
2011-10-17 10:55:43
Obraźliwy i niemądry jest jednak argument, że młodzi ludzie z liceum, w którym czesne wynosi 800 zł - a więc w domyśle: "bogate dzieciaki" [...] nie mają moralnego prawa protestować przeciwko niesprawiedliwości tego świata. Jest to argument tego rodzaju, który mówi więcej o tych, którzy go używają, niż o młodych ludziach demonstrujących w Warszawie.
Publicyści i blogerzy, którzy tak mówią, zdradzają swoją wizję świata, w którym nie ma miejsca na bezinteresowne działanie. W świecie red. Magierowskiego i Gursztyna byt określa świadomość - w najbardziej prostacki sposób. "Skoro macie to szczęście, że urodziliście się w zamożnych domach, zamknijcie buzie i konsumujcie" - mówią naprawdę protestującym ci krytycy.
Leszczyński słowa te odnosi do krytykujących Marsz Oburzonych redaktorów konserwatywnych gazet i portali typu Rzepa czy wPolityce.pl. Jakże mi głęboko przykro, że identyczne zarzuty formułują także osoby, zaliczające siebie do lewicy, lub do centrum związanego z ideami Solidarności.
Czytam i słyszę komentarze – w mediach, także tych społecznościowych, i z chwili na chwilę rośnie we mnie irytacja na narzekanie, niezadowolenie, określanie młodych mianem hipokrytów, bo ośmielają się iść na manifestację dobrze ubrani i (rzekomo) z iPodem w dłoni.
Nie wiem, jak (i czy w ogóle) chodziły na manifestacje osoby, które takie zarzuty formułują. Ale to już nawet nieistotne, bo prawdziwą hipokryzją jest twierdzenie, że ktoś w wieku nastu – dwudziestu lat nie ma prawa myśleć o tym, jak wygląda na manifestacji. W końcu będą robić zdjęcia – pamiątka na całe życie, świadcząca o uczestnictwie w czymś ważnym, o czym można po latach opowiedzieć dzieciom. W końcu można na takim marszu poznać miłość swojego życia. Czy naprawdę mamy prawo robić zarzut z troski o wygląd?
No tak, bo oni są NIEAUTENTYCZNI. Jak może być autentyczny ktoś, kto dba o wygląd, ma bogatych rodziców i jeszcze na jego manifestację wprosił się Kalisz i Krytyka Polityczna? Kompletny brak autentyczności. Dla niektórych młodzi byliby autentyczni tylko i wyłącznie, gdyby zorganizowali rewolucję. Oczywiście wówczas starsi narzekaliby na rozlew krwi i niszczenie mienia.
W zasadzie, to już sama nie wiem, co muszą zrobić młodzi, żeby ich protest okazał się "autentyczny" i zadowolił wymogi grymaszących starszych pokoleń. Pewnie musieliby być tacy sami, jak starsi "W CZASACH PIERWSZEJ SOLIDARNOŚCI" (celowe wielkie litery, dla oddania powagi i doniosłości). Starsi lubią młodym wypominać brak ideałów i konsumpcjonizm, opowiadać z wyższością, jak to wybierali "być" zamiast "mieć" i dawali się zamykać do więzień za bibułę. A przecież sami ich wychowali!
W rzeczywistości mówią młodym: Protestujcie przeciw temu, co Wam sami zgotowaliśmy, tak, żeby nam się podobało, bo wiecie, to MY wyznaczamy standardy autentyczności protestów, MY za Solidarności to nie byliśmy tak nastawieni na konsumpcję! ...wprawdzie byliśmy na nią nastawieni później, w latach '90 i w takim duchu Was wychowaliśmy, wmawiając Wam, że w nowym systemie, by "być" trzeba też "mieć", ale wy i tak powinniście być tacy, jak MY w czasach "S".
... bo nie chcą sami przed sobą się przyznać, że to ich własny marazm, ich głosy oddawane w kolejnych wyborach, ich poparcie dla prywatyzacji i kapitalizmu doprowadziło do sytuacji, w której ich dzieci nie mają perspektyw na przyszłość. Nie całą winę można zwalić na światowy kryzys. Starsi zostawili młodych samych sobie, a teraz ich pouczają, jak mają protestować, by było to "autentyczne". Tymczasem oni są autentyczni - po prostu są inni!
Najpierw słyszałam tyle narzekania, że młodzi siedzą cicho i się nie organizują, chociaż państwo ich, że tak powiem, dyma; a teraz, gdy się organizują, to że nieautentyczni, że Krypol, że moda, lans i zabawa. Młodzi chyba muszą stanąć na głowie i zatupać rzęsami, żeby ich protest spodobał się rocznikom sprzed 89. Mam tylko nadzieję, że młodzi będą robić swoje, sami wypracują współczesne formy protestu, bo w "starych", jak współcześni młodzi, przestałam już wierzyć, sama będąc zawieszona gdzieś między tymi pokoleniami.
...przechodziłam kilka dni temu koło nowootwartej Starbucks w Gdyni. Przez tafle szkła widoczne było zatłoczone wnętrze pełne 30 - 40 latków.
2011-08-10 13:05:38
Dziś mamy szansę obserwować realizację ustawy kwotowej w praktyce. I cóż widzimy? Majaczy na horyzoncie ponure ucieleśnienie hasła „Polak potrafi”. Bo Polak potrafi obejść każde przepisy, także ustawę kwotową, która dołącza do całej rzeszy polskich ustaw pozostających wyłącznie na papierze.
Praktyką wielu partii stało się lokowanie kobiet na odległych miejscach, niedających szans na parlamentarne ławy. Na tzw. miejscach biorących kobiet jest jak na lekarstwo, nie mówiąc już o „jedynkach”. Kobiety stały się, jak należało się obawiać (i jak obawiała się Partia Kobiet), „zapychaczkami” list, wciągniętymi na nie tylko po to, aby spełnić wymagania ustawy kwotowej. Dla lekkiego zamydlenia oczu dostały wyższe miejsca tam, gdzie wystawiające je partie i tak nie mają większych szans.
Jaskrawym przykładem parytetowych niedostatków jest sprawa SLD. Na 41 list tylko cztery kobiety dostały „jedynki” (mniej niż 10 proc.). Spór między Wandą Nowicką a Pauliną Piechną – Więckiewicz obserwuje od kilku dni cała Polska. Dowiadujemy się, że najpierw przewodniczący Napieralski obiecał Nowickiej „dwójkę” na stołecznej liście SLD, później jednak „trójkę”, a ostatecznie o tym, że to jednak będzie nr 4, Nowicka dowiedziała się z mediów. „Trójkę” tymczasem Napieralski zaoferował Piechnie – Więckiewicz.
Nie wnikam w przyczyny tej decyzji, choć podejrzewam, że istotny okazał się fakt, że Piechna – Więckiewicz do SLD należy, a Nowicka nie. O to jednak trudno mieć pretensje.
To, co uważam za zdecydowanie niewłaściwe, to fakt, że Napieralski doprowadził do sytuacji, w której dwie kobiety spierają się o miejsce na liście wyborczej. Udzielają wywiadów, formułują zarzuty albo się tłumaczą, podczas gdy sam przewodniczący na ten temat konsekwentnie milczy. Podejrzewam, że uniknąłby kompromitacji, gdyby lepiej przemyślał układ osób na liście (zamiast co chwilę zmieniać zdanie), a przede wszystkim – gdyby potraktował kandydatki poważnie. To, w jaki sposób potraktowano Nowicką, poważne się nie wydaje – o zmianach swojego miejsca na liście dowiadywała się z mediów.
W efekcie niepoważnej postawy władz SLD, środowiska, które miały wspólnie popierać listę tej partii, skaczą sobie do gardeł; jedni wspierają Nowicką, inni Piechnę – Więckiewicz, oczywiście prezentując liczne argumenty, mające pokazać wyższość jednej nad drugą, a czasem także wieszając psy na rywalce i dowodząc jej złych intencji. Obserwowane całkiem z boku jest to po prostu żenujące. Cóż, Napieralski kolejny raz nie okazuje się mistrzem PRu, a SLD tak samo nieskutecznie pozuje na partię prokobiecą, jak wcześniej (choćby podpisując pakt z BCC) – na lewicową.
2011-07-26 11:57:31
Otóż trafiłam na frapujący artykuł pod zawierającym się w pytaniu retorycznym tytułem "Majewski się skończył?". W treści takie różne, wiecie, że formuła jego dotychczasowego "Szymon Majewski Show" się wyczerpała, że potrzebują przerwy na odświeżenie programu, że, oczywiście, program kiedyś wróci, ale tymczasem, na jego miejsce, Majewski poprowadzi inne szoł.
Nie pisałabym o tym, gdyby nie to, że to "inne szoł" ma nosić tytuł "ADHD TV". To samo ADHD, inaczej: zespół nadpobudliwości ruchowej z deficytem uwagi, na które cierpi ok. 3 do 5 % dzieci w wieku szkolnym i które jest poważnym problemem dla ich rodzin. To samo ADHD, które utrudnia im codzienne życie, naukę w szkole, nawiązywanie relacji z innymi.
Faktycznie, brzmi niezwykle zabawnie. Właściwie, czemu by tak nie nazwać programu satyrycznego? Kiedy byłam bardzo nieletnia, na topie było wyśmiewanie się z dzieci z zespołem Downa, więc pewnie wtedy Majewski tak nazwałby swój program. Teraz to już trochę passe, przestarzałe i przebrzmiałe. Ale mówi się o ADHD; w zeszłym roku we wrześniu po raz pierwszy obchodzono w Polsce Tydzień Świadomości ADHD, który miał na celu, między innymi, podniesienie w społeczeństwie rzetelnej, bazującej na naukowych faktach wiedzy nt. ADHD, a tym samym zwiększenie zrozumienia i akceptacji dla chorujących na ADHD dzieci (za: kampaniespoleczne.pl).
Zatem jest to coś na czasie. "Kończący się" Majewski może na tym, jakże aktualnym, temacie wypłynąć znów na szerokie wody masowego uwielbienia. Program, w zamierzeniu, ma być rozszerzoną wersją "Rozmów w tłoku", które pojawiały się na koniec "Szymon Majewski Show", a Majewski będzie odgrywać w nim w rolę dyrektora programowego oraz prezesa stacji telewizyjnej. Znów pojawią się wywiady z politykami parodiowanymi przez aktorów. No, po prostu, ubaw po pachy.
Jestem pewna, i nie ma w tym nic odkrywczego, że tak jak żarty z zespołu Downa bardzo szkodziły sytuacji dzieci i dorosłych dotkniętych tą chorobą (i ich rodzinom), tak nadanie nazwy ADHD programowi satyrycznemu zaszkodzi dzieciom cierpiącym na ADHD oraz ich bliskim. A wtedy raczej żaden tydzień kampanii społecznej nie pomoże, bo czym jest tygodniowa kampania społeczna w porównaniu z finansowanym i emitowanym przez medialnego giganta cyklicznym, popularnym programem?
I nie chodzi wcale o to, czy Majewski będzie żartował z ADHD czy nie. Już samo zestawienie nazwy ADHD z czymś śmiesznym, w programie, w którym szydzi się z innych ludzi, zadziała negatywnie. Już teraz słyszy się żarty z ADHD, lub głupie, choć niezłośliwe stwierdzenia w stylu "Stary, ty to masz chyba ADHD", "Czuję się dzisiaj, jakbym ADHD miała". One na pewno nie pomagają, ale, na razie, kryją się gdzieś w warstwie naszej prywatności, nie spotykając się z oficjalnym przyzwoleniem społecznym. Nazwanie tak programu satyrycznego je usankcjonuje i - według moich przypuszczeń – nasili.
I teraz wytłumaczcie dziecku z ADHD lub jego zmęczonym rodzicom, że to "tylko taki żart".
A jeśli nie chcecie tłumaczyć i, zamiast tego, wolicie coś zrobić, dajcie znać TVN, że się Wam to nie podoba: http://www.tvn.pl/static/contactviewers
Ja napisałam tak:
Szanowni Państwo,
piszę w związku z lekturą artykułu: http://www.plejada.pl/3,50472,news,1,1,majewski-rusza-z-agresywna-adhd-tv,artykul.html
Chciałabym zaprotestować przeciwko użyciu w tytule programu satyrycznego nazwy zaburzenia, na które cierpi ok. 3 - 5% dzieci i które utrudnia normalne życie zarówno im jak i ich bliskim. Mój sprzeciw, jako psycholożki i jako człowieka, budzi każda próba wyśmiania problemów osobistych innych ludzi, szczególnie zaś takich, na które nie mają oni wpływu. Zestawienie nazwy zaburzenia z satyrą uważam za głęboko nieetyczne i mogące nieść poważne szkody społeczne. Może to wpłynąć zasadniczo na postrzeganie dzieci z ADHD przez innych i w ten sposób jeszcze pogłębić ich trudną sytuację, na którą we wrześniu zeszłego roku próbowano zwrócić uwagę, organizując pierwszy w Polsce Tydzień Świadomości ADHD. Jeśli kampania ta ominęła Państwa, można o niej przeczytać tutaj:
http://www.kampaniespoleczne.pl/kampanie,1388,niezwykle_zwyczajnie_z_adhd
Liczę, że wezmą Państwo mój głos pod uwagę i, dla dobra osób dotkniętych ADHD, odstąpią od tego pomysłu tytułu.
Z pozdrowieniami
Magdalena Goetz, psycholożka, doktorantka Uniwersytetu Gdańskiego
... I teraz czekam na odpowiedź.
A o ADHD można rzetelnie poczytać np. tutaj: www.adhd.info.pl
PS. Szymon Majewski jest jedną z osób, które same borykały się z problemem ADHD; tym bardziej zaskakujący jest dla mnie taki dobór tytułu.
2011-06-04 21:47:03
Podkusiło mnie, żeby się przekonać, co wartego cytowania szerokiemu odbiorcy powiedziała Cicciolina, więc wzięłam gazetkę i czytam:
- Ta mała k#&*!a przyprawia mnie o zawrót głowy. (...) Był to pierwszy prawdziwy komplement, jaki otrzymałam. Zaróżowiłam się z przyjemności.
Najpierw przepełniło mnie głębokie współczucie dla kobiety, która nie może liczyć na lepsze komplementy. Później nadeszła irytacja i refleksja, by tak rzec, bardziej globalna: po jaką cholerę cytować coś takiego?
Cała masa celebrytów, polityków i prawdziwych gwiazd codziennie produkuje mniej lub bardziej zapadające w ucho cytaty. A mimo to gazety nie cytują na „odprężających” stronach, w otoczeniu krzyżówek, dowcipów i horoskopów np. wynurzeń Mela Gibsona chwalącego antysemityzm lub Charliego Sheena gloryfikującego swój alkoholizm. Jakoś tak się dzieje, że redakcje czują intuicyjnie, że nie są to wartości, które wypada i należy promować. Nie widzą natomiast, a przynajmniej ta jedna redakcja nie widzi, nic złego w promowaniu wypowiedzi informującej wprost, że kobietę można nazywać k***ą, a ona będzie jeszcze szczęśliwa. „Zaróżowiona z przyjemności”.
Nieważne, czy to gwiazdka porno czy nie – takie „niewinne” publikacje zawsze stanowią pretekst dla uogólnień. Polska prasa, z uwagi na polityczną poprawność i wymogi prawa, poważnie podchodzi do kwestii rasizmu, nazizmu, ksenofobii i homofobii; niestety seksizm i instrumentalne traktowanie kobiet nadal ma się całkiem świetnie.
A przecież nie każdą bzdurę warto cytować.
Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy spojrzałam na pierwszą stronę i ujrzałam logo „Metra” (2 czerwca, 2011) należącego do politycznie poprawnej Agory.
2011-05-01 13:31:41
Nie podoba mi się ta próba Kościoła zawłaszczenia 1 maja dla siebie - PRowy zabieg instytucji o upadającym wizerunku. To nie tylko sprytny sposób zagwarantowania sobie, że zawisną flagi, ale też próba wymierzenia ciosu w czytelność przesłania tego dnia i w wartości, które dotąd niósł ze sobą. Nie sądzę jednak, aby ten zabieg zakończył się długoterminowym sukcesem, choć podejrzewam, że dzisiejsza beatyfikacja przedłuży wpływy Kościoła w Polsce o jakieś 5 - 10 lat, zanim ostatecznie zaczną one słabnąć tak, jak osłabły w innych krajach europejskich.
Wszystko przebiegło w iście ekspresowym tempie; proces beatyfikacyjny przyspieszono decyzją papieża, w czym niewątpliwie pomogło to, że Jan Paweł II dwie dekady temu zlikwidował urząd Advocatus Diaboli. Rolę tę próbowała przejąć prasa (przede wszystkim zachodnia, bo w kraju nad Wisłą mało kto odważy się otwarcie skrytykować pochodzącego z Polski papieża), jednak, jak możemy empirycznie stwierdzić, nie zdało to rezultatu. Żadna z dotąd ujawnionych wad tego pontyfikatu nie wpłynęła na ostateczną decyzję Kościoła. Trudno - ważne, że zaczęto formułować tę krytykę, bo nawet jeśli nie zmieni ona poglądów biskupów, z pewnością wpłynie na świadomość społeczną.
Silny konserwatyzm, który wytrącił Kościół z drogi reform, represje wobec teologii wyzwolenia, "nieprawidłowości" Banku Watykańskiego, wreszcie konsekwentne, długotrwałe, świadome tuszowanie ogromu skandali pedofilskich w Kościele – wywoływanych zarówno przez zwykłych księży, jak i powszechnie znanych biskupów – to wszystko nie zachwiało wiarą Watykanu w "świętość" papieża.
W Polsce wszystkie te zarzuty, kładące się cieniem na wizerunku papieża, dla wielu są chyba jeszcze pewną abstrakcją. Żaden z nich nie uderza przecież w "uznane powszechnie wartości". Wiele Polek i Polaków, utożsamiających się z Kościołem, to osoby konserwatywne, zatem konserwatyzm papieża w ich oczach może być zaletą. Teologia wyzwolenia, jeśli komuś w ogóle z czymkolwiek się kojarzy, to chyba tylko z tym okropnym Marksem. A przecież - żeby łączyć lewicową myśl z religią katolicką? Tfu! "Nieprawidłowości" Banku Watykańskiego... Nieprawidłowości? Na kimś w Polsce to robi wrażenie? A pedofilia? W naszym kraju społeczna świadomość, że w ogóle istnieje problem pedofilii wśród duchownych, dopiero niedawno się pojawiła i nadal w wielu osobach budzi albo opór, bo przecież to "nie do pomyślenia" i "pewnie dzieci sobie zmyśliły", albo odruch bagatelizowania cierpienia ofiar i usprawiedliwiania sprawców.
Nie neguję tego, że Jan Paweł II przyczynił się do upadku PRL. Ale w czyim interesie działał bardziej - Polski czy Watykanu? Gdyby zostawił Polskę samą sobie, w efekcie represji i propagandy państwowej, religijność zmniejszałaby się z czasem, a to przełożyłoby się na pozycję Watykanu... Hm. Powiedzmy, że akurat interesy polskie i watykańskie okazały się zbieżne.
Jan Paweł II nie wszystkim jednak kojarzy się z wolnością. Ten sam papież, który "postawił się" władzom PRL, nie kiwnął palcem w sprawie ochrony praw człowieka błagających go o pomoc obywateli krajów Ameryki Łacińskiej. Do samego końca popierał krwawego dyktatora Pinocheta, również wówczas, gdy aresztowano go w Anglii. No, tak – ale Pinochet był przecież po prawej stronie barykady.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że papież Jan Paweł II wcale nie był zwolennikiem wolności – on po prostu był przeciwny temu, co wówczas kojarzyło się z lewicą - nie tylko Związkowi Radzieckiemu, ale też emancypacji społecznej, myśli reformatorskiej – jego stosunek do teologii wyzwolenia, jak sądzę, zdecydowanie na to wskazuje.
Tym bardziej zabawne (poza tym, że irytujące) jest dla mnie ustanowienie datą beatyfikacji dnia 1 maja. Usłyszałam nawet takie humorystyczne wyjaśnienie, że papież zawsze "był blisko" ludzi pracy, więc ta data ma "symboliczny wymiar". Ale czy nie lepszą datą byłby w takim razie Dzień Dziecka? Jeszcze większy "symboliczny wymiar" – głębokiej miłości ludzi Kościoła do dzieci...
2011-02-19 13:42:55
Rok 1937. Konkurs na pomnik Puszkina, który ma stanąć w setną rocznicę jego śmierci.
III nagroda - Puszkin czyta dzieła Stalina.
II nagroda - Stalin czyta dzieła Puszkina.
I nagroda - Stalin czyta dzieła Stalina.
A to?
W Związku Sowieckim ogłoszono konkurs na najlepszy dowcip o Stalinie. Dla zwycięzców przewidziano trzy nagrody: I - 15 lat łagru, II - 10 lat, III - 5 lat.
A to?
- Kolekcjonuję dowcipy o sobie - rzekł Churchill do Stalina- Mam ich cały zeszyt..
- Ja też - odpowiedział Stalin - Mam ich cały łagier....
To teraz wyobraźcie sobie, że policja postanowiła się zająć uczniami szkoły im. Jana Pawła II, którzy umieścili na YouTube filmik, na którym widać, jak jeden z nich, przebrany za papieża, parodiuje zwierzchnika Kościoła w scence przedstawiającej go pozdrawiającego wiernych z papamobilu. Chłopcy dostali już nagany w szkole legitymującej się tak wspaniałym patronem, ale to przecież za mało i policja musi być.
Wszystko dlatego, że w pięknym kraju nad Wisłą, karalna jest obraza uczuć religijnych, pod którą odpowiednio fanatyczne jednostki mogą podciągnąć niemal wszystko, łącznie z tym wpisem i łącznie z kilkoma chłopakami parodiującymi papieża. Za to wielkie przestępstwo można zlądować w więzieniu nawet na dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności.
Okej, 2 lata więzienia to ciągle znacznie mniej niż 15 lat łagru za drwiny z wujaszka Stalina, a nasze więzienia nie są przepełnione obrazoburcami, ale jednak analogie nasuwają mi się same. I nie mówcie mi, że obraza uczuć religijnych to coś innego. To dokładnie to samo.
Czas najwyższy wreszcie pozbyć się tego represyjnego, uderzającego w wolność słowa przepisu. To chore, że przyszło komuś do głowy, żeby ciągać kilku chłopaków po policji i sądach z powodu takiej zgrywy. I chore, że prawo na to pozwala.
Albo bądźmy konsekwentni. Jako kolejny krok, proponuję aresztować kabareciarzy, którzy pozwalają sobie na parodiowanie i drwiny z Boga, świętych, papieży i księży. Spalmy też wszystkie książki poddające w wątpliwość istnienie Boga i zamknijmy ich autorów. Czyż to nie brzmi znajomo? Może czas przestać udawać, że Polska nie jest krajem wyznaniowym?
2011-02-09 16:15:53
Komisja Wspólna istnieje od 1989 roku i od tamtego czasu ma czynny i istotny wpływ na decyzje podejmowane przez kolejne rządy. Wszystkie kolejne rządy, włącznie z SLD, choć trzeba im oddać sprawiedliwość, że ich nadgorliwość w spełnianiu życzeń Kościoła nie miała tak wielkiej siły, jak w przypadku pozostałych. Ostatnio Gazeta Wyborcza (wiem, nie wszyscy tu ją kochacie, ale nic nie poradzę, że akurat ona) zainteresowała się tym tematem. Efektem był szereg publikacji – szczegółowych, podpartych specjalistyczną analizą źródeł – m. in. stenogramów i komunikatów z posiedzeń Komisji oraz opiniami ekspertów z różnych powiązanych dziedzin. Wnioski w zasadzie każą bić na alarm, bo wskazują na to, że Polska, wbrew zapisom w Konstytucji, ma cechy państwa wyznaniowego.
Ze stenogramów posiedzeń Komisji wynika, zdaniem dr Pawła Boreckiego, który razem z Czesławem Janikiem (obaj z UJ) analizował materiały i przygotowuje publikacje na ten temat, że „po 1989 roku Kościół katolicki pełnił funkcję siły współrządzącej państwem”. A przecież chyba nikt z nas nie przypomina sobie, aby partia Kościół Katolicki brała udział w jakichkolwiek demokratycznych wyborach? I weszła w skład rządu?
Komisja Wspólna obradowała po raz pierwszy w 1990 roku. Na pierwszym posiedzeniu tematy były wyraźnie „kościelne”. Powrót religii do szkół, pomoc charytatywna, pierwsze wzmianki o zwrocie kościelnego mienia (przygnębiającym tego efektem jest dzisiejsza, okryta cieniem skandalu, Komisja Majątkowa). Niby wszystko w porządku, tyle że efektem było wprowadzenie religii do szkół publicznych bez jakichkolwiek konsultacji społecznych. Kiedy tę decyzję zaskarżono do Trybunału Konstytucyjnego, strona kościelna wyrażała zdziwienie, że konstytucyjność umów między Kościołem a państwem ma rozstrzygać Trybunał a nie Komisja Wspólna (!).
Minęło ponad 20 lat. W tym czasie Komisja, naturalnie i przede wszystkim, zajmowała się umacnianiem pozycji Kościoła, gwarantując mu w porozumieniach rządowych szereg ulg (w tym zwolnień podatkowych) i przywilejów oraz zwrot dawnych majątków. Jednak poza tym biskupi mieli wyraźny wpływ na kształtowanie się tych obszarów polityki państwa, które z Kościołem się nie wiążą (no, chyba, że ktoś wyznaje zasadę państwa wyznaniowego, wówczas z religią wszystko mu się nierozerwalnie splata), np. na zmiany w systemie edukacji czy kształt polityki rodzinnej i społecznej. Ze stenogramów posiedzeń wynika, że politycy chętnie przyjmowali sugestie i oczekiwania biskupów, byli na nie bardzo podatni, a nawet tłumaczyli się przed duchownymi, kiedy coś szło nie po ich myśli!
A dzisiaj mamy akurat kolejne posiedzenie Komisji Wspólnej. Jeden z głównych tematów rozmów: polska prezydencja w Unii Europejskiej. Zagadnienie nijak nie mające się do sfery wiary. Ciekawe, czego od rządu będzie oczekiwać Episkopat tym razem. W 2003 roku zażyczyli sobie, aby polscy przedstawiciele negocjowali z Unią klauzulę o ochronie życia poczętego. Może to będzie coś podobnego. A może należy liczyć na większy rozmach? Np. Jezus królem Unii?
Wspomniany wyżej dr Paweł Borecki stwierdza, że te obrady są pogwałceniem polskiego prawa; artykuł czwarty ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego, mówi bowiem wyraźnie o tym, co jest przedmiotem prac komisji wspólnej. Polska prezydencja zdecydowanie do tych zagadnień nie należy. Komisja może zajmować się wyłącznie sprawami stosunków między państwem a Kościołem oraz interpretacją wiążących obie strony umów. Niczym więcej.
W tym świetle dzisiejsze obrady Komisji są więc naruszeniem konstytucyjnej i konkordatowej zasady niezależności Kościoła i państwa w swoich dziedzinach. Jak pokazuje analiza dokumentacji z działalności Komisji Wspólnej na przestrzeni lat – nie jest to pierwsze pogwałcenie tych zasad. Prawdopodobnie nie będzie też ostatnim, choć przecież w państwie prawa to niedopuszczalne.
Mam nadzieję, że Kościół Katolicki z siedzibą w Watykanie nie postanowił sobie, że Polska będzie pełnić funkcję „katolickich talibów” dla Europy. Ale ta nadzieja nie jest zbyt głęboka.
2011-02-01 17:13:51
Tymczasem główny nurt polskiej dyskusji politycznej został zdominowany przez kwestię Smoleńska; raport MAK, sztuczna mgła, naciski na pilotów, niekompetencja pilotów, niekompetencja obsługi lotniska, pomniki, mauzolea, Wawel, zimny Lech, spisek rosyjski, spisek polski, spisek, spisek, spisek, Gdzie Jest Krzyż, Bóg, Honor, Ojczyzna.
Daleka jestem od zdziwienia faktem, że coraz więcej ludzi coraz bardziej ma tego wszystkiego dość. Sama mam dość i to już, mniej więcej, od 20 kwietnia. Jestem zmęczona, zniesmaczona i zażenowana. Na przykład tym, że przepychanki fanatyków spod krzyża oglądał cały świat. I tym, że czołowi (niestety!) politycy w moim kraju bez żenady opowiadają we wszystkich możliwych mediach, że prezydenta zabito celowo (cała reszta ofiar jest przecież bez znaczenia) i że Tusk do spółki z Rosją mają „krew na rękach”, co także trafia za granicę i kształtuje tam wizerunek naszego kraju i nas w nim radośnie zamieszkujących. Ale żenuje mnie i irytuje także (a może przede wszystkim) to, że przedstawiciele rządu podejmują tę grę i w efekcie Smoleńsk urasta do rangi absolutnego priorytetu, przyćmiewając całkiem bez sensu wszystkie inne problemy.
Kilka dni temu „Dzień bez Smoleńska” zniknął z Facebooka, wydarzenie zostało odwołane przez jego twórcę. Uzasadnienie było takie, że wydarzenie zaczęło być wykorzystywane jako element rozgrywki, przeciwko której zostało zainicjowane. Politycy PiS komentowali je bowiem jako „nieprzyzwoite i straszne” i zarzucali organizatorom, że są pośrednio lub bezpośrednio inspirowani przez Tuska. A organizatorzy nie chcieli być w ten sposób wmanewrowani w spór, który mieli intencję skrytykować.
Chociaż odwołanie tego wydarzenia przyjęłam z pewnym rozczarowaniem (byłam jedną z tych 100 000 internautek i internautów), to jednak zrozumiałam przyczynę i skonkludowałam, że w takim razie po prostu będę „obchodzić” trzeciego lutego Dzień bez Smoleńska w tzw. własnym zakresie, czyli, w zasadzie, tak jak zwykle, gdyż Smoleńsk od dawna znajduje się na dalekich peryferiach mojej uwagi. W zasadzie ten „Dzień” nie był mi potrzebny, a inicjatywę wsparłam wyłącznie po to, by wyrazić znużenie tematem katastrofy. Podobny bojkot doradzałabym każdemu; uwalnia od negatywnych emocji, chroni przed udzieloną od zwolenników PiS paranoją oraz pozwala zająć się sprawami naprawdę ważnymi. Jak nietrudno się domyślić, szczególnie zalecałabym to rządzącym oraz mediom. Oczywiście, niech sobie prowadzą to śledztwo, niech wyjaśnią i wyciągną konsekwencje, o ile winni żyją. Ale może niech przestaną czynić temat dnia z kolejnych kuriozalnych wywodów Macierewicza.
Generalnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że PiS i PO grają w tę grę, bo jest to obu stronom na rękę. PiS, oczywiście, ma okazję oddać głos swoim najlepszym pieniaczom, by zwrócić uwagę na swoją prawość i sprawiedliwość oraz bogobojność, honorowość i ojczyźnianiość. Całkiem możliwe, że wyłącznie dzięki kwestii Smoleńska wielokrotnie skompromitowany PiS w ogóle jeszcze „na poważnie” liczy się na scenie politycznej. Z kolei PO dostała w prezencie znakomity temat zastępczy, dzięki któremu może unikać wielu ważnych tematów, lub załatwiać je „po łebkach”.
Nie wiem, na ile inicjatywy w rodzaju „Dnia bez Smoleńska” dadzą skutecznie do zrozumienia mediom i politykom, że są sprawy ważniejsze. Ale to w końcu my jesteśmy odbiorcami zarówno mediów jak i polityków. I myślę, że powinniśmy zupełnie na serio rozważyć bojkot, dopóki politycy i media nie zastosują wreszcie właściwej proporcji dla zajmowania się tą sprawą, stawiając na zagadnienia merytoryczne, zamiast, jak dotąd, grać wyłącznie na emocjach dla zwiększenia słupków poparcia czy poziomów oglądalności.
PS. Niedługo po odwołaniu „Dnia bez Smoleńska” pojawiła się na Facebooku inicjatywa „NOWY dzień bez Smoleńska”, z tymi samymi postulatami. Po chwili wahania, czy jest sens zawracać sobie głowę, dołączyłam. Po kilku dniach, wczoraj, okazało się, że „NOWY dzień” jest organizowany, aby wesprzeć Ruch Poparcia Palikota. Dowiedziałam się o tym przypadkiem, ale z wiarygodnego, związanego z RPP źródła. W opisie wydarzenia nie ma żadnej wzmianki o wspieraniu RPP a jednocześnie organizator namawia, aby wyrazić protest, przypinając sobie pomarańczową wstążeczkę. Pomarańczowy to kolor RPP, zatem nowy organizator tego wydarzenia (które początkowo było wyłącznie wyrazem obywatelskiego sprzeciwu), jest już wyraźnie zdeklarowany politycznie i stosuje manipulację. Nie informując uczestników wydarzenia, że pomarańczową wstążką wspierają Palikota, wykorzystuje ich znużenia sprawą katastrofy do własnych, ściśle politycznych celów.
W związku z powyższym nie pozostało mi nic innego, jak się z tego „NOWEGO dnia bez Smoleńska” wypisać. Nie tylko nie mam najmniejszego zamiaru wspierać gospodarczych wizji Palikota i Balcerowicza, ale – przede wszystkim – nie lubię, jak się mnie robi w konia w tak mało wyszukany sposób.
Napisałam o tym w komentarzu pod wydarzeniem, ale – choć był grzeczny i asertywny - wpis został usunięty przez administrację.
Nie nawołuję do bojkotu tego wydarzenia, ale zwracam na to uwagę Fejsbukowiczów, którzy przyłączyli się tak jak ja i których również próbowano oszukać.
2010-11-17 21:46:38
Przemoc w domu rodzinnym, której ofiarą padają mężczyźni, jeszcze do niedawna była (a może nadal jest) tematem tabu – bardzo rzadko przebijała się do mediów, także dlatego, że sami mężczyźni niechętnie przyznają, że cierpią z jej powodu. Chodzi tu głównie o takie sytuacje, kiedy mężczyzna pada ofiarą agresji ze strony żony lub partnerki.
To, że dorosły, normalny facet może być bity przez swoją kobietę, mało komu wydaje się możliwe. To niedowierzanie jest, oczywiście, w prostej linii efektem stereotypów płci. Według nich kobieta jest słaba, zależna, opiekuńcza i pokorna, mężczyzna zaś charakteryzuje się siłą, stanowczością, asertywnością, jest dominujący. Komuś, kto myśli tymi kategoriami, wydaje się zgoła niemożliwe, że krucha, pokorna istota mogłaby być jakimkolwiek zagrożeniem dla „głowy rodziny”.
Najczęstsze reakcje są dwie. Albo niedowierzanie, negacja, „co ty opowiadasz, daj spokój”, albo śmiech i drwiny, nazywanie mięczakiem, pantoflarzem czy cipą. W obu przypadkach konsekwencją jest dystansowanie się otoczenia wobec poszkodowanego mężczyzny, unikanie go i niechęć, wynikająca z tego, że jego sytuacja jest niezrozumiała, „dziwna”, burzy stereotyp, a więc burzy porządek świata. Bity lub poniżany mężczyzna okazuje się rysą na szkle, elementem wywołującym przykry dysonans, widmem chaosu w poukładanym w szufladkach wizerunku świata. Wielu ludzi przyzwyczaiło się do tego, że to rolą kobiety jest bycie poniżaną i maltretowaną w związku, spora część z nich nawet to akceptuje, a część z tej części – wciela to przyzwyczajenie w życie. Ale mężczyzna, który z założenia ma być silniejszy psychicznie i fizycznie od kobiety, kiedy znajduje się w roli ofiary, wydaje się wielu osobom przypadkiem tak kuriozalnym, jak kobieta z brodą w dziewiętnastowiecznym cyrku.
Niestety ten trend społeczny znajduje swoje odzwierciedlenie także w zachowaniu części osób, które powinny nieść pomoc. Poszkodowani mężczyźni, jeśli już przemogą swój wstyd i poczucie bezradności i postanowią iść na policję, nigdy nie wiedzą, czego mogą się tam spodziewać. Podobnie jest z lekarzami, prokuratorami, sędziami, biegłymi... Jedni zrozumieją, ale inni wyśmieją, zbagatelizują, zanegują, zapytają drwiąco, czy zupa była za słona, albo każą się wziąć w garść. Mężczyźni często więc rezygnują na starcie, przecież mają już dość problemów.
Z drugiej strony w ostatnim czasie jest jakby więcej publikacji zwracających uwagę na ten problem, są też dłuższe; nawet kilkustronicowe, obszerne reportaże w opiniotwórczych czasopismach. Często z detalami opisują przeżycia konkretnych (choć z reguły anonimowych) mężczyzn, poniżanych, wyśmiewanych, wyzywanych, opluwanych, popychanych, poszturchiwanych, drapanych, kopanych i bitych przez swoje partnerki czy żony. Pojawianie się tych artykułów spowodowało, że temat zaczął przenikać do świadomości odbiorców. Wyfrunęły pierwsze jaskółki. Z czasem pewnie uda się uświadomić Polakom, że przemoc w rodzinie to nie tylko pobite kobiety i dzieci, ale także mężczyźni. I to niekoniecznie wcale jakieś „ofiary losu”, bo niektórzy z nich to odnoszący sukcesy zawodowe menadżerowie i dyrektorzy, panowie z wyższym wykształceniem, zamożni, obyci, lubiani.
Jeszcze do niedawna przemoc w rodzinie w ogóle była tematem tabu, a wiele osób nie chciało przyjąć do wiadomości, że rodzice mogą krzywdzić własne dzieci. Obalenie stereotypu rodziny jako z definicji pozbawionej wszelkiej patologii okazało się bardzo trudne, ale ostatecznie udało się i dziś stereotyp ten pielęgnują tylko środowiska najbardziej konserwatywne. Łatwiej jednak wszystkim przyjąć, że to kobieta lub dziecko pada ofiarą przemocy, trudniej – że w tej sytuacji może znaleźć się mężczyzna.
Jest to trudne, bo łamie to jednocześnie dwa stereotypy, nie tylko jeden. Pierwszy to stereotyp pozytywny – mężczyzny wraz ze wszystkimi jego „męskimi zaletami”, czyli siłą, odwagą, asertywnością, zdolnościami przywódczymi, autorytetem, zaradnością. Drugi – negatywny, w myśl którego to mężczyzna jest sprawcą przemocy, więc jak może być ofiarą?
Dostępne nam wszystkim statystyki wskazują jednoznacznie, że mężczyźni stosują przemoc częściej od kobiet i rzadziej padają jej ofiarami. Najbardziej wymowne są tu statystyki policyjne, w których około dziesięć razy częściej mężczyzna jest sprawcą, zaś kobieta ofiarą. Trochę bardziej proporcjonalnie po obu stronach rozłożyły się wyniki szeroko zakrojonego badania OBOPu z 2007 roku, które – w przeciwieństwie do policyjnych statystyk – uwzględniło rozdzielnie wszystkie rodzaje przemocy (psychiczną, fizyczną, ekonomiczną i seksualną). Jednak i w tym badaniu mężczyźni mają wyraźną przewagę w stosowaniu wszystkich rodzajów przemocy.
Ponieważ statystyki wskazują, że na przemoc najbardziej narażone są kobiety i dzieci, na nich skupiła się większość działań władz i organizacji pozarządowych. Z myślą o nich otwiera się najwięcej ośrodków pomocowych, grup wsparcia, witryn internetowych i tworzy najwięcej kampanii społecznych (choć, o, zgrozo, ciągle jest tego o wiele za mało!). Z punktu widzenia rozpowszechnienia zjawiska przemocy domowej wydaje się to być słusznym posunięciem. Jednak pominięcie mężczyzn słuszne się już nie wydaje; nie wydaje się też uzasadnione. Owszem, istnieją organizacje (jak np. pogotowie Niebieska Linia) nastawione na pomoc wszystkim ofiarom przemocy (różnej płci i wieku), są też takie, które pomagają przede wszystkim mężczyznom, to jednak nie wydaje się wystarczać. Choć tak naprawdę największym problemem zdają się być właśnie stereotypy, które sprawiają, że z jednej strony mężczyznom trudno się przyznać do bycia krzywdzonymi, z drugiej – że otoczeniu trudno tę krzywdę przyjąć do wiadomości i zrozumieć.
W mediach, w różnych dyskusjach, przypadkiem lub celowo, „obozy” kobiece i męskie w kontekście przemocy domowej bywają antagonizowane, jakby stały po przeciwnych stronach barykady. Tymczasem barykada nie przebiega między kobietami a mężczyznami, ale między ofiarami i sprawcami, a patrząc jeszcze szerzej: między osobami przeciwnymi przemocy i tymi, którzy ją aprobują. Antagonizowanie kobiet i mężczyzn tylko nakręca złą atmosferę wokół problemu, odwraca uwagę i przekierowuje ją na „odwieczną wojnę płci”, czyli w ślepy zaułek. Kobiety i mężczyźni, jeśli chcą efektywnie walczyć ze stosowaną wobec nich i innych osób przemocą, powinni raczej zewrzeć szyki, współdziałać, razem domagać się od instytucji państwa jak najlepiej zaplanowanych i prowadzonych działań pomagających wszystkim ofiarom. A także – działań zwalczających stereotypy płci, które, jak się okazuje, mogą być krzywdzące nie tylko dla kobiet, ale także dla mężczyzn.
Problem przemocy w rodzinie musi być rozpatrywany całościowo i wnikliwie, a działania w tym zakresie powinny być zaplanowane proporcjonalnie do potrzeb poszczególnych poszkodowanych grup. Priorytetem wydaje mi się zwiększanie świadomości policjantów, urzędników, lekarzy i innych zobowiązanych do pomocy osób, które często mają problemy (brak kompetencji, stereotypowe myślenie, negacja) już w zetknięciu z szeroko dyskutowaną przemocą wobec kobiet i dzieci, a co dopiero – w spotkaniu z przypadkiem przemocy wobec mężczyzny. To wymaga jednak usunięcia szkodliwych (dla obu płci) stereotypów z całego społeczeństwa i wlania w ich miejsce rzetelnej wiedzy; w końcu skądś się ci policjanci, urzędnicy, lekarze i inni biorą...
2010-11-02 18:23:56
Początkowo właściwie nie wiedziałam, co jest nie tak. Ale coś nie grało, aż wreszcie mnie olśniło. Ze słupów ogłoszeniowych, latarni, znaków drogowych, płotów i barierek na wiaduktach, ze sklepowych witryn, z elewacji budynków, słowem - zewsząd spoglądali na mnie mężczyźni. Jedni eleganccy i medialnie uśmiechnięci, inni niezamierzenie groźni, jeszcze inni – niechlujni, wszyscy jednak mniej lub bardziej męscy, niemal na pewno XY.
Ta nagła świadomość wbiła mnie w lekką konfuzję. Początkowo nabrałam brzydkich podejrzeń, że kobiety po prostu nie startują. Zaczęłam się więc przyglądać dokładniej. W efekcie tych starań udało mi się dostrzec kilka eleganckich, oszczędnie uśmiechniętych kobiet na białych lub niebieskich plakatach, w sumie jednak naliczyłam ich ledwie 5 (słownie: pięć). Pojawiały się bardzo rzadko, ich plakaty z reguły były nieco mniejsze, niż otaczających je mężczyzn i niżej od nich umieszczone, a więc mniej widoczne z daleka. Sporych rozmiarów baner PiS umieszczony na wiadukcie blisko Śródmieścia, z którego patrzyła na mnie miło uśmiechnięta kandydatka na radną tej partii wyglądał niemal egzotycznie w tym morzu wyborczego testosteronu. Udało mi się jednak dostrzec tylko ten baner, plakatów z kandydatką nie dostrzegłam.
Wreszcie, w domu, odpaliłam komputer i odszukałam listę kandydatek i kandydatów startujących do rady Gdyni, gdzie z powodzeniem mieszkam od lat wielu. Znalazła się bardzo łatwo. No, to czytam.
Jest w moim mieście 5 komitetów wyborczych. Z moich plakatowych obserwacji wynika więc, że statystycznie na każdy przypada po jednej kobiecie. Okazuje się jednak, że tego rodzaju spostrzeżenia mogą być obarczone dużym błędem. Kobiet w poszczególnych komitetach jest bowiem:
PO: 13 na 56 osób (23 %)
PiS: 14 na 56 osób (25%)
Samorządność: 18 na 56 osób (32%)
SLD: 24 na 56 osób (43%)
Nasza Gdynia: 8 na 18 osób (44%)
Cóż. Szału nie ma. PO i PiS wypadają bardzo słabo. PO – najmarniej, choć przecież prędzej spodziewałabym się tego po PiS. No, ale idą ramię w ramię w tym niechlubnym wyścigu. Nasza gdyńska Samorządność prezentuje się już nieco lepiej, powiedzmy, że wynik na poziomie 32% można jakoś, od wielkiej biedy, przeboleć, jeśli się akurat jest w łaskawym nastroju. Dwa pozostałe komitety – SLD i Nasza Gdynia są bardzo blisko 50% parytetu, co jednak ani nie dziwi, ani nie poprawia ogólnego nienajlepszego wrażenia.
Tyle ostatnio mówi się o parytetach, ich idea budzi silne emocje i dzieli wiele środowisk. Okazuje się jednak, że ta społeczna i medialna dyskusja niewiele zmienia; największe ugrupowania, przynajmniej u mnie, w moim mieście, promują mężczyzn. I nawet jeśli wpuszczą już kobiety do swoich komitetów, to nie nadrukują im plakatów.
Podjęłam pewną decyzję. sądzę, że najlepszą w tej sytuacji. Poczytam informacje o kandydatkach, zastanowię się, wybiorę taką, którą uznam za wiarygodną, kompetentną, z klasą. I na nią zagłosuję.
Parytetu na razie nie ma, ale możemy i bez niego zagłosować za równością. Głosujmy na kobiety. Tylko w ten sposób możemy pokazać partiom