Jak zostać bohaterem na wzór Owsiaka
2012-01-06 09:38:14
Organizacje charytatywne, zwłaszcza te które mają swoich medialnych liderów, są na Zachodzie już dawno uznane za akcje stricte medialne, promujące swoich założycieli. Ale nie u nas w Polsce- gdzie ich twórcy są uważanych za narodowych bohaterów... W naszym kraju można łatwo zostać takim bohaterem, idąc śladami Owsiaka.

Twierdzi się, że Owsiak ratuje życie, kupując sprzęt do szpitali. Nieważne, że ten sprzęt szpitale mogłbyby zakupić same, gdyby nie było WOŚP, bo przecież kwota którą dysponuje fundacja to tylko tysięczna część kwoty, którą dysponuje NFZ z naszych składek. Ważne, że skoro szpital ma sprzęt od Owsiaka- to znaczy, że to dzięki niemu i tylko dzięki niemu może leczyć dzieci i ratować ich życie.

Na tej samej zasadzie można więc np. zakupić kilka apteczek dla pogotowia ratunkowego. Wzorem WOŚP każdą z nich należy wcześniej oznakować swoim nazwiskiem jako darczyńcy, niech ludzie wiedzą kto ratuje im życie. Od tej pory możemy, podobnie jak Owsiak, uważać się za ludzi którzy uratowali wiele istnień ludzkich...

Potem można nawet się rozwinąć, założyć fundację, ogłaszać zbiórki pieniędzy- kto nie da datku, ten odmówi ratowania życia... Warto więc postarać się o nalepki dla darczyńców- żeby łatwo było odłowić tych, którzy jeszcze nie dali, którzy są bezduszni, bo odmawiają ratowania życia...

Doprawdy, w tym kraju łatwo zostać bohaterem....
Bieda jako "cena postępu" według Gazety Wyborczej
2012-01-03 09:41:22
W Gazecie Wyborczej red. Bojanowski odnosi się do wypowiedzi “eksperta” w radiu Tok FM, który stwierdził, że nie jest możliwym aby w Polsce było aż 2 miliony “pracujących biedaków”, gdyż wtedy nie byłby możliwy stosunkowo wysoki wzrost polskiej gospodarki. Na co redaktor Bojanowski przytacza wypowiedź ekspertki Lewiatana, która mówi że “wzrost gospodarczy powoduje wzrost rozwarstwienia społecznego”- co ma być, wedle tegoż redaktora, zakwestionowaniem stwierdzenia, że wzrost jest niemożliwy przy wysokim poziomie biedy w społeczeństwie. Tym samym autor utożsamia biedę z rozwarstwieniem, co jest ekonomicznie błędne, bo tak być nie musi. Taki pogląd świadczy natomiast o głęboko ideologicznym nastawieniu redaktora z Gazety Wyborczej, w myśl której to ideologii wzrost gospodarczy jest (powinien być, uważa to za normę) generowany poprzez spychanie coraz większej części społeczeństwa w obszar biedy.

W miarę wzrostu gospodarczego rozwarstwienie raczej rośnie, nie znaczy to jednak że poziom biedy także rośnie- zwykle, nawet w bardzo neoliberalnych gospodarkach (także i w Polsce), poziom biedy wraz ze wzrostem gospodarczym maleje, choć wolniej niż to by wynikało ze skali wzrostu gospodarczego. Po prostu bogaci szybciej się bogacą, niż biedni wychodzą z biedy. Model rozwoju, gdzie rośnie gospodarka i rośnie rozwarstwienie, bogaci się bogacą- a biedni biednieją, byłby jawnym ekonomicznym rozbojem. Najwyraźniej jednak redaktor Bojanowski uważałby taką sytuację za normalną...

W tej sytuacji za mniej groźne uważam stanowisko eksperta, który kwestionował istnienie biedy w Polsce na dużą skalę, uzasadniając taką opinię własnymi obserwacjami i sytuacją materialną jego znajomych- gdyż taką opnię można łatwo obalić przytaczając konkretne dane statystyczne. Natomiast groźne jest stanowisko zaprezentowane przez red. Bojanowskiego, będące akceptacją wzrost poziomu biedy, nawet przy wysokim wzroście gospodarczym... Pierwszy ekspert przynajmniej nie akceptuje biedy, wypierając ją ze świadomości- drugi ją całkowicie akceptuje jako “cenę postępu gospodarczego”. Taki pogląd niestety dominiuje w polskich elitach, tym bardziej że promuje go Gazeta Wyborcza, najbardziej opniotwórcze polskie medium...

Swoją drogą liczbę 2 milionów “pracujących biedaków” uważam za zaniżoną, gdyż według danych GUS w Polsce ponad połowa społeczeństwa żyje poniżej minimum socjalnego, które według socjalnych standardów europejskich sytuuje ich po prostu jako biednych.
To nie WOŚP wygrywa z cukrzycą
2011-12-23 17:04:11
Zbliża się kolejny finał WOŚP, więc na mieście pojawiły się plakaty reklamujące akcję. Tym razem WOŚP chwali się tym, że „wygrywa z cukrzycą”- podając, że wydał na ten cel 25 mln (milionów) złotych w ciągu całej swojej działalności. Cały plakat daje do zrozumienia, że po pierwsze WOŚP ma decydujące znaczenie dla walki z cukrzycą w Polsce, po drugie- że tę walkę wygrywa- WOŚP właśnie, swoimi funduszami, w wysokości do tej pory 25 mln złotych. Tymczasem cały ten plakat i jego przesłanie jest kłamstwem, a co najmniej manipulacją. Z cukrzycą w Polsce walczy przede wszystkim NFZ. Już samo porównanie wielkości wydatków mówi samo za siebie- na same paski cukrzycowe NFZ wydaje rocznie 600 mln złotych, czyli ponad 20 razy więcej niż WOŚP na „walkę” a raczej „wygrywanie” z cukrzycą w całej swojej historii! Ponadto na leki dla cukrzyków NFZ wydaje rocznie 1,6 mld złotych, czyli ponad 50x więcej niż WOŚP w całej swojej historii. Dane te można znaleźć pod http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,10536635,Chorzy_na_cukrzyce_beda_musieli_oszczedzac.html. A gdzie koszty porad lekarskich, hospitalizacji, itd. Itp.? To są setki razy większe sumy, niż wydaje WOŚP! Kto więc walczy, albo wygrywa z cukrzycą w Polsce? My wszyscy, całe społeczeństwo- płacąc składki na ubezpieczenie zdrowotne. WOŚP tymczasem przypisuje sobie wszelkie zasługi w walce z cukrzycą, bo to mu umożliwia kontynuowanie działalności i zbieranie pieniędzy

Nie jestem przeciwnikiem działalności dobroczynnej jako takiej, choć uważam że rozwiązania systemowe są lepsze choćby dlatego, że potrzebujący nie muszą żebrać o pomoc. Pomoc potrzebującym powinna być obowiązkiem, a nie odruchem łaskawości… Ale za nieuprawnione i wręcz szkodliwe uważam sytuację, w której WOŚP przypisuje sobie nie swoje zasługi, odbierając je innym. W ten sposób upowszechnia się w społeczeństwie opinię, że system publicznej ochrony zdrowia jest zbędny (skoro WOŚP, wedle swoich plakatów, robi tak wiele, a NFZ tak niewiele albo wcale). Obywatel zadaje sobie pytanie, na co idą jego składki, skoro to WOŚP walczy a nawet wygrywa z cukrzycą? W ten sposób podważa się cały publiczny system ochrony zdrowia- po co go rozwijać czy naprawiać, lepiej zlikwidować- a w jego miejsce powołać może drugą organizację WOŚP i problem finansowania służby zdrowia będzie rozwiązany, a każdy chory znajdzie pomoc ze strony dużych organizacji dobroczynnych? A przecież publiczny system ochrony zdrowia jest kluczowy, decydujący, co widać po przytoczonych danych- zaś działalność WOŚP jest z punktu widzenia całego systemu marginalna, wręcz nieznacząca- choć jej twórca robi taki PR, jakby było na odwrót! Przy wejściu na każdy odział szpitali dziecięcych w Polsce jest tabliczka informująca, że na oddziale znajduje się sprzęt zakupiony przez WOŚP- ale raz że nie tylko sprzęt WOŚPu tam się znajduje, a dwa- że inne koszty działalności szpitala i leczenia znacznie przewyższają jednorazowe wydatki, jakimi są zakupy sprzętu. Znacznie więcej kosztuje personel szpitalny, czy też leki. No ale znowu- panuje w społeczeństwie opinia, że gdyby nie WOŚP, to oddziały dziecięce nie mogłyby działać… Owsiak i WOŚP bynajmniej takich opinii nie dementują, wręcz je umiejętnym PRem upowszechniają….

