniu do 19 procent podatku dla firm i osób prowadzących działalność gospodarczą oraz ich skutki finansowe świadczą o słuszności tego wyboru i powinny być kontynuowane. Radykalną alternatywą dla obecnego, skompromitowanego systemu podatkowego może być jego likwidacja i wprowadzenie podatku liniowego. (…)

Liberalizm gospodarczy i społeczeństwo obywatelskie prowadzą najszybciej do budowy państwa dobrobytu. (…) Odpowiedzią na pokojową rewolucję (…) wolnego rynku, jest kontrrewolucja i budowa anachronicznego państwa w środku Europy [pisowskiego] (…) Pełzający autorytaryzm nowej nomenklatury prowadzi do podboju sfery publicznej, który musi zostać zatrzymany (…) W obliczu szkodliwej polityki potrzebny jest szeroki front sprzeciwu i działania na rzecz poszerzenia trzech podstawowych wolności: (…) gospodarczej. (…)

Wolności polityczne są zagrożone bowiem państwo przestaje być wartością wspólną i staje się narzędziem kontrrewolucji. Towarzyszy temu (…) odchodzenie od modelu demokracji liberalnej. (…)

Ustawa o swobodzie działalności gospodarczej przyjęta przez gabinet Leszka Millera była krokiem we właściwym kierunku, ale wymaga kolejnych inicjatyw. (…) Należy systematycznie ograniczać rolę państwa w gospodarce, natomiast wzmacniać podmiotowość i swobodę działania przedsiębiorców. (…)

Osiągnięcia rządów SLD są powodem do dumy i inspiracją do dalszych działań służących obywatelom Rzeczypospolitej. (…)

Warszawa, dnia 23 kwietnia 2007”
[1]

Mam nadzieję, że mimo wszystko członkowie SLD go nie wybiorą. Ściskam kciuki za Artura Hebdę albo też kogokolwiek o innym nazwisku aniżeli Miller. Mam wiele żalu do SLD, ale wybrałem tę partię w ostatnich wyborach jako mniejsze zło. Nie wiem jednak dlaczego miałbym nie przyklaskiwać dalszej dominacji Platformy, jeżeli tak antyspołeczny polityk jak premier z lat 2001-05 miałby stanąć na czele opozycyjnej formacji. Tusk przynajmniej nigdy specjalnie nie udawał, że socjalistą nie jest, a do tego ma opozycyjny rodowód. Znanemu głównie z mizoginii, czerstwych powiedzonek i neoliberalnych kontrreform byłemu przywódcy socjaldemokracji tych cech przypisać już nie można.

[1] Platforma Socjalliberalna SLD, Liberalna gospodarka, socjalne państwo, „Forum Klubowe” nr 3 i 4 / 2007 r., s. 51-54.
Byznes forever
2011-12-01 01:20:46
Niedawno popularnością w sieci cieszył się film przedstawiający mało rozgarnięte wypowiedzi działaczki młodzieżowej PiS. Dziewczyna z dumą ogłosiła, że wartością, która przyciągnęła ją do partii Kaczyńskiego jest konserwatyzm, nie potrafiąc przy tym go zdefiniować. „Podatki i te takie, a poza tym liberalizm nie jest zaszczepiony w moje korzenie”, sugerowała. Dziecię we mgle polityki zupełnie nieświadomie dostarczyło mi otwarcia felietonu.

Przenosząc się z konferencji mało rozgarniętych młodzików docieramy do ścisłego centrum stolicy: Warsaw Financial Center, biurowca klasy A przy ul. Emilii Plater. Rezydują w nim m.in. polskie przedstawicielstwa Banku Światowego i Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Zarząd tegoż WFC w oficjalnym piśmie ogłosił, że do pracy w biurowcu zakazuje się przyjeżdżać rowerem. Nie pasuje to do jego klasy, prestiżu.

Wieżowiec znajduje się w ścisłym centrum. Dojechać autem tutaj trudno, a okolica powoli zaczyna preferować komunikację miejską oraz ruch pieszych i rowerów. Nawet prawicowe władze opornie dają się przekonać, że warto inwestować w jednoślady, które nic nie zanieczyszczają i motywują mieszkańców do aktywności fizycznej. Dzięki temu będą zdrowsi: bardziej wydajni i wymagający rzadszego leczenia. Państwo zapłaci za nich mniej, co stanowi oczywisty zysk przy kalkulacji patrzącej na budżet jako bilans zysków i strat. Ale w WFC myślą inaczej. Warto wg nich zaiwaniać do centrum monstrualnym autem, żeby nie bratać się z gminem w autobusie bądź rowerze, pojeździe meneli z pobocza szosy w Polsce Z, którą biznesmeni mkną z Warszawy do innego City.

Na całym świecie zdrowy tryb życia staje się modny. Mogą sobie za niego pozwolić ludzie zasobni, których stać na zdrowe (i drogie) odżywianie czy swobodny wybór środka transportu. Często wybierają ten publiczny: ekologiczny, szybszy, bezpieczniejszy. Trendy te docierają i do naszej stolicy. Nawet więc jeżeli w WFC są krezusi z Banku Światowego, to dlaczego przeszkadzać im akurat w tym przypadku? Wręcz przeciwnie: zachęcajmy ich do społecznej odpowiedzialności, jaką jest niewątpliwie niezanieczyszczanie miast kolejnymi porcjami spalin.

Na początku lat 90. amerykańska antropolożka, Elisabeth Dunn, badała od środka rodzący się polski kapitalizm. Z fascynacją i przerażeniem oglądała narodziny polskiego biznesu, dostrzegając jego cały komizm. Obserwowała menedżerów podczas kolacji w hotelu Mariott w Warszawie, kiedy na początku z namaszczeniem kładli na stole efektowne komórki. Przez parę godzin żadna nie zadzwoniła, ale stanowiły one symbol. Dunn widziała też jak Polacy przeglądają branżową prasę dla biznesmenów. Wątki związane z nauką zarządzania, prawem gospodarczym czy inspirującymi historiami zajmowały w niej mniejszą część. Więcej poświęcano poradom jak zachowywać się przy stole i grać w golfa, jakie kupić spinki do mankietów, garnitur, zegarek czy samochód terenowy. W jednej z firm amerykańscy właściciele zatrudnili zagranicznego menedżera, który zamieszkał na parę miesięcy z podwładnymi w jednym domu. Młodzi Polacy mieli się od niego nauczyć amerykańskiego stylu życia. Krótko mówiąc w ich korzenie sztucznie zaszczepiano gospodarczy liberalizm…

Niedawno moja Mama opowiadała mi historię spotkania z pewną klientką. Pani narzekała na koszmarne korki, przez które nie da się jeździć po Warszawie. Mieszka przy Rondzie Babka, a pracuje na Rondzie ONZ. Od biura dzieli ją kilka przystanków, które często kursujący tramwaj pokonuje w 10 min, podczas gdy na tym samym, krótkim odcinku samochody stoją wiecznie w koszmarnych korkach. Mama zapytała się jej dlaczego nie wsiądzie do tramwaju? Jej rozmówczyni była zadziwiona, jak ktoś równy jej statusem może bratać się z tymi podludźmi. Przecież przejechać się po Warszawie bez auta terenowego to jak bez ręki. No cóż, droga damo, może nudząc się podczas emitowania spalin w moje ukochane miasto uda ci się w końcu doczekać takiego upadku swoich wartości, który przedefiniuje twoje myślenie. Masz na to wiele godzin, bo przecież godzina szczytu zdaje się nigdy nie kończyć.

Wyzyskiwacze mrożą krew w żyłach, ale wyzyskiwacze-neofici, tacy jak polscy kapitaliści peryferyjni nawet po 22 latach akumulacji, są jedynie strasznie śmieszni. Chyba w tym tkwi tajemnica ich sukcesu, którego społeczeństwo nie pragnie kontestować, rezygnując z buntu przeciwko swojej sytuacji.
Zjazd z Trzeciej Drogi
2011-11-22 00:12:07
Kiedy w Warszawie ekslider związku zawodowego odsłaniał pomnik Ronalda Reagana, w Madrycie trwała feta hiszpańskich konserwatystów. W al. Ujazdowskich oficjele z Wałęsą na czele opiewali guru neoliberalizmu, który dla polityki zbrojeń prywatyzował wszystko co się rusza, ketchup zamieniając w warzywo (aby pogodzić cięcia z przepisowymi normami spożycia warzyw w amerykańskich szkołach). W Hiszpanii po 7 latach padał skompromitowany rząd Zapatero, którego partii nie udało się nawet uzyskać 30% poparcia. Postawienie popiersia jankeskiemu kozakowi nie jest żadnym momentem symbolicznym – 22 lata permanentnego demontażu bezpieczeństwa socjalnego na rzecz polityki dyscyplinowania i karania ofiar ubóstwa robi swoje. Postawienie pomnika pięknemu Ronaldowi to naturalna konsekwencja szaleństw chłopców z Mariotta i wiary w bezkresny kapitalizm. Obalenie Zapatero to z kolei moment symbolicznego końca pewnego projektu: Trzeciej Drogi.

Wymyślony kilkanaście lat temu przez Anthony’ego Giddensa nurt oznaczał w praktyce porzucenie lewicowości. Taką receptę dla brytyjskich socjalistów przygotował sławny socjolog. Pomysł na to aby pokonać prawicę za pomocą przejęcia jej polityki polukrowanej jedynie emancypacją mniejszości etnicznych i seksualnych w sferze symbolicznej, pozwolił w minionych dekadach odnieść oszałamiające sukcesy. Socjaldemokraci opanowali rządy we wszystkich najpotężniejszych państwach europejskich, a ich idee oczarowały nawet „naszego” Leszka Millera. Dzisiejsze klęski pokazują miałkość tamtej polityki. Po zastąpieniu ustępującego kapitałowi na każdym kroku Papandreu bankierem i zwycięstwie Rajoya w Hiszpanii lewica staje się drugą siłą polityczną Europy… która nie rządzi w ani jednym kluczowym państwie kontynentu. Skompromitowani, dawni liderzy oddali stery bezradnym następcom, którym trudno pogodzić się z porażką tak skutecznych niegdyś dogmatów. Tylko Miller wyskakuje wciąż jak z pudełka po tylu klęskach, przypominając swoją skompromitowaną twarzą o waterboardingu na Mazurach, płaszczeniu się przed tą mniej lewicową stroną Komisji Trójstronnej, mizoginii i podatkach liniowych. Nawet sława Giddensa blednie, a traktujące go niegdyś z namaszczeniem media przypomniały o nim ostatnio jedynie w kontekście jego słów sprzed paru lat. Wieszczył wówczas Kaddafiemu długie rządy, w czasie których zamieni Libię w enklawę dobrobytu, „afrykańską Norwegię”.

Społeczeństwa zjechały z Trzeciej Drogi, tylko co dalej? Formacje socjaldemokratyczne nie potrafią powstać z kolan. Obrywają po tyłku od prawicy, która wciąż trzyma się na powierzchni, mimo odpowiedzialności za zgniłe trzydziestolecie neoliberalnej hegemonii, wiary w nieustający wzrost gospodarki rynkowej, wyzwolonej z oków cyklicznych kryzysów. To Alan Greenspan, a nie przekonany na wieczność o swojej wspaniałości Tony Blair przyznał (żeby szybko się wycofać, ale jednak), że jego ideologia to błąd. Ci, którzy zaczęli, dzisiaj tryumfują, patrząc z uśmiechem, jak ich naśladowcy spadają na dno. To jednak nie to dno, na którym tkwimy my, ich dawny elektorat, kiedy oni za grube niczym amerykańscy raperzy pieniądze wylewają smutki jeżdżąc po salach wykładowych całego świata. Polska lewica też tkwi w dołku przyglądając się 5 minutom swojej libertarianistycznej koleżanki Palikota.

Dokąd idziesz Europo i jak daleko pogrążymy ciebie jeszcze naszym nieszczęściu? Całe szczęście, że towarzyszyć nie będzie nam nie tylko Zapatero, ale także plastikowy Silvio.
Ta dzisiejsza młodzież
2011-11-07 23:59:14
Jacy są młodzi? To awangarda liberalizacji światopoglądowej, czyli kulturowej rewolucji jaka oplata całą, globalną Północ. Nawet u nas, na rubieżach zachodniej cywilizacji, postępuje wyzwolenie obyczajowe. Młodzi robią rzeczy, które nie śniły się nie tylko pokoleniu moich rodziców, ale nawet i ludziom starszym ode mnie często raptem kilka lat. Już nie tylko maleje liczba małżeństw kościelnych, ale i wzrasta rozwodów. W chętnie odwiedzanych przez warszawską młodzież klubach można spotkać całkiem otwarcie deklarujących swoją seksualność gejów, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia. Zmieniają się i postawy polityczne. Do Sejmu zajętego niemal na wyłączność przez konserwatywne światopoglądowo partie, które nieomal nie dostosowały ustawodawstwa aborcyjnego do poziomu marzeń najbardziej konserwatywnego kleru, dostało się nagle ugrupowanie wprost epatujące luźną obyczajowością. Drużyna Palikota zaoferowała nam cały bukiet kontrkulturowych w polskich warunkach postaci, robiąc świetny wynik wyborczy. Wyraźnie lepszy nawet od Unii Pracy, która dzięki proaborcyjnej kampanii weszła z bardzo dobrym rezultatem do Sejmu przed 18 laty.

Uznałem, że w takiej sytuacji z łatwością zbiorę na moim roku mnóstwo podpisów pod listą poparcia obywatelskiego projektu ustawy o świadomym macierzyństwie. Przygotowany przez feministyczne środowiska projekt zakłada m.in. wprowadzenie edukacji seksualnej do szkół i liberalizację ustawodawstwa antyaborcyjnego. Postulaty, jak wydawałoby się, powinny znaleźć mnóstwo poparcia u młodych ludzi. To przecież oni łamią granice obyczajowości, prowadzą najbardziej intensywne życie towarzyskie. Widząc oczami wyobraźni triumfujące zastępy armii zbawienia komunistycznej cywilizacji śmierci, rozrzuciłem na jednym z wykładów druki z miejscem na podpisy pod tym wnioskiem. Na sali siedziało wówczas na oko z dobre 60 osób. Dostałem 8 podpisów. W tym 1 chłopak.

Wyniki poprawiły się nieco później gdy parę kolejnych, nieobecnych na wykładzie osób podpisało się na ćwiczeniach. W dalszym ciągu wychodziło jednak na to, że my, entuzjaści inicjatywy „Tak dla kobiet” stanowimy wyraźną mniejszość. Co zabawne, znajomi z roku wyjaśniali, że zgadzają się z postulatem wprowadzenia edukacji do szkół. Kiedy jednak chodziło o akceptację postulatu prawa do dysponowania przez kobietę swoim ciałem wedle własnej woli, ich milczenie udowadniało lata kolonizacji totalitarną ideologią, która rości sobie prawo do zadawania krzywdy słabszej społecznie płci, eufemistycznie określając się mianem obrońców życia.

18 lat temu wniosek o referendum ws. aborcji podpisało 1,3 mln ludzi. Ich mobilizacja wytworzyła potężny elektorat, który pozwolił uzyskać blisko 8% poparcia w wyborach do Sejmu Unii Pracy. Referendum się nie odbyło, ponieważ poprzedni parlament wolał w przeciwieństwie do neoliberalnej lewicy rozumieć, że socjalizm oznacza zarówno sprzeciw wobec nierówności ekonomicznej, jak i dławienia indywidualnej wolności rozumianej w sensie praw człowieka, a nie wielkiego kapitału. Ówczesny, fanatycznie antykomunistyczny Sejm połączył więc ideę demontażu bezpieczeństwa socjalnego z fundamentalizmem katolickim. Po deregulacji rynku i upowszechnieniu ubóstwa, odebrano prawa kobietom. Byliśmy pierwszym krajem na świecie (do dzisiaj oprócz nas zrobiła to tylko Nikaragua), który odebrał im ich dotychczasowe przywileje. Lubimy psioczyć na posłów, że są uległym ciemnogrodem, służalczym wobec Kościoła. Pytanie jednak czy aby na pewno społeczeństwo idzie do przodu prędzej od nich? Awangarda kulturowych zmian, młodzi ludzie studiujący na niezłej uczelni w podobno najbardziej tolerancyjnym polskim mieście, nie poświadczają tego przekonania.

Młodzi Polacy równie chętnie co ich rówieśnicy słuchają muzyki z iPodów, ale to bynajmniej nie wpisuje ich z definicji w nurt postępu. Bardzo chciałbym widzieć wśród rówieśników burzycieli starego, zgniłego porządku wstecznych norm. Ale widzę przede wszystkim dużą bezradność, którą próbuje się maskować rubasznymi żartami i dużą ilością wychlanego na imprezie alkoholu. Nabijanie się z zakonnic przypominających pingwiny nie świadczy o redefiniowaniu powszechnie obowiązujących wartości w sytuacji, gdy najbardziej kontrkulturowy gest do którego jest zdolny młody człowiek, to sięgnięcie po prezerwatywę. Możemy dalej wierzyć, że wszystko samo się zrobi, a moi rówieśnicy to urealnienie wolnościowego snu. Ja jednak widzę jak powierzchowne jest to złudzenie. W głębi duszy znowu czuję się chłopcem, który pomimo tego, że mieszka na dość bogatych przedmieściach Warszawy i chodzi do niepublicznej szkoły, jako jedyny ma wolne gdy koleżanki i koledzy słuchają idiotycznych wynurzeń katechety, za co uhonorowani zostaną materialistycznymi bonusami do komunii, najbardziej gorliwym aktem pokornej pobożności własnych rodziców.

Chciałbym, żebyśmy wszyscy zakorzenili to powierzchowne złudzenie na tyle mocno, aby stało się prawdziwym, głębokim przeświadczeniem, wszystkich z nas, w imię którego bardzo dbamy o to, żeby ukochane przez nas kobiety miały prawo do dramatycznego, ale wolnego wyboru, tak istotnego dla ich przyszłości. To długa droga, ale jej początek jest bardzo prosty. Wystarczy, że klikniecie tutaj, wydrukujecie i popytacie paru znajomych. Może powiedzie się wam lepiej niż mi.
Milczenie księdza
2011-11-03 22:52:14
Adam Boniecki to postać nietypowa. Redaktor senior „Tygodnika Powszechnego” znany jest z wyjątkowo wyważonych, liberalnych poglądów oraz skromności. To rzecz w Kościele rzadko spotykana. Jeszcze z dzieciństwa pamiętam, że katecheci zawsze jeździli najlepszymi autami spośród nauczycieli. Skala ujawnionej pedofilii każe cieszyć się, że dokonywali takiej sublimacji popędu seksualnego, niemniej Boniecki nie słynie z szybkich aut, a mimo to znany jest z trzeźwych przekonań, niezwykłego ciepła i zrozumienia dla oponentów.

20 lat temu widziano w nim błyskotliwego intelektualistę z szansami na co najmniej tytuł biskupi, ale jednak pozostał skromnym zakonnikiem. Zastąpił Turowicza w „Tygodniku” i chociaż doczekał się tytułu generała zakonu, to na pewno są to daleko mniej prestiżowe funkcje aniżeli posadka w Episkopacie, pozwalająca brylować w mediach, rządzić diecezją i rozstawiać po kątach niepokornych podwładnych. Jego pismo jest dzisiaj dość niszowe i unika kontrowersji, nie ciesząc się specjalną sympatią w parafiach.

Miał też ks. Adam poczucie humoru. Nazywany przez toruńskie kręgi „Obłudnikiem” albo „Żydownikiem” periodyk swój jubileuszowy dodatek zatytułował „Żydownikiem” właśnie, pisząc o swoich żydowskich przyjaciołach i ich kulturze. „Tygodnik” nie szedł jednak śladami prawicy, która w ostatnim czasie oczarowana islamofobią nagle przestała być antysemicka, no może poza polskimi faszystami, zbyt pielęgnującymi własne dziedzictwo nienawiści. Na łamach krakowskiego czasopisma zorganizowana została debata o Flotylli Wolności z udziałem m.in. lewicowych dziennikarzy Przemysława Wielgosza i Romana Kurkiewicza. Pierwszy jest jednym z głównych aktywistów propalestyńskich w Polsce, drugi próbował uczestniczyć w II edycji Flotylli, chociaż jego statek zatopili izraelscy komandosi. Tematem jednego z numerów była edukacja seksualna nietraktowana jako szatańskie nasienie, lecz bolesne zaniedbanie. Drukowano tu wywiady z Zygmuntem Baumanem i Michałem Głowińskim. Ten drugi opowiadał o swoim coming outcie! Krytykowano homofobię i lustracyjną obsesję.

Boniecki znany jest z ciepła i zrozumienia dla niewierzących. Kiedy neofita antyklerykalizmu Palikot rozpętał kolejną wojnę o krzyż zawieszony niegdyś w Sejmie w ramach samowolki posłów AWS-u, ks. Adam nie kibicował mu, ale daleki był też od języka potępienia bezbożnych herezji. Mało tego, przyznał, że rozumie te zachowania. Kiedy tworzyły się dziwaczne koalicje oburzonych kleru z naczelnym znanego z poszanowania tradycyjnych wartości „Playboya” przeciwko obecności niejakiego Nergala w programie rozrywkowym TVP, Boniecki zauważył, że są absurdalne. Przecież satanista musi również wierzyć w Boga – wytykał oburzonym 77-letni duchowny. Tak więc krótko mówiąc ks. Adam wymiata. Mówię to ja, 21-letni ateista z niewierzącego domu, socjalista i antyklerykał, który dzisiaj zbierał podpisy pod projektem liberalizacji ustawy antyaborcyjnej.

Postać tolerancyjnego humanisty jest jednak oczywiście niemożliwa do zaakceptowania dla polskiego Kościoła. Zakon zabronił mu publicznych wypowiedzi, oburzony jego deklarowanym publicznie zrozumieniem dla Palikota. Bonieckiego potraktowano niemal tak jak ks. Natanka wykrzykującego, że „jawiący się” na nastoletniej głowie żel jest znakiem sił nieczystych. Po raz kolejny z Kościoła dobiega sygnał, że okej jest Wojtyła. Autorytet wszystkich Polaków tolerujący rozwój biznesowy Radia Maryja, obrażający na Jasnej Górze chorych na HIV, obściskujący się z Pinochetem. Zwalczający twardo teologię wyzwolenia, aby w jej miejsce obsadzać wszystkie stanowiska największymi konserwami wraz ze swoim pupilem, Ratzingerem, na czele. JP2 też wierzył, że prezerwatywa czy homoseksualizm to grzechy i nie zanegował doktryny mówiącej o tym, że nieochrzczone dzieci spadają w otchłań, nie mogąc z definicji iść do nieba. Sprawny wizerunkowo ultrakonserwatysta strzelający seriami określeniem dialog ma stanowić symbol otwarcia. To wszystko jest w porządku, tak jak duchowny oświadczający, że za sukcesem lądowania na Okęciu stoi obecność na pokładzie papieskich relikwii. Ok jest blichtr, ok jest przykrywanie pedofilii, nieoficjalny rasizm, antysemityzm czy seksizm. Wporzo jest Berlusconi, spoko Katechizm zamiast Konstytucji RP. W porządku nie jest tylko wielkiej kultury starszy pan, który ideę dialogu traktuje poważnie wcielając ją w życie przez całe swoje życie.

Moje oburzenie można oczywiście krótko streścić. Tak więc cieszę się, że epatujący agresją Adam Boniecki znika z medialnego dyskursu. Dobrze, że partnerami nas, niewierzących będą w sferze publicznej teraz tak wyważeni duchowni jak Głódź, Michalik czy Rydzyk. Nareszcie przestaniemy identyfikować kler z przemysłem nienawiści. Warto też dodać, że po polskim niebie fruwają tęczowe jednorożce, moja dziewczyna ma swobodny dostęp do badań prenatalnych, natomiast przez okno wpada, ciepły letni wiatr.
Co to jest zaślepienie?
2011-10-18 21:04:58
Nicolas de Condorcet był oświeceniowym filozofem. Pisał m.in. o przyszłości nauk społecznych. Widział ją optymistycznie, dając wyraz przeświadczeniu o roli postępu, który jest w stanie nieustannie i nieskończenie udoskonalać ludzkość. Wierzył, że nauka o społeczeństwie zyska kiedyś status wiedzy pewnej na podobieństwo matematyki.

Mylił się znacząco. Przeszło 200 lat po jego śmierci kolejne teorie kompromitują się w mgnieniu oka, chociaż wcześniej traktowano je z namaszczeniem. Czasami prowadzą też do rzeczy strasznych. Aż do II Wojny Światowej naukowcy rozwijali teorie rasowe. Ich darwinistyczne koncepcje rozbudziły nacjonalistyczne demony nazizmu, wojen światowych czy wymordowania 6 mln Żydów. Eksterminację tych ostatnich przeprowadzono w ramach fabryk śmierci: obozów koncentracyjnych, które stały się złowrogim symbolem nowoczesności oraz najbardziej morderczym wcieleniem tzw. naukowego zarządzania. Stworzona przez F.W. Taylora metoda organizacji produkcji pozwoliła maksymalnie efektywnie wykorzystać siłę roboczą. Opracowane przy użyciu obserwacji pracy robotników ze stoperem w ręku zestandaryzowane normy sprowadziły ich do roli bezmyślnych trybików w machinie. W ten sposób określono podział na bezmyślnych robotników i rozumne kierownictwo. W The principles of Scientific Management Taylor pisał, że robotnik ma stać się „wołem” albo „wytresowanym gorylem”[1]. Tak więc nauka nie jest nieomylna.

Ekonomia zalicza się do nauk społecznych. Właśnie ją studiuje obecnie mój kolega, którego spotkałem dzisiaj w bibliotece. Znamy się od gimnazjum, mieszkaliśmy wtedy w odległości 4 domów od siebie. Zaczęliśmy rozmawiać, co u nas. Pokazałem książki, które wypożyczam z myślą o pracy licencjackiej. "Zostałeś lewicowcem?" „Tak, zawsze czułem liberalizm światopoglądowy, a od paru lat nabrałem też wiary w takie poglądy gospodarcze”. Zaczęło się.

Rafał zaczął mnie przekonywać, że to błędna droga. Przecież ekonomia jasno pokazuje, że nie ma alternatywy dla modelu rynkowego. Odparłem, że to nie ekonomia tak mówi, lecz powiedziała to Thatcher, a jej twierdzenie co najmniej od 2007 r. jest nieaktualne. Kolega przekonywał mnie jednak, że to nieprawda, a ekonomia ma status naukowy: pewny i niepodważalny. Powiedziałem Rafałowi, że w myśli ekonomicznej nie istnieje jedna doktryna, lecz różne, polemiczne względem siebie. Ta wciąż dominująca nie ma statusu pewnej. Jest jedynie popularną: w 2007 r. 72% studentów ekonomii kształciło się na uczelniach, gdzie żaden wykładowca nie przeciwstawiał się założeniom neoklasycznym i neoliberalnym[2].

Rafał nie mógł się ze mną zgodzić, gdy powiedziałem, że drogą do egalitaryzmu jest uspołecznienie. Obstając przy swoim doktrynerstwie zaczął mi tłumaczyć prawidła teorii dobrobytu spływającego z uprzywilejowanych warstw na pozostałe. Klasa nie przeszłaby mu chyba przez gardło. Zapytany dlaczego obszar największego uspołecznienia oferuje najwyższą innowacyjność i standardy życia był zakłopotany. To Skandynawia. „No jak to, przecież Polska jest nieporównywalna z Norwegią, oni utrzymują własne eldorado na bazie surowców”. Poleciłem mu aby poczytał więcej o strukturze norweskiej gospodarki, opartej przede wszystkim na wiedzy, usługach, a nie finansującej się tylko z gazu i ropy. Aby zauważył, że istnieje 5 państw nordyckich, a nie 1. Tylko Islandia popadła w neoliberalne fetysze i zbankrutowała. Pozostałe kryzys gospodarczy przechodzą stosunkowo bezboleśnie.

Pożegnaliśmy się, a ja usiadłem do komputera, aby poszukać sygnatur. Rzuciłem okiem do sieci, gdzie przygotowano rozkład mandatów na bazie prawyborów przeprowadzonych wśród internautów. Wybrali trójpartyjny Sejm z klasycznym podziałem na lewicę, centrum i prawicę. Tj. Palikotem, PO i najnowszą partią Korwina. Młodzi Polacy postawili na 3 ugrupowania wolnorynkowe, różniące się stosunkiem do krzyża, ale zgodne gospodarczo. Czy naprawdę lewica przegrywa obecnie tak mocno, że młodzi ludzie sami chcą sobie podcinać skrzydła? Czy ich frustracja musi się przelewać w pogardę (często podświadomą) dla warstw uboższych aniżeli ich zapośredniczone pochodzenie klasowe?

Rafał chyba nie jest rasistą, mizoginem i homofobem, aby być kurwinistą. Ale co z tego, kiedy jako kolejny hołduje tej samej ideologii? Żyjemy w ciekawych czasach, a pomysły dzisiejszych dwudziestolatków są równie intrygujące. Nie czuję się więc Oburzony, lecz przerażony. Stres nie zawsze obezwładnia, potrafi też mobilizować. Wierzę w to, mam nadzieję, że nie naiwnie.

[1] E. Traverso, Europejskie korzenie przemocy nazistowskiej, Książka i Prasa, Warszawa 2011, s. 57.
[2] Ch. Harman, Kapitalizm Zombi. Globalny kryzys i aktualność myśli Marksa, Muza, Warszawa 2011, s. 281.
Rozwiązać SLD!
2011-10-10 23:30:21
Myślę, że znane nam z dokładnością do 99,5% wyborcze rezultaty mają plusy i minusy. Wbrew pozorom doczekaliśmy się polskiego Budapesztu: Orban to wszak kolega partyjny Tuska z Europejskiej Partii Ludowej! Niestety głosowanie pokazuje jasno, że to nie lewica rozdaje karty w naszej polityce. Główne ugrupowania straciły kilka punktów przy nieco niższej frekwencji, ale są to straty niewielkie. Wyborcy nie zaprotestowali przeciwko ich monopolowi: co drugi Polak nie zamanifestował obywatelskiego sprzeciwu, tylko pokazał, że ma demokrację głębokim poważaniu.

Wielu czytelników naszego portalu cieszy sukces wyborczy Ruchu Palikota. Nie podzielam tego entuzjazmu. Ugrupowanie to przypomina pudełko czekoladek o nieznanej zawartości. Tak jak Samoobrona 10 lat temu, Palikot zajął 3. miejsce w parlamencie. O jego Ruchu wiemy niewiele, a to co wiemy, niepokoi. Partia już samą nazwą hołduje idei wodzostwa, w sferze gospodarczej proponuje totalną deregulację i puszczenie wszystkiego na neoliberalny żywioł prywatyzacji, a życiorys kilku jej działaczy budzi wątpliwości.

Wśród posłów znajdziemy m.in. Wojciecha Penkalskiego, który odsiedział wyrok za pobicie kijem bejsbolowym, wymuszenie i grożenie bronią. Palikot tłumacząc przeszłość podwładnego wskazywał na to, że jest on przykładem modelowej resocjalizacji. Tak mógł przekonać wrażliwego społecznie wyborcę, ale po co dodawał, że dzisiaj w Polsce trudno być przyzwoitym człowiekiem i nie siedzieć w więzieniu? Ciekawe, jakoś nie miałem okazji być skazanym za pobicie czy wymuszenie. Znajdziemy tu też Romana Kotlińskiego, byłego księdza, teraz antyklerykała. Jako ateista z urodzenia wychowany w niewierzącym domu, nigdy nie rozumiałem antyklerykalizmu jako postawy, która pochłania większość naszej aktywności. Skoro bóg nie istnieje, to nie poświęcajmy mu uwagi. Walczmy z religią wtedy, kiedy wkracza w nasze życie prywatne: krzyże zajmują publiczne miejsca, a religijni fundamentaliści penalizują prawa kobiet do swobodnego dysponowania swoim ciałem. Kotliński tymczasem zlaicyzował się na bezbożny odpowiednik Radia Maryja. Napisał wspomnienia, których nikt nie chciał kupować, do czasu gdy jeden z tabloidów napiętnował je jako obrazoburcze. Wówczas pozycja osiągnęła kilkusettysięczny nakład motywując autora do pisania kolejnych części. Kotliński za swoją fortunę założył tygodnik „Fakty i Mity”, na łamach którego publikował m.in. Grzegorz Piotrowski.

Rzekoma nowa jakość w polskiej polityce cieszy się wsparciem Jerzego Urbana. Nowa, kolejna wodzowska partia zapowiada politykę finansowych cięć. Nim zachwycimy się faktem, że Palikotowi udało się przełamać monopol partyjnej czwórki, powinniśmy sobie przypomnieć, że zrobił to dzięki milionom złotych, które nie do końca legalnie wpompował w kampanię: publicznie deklarował, że przeznaczy na nią wpływy ze sprzedaży helikoptera, daleko przekraczające dopuszczalne w ustawie progi finansowania. Nowa jakość ma starą ofertę, znane już twarze i stosuje stare przekręty. Chociaż w zalewie wątpliwości cieszy mandat Wandy Nowickiej czy fakt, że do Sejmu wreszcie trafi dwójka polityków otwarcie deklarujących swoje odmienne orientacje seksualne, to niestety sukces Palikota nie oznacza odrodzenia lewicy. RP to coś gorszego od socjalizmu rynkowego w duchu Millera. Za pomocą okrojonego ustawodawstwa dla bogatych gejów czy parytetów w radach nadzorczych nie spełni postulatów emancypacyjnych, a jedynie przypudruje iluzją społecznej wrażliwości kolejne, szokowe rozwiązania. To nowa Samoobrona, tylko że z lepiej wykształconym przewodniczącym. Dzisiaj, gdy co drugi Polak idzie studiować, nie jest to już atut. Tak więc i RP nie inicjuje zmiany, zamiast Filipka i Maksymiuka proponując antyklerykalizm neofity i sympatie koncesjonowanych przez media intelektualistów gotowych do wypowiedzi na każdy temat.

Sukces Palikota zwiększa rozmiary klęski SLD. Prosta kalkulacja pokazuje wyraźnie, że to Sojusz, a nie PO tracił swoje poparcie na rzecz lubelskiego polityka. Mdła kampania bez wyrazistych postulatów, najeżona takimi wpadkami jak seksistowskie spoty czy łaszenie się do biznesu, nie mogła zapowiadać niczego dobrego. Wynik jest fatalny, co na szczęście wymusiło zmianę lidera. Partia, która zawiodła na polu światopoglądowym, a nie wyróżniła się niczym na gospodarczym, musi teraz odnaleźć nową drogę i jeżeli będzie chciała się wyróżnić (a musi to zrobić), obierze kierunek bardziej lewicowy. Co z tego, że SLD jest najbardziej demokratyczną partią, bardziej zarówno od wodzowskich ugrupowań parlamentarnych, jak i żyjącego kultem przywództwa planktonu, do którego zaliczyć należy m.in. Sierpień 80. Liczba negatywnych skojarzeń i emocji związanych z Sojuszem, jego rozdętymi strukturami z tysiącami betonowych działaczy nikogo nie porwą. Czas rozwiązać SLD i powołać nowe ugrupowanie, do którego weszliby ludzie nie tylko nieskażeni milleryzmem, ale także mdłym, niewyrazistym i niemającym nic wspólnego z lewicowością marazmem obecnego kierownictwa. Jeżeli taka zmiana nie nastąpi, to lewicowi wyborcy będą mogli wybierać jedynie pomiędzy narwanym przedsiębiorcą z kolejnymi gadżetami, Gowinem, pustą kartką i pilotem od telewizora, co jest mało obiecującą perspektywą.
Oburzony Hiszpan, zawiedziony Polak
2011-10-06 21:24:32
Stosunek wyborcy do instytucji głosowania ulega przemianom na przestrzeni lat. Niegdyś z pogardą patrzył on na narzekających, że ich wybór nic nie zmieni. Nie akceptował awersji wobec demokratycznego przywileju. W końcu sam zaczyna podzielać opinię maruderów. Również na naszym portalu publikujemy takie głosy.

Jaka jest argumentacja Zawiedzionych? Nawet jeżeli spowodujemy zmianę instytucjonalną dając szansę opozycji, to i tak jej kandydaci niczego nie zmienią. Poza tym, co to za zmiana, kiedy startują z niesmacznej listy. Wielu ludzi o lewicowej wrażliwości nigdy nie zagłosuje na SLD, chociaż bywają tam przyzwoici ludzie na tzw. biorących miejscach, np. Marek Balicki w mojej Warszawie. To nieprawda, że głosując na każdego legitymizujemy Millera wraz z jego podatkiem liniowym, wojną z terroryzmem czy seksizmem. Nawet tuż za nim na liście w Gdyni znajdziemy przywódczynię jednego z prężniej działających związków zawodowych, która własną wytrwałością zbudowała sobie pozycję w męskim świecie polskiej polityki. A dlaczego krytykować SLD skoro Sierpień 80 ma na listach m.in. obrońców krzyża i antysemitów, a partię Palikota, mającą wpisane w nazwie wodzostwo antyklerykalnego neofity, reprezentują kryminaliści sugerujący prywatyzację opieki społecznej?

Politycy nie są po to, aby ich kochać, lecz rozliczać. Możemy żądać od nich Kantowskiej moralności, umysłowości Einsteina i siły politycznej Roosevelta. Ale to naiwność, zamiast której powinniśmy kierować się zasadą mniejszego zła, mimo jej wszystkich wad. Pozostawiając głosowanie nielicznym zdecydowanym, domagając się idealizmu, dajemy większą siłę jeszcze gorszym od naszych niedoskonałych reprezentantów. Lewica lubi krytykować postpolitykę, wyśmiewając naiwną wiarę we wszechmoc rzekomo bezstronnych organizacji nieuczestniczących w politycznej grze. Ale czy mówiąc, że możemy walczyć politycznie bez wyborów nie składamy hołdu takiej ideologii? Możemy nie pójść na wybory, ale wtedy głos Balcerowicza, Gowina, Kaczyńskiego, Tuska, Terlikowskiego, Rydzyka czy Millera będzie silniejszy. To prawda, po wyborach będzie nam brakować kilkudziesięciu mandatów i kilkunastu punktów procentowych parytetu do przywrócenia godności kobietom. Ale brońmy i takiego stanu, skoro tylko 10 głosów ocaliło jakikolwiek ochłap legalnej aborcji przed klerykalnym zacięciem ultrakonserwatywnych samców o podwójnej moralności. Czy lewicowiec, który swoją biernością odda jeszcze więcej władzy PiS czy PO jest skłonny zapłacić taką cenę?

Możemy z dużą dozą pewności przypuszczać, że mniej więcej połowa Polek i Polaków swojego głosu nie odda. Czy to głos sprzeciwu? To tylko ignorancja. Społeczeństwo jest pasywne politycznie, nie walczy o swoje interesy ani w ramach oficjalnych instytucji, ani poza nimi. To Zawiedzeni, a nie Oburzeni, ponieważ pomimo rzekomo masowego protestu wyborczego, nie organizują się w pracy, nie strajkują, biernie przyjmują zastaną rzeczywistość. Odkąd pamiętam słyszę bzdury o rzekomo kolektywistycznym charakterze Kowalskiego, który wypleni dopiero zbawczy indywidualizm. Ale ta postawa wykształciła się już dawno. Widzę to codziennie, gdy przechodzę przez labirynt psich kup, których nie sprzątają po swoich pupilach moi sąsiedzi. Ich nie obchodzi to, czy w nie wdepnę, tak samo, jak nie obchodzi ich los innych klas społecznych, jak nie obchodzą ich wybory.

PO w swoim prymitywnie wulgarnym spocie ma trochę racji. Nie tylko szalikowcy i obrońcy krzyża pójdą głosować. Także zlęknieni PiS, którzy znowu wepchną do Sejmu pozostałe neoliberalne partie, pomalowane jedynie innym kolorem na wyborczych plakatach, oferując nam rynnę zamiast deszczu, lekko ledwie mniej obciachową. To żałosna postawa, ale i tak przyzwoitsza od bierności ludzi puszczających bąki w kanapę. Co to za problem chociażby pójść wrzucić pustą kartkę do urny: po nowelizacji Kodeksu Wyborczego nieco łatwiej jest to zrobić nawet niepełnosprawnym. Taki głos dopiero jest mocny, o wiele mocniejszy niż gadanie odwiecznego eksperta w każdej dziedzinie: widza polskiej telewizji.

Mimo wszystko wolałbym, aby posłem został nie tylko „obrońca życia” Bolesław Piecha, ale także Marek Balicki. Nie mam złudzeń, ale boję się, że nasza ignorancja przyniesie coś jeszcze gorszego. To lęk przed czymś o wiele groźniejszym od Jarosława Kaczyńskiego, bo co to za różnica między Gilowską i Rostowskim. Rewolucji na horyzoncie nie widać i z pewnością nie zorganizują jej narzekacze, którzy nie mają nawet odwagi ruszyć tyłka i sprzątnąć po swoim po psie. Bądźmy od nich odrobinę lepsi, nawet jeżeli wybór jest mocno niedoskonały. Albo miejmy chociaż odwagę oddać pusty głos zaznaczywszy to wyraźniej niż w komentarzu na portalu internetowym, co ma z protestem tyle wspólnego, co uczestniczenie w demonstracji na Facebooku przy nieobecności na niej w realu.
Politycy dla kobiet: za, a nawet przeciw
2011-09-23 13:52:07
Kampania w toku. Premier postanowił dać argumenty swoim fanatycznym, jeszcze bardziej prawicowym przeciwnikom, porównującym PO do PZPR. Tak jak niegdysiejsi I sekretarze objeżdża kraj zbierając żale rodaków. Nie wiem czy bardziej oberwie za głosy rozgoryczonych czy zyska jako ojciec narodu wsłuchujący się uważnie w jego głos. Wiem natomiast, że ani on, ani konkurencja, nie zaoferują wyborcom nic ciekawego. Sama kampania jest natomiast ciekawa, tzn. na tyle oburzająca, że prosi się o komentarz.

Jak bumerang wraca przy niej wątek kobiet. Dzięki staraniom (ich?) Kongresu udało się wprowadzić 35% parytet na listach wyborczych. Ta pozostałość postulatu emancypacyjnego tylko przypomniała, że sprawy płci pięknej zajmują dużą politykę jedynie przy okazji wyborów. PO licząc na uległość działaczek wobec kierownictwa na kobiety stawia najchętniej, w SLD faceci opanowali nieliczne miejsca biorące. Sytuacji PSL (jedna posłanka w obecnej kadencji) komentować nie trzeba, podobnie jak planktonu partyjnego, natomiast PiS zagrało w znane, seksistowskie karty. Eksponuje grupkę dziewczyn, które będą w kampanii przekonywać, że wolność ich siostrom zapewnią jedynie Kaczyński, Macierewicz i Ziobro. No i moja ulubiona parlamentarzystka, Anna Sobecka.

Ale i partia rządząca podchodzi do kampanii w ciekawy sposób. Jeżdżąc ostatnio po Warszawie oglądam billboardy promujące wszystkie komitety. PO, łamiąc (który to już raz?) własne deklaracje, również korzysta z tego środka przekazu. Na estetycznych reklamach promujących tę partię zobaczymy wizerunki przedstawicielek i przedstawicieli obojga płci. Twarze te towarzyszą hasłu obiecującemu, że teraz PO zrobi jeszcze „więcej”. Mniej czy więcej pieniędzy z Unii?, pytają. Męska twarz: czy pieniędzy będzie więcej na miejsca pracy, żeńską interesuje opieka nad dziećmi. Ugrupowanie Tuska zatem utrzymuje swój wizerunek: partii młodych, przebojowych… mężczyzn i uległych im kobiet. Zgodna z prawdą jest tylko potulność jednej z płci, bo w rzeczywistości statystyczny członek PO to mężczyzna w średnim wieku.

Czy w sytuacji kiedy wszyscy kandydaci wzbudzają pretensje warto głosować? Autorytety zapewniają o swoim rozgoryczeniu. Ryszard Bugaj, dawniej lewicowiec, później doradca wspierającego gospodarczy neoliberalizm Lecha Kaczyńskiego, wypowiada się dla „Gościa Niedzielnego”. To pismo, którego połowa publicystyki dotyczy ochrony rodziny rozumianej na prawicowy sposób. Oznacza to zniewalanie kobiet i hipokryzję maskowania własnych słabości zasłoną konserwatywnej obyczajności. Na łamach tych lżono Alicję Tysiąc i beztrosko szerzono nienawiść do wszystkiego, co niefundamentalistyczne. Bugaj twierdzi, że można rozdzielić lewicę gospodarczą od walki o prawa tych wykluczeń, które prywatnie go brzydzą. Ahoj przygodo, dobre wzorce. Pinochet twierdził, że aby uwolnić rynek należy zdyscyplinować konsumentów za pomocą szwadronów śmierci, a amerykańskie rządy od dekad zalecają deregulację, aby chronić własny protekcjonizm. Chociaż ostatnio ogranicza się to do wydatków wojskowych, bo nawet wewnętrzna sfera socjalna to obrzydliwość, której należy się pozbyć.

Bugaj czerpie z doświadczeń wielkich ludzi, acz wielkim można być też inaczej, wystarczy przeanalizować listę ludzi roku tygodnika „Time”. Nieważne co o tobie mówią, ważne żeby w ogóle mówili… Szkoda, że b. lewicowiec wspiera taką wizję sympatyzując z ruchem negacji praw kobiet do samodzielnego dysponowania swoim życiem. Uważam, że my-faceci-lewicy mamy obowiązek zachować przynajmniej minimum przyzwoitości względem żon, dziewczyn, matek czy babć. Ale niektórzy sądzą, że każda z bliskich nam kobiet będzie najszczęśliwsza, kiedy my z wydętą browarami przeponą będziemy rozprawiać o sprawach ważnych gapiąc się w telewizor. Wtedy one będą tyrać w kuchni, aby te nasze bebechy rozdęły się jeszcze bardziej, byśmy sobie mogli nawijać o lustracji i antyklerykalizmie. Ci faceci są jak antyczni Grecy, którzy rolę kobiet ograniczali do rozrodczości, większą wagę przypisując kontaktom z innymi mężczyznami, także w sferze erotycznej. Bugaj chyba postanowił więc na starość wrócić do korzeni: cywilizacji śródziemnomorskiej. Ale nam, współczesnym Słowianom do antycznej Grecji bardzo daleko. Jeszcze dalej niż zdaniem Tuska jest Zielonej Wyspie do walącej się gospodarki Grecji dzisiejszej.