Działalność WOŚP otoczona jest różnymi mitami i stereotypami, pokazującymi ją jako coś najlepszego nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Tymczasem, jak na tę ogromną skalę organizacyjną, pracę wielu tysięcy wolontariuszy, zaangażowania wszystkich niemalże mediów w Polsce i samorządów organizujących np. koncerty- to wynik zbiórek WOŚP jest mizerny, wbrew obiegowym opiniom i propagandzie samego WOŚP. Kilkadziesiąt milionów złotych to raptem złotówka na obywatela… Więcej w tym szumu i zabawy, niż realnej pomocy na miarę potrzeb ludzi chorych w Polsce… A koszty imprez towarzyszących, nie mówiąc o wymiernej wartości poświęconego czasu- przewyższają zebrane kwoty… I taka jest prawda o całej tej działalności dobroczynnej! Gdyby nie publiczny system ochrony zdrowia, chorzy w Polsce nie mieliby co liczyć na WOŚP, który zresztą wątpliwe żeby się wtedy rozwinął na taką skalę- bo nie miałby takiej instytucji jak NFZ, pod której osiągnięcia może się podszywać!
Rząd beznadziei
2011-11-09 21:20:58
Pierwszy raz po 89 roku Premier rządu będzie obejmował swój urząd przy braku nadziei w społeczeństwie, że wreszcie sprawy Polski dostały się w dobre ręce; że będzie realizowany program, który znacząco poprawi sytuację obywateli i kraju.

Pierwszy raz po 89 roku mało chyba kogo obchodzi, kiedy zostanie powołany rząd, kto wejdzie w jego skład, a już najmniej wszystkich interesuje, co w swoim expose wygłosi Premier… Przecież znakomita większość społeczeństwa pamięta jeszcze expose Premiera Tuska sprzed czterech lat- wtedy wzbudzało zainteresowanie, było pełne obietnic lepszego życia w lepszej Polsce… Wszyscy wiedzą natomiast, jak to się skończyło- na „ciepłej wodzie z kranu”- oto, jak przyznał sam Premier, szczyt ambicji jego i jego rządu…

Prezydent Komorowski powiedział, że „większość wyborców wybrała kontynuację”- zapomniał dodać, że chodzi o kontynuację słabych w gruncie rzeczy rządów, a Premier zachował swój urząd tylko i wyłącznie dlatego, że w kraju nie ma silnej opozycji, która by przedstawiła realną alternatywę, dającą nadzieje na rządy lepsze od tych, które były…
Palikot- prawicowy, nie lewicowy liberał
2011-10-24 13:00:09
Nie wiem po co te tony wydanych przez Krytykę Polityczną książek filozofów i teoretyków lewicy, żeby w pewnym momencie nazwać prawicowego liberała, Janusza Palikota, lewicowcem- nawet z zastrzeżeniem, że tylko „jednonożnym”, jak go nazwał Michał Sutowski z KP?

Odróżnienie lewicowego liberalizmu od prawicowego jest w miarę proste- wystarczy na przykład przywołać kryterium podziału wolności na wolność pozytywną i negatywną. Palikot reprezentuje właśnie opcję wolności negatywnej- zniesienia zakazów. Wolność pozytywna zaś to nie tylko zniesienie zakazów, ale także, a może nawet przede wszystkim, umożliwienie realizacji potrzeb wolnościowych człowieka.

W dodatku u Palikota, konserwatywnego, prawicowego liberała, mamy do czynienia z takim pojmowaniem wolności, które nie szanuje praw i wolności innych. To tak jakby postulat prawa do posiadania i noszenia broni palnej nazywać lewicowością, bo przecież chodzi o zwiększenie wolności…

Utożsamiając lub myląc wolność negatywną z pozytywną, a liberalizm konserwatywny z liberalizmem (jeżeli tak w ogóle można go nazwać) lewicowym, można przecież uzasadnić neoliberalizm… W tej ideologii przecież wolność jest stawiana na pierwszym miejscu- choć jako lewica wiemy, że jest to wolność w praktyce dla nielicznych, dla mniejszości, dla większości zaś oznaczająca zarazem mniej wolności i więcej podporządkowania, wynikającego ze stosunków ekonomicznych. Nie możemy tych na pozór niuansów, a w praktyce ogromnych różnic, nie dostrzegać na lewicy!
Wykluczeni wykluczeni
2011-10-11 15:27:09
Frekwencja w tych wyborach wyniosła 47%. Twierdzę, że pozostałe 53% wyborców nie poszło na wybory, bo nikt ich nie reprezentuje. To są ludzie wykluczeni, i to podwójnie. Bo środowisko wykluczonych w Polsce dzieli się na tych, o których wykluczeniu dużo się mówi, oraz na tych, o których wykluczeniu, a nawet istnieniu, nie mówi się wcale…

Osoby homoseksualne będą miały teraz swojego reprezentanta w Sejmie, w osobie Roberta Biedronia. Bartosz Arłukowicz, minister ds. wykluczonych, zajął się w pierwszej kolejności osobami starszymi- uznając je za osoby wykluczone z dostępu do kultury. W mainstreamowym przekazie dużo też mówi się o wykluczeniu ze względu na płeć. Z chwilą jednak gdy publicznie i powszechnie mówi się o jakimś wykluczeniu, to tak jakby owo wykluczenie przestało obowiązywać. Z wykluczenia kwestia staje się problemem, który się rozwiązuje. Prawdziwe wykluczenie to to, o którym się nie mówi publicznie, a nawet nie zauważa.

Takimi wykluczonymi są w Polsce ludzie ubodzy- bezrobotni, inwalidzi, pracujący na czarno lub oficjalnie ale za niskie stawki, mieszkający z dala od lepszych miejsc pracy w zapomnianych miejscowościach, mieszkańcy rozsypujących się kamienic czynszowych, czy wręcz osoby eksmitowane- i wiele innych osób. O nich nie upomni się Minister ds. Wykluczonych, nie będzie w ich sprawie parad, demonstracji, ruchów społecznych… Owszem Minister zorganizował darmowe wejścia do muzeów- ale nie dla wykluczonych osób starszych, niedołężnych by móc tam dotrzeć, czy mieszkających zbyt daleko…

Dla tych wykluczonych naprawdę, wykluczonych z oficjalnie i jawnie wykluczonych, nie będzie mieć dla nich programu żadna partia polityczna, ani tym bardziej żaden minister. To nie dla nich „Polska w budowie”- oni nie będą korzystać z autostrad, nie pójdą na mecze Euro 2012. Oni nie korzystają ze wzrostu PKB, więc co im po „zielonej wyspie” z dodatnim wzrostem PKB…

To tymi wykluczonymi powinna w pierwszym rzędzie zająć się lewica, a nie tymi „modnymi” wykluczonymi, w których obronę „modnie” jest się zaangażować… Oni czekają na taką lewicę, tych 50% wyborców, oraz spory procent pozostałych, którzy przejmują się ich losem, choćby dlatego, że każdy kiedyś może wpaść do grupy wykluczonych, wykluczonych z pola zainteresowania polskiej polityki...
SLD apeluje o jedność w narodzie
2011-10-05 12:20:48
SLD apeluje do PO, by ta zrezygnowała z emisji spotu wyborczego, w którym pokazuje m.in. awanturujących się „obrońców krzyża”- argumentując, że ten spot „dzieli Polaków”. Ten apel to chyba szczyt realizacji strategii nijakości i bezpoglądowości, jaką SLD prezentuje od czasów kampanii prezydenckiej Grzegorza Napieralskiego. Zwykł on w każdym sporze, w jaki niechcący się wplątywał, mówić zawsze „Usiądźmy przy stole, porozmawiajmy, nie kłóćmy się”. W sprawie OFE na przykład SLD także nie zajęło żadnego stanowiska- poza tym, że „należy wysłuchać wszystkich stron”.

Chociaż nie, można pójść dalej, co niniejszym sugeruję działaczom SLD, szczególnie tym odpowiedzialnym za kampanię wyborczą. Po co się ograniczać, może od razu zaproponować likwidację partii politycznych- bo one przecież dzielą wyborców i Polaków!?!? Niech będzie tylko jedna partia polityczna i wtedy nie będzie żadnych kłótni, żadnych sporów, żadnych podziałów w społeczeństwie! Oczywiście należy także zlikwidować wszelką opozycję wobec tej partii, bo to byłoby znowu dzielenie Polaków, a temu zdecydowanie SLD się sprzeciwia…

Ta postawa pokazuje, jak bardzo SLD nie zmieniło się „kulturowo” od swojej poprzedniczki- PZPR. Owa „kultura”- braku różnorodności poglądów, braku merytorycznych sporów, zakładaniu braku różnic interesów między grupami społecznymi- jest jak widać przekazywana także młodemu pokoleniu polityków tej partii. Nie dziwne więc, że na takim gruncie nie udało się zbudować polskiej lewicy, która jest potrzebna właśnie dlatego, że podziały w społeczeństwie istnieją zawsze i trzeba im zaradzić, a nie uciekać od nich i udawać, że ich nie ma…
Wybory bez wyboru
2011-10-02 20:01:59
Śmieszą mnie te arcypoważne apele, by koniecznie iść głosować, bo przecież „w końcu mamy wolność i wybór”, „to nasz demokratyczny i patriotyczny obowiązek”, „tu chodzi o ważny wybór dla Polski” itd. itp… Apelują szczególnie „autorytety”- z twarzami zatroskanymi o przyszłość kraju… Tymczasem, jak się głębiej zastanowić, w tych wyborach de facto wyboru nie ma, ich wynik jaki by nie był nie wpłynie na życie Polaków i na kraj…

Wyboru nie ma, bo między partiami PO, SLD, PSL i Ruchem Palikota nie ma żadnej różnicy… Nie chodzi rzecz jasna o zapowiedzi i obietnice wyborcze- bo te w warunkach polskich można traktować jako nic nie znaczące, nikogo nie zobowiązujące puste deklaracje… Koalicję, w zależności od arytmetyki sił w nowym parlamencie, mogą bez żadnych merytorycznych przeszkód zawrzeć wszystkie powyższe partie lub ich podzbiór. Efekt jeśli chodzi o rządzenie będzie taki sam, niezależnie od składu koalicji. Rozmowy koalicyjne będą dotyczyć wyłącznie składu personalnego rządu, czyli po prostu podziału stołków.

Pozostaje tylko do rozważenia sytuacja, gdyby PiS sam zdobył większość mandatów w Sejmie (w każdym innym przypadku powstanie koalicja z udziałem PO i bez PiS). Jest to oczywiście sytuacja bardzo mało prawdopodobna, wręcz nierealna. Ale nawet gdyby tak się stało, niewiele by się zmieniło…

Jeśli chodzi o politykę społeczno-gospodarczą, to także PiS niczym nie różni się od pozostałych. Zyta Gilowska, główny autorytet gospodarczy dla PiS i kandydatka tej partii na Ministra Finansów, gdyby wcześniej nie odeszła z PO- za pewne to ona dzisiaj byłaby na miejscu Jacka Rostowskiego...
Jedyna różnica między PiS i pozostałymi partiami dotyczy sposobu sprawowania władzy symbolicznej, atmosfery rządzenia.

Jeśli chodzi o politykę wewnętrzną, gdyby doszło do samodzielnych rządów PiS, z pewnością zaostrzy się kampania antykorupcyjna. Ale kto w Polsce, jaka siła polityczna czy medialna, jest przeciwko walce z korupcją? Chyba nie Gazeta Wyborcza, która swego czasu sama rozpętała w Polsce krucjatę przeciwko korupcji, a Zbigniewa Ziobrę chwaliła jako „gwiazdę” komisji śledczej ds. Afery Rywina? PO nie zlikwidowała CBA, tylko obsadziła go swoimi ludźmi- wcześniej zresztą Donald Tusk akceptował Mariusza Kamińskiego na stanowisku szefa tej sztandarowej instytucji IV RP- do czasu, aż ten „zaszedł mu za skórę”…

W zakresie polityki zagranicznej różnice są jeszcze mniejsze… Z pewnością PiS trochę by pohukał na zagranicznych partnerów Polski, postroszył trochę piórka, poobnosił z narodową dumą- zapewniając Polaków, że twardo broni interesów Polski- ale nie ugrałby tym więcej, niż PO… Co ciekawe, obecny minister spraw zagranicznych, Radosław Sikorski, z powodzeniem pełnił tę funkcję za rządów PiSu- co także pokazuje, jak niewielkie są różnice między PO i PiS.

Tak więc, te wybory nic nie zmienią-dla nas, obywateli Polski- nic realnie, praktycznie. Nie zmieni się więc nic niezależnie od tego, czy pójdziemy do wyborów, czy nie. Prawdziwe wybory w końcu jednak kiedyś nastąpią- obawiam się jednak, że odbędą się one „na ulicy”- a winni temu będą polskie elity, te same które dzisiaj namawiają do wzięcia udziały w wyborach, w których jednak nie proponują żadnego wyboru…
O kompetencjach Zyty Gilowskiej
2011-09-05 19:28:01
Ponownie Jarosław Kaczyński przedstawił opinii publicznej Zytę Gilowską jako największy autorytet ekonomiczny dla PiS. Wygląda też na to, że Minister Rostowski boi się debaty z Zytą Gilowską- używając dla wykluczenia jej z debaty argumentu, że nie może ona brać udziały w debacie wyborczej, dopóki jest członkiem RPP. Czy rzeczywiście więc Zyta Gilowska jest „taka mocna” jako ekonomistka?

Moim zdaniem- nie, wręcz przeciwnie- swoją działalnością jako Minister Finansów, zwłaszcza w końcówce rządów PiS, pokazała że kompletnie nie rozumie procesów ekonomicznych w skali globalnej, które mają zasadniczy wpływ także na Polskę. Otóż pod koniec rządów PiS i jej urzędowania na stanowisku wicepremiera i Ministra Finansów, w Polsce był wysoki wzrost gospodarczy. Jednocześnie Polska miała już wtedy wysoki dług publiczny (choć sam deficyt roczny, inaczej nazywany cyklicznym, dzięki wzrostowi gospodarczemu, był stosunkowo niski). Z perspektywy czasu jest oczywistym, że „mądrze” byłoby wtedy wykorzystać ten wzrost gospodarczy, skutkujący wzrostem dochodów do budżetu, na spłatę części długu publicznej, powodując jego zmniejszenie. A jednak Pani Minister Gilowska postąpiła odwrotnie- postanowiła obniżyć podatki. Przez to dług publiczny dalej narastał, a w kryzysowe w globalnej gospodarce lata weszliśmy z obniżonymi podatkami. No ale przecież Pani Minister Gilowska, ten „niekwestionowany autorytet gospodarczy” jak określił ją poseł Joachim Brudziński, najwyraźniej nie brała w najmniejszym stopniu pod uwagę możliwości nastania globalnego kryzysu finansowego, który odbił się także na polskich finansach publicznych… Okres działalności Zyty Gilowskiej jako Ministra Finansów spokojnie można więc nazwać okresem „radosnej twórczości” w polskich finansach publicznych- przekonaniu, że można „bezkarnie” obniżać podatki bez negatywnych konsekwencji w przyszłości…

Nie można przy tym twierdzić, że kryzys był nieprzewidywalny. Otóż kryzysy, Pani Gilowska powinna to wiedzieć, w kapitalistycznej gospodarce zdarzają się od czasu do czasu. W ostatnich latach nawet coraz częściej… Nigdy więc rozsądny ekonomista nie powinien zakładać nieustannego wzrostu gospodarczego… Niestety żaden ekonomista przed 98 rokiem, rokiem kryzysu, nigdy nie napomknął o możliwości nastania światowego kryzysu finansowego. A przy tym Polska jest uzależniona od zagranicznych rynków zbytu i kapitałowych, dlatego planując jakąkolwiek politykę finansową w Polsce należy brać pod uwagę sytuację globalną… Wzrost gospodarczy, czy wzrost dochodów budżetowych, nigdy nie jest nieprzerwany!

Z drugiej strony jednak Minister Rostowski nie jest od Zyty Gilowskiej merytorycznie lepszy, ogólnie poziom debaty ekonomicznej w Polsce jest niski i na tym tle Zyta Gilowska należy do ścisłej czołówki ekonomistów w Polsce. A do tego ma jeszcze jeden potężny atut- niesamowitą sprawność językową, w stylu „szybciej mówi niż myśli”, ale to na polskie standardy polityczne a zwłaszcza medialne jest wielką zaletą, a nie wadą… Po prostu potrafi ona „przegadać” rozmówcę, niekoniecznie mając odpowiednie argumenty merytoryczne… Dlatego nie dziwię się obawom Rostowskiego, natomiast Prezes Kaczyński mógłby mieć więcej krytycyzmu wobec kompetencji Zyty Gilowskiej, którą można uznać za główną autorkę „filozofii ekonomicznej” Platformy Obywatelskiej… Gospodarczo więc PiS nie jest alternatywą dla PO…
Jak liberałowie walczą z ulgą rodzinną
2011-09-03 19:16:49
Artykuł w Gazecie Wyborczej pt. „Ulgi podatkowe służą najbogatszym” to klasyczny przejaw walki liberałów z ulgą rodzinną, przy użyciu demagogicznego argumentu o tym, że pomoc państwa jest źle adresowana.

Główna tez artykułu jest taka, jak wskazuje sam tytuł, że beneficjentami ulg są przede wszystkim zamożni podatnicy. Tymczasem jest to demagogia z uwagi na fakt, iż „zamożnych” podatników jest ogólnie niewielu- drugą stawkę podatkową płaci zaledwie 1,9% podatników! (http://www.mf.gov.pl/dokument.php?const=3&dzial=149&id=263702)
Dochód pozostałych, czyli ponad 98% podatników, nie przekracza 85 tyś. rocznie (brutto), czyli 6 tyś. netto miesięcznie (dla małżeństwa razem 12 tysięcy netto). Ktoś może powiedzieć, że rodzina z dochodem miesięcznym rzędu 12 tysięcy złotych należy do „najbogatszych”. Dlatego lepiej posłużyć się statystyką sprzed wprowadzenia dwóch stawek podatkowych. W ostatnim takim roku podatkowym, czyli 2009 (dane- http://www.mf.gov.pl/dokument.php?const=3&dzial=149&id=180303) 92% podatników płaciło I stawkę podatkową, czyli ich dochód nie przekraczał 44 tyś. brutto, czyli 3 tyś. netto miesięcznie, a dla pełnej rodziny z obojgiem rodziców- maksymalnie 6 tyś. zł miesięcznie. Owi „najzamożniejsi”, czyli o dochodzie dla rodziny przekraczającym 6 tyś miesięcznie (choć z pewnością trudno przy takim dochodzie mówić o zamożności!) to jedynie 8% podatników.

A zatem w przypadku likwidacji ulgi podatkowej na dzieci- na odebraniu jej samym najzamożniejszym zyska się jedynie 8% kwoty, którą budżet państwa traci na tej uldzie- pytanie więc, czy jest o co walczyć? Pomijając oczywiście fakt, że ulga ma charakter także symboliczny, pokazujący że państwo docenia fakt posiadania dzieci i to nie tylko przez uboższe rodziny… Czy na pewno lepiej będzie, jeśli każda rodzina będzie musiała wykazywać przed urzędami swoje dochody, by uzyskać od państwa wsparcie? Koncepcje lewicowe wcale nie mówią, że państwo powinno wspierać wyłącznie biednych- to raczej koncepcja liberalna- to jałmużna, a nie świadczenie… To tak jakby pensję uzależniać od potrzeb pracownika, a nie jego pracy…

Znamienne, że prowadząc kampanię przeciwko ulgom, Gazeta Wyborcza praktycznie ogranicza się do ulgi rodzinnej. Pomija jednocześnie największą istniejącą ulgę, z której rzeczywiście korzystają bogaci i tylko bogaci- wprowadzonemu przez SLD preferencyjnego podatku liniowego 19% dla przedsiębiorców. Z tego podatku (który jest „opcją” podatkową) korzysta jedynie 5% przedsiębiorców- tych o najwyższych dochodach, bo to dla nich jest ta ulga…
Typowa polska katastrofa...
2011-08-16 12:52:16
Katastrofa smoleńska- rozbicie się samolotu prezydenckiego jest ewenementem na skalę światową- choćby dlatego, że loty rządowych samolotów zawsze były uznawane za najbezpieczniejsze. A jednak to, że tego rodzaju katastrofa wydarzyła się właśnie w Polsce, nie powinno dziwić… Jej przyczyny tkwią bowiem w głęboko zakorzenionych, specyficznych cechach mentalności polskiego narodu…

Polacy cenią i chwalą brawurę, przekraczanie granic bezpieczeństwa, a ganią i uznają za „tchórzostwo” ostrożność, przestrzeganie norm bezpieczeństwa, itp… Taka mentalność przekazywana jest z pokolenia na pokolenie, wpajana od najmłodszych lat każdemu młodemu pokoleniu…

Widać to przecież na co dzień na polskich drogach… Przekraczanie dozwolonej prędkości, niebezpieczna jazda, oficjalnie jest ganiona- ale „po cichu” spotyka się wręcz z podziwem społeczeństwa- podziwem dla odwagi kierowców i ich „umiejętności”. Wpisuje się w to główna teza wygłaszana przez Millera, że w przypadku katastrofy smoleńskiej „podjęto prawidłowe decyzje, tylko źle je wykonano”. Czyli, jak należy rozumieć, jeżeli rozbija się samochód, który jechał 200 km/h, to przyczyną wypadku nie jest decyzja o przekroczeniu dozwolonej (bezpiecznej) prędkości, tylko niedostateczne umiejętność jazdy z taką szybkością?

Załoga samolotu lecącego do Smoleńska, próbując lądować w złych warunkach pogodowych i przy braku systemu ILS, chciała przecież „wykazać się” typowo polską odwagą i brawurą… Gdyby udało im się wylądować- piloci z pewnością dostaliby pochwały i awanse, po raz kolejny dając dowód, że „Polski pilot i na drzwiach od stodoły potrafi wylądować”… Jak nie potrafi- to daje plamę… Piloci innych narodowości mogą sobie pozwolić na takie „tchórzostwo” i „brak umiejętności”, żeby rezygnować z karkołomnej próby lądowania- ale nie polscy piloci…

Tą mentalność widać także w polskiej historii… Choćby w podejmowaniu zrywów z góry skazanych na porażkę- ale nie w oczach Polaków, dla których „nie ma rzeczy niemożliwych”, a jakakolwiek próba racjonalnej oceny własnych sił i szans jest uważana za tchórzostwo…

Niestety z tych tragedii nie potrafimy wyciągać właściwych wniosków… Zamiast zastanowić się nad polską mentalnością i spróbować ją zmieniać, winy szuka się w błędach poszczególnych osób- w przypadku katastrofy Smoleńskiej są nimi piloci, szkoleniowcy, ewentualnie dowództwo jednostki wojskowej. A skoro nie wyciąga się właściwych wniosków, fatalna mentalność leżąca u podstaw przyczyn tragedii pozostaje, należy się więc niestety spodziewać kolejnych, podobnych katastrof w przyszłości…
Kredytobiorcy we Franku- ofiary propagandy sukcesu
2011-08-11 10:05:41
Osoby, które wzięły kredyt w szwajcarskim Franku, a tych osób w Polsce jest aż 700 tysięcy, na kwotę ok. 40 mld Franków (dzisiaj jest to równowartość 160 mld złotych), to ofiary propagandy sukcesu polskiej transformacji…

Bacznie obserwuję rynki finansowe i wydarzenia wokół nich, więc dobrze pamiętam atmosferę, w jakiej Polacy brali kredyty we Franku. Wtedy różnoracy „eksperci” i publicyści ekonomiczni twierdzili, że gospodarka Polska jest prężna, a szwajcarska ociężała i niemrawa. W końcu my budowaliśmy gospodarkę na modłę amerykańską, która wtedy wydawała się ideałem, jedynym godnym naśladowania- w przeciwieństwie do „socjalistycznych” gospodarek zachodniej Europy na czele ze szwajcarską i niemiecką- dzisiaj ostoje finansów Europy a nawet świata…

Dlatego nawet gdy kurs Franka zbliżał się do 2 złotych oni wieszczyli dalszy spadek kursu… Pamiętam dobrze, jak Marek Zuber, brylujący w mediach „ekonomiczny ekspert”, a swego czasu doradca ekonomiczny Premiera Marcinkiewicza, wieszczył że jest bardzo prawdopodobne, że w przeciągu kilku lat euro będzie kosztować 2 złote (a wtedy Frank około 1 złotego)…

Trudno więc dzisiaj mieć pretensje do Polaków, którzy uwierzyli w tę propagandę sukcesu polskiej transformacji i wyboru modelu gospodarczego (bardzo liberalnego, opierającego się na niskich podatkach i niskich płacach, ale co za tym idzie- wysokim deficycie i długu publicznym). Tym bardziej że banki, instytucje zaufania publicznego, w których depozyty gwarantuje państwo, podlegające nadzorowi państwa, ich do tego gorąco zachęcały…

A zatem dzisiaj Donald Tusk, Premier rządu i szef
partii, która wygrała wybory na fali owej propagandy sukcesu, obiecujący „drugą Irlandię” na wyciągnięcie ręki, nie może całkowicie odżegnywać się od pomocy kredytobiorcom… Tym bardziej, że jeżeli kredytobiorcy tego problemu sami „nie udźwigną”, to stanie się on problemem polskiego systemu bankowego, polskiej gospodarki i państwa…
Jak neoliberalizm wywołał światowy kryzys
2011-08-09 10:04:55
Witold Gadomski, pełniący funkcję szefa działu ekonomicznego Gazety Wyborczej, czyli najbardziej wpływowego medium w Polsce (inne media, poza nielicznymi wyjątkami, jedynie powielają lub rozwijają myśli płynące z tej gazety), w swoim tekście „Odpowiedź ” odpowiedział profesorowi Andrzejowi Szahajowi, który wcześniej w tejże gazecie napisał tekst pod wymownym tytułem „Posporzątać po neoliberalizmie”. Gadomski twierdzi, że to nie neoliberalna ideologia jest winna kryzysowi, ale wprost przeciwnie- winne jest państwo, którego aktywności sprzeciwia się przecież neoliberalizm. Pisze więc „Moja teza jest łatwa do udowodnienia. To nie rynki finansowe zmuszają państwa do zaciągania długu, ale politycy i urzędnicy.”. Tymczasem ów „koronny argument” jest całkowicie błędny, wręcz dowodzi czegoś dokładnie przeciwnego: gdyż to, że „politycy i urzędnicy” zadłużają państwo to właśnie wynik neoliberalnej ideologii, która każe im to robić…

To neoliberałowie nawoływali zawsze do obniżania podatków, przymykając jednocześnie oko na rosnący w wyniku tych obniżek deficyt i dług publiczny. Tak robił prawicowy, republikański Prezydent USA George Bush, o którym trudno raczej mówić że był socjalistą, a raczej blisko mu było do neoliberalizmu… Za neoliberalny (liberalno-konserwatywny) uważany jest przecież jego obóz polityczny. To pod jego rządami więc wzrósł znacznie dług publiczny, a jednocześnie obniżano podatki, głównie dla bogatych… Jakie są tego konsekwencje- obserwujemy dzisiaj, w dobie kryzysu finansowego, którego podłożem jest zadłużenie państw…

Podobnie przecież czyniły polskie rządy, w których ministrami finansów od wielu lat są neoliberałowie. To za pełnienia funkcji Ministra Finansów przez Zytę Gilowską, o której także przecież można swobodnie powiedzieć „(neo)liberałka”, nazywana wręcz „Balcerowiczem w spódnicy”- nieustannie rósł dług publiczny, bo zamiast wykorzystać wzrost gospodarczy dla spłacenia części tego długu- wolała obniżyć podatki i to także bogatym (z 40% na 32%, a dolną stawkę obniżono jedynie z 19% na 18%).

Na drugim biegunie mamy natomiast przykłady owej „socjalistycznej” polityki- wysokich podatków i niskiego deficytu budżetowego… Szwecja i Dania mają zrównoważone budżety, w Szwajcarii która dzisiaj jest „przystanią spokoju” dla finansów podatki także nie należą do niskich…

Gadomski zarzuca profesorowi Szahajowi, że „wypowiada kategoryczne twierdzenia o sprawach nieoczywistych, wymagających namysłu i badań”, oraz że „Przede wszystkim zaś nie przejmuje się faktami, zwłaszcza jeśli nie pasują do przyjętych tez.”. Otóż, Panie Witoldzie Gadomski, jest zupełnie na odwrót. To Pan nie uznaje faktów i posługuje się wyłącznie ideologią, oderwany od realiów. Do czego zresztą zdążyliśmy się, jako przeciwnicy neoliberalizmu, przyzwyczaić…

Niestety wygląda na to, że nie argumenty, ale dopiero wielki kryzys finansowo-gospodarczo-polityczny wywołany realizacją neoliberalnych założeń doprowadzi do jej upadku tej obłędnej, fałszywej i tragicznej w skutkach ideologii…
Winę za Smoleńsk "zwalono" na "doły"
2011-07-30 12:10:32
Raport Millera winą za katastrofę w Smoleńsku obarcza w głównej mierze pilotów, a co za tym idzie system szkolenia. W ten oto sposób komisja Millera znalazła „salomonowe” rozwiązanie, kogo obciążyć winą, żeby z jednej strony nie obarczać nią rządu, z drugiej zaś Rosji- żeby nie psuć stosunków z tym krajem, na poprawie których obecnej koalicji zależy…

Tymczasem sam raport Millera pozwala na wyciągnięcie zgoła odmiennego wniosku, co do zasadniczej przyczyny katastrofy Tupolewa- zadanie, przed którym stanęła jego załoga - lądowania we mgle, przy braku systemu ILS na lotnisku, było praktycznie niewykonalne, a przynajmniej obciążone ogromnym ryzykiem, nawet dla świetnie wyszkolonej załogi…

Winę za katastrofę ponosi więc, moim zdaniem, nasz system, za który odpowiada Minister Obrony. Otóż przepisy, regulamin lotów- powinny jednoznacznie zabraniać nawet prób lądowania w takich okolicznościach. Koniec kropka, żadnych pytań do „dysponenta lotu” czy „głównego pasażera”- skoro na lotnisku panują fatalne warunki pogodowe a nie ma systemu ILS, to obowiązkowo samolot powinien odlecieć na inne lotnisko.

Szukanie winnych powinno iść właśnie w tym kierunku, ale tak się nie stanie z oczywistych powodów- nikomu na tym nie będzie zależało, bo taki stan rzeczy trwał od wielu lat, przez wiele różnych kadencji koalicji rządowych. Najłatwiej winę zrzucić „na doły”- na pilotów i na tych, którzy ich szkolili…
Masakra w Norwegii- raczej szaleństwo, niż terror...
2011-07-27 13:44:30
Przeglądając zalew publicystycznych tekstów napisanych „na gorąco”, zaraz po masakrze w Norwegii, sam miałem ochotę napisać swój tekst, jednak się powstrzymałem. Pomyślałem, że nie popełnię tego błędu, co inni publicyści, którzy zbyt szybko zajęli jednoznaczne stanowisko w sprawie oceny tego tragicznego wydarzenia. Ich teksty przeważnie odnosiły się do warstwy ideologicznej, na którą powoływał się sprawca masakry. Takie podejście jednak, z perspektywy kilku dni, które upłynęły od dnia masakry, dni które pozwoliły na „ochłonięcie” od emocji i spojrzenie na sprawę bardziej racjonalnym spojrzeniem, wydaje się błędne i prowadzące do błędnych wniosków.

Bardzo szybko zdecydowana większość publicystów postawiła na problem agresywnej antyislamskiej ideologii prawicowej. W odpowiedzi prawicowi publicyści wskazali, co jest uzasadnione, że podobnie „agresywne” ideologie głoszą przynajmniej niektóre odłamy lewicy. Obie strony jednak mylą się, przypisując ideologiom zasadnicze znaczenia dla sprowokowania sprawcy do dokonania masakry. Argument na obalenie tej tezy jest bardzo prosty- przecież niemal wszyscy zwolennicy tych ideologii nikogo nie zabili! Czyli musiał istnieć dodatkowy czynnik, żeby doprowadzić do tregedii…

Mylą się także ci publicyści, którzy czyn Breivika uznają za równoważny czynom islamskich terrorystów, tyle że wymierzony w drugą stronę. Czym innym jest bowiem czyn, dokonany w ramach ideologii, która sama w sobie zawiera nawoływanie do terroru, dla której terror jest centralnym i zasadniczym składnikiem ideologicznym, a czym innym czyn, dla którego jakaś ideologia jest tylko „uzasadnieniem”. Poza tym co innego, gdy czyny terrorystyczne w ramach danej idelogii są powtarzalne, dokonywane przez większą grupę osób, odpowiednio i metodycznie szkolonych do tego, wreszcie gdzie sprawcy sami świadomie giną (w imię „zbawienia”), a co innego, gdy sprawca działa w pojedynkę lub w bardzo wąskim gronie (jak w zamachu w Columbine, dokonanym przez dwóch nastolatków), co wskazuje na osobliwy charakter czynu, wynikający ze specyficznych cech psychicznych sprawcy.

Nie twierdzę, że ideologia nie miała wpływu na sprawcę- nie była ona jednak czynnikiem zasadniczym, a nader wszystko- czynnika takiego nie da się wyeliminować, no bo przecież nie zakażemy głoszenia pewnych radykalnych poglądów politycznych (obojętne lewicowych czy prawicowych) czy religijnych tylko dlatego, że czasem jacyś „szaleńcy” powołają się na nie, dokonując zbrodniczych czynów. W takiej logice należałoby zakazać bardzo wielu innych rzeczy, bo tak wiele jest powodów, dla których szaleńcy dokonują zabójstw, a które dla wszystkich „normalnych” ludzi bynajmniej powodem do zabójstwa czy agresji nie są…

Dochodzimy więc do sedna sprawy- do problemu funkcjonowania w społeczeństwie osób o patologicznej psychice. Pytanie brzmi, jak takie osoby identyfikować, a następnie w jakiś sposób obronić przed nimi społeczeństwo. Oczywiście wszystko to musi uwzględniać zasady swobód obywatelskich. Problem jest przecież nienowy… A jednak istnienie internetu ten problem potęguje. Internet jest bowiem niejako „katalizatorem” tego rodzaju zdarzeń. Internet ułatwia dostęp do radykalnych ideologii, a także, jak widać w przypadku masakry w Norwegii, umożliwia na przykład zapoznanie się z „domowymi” metodami wytworzenia bomb służących zamachom.
Na marginesie, to masakra w Norwegii bardzo przypomina niedawną przecież w Polsce sprawę zabójstwa Marka Rosiaka w biurze poselskim, tyle że na znacznie większą skalę. Tam także mieliśmy do czynienia z „szaleńcem”, który w ramach pewnej ideologii chciał zabić „znienawidzonego” przywódcę partii politycznej (wiadomo, że Breivik także chciał zabić aktualnego premiera oraz byłą Panią Premier ze znienawidzonego obozu politycznego).

Kraje skandynawskie przodują w rozwoju społecznym i ekonomicznym na świecie, co wiąże się jednak z tym, że pewne problemy występują u nich zanim pojawią się gdzie indziej. Mam jednak nadzieję, że znajdą oni sposób na rozwiązanie problemów, które ujawniły się przy okazji masakry w Norwegii…
Pogodzeni z losem
2011-07-15 13:24:05
Według ostatniej „Diagnozy społecznej” prof. Czapińskiego, aż 80% polskiego społeczeństwa uważa się za ludzi „szczęśliwych”. Mainstreomowe media od razu uznały ten fakt za dowód na to, że neoliberalny kierunek polskiej transformacji okazał się sukcesem uznawanym nie tylko przez elitę, ale także znakomitą większość społeczeństwa, i że tak naprawdę nie ma na co narzekać, bo polskie sprawy szły i idą w dobrym kierunku. Słowem- „jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej”. Tymczasem wynik badań prof. Czapińskiego nic takiego nie oznacza.

Zacznijmy od tego, że w badaniu zadawano pytanie o „poczucie szczęścia”. A przecież szczęście jest pojęciem filozoficznym, a nie ekonomicznym czy nawet społecznym. Można mieć przecież poczucie szczęścia nawet będąc ekonomicznie biednym. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, kiedy jednostka poddana jest wpływom ideologicznym czy religijnym. Religia katolicka mówi wręcz, że biednemu łatwiej będzie uzyskać zbawienie, a przecież Polacy to naród w większości katolicki… Wpływy religii jednak są coraz mniejsze. Dochodzą jednak wpływy ideologii neoliberalnej. Ta mówi z kolei, że podział na biednych i bogatych jest sprawiedliwy i należy się z nim pogodzić, zaakceptować go, a nawet pochwalać. To „pogodzenie z losem”, tym w wymiarze ekonomicznym, pozwala oprzeć ogólną ocenę swojego życia według innych jego aspektów, z pominięciem aspektu ekonomicznego, materialnego. O tym mówi „Diagnoza społeczna”- Polacy opierają swoje „poczucie szczęścia” np. na ocenie życia rodzinnego.

Znamienne, że „Gazeta Wyborcza” wydała niedawno poradnik „jak żyć”, w którym promuje m.in. filozofię zadowalania się „małymi rzeczami”. Pani filozof mówi, jak wielkim szczęściem było dla niej dostać kwiatek od redaktora… Jeden z aktualnych polskich przebojów brzmi w refrenie: „Cieszmy się małymi rzeczami/bo w nich szczęście zapisane jest”. Słowem- Polakowi do szczęścia ma być potrzebne nie np. wygodne mieszkanie czy dobrze płatna praca, ale drobne rzeczy, najlepiej bez wartości materialnej, tzn. takie które nic nikogo nie kosztują.

Do pełnego obrazu wpływów głównych prądów ideologicznych, których wypadkową jest „poczucie szczęścia” większości obywateli, należy dodać ideologię narodową. Jarosław Kaczyński, w swoim krytycznym wobec rządów Tuska tekście, wytyka szereg mankamentów społecznych i gospodarczych Polski, ale to co proponuje to przede wszystkim „duma z Polskości”- realizowana m.in. poprzez celebrowanie polskiej historii, ze szczególnym wyróżnieniem powstań i aktów martyrologicznych, które mają stawiać polski naród ponad innymi narodami, niezdolnymi do takich poświęceń… Innymi słowy- Polak może być nawet biedny, ale dumny z polskości i swojej historii, i to poczucie dumy ma mu zapewnić w ogólnym rozrachunku poczucie szczęścia….

W wywiadzie jakiego prof. Czapiński udzielił „Polityce” mówi on, że Polacy mają także coraz mniejsze oczekiwania co do swojej przyszłości. Jeszcze kilka lat temu oczekiwali oni wzrostu swoich dochodów w najbliższych latach o połowę, obecnie już tylko o 1/3. A wiadomo, że im mniejsze oczekiwania- tym łatwiej je spełnić, a także mniejsza frustracja w przypadku ich niespełnienia…

Ogólnie więc biorąc, w wymiarze ekonomicznym, Polacy są coraz bardziej zadowoleni z coraz mniejszych „osiągnięć”, a także mają coraz mniejsze oczekiwania co do „osiągnięć” w przyszłości. Są pogodzeni z teraźniejszością, od przyszłości zaś nie oczekują wielkiej poprawy- w końcu zadowoli ich nawet stabilizacja, a na ewentualną porażkę są mentalnie przygotowani jako coś nieodłącznie związanego z kapitalizmem i demokracją, w wersji neoliberalnej. Kompensację różnych niepowodzeń w życiu Polacy szukają w Kościele lub w oglądaniu seriali, które w Polsce cieszą się niebywałą popularnością. Pozwalają one niejako „zaliczyć” szczęście w sposób „wirtualny”.

To jednak bynajmniej nie jest wesoły obraz kondycji polskiego społeczeństwa, lecz smutny. Tym bardziej smutny, że nie daje wielkiej szansy na poprawę tego stanu rzeczy- gdyż to właśnie niezadowolenie z własnego położenia jest motorem zmian na lepsze, m.in. poprzez przemiany polityczne... Zadowolenie zaś, choćby oparte na fałszywych, ideologicznych przesłankach, oznacza trwanie w złym położeniu…
Balcerowicz- demagog i populista
2011-03-15 14:06:58
Profesor Leszek Balcerowicz jest osobą, którą charakteryzuje kompletny brak krytycyzmu wobec własnych poglądów, wręcz przekonanie o własnej nieomylności. Z jego punktu widzenia więc każdy, kto głosi poglądy odmienne od jego- jest demagogiem i populistą. Tymczasem jest dokładnie na odwrót- analiza merytoryczna poglądów głoszonych przez prof. Balcerowicza wskazuje, iż to on jest właśnie owym demagogiem i populistą, choć zapewne nieświadomie (i to jest, niestety, nieszczęście- w myśl zasady, że głupota jest gorsza od złej woli- głupotą człowiek czyni zło i jeszcze ma przekonanie, że czyni dobrze, więc czyni to zło bez wytchnienia…).

Dzisiejsza konferencja prasowa Leszka Balcerowicza i jego fundacji FOR pełna była właśnie takich fałszywych, demagogicznych tez.
Przeanalizujmy po kolei najważniejsze z nich.

Leszek Balcerowicz stwierdził, że „pieniądze w OFE to inwestycje”- w przeciwieństwie do pieniędzy pozostawionych ZUSowi czy wydatkowanych na administrację publiczną. Jest to nieprawda. Prawda bowiem jest taka, że 2/3 środków które do tej pory wpływały do OFE było natychmiast przekazywanych do skarbu państwa (w zamian za obligacje), a stamtąd do ZUS na wypłatę emerytur! Dokładnie bowiem o taką kwotę, jaką ZUS przekazywał w imieniu przyszłych emerytów do OFE, musiało zadłużyć się państwo, żeby z kolei przekazać brakujące środki do ZUS na wypłatę emerytur. Innymi słowy, Panie Balcerowicz, nie ma różnicy z punktu widzenia wielkości inwestycji, czy 2/3 składki pozostałoby w OFE, czy też w ZUS według obecnie proponowanych przez rząd zmian. Argument którego Pan użył- jest całkowicie fałszywy i demagogiczny.

Nie wspomnę już o tym, że po drodze OFE „kasuje” swoją prowizję od pieniędzy, które i tak wracają do ZUS na wypłatę emerytur- trudno mówić, żeby owe prowizje stanowiły „inwestycję w przyszłość”… Już lepiej, żeby zaoszczędzone na prowizje pieniądze wydać na poprawę wyposażenia szkół, to byłaby dobra inwestycja!

Dużo miejsca Leszek Balcerowicz przeznaczył na krytykę wydatków na administrację. Twierdził, że to te wydatki odpowiadają za deficyt publiczny, a nie wydatki na OFE. Zamiast jednak porównywać obie pozycje- porównał tylko przyrost składki do OFE z przyrostem wydatków na administrację w przeciągu kilku ostatnich lat. To jawna manipulacja danymi! Nie pierwszy raz zresztą Balcerowicz stosuje tę manipulację- myląc deficyt ze wzrostem deficytu. Z tytułu wpłat do OFE deficyt nie rośnie, ale stanowi jego strukturalną część i z roku na rok powiększa dług publiczny! Problem z OFE i w ogóle finansów publicznych to przecież głównie problem długu publicznego, a w mniejszym stopniu deficytu (który zwykle ma charakter cykliczny- zależny od cyklu koniunkturalnego, na który rząd ma niewielki wpływ).

Leszek Balcerowicz stale powtarza, że im mniejsze wydatki publiczne- tym większy wzrost gospodarczy. Uważa to, jak zwykle, za coś oczywistego i niepodważalnego. Tymczasem przecież nie zawsze tak jest. Dobrze skonstruowane wydatki publiczne mogą jak najbardziej sprzyjać rozwojowi, a nawet są dla niego niezbędne- choćby jeśli chodzi o infrastrukturę czy edukację. Ulgi rodzinne czy wydatki socjalne kierowane do rodzin są korzystne dla gospodarki w dłuższej perspektywie (trzeba tylko umieć myśleć długofalowo- Panie Balcerowicz!), a wydatki socjalne mogą zapobiegać utrwalaniu i dziedziczeniu biedy, która na pewno nie sprzyja rozwojowi gospodarczemu.

Bardzo często Leszek Balcerowicz posługuje się pojęciem „zamożności społeczeństwa”. Pisał jakiś czasem temu w Gazecie Wyborczej, że „cięcia wydatków powodują szybszy wzrost gospodarczy co z kolei powoduje wzrost zamożności społeczeństwa”. Tymczasem tak jak wyżej wykazałem- cięcia wydatków ani automatycznie nie zwiększają wzrostu gospodarczego, z kolei jeśli chodzi o wzrost zamożności- to nie jest on przecież równomierny. Wręcz często wzrost zamożności jednej grupy społecznej jest osiągnięty poprzez zubożenie innych grup- tak się dzieje w krajach III świata i w Polsce, bo taką politykę społeczno-gospodarcza promuje m.in. Leszek Balcerowicz. Nie wierzmy więc w tę demagogię- uprawianą zresztą także przez obecnie rządzącą ekipę- że wzrost gospodarczy oznacza automatycznie wzrost poziomu życia całego społeczeństwa (hasło „By żyło się lepiej- wszystkim” w ustach liberałów jest po prostu fałszywe).

Tego rodzaju manipulacji danymi i pojęciami w głoszonych przez Leszka Balcerowicza jest co niemiara. Liczy on zapewne na czar swojego autorytetu- do tej pory przecież nikt nigdy nie śmiał podważać poglądów głoszonych przez tego „guru ekonomii”, w swoim czasie „kandydata do ekonomicznej nagrody Nobla”… Poza tym ma wsparcie najbardziej opiniotwórczej polskiej gazety- Gazety Wyborczej, gdzie szefem działu ekonomicznego jest jego wielbiciel, autor hagiografii- Witold Gadomski. Także i on nierzadko posuwa się do demagogii, żeby wesprzeć swego ulubieńca. Pytał on niedawno retorycznie, dlaczego rząd nie likwiduje OFE w całości, skoro uważa je za zło- chociaż sam zdanie wcześniej przyznał, że rząd uważa, że w części składki która była inwestowana na giełdzie (1/3) nie był on zły… I właśnie tę część składki pozostawia, co jest jak najbardziej logiczne…

Wygląda jednak na to, mam taką nadzieję, że obecnie mamy do czynienia z obalaniem mitu nieomylności Leszka Balcerowicza- stąd taka jego nerwowość. Obalenie tego mitu jest warunkiem koniecznym (choć to nie wszystko, co jest do zrobienia), by polska polityka społeczno-gospodarcza wreszcie obrała właściwy, pro-rozwojowy i sprawiedliwy społecznie kierunek…
Zła, nielewicowa propozycja SLD w sprawie becikowego
2011-02-27 15:53:11
Propozycja SLD, żeby pozbawić „becikowego” rodziny, w których dochód na osobę przekracza dokładnie 2015 zł, a za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze sfinansować wzrost tego świadczenia dla rodzin najuboższych- to złe rozwiązanie i wcale nie-lewicowe, wbrew temu co się SLD wydaje.

Nowoczesna polityka społeczna odchodzi od uzależniania wypłacania świadczeń od sytuacji ekonomicznej beneficjentów. Na pozór może się to wydawać nieracjonalne, bo przecież po co dawać jakiekolwiek świadczenia osobom dobrze sytuowanym czy wręcz zamożnym? Zauważmy jednak, że tych zamożniejszych jest w społeczeństwie mniejszość (skoro większość społeczeństwa żyje poniżej minimum socjalnego). Oni też płacą dużo wyższe podatki do państwa- tak więc jeśli dostaną od niego jakieś świadczenia, to i tak „per saldo” czy „netto” są płatnikami na rzecz państwa i uboższych obywateli…

Brak kryterium dochodowego, czyli powszechność świadczeń, pozwala uniknąć wielu problemów z którymi wiąże się system wypłaty świadczeń uzależniony od dochodów:

1. Unikamy problemu weryfikacji prawa do świadczenia- odpada nam cała praca administracyjna z tym związana.

2. Unikamy problemu ukrywania dochodów, a więc i unikania opodatkowania, tak żeby zmieścić się w granicach dochodów uprawniających do świadczenia.

3. Unikamy problemu… unikania pracy, żeby nie stracić prawa do świadczenia. Problem, z którym aktualnie walczy rząd Wielkiej Brytanii- w której właśnie na skutek złego systemu wypłacania świadczeń, gdzie ich wysokość zależy od dochodów beneficjentów, doszło do sytuacji że nie opłaca się podejmować pracy, bo wtedy straci się zasiłki które są niewiele niższe od pensji albo czasem wręcz wyższe!

4. Unikamy stygmatyzacji biorących świadczenie jako „żyjących z pieniędzy zaradnych”- skoro również i ci zaradni mogą liczyć na świadczenia w pewnych sytuacjach. Gdyby świadczenia miały być tylko dla niezamożnych- to może i szkoły publiczne powinny być tylko dla niezamożnych? Przecież to byłoby niedobre rozwiązanie, prowadzące do tworzenia „gett”- osobnych dla biednych i bogatych. Albo może policja ma chronić tylko biednych, bo bogaci powinni wynająć sobie prywatną ochronę?

Nader wszystko- system taki staje się prosty i przejrzysty. Zrównuje obywateli w zakresie ich praw i obowiązków wobec państwa. Wszyscy płacą podatki- wszyscy mają prawo do poszczególnych świadczeń ze strony państwa.

Zwłaszcza jeśli chodzi o becikowe, świadczenie wypłacane z okazji urodzenia dziecka- powinno być ono powszechne. Tym bardziej ze względu na niewielką jego wysokość- 1000 zł, ma ono bardziej znaczenie „symboliczne” niż miałoby w jakikolwiek sposób przynieść finansową ulgę uboższym rodzinom. To element polityki demograficznej państwa, a nie socjalnej. Ważny gest pokazujący, że państwu zależy na tym, żeby w Polsce rodziły się dzieci, i że jest gotowe w związku z tym wspierać rodziny, także finansowo.

Odebranie tego świadczenia kilku procentom najlepiej sytuowanym rodzinom w Polsce naprawdę nie poprawi sytuacji ubogich rodzin. Jeżeli SLD chce być lewicą nie tylko z nazwy- to powinno opracować kompleksowy program rozwiązań, jak wspomóc ubogie polskie rodziny. Propozycja zaś, by rzucić im „ochłap” w postaci 500 zł, dzięki odebraniu becikowego bogatym- nie jest rozwiązaniem satysfakcjonującym ani dla biednych, ani dla bogatych…

Solidarni w Europie- liberalni w kraju
2011-02-26 12:52:41
W wywiadzie dla Gazety Wyborczej Janusz Lewandowski, unijny komisarz ds. budżetu, przedstawia argumenty na rzecz utrzymania solidarnościowych funduszy unijnych, z których wydatną pomoc czerpie m.in. Polska. Mówi o tym, że dzięki tej pomocy korzysta także bogata część, ta która finansuje ową pomoc, gdyż dzięki niej biedniejsze kraje rozwijają się szybciej, stanowiąc coraz większy rynek zbytu dla produktów z bogatszych krajów. Jednym słowem- pomaganie biednym opłaca się bogatym. Co za piękne, racjonalne uzasadnienie solidaryzmu między biednymi i bogatymi, w tym wypadku- całymi narodami.

Tymczasem w kraju ci sami liberałowie i koledzy z ich opcji politycznej prezentują zgoła odmienne zdanie, jeśli chodzi o politykę społeczno-gospodarczą. Tak jak podzielona jest Europa na starą, zamożną i nową, ubogą- tak samo nasz kraj jest dziś podzielony: na garstkę zamożnych i resztę społeczeństwa, z którego większość żyje poniżej minimum socjalnego. Ale wobec tego podziału polscy liberałowie, a europejscy solidarnościowcy- są już liberalni. Głoszą i realizują poglądy, że pomaganie biednym to „odbieranie im motywacji do pracy”, „uczenie życia z pomocy, a nie z własnej pracy”, „wyrzucanie pieniędzy w błoto”, z drugiej zaś strony- „zamach na pieniądze zaradnych, by nakarmić leniwych”, itd. itp…

Skąd taka dwulicowość i niekonsekwencja polskich liberałów? To raczej wynik braku poglądów w ogóle- zawsze głosiłem, że polscy liberałowie to de facto ludzie bez żadnych wypracowanych poglądów, bo polski liberalizm jest prymitywny a wręcz prostacki, niepoparty żadną głębszą refleksją i przemyśleniami. Obowiązuje więc prymitywna „filozofia”, odpowiednik filozofii Kalego: jeżeli ktoś coś chce od nas, to jest to z gruntu nieuzasadnione, ale jeśli my czegoś chcemy od innych- to wiadomo, że racja jest po naszej stronie. Przy czym w Polsce nie chodzi o to, że ktoś coś chce od samych polityków- ale od szeroko pojętej elity, w tym ekonomicznej, której rzecznikiem interesów w pierwszym rzędzie są polscy liberałowie (świetnie to ujął ostatnio Leszek Miller- „jeżeli komuś obniżać podatki, to przedsiębiorcom”). Słowem, liberalizm w Polsce oznacza de facto nie ideologię, tylko obronę interesów elity, przy kompletnym lekceważeniu potrzeb reszty społeczeństwa…

Oby w toku prac na kolejnym budżetem UE unijni partnerzy Polski nie zechcieli odwołać się do polskiego liberalizmu, kiedy polscy politycy po raz kolejny będą domagać się solidarności na rzecz Polski ze strony bogatszych państw UE…
Lobbystom OFE chodzi o prowizje, nie o przyszłych emerytów...
2011-01-28 13:01:48
Nie bądźmy naiwni- los przyszłych emerytów nie obchodzi właścicieli Powszechnych Towarzystw Emerytalnych, zarządzających OFE i pobierających z tego tytułu sowite prowizje. Nie są żadnymi dobroczyńcami, dlaczego miałby ich ten los obchodzić, dlaczego mieliby angażować się w obronę nie swoich interesów? Podnieśli wrzask i ogłosili akcję „broń emerytur” dopiero teraz, kiedy rząd chce odebrać im łatwy pieniądz z prowizji. Swoją drogą teraz dopiero wychodzi, jak kolejne rządy tolerowały drenowanie kieszeni przyszłych emerytów przez zarządzających OFE… Te zmiany powinny być wprowadzone już dawno, a nie dopiero przy okazji niebezpiecznego zbliżania się wielkości długu publicznego do dozwolonej przez Konstytucję granicy…

Z punktu widzenia zabezpieczenia przyszłych emerytów, bo ten argument jest podnoszony przez lobbystów OFE, nie ma różnicy czy gromadzą środki w OFE, czy na indywidualnych kontach w ZUS. W obu przypadkach mamy bowiem do czynienia nie z odłożonymi wolnymi środkami, ale długiem skarbu państwa wobec przyszłych emerytów. OFE muszą bowiem, zgodnie z ustawą, przekazywać 60% składek od razu na zakup obligacji rządowych. Tak więc 60% środków w OFE to nie żadne „żywe pieniądze” ale zobowiązanie państwa, że będzie w przyszłości wypłacał pieniądze z tytułu posiadania tychże obligacji. Jeżeli państwo dajmy na to zbankrutuje- to nie spłaci obligacji, tak samo jak nie wypełni zobowiązań wynikających z zapisów na indywidualnych kontach w ZUS. A jeśli nie zbankrutuje- to wypełni swoje zobowiązania bez względu na to czy mają one postać obligacji, czy ustawowego zobowiązania.

Nie jest też tak, że pieniądze w OFE należą do przyszłych emerytów i są „nie do ruszenia”, w przeciwieństwie do pieniędzy w ZUS. Otóż tak samo jak to się dzieje obecnie, tak samo w przyszłości, jeśli będą poważne problemy finansów publicznych- państwo może ustawą zmienić przeznaczenie środków zgromadzonych w OFE… Nawet jeśli będą tam nie tylko obligacje, ale i akcje. Może te fundusze znacjonalizować. Albo jak Premier Orban na Węgrzech- dać wybór: jeśli nie zgodzisz się na oddanie swoich środków z OFE państwu, to nie dostaniesz emerytury „z ZUS”… Przyszłych emerytów chroni tylko Konstytucja i sama demokracja. Konstytucja pozwala na odbieranie praw nabytych (obligacje czy zapisy w ZUS są w równym stopniu takimi prawami) tylko w skrajnych sytuacjach, demokracja zaś pozwala odsunąć od władzy tych, którzy będą chcieli w przyszłości zaszkodzić przyszłym lub aktualnym emerytom.

Obecnie proponowane zmiany nie pogorszą finansowo sytuacji przyszłych emerytów, a nawet ją polepszą. Rząd nic im nie odbiera- zmienia tylko formę prawną zobowiązań państwa wobec nich. Jest to podyktowane tylko i wyłącznie faktem, że Unia Europejska w swoich statystykach inaczej traktuje dług państwa wyrażony w obligacjach, a inaczej gdy ma on formę zapisów w ZUS. Przy okazji zaś, i to jest pozytywne w tych zmianach- w dużym stopniu zmniejszy się wartość prowizji wypłacanych zarządzającym OFE, przynajmniej w tej części, w której były one niemal całkowicie nieuzasadnione- czyli w tej, która była inwestowana w obligacje państwowe.

Wolnorynkowcy lubią powtarzać, że w ekonomii „nie ma darmowego lunchu”. Czas by ten darmowy lunch, bardzo drogi, skończył się dla firm zarządzających OFE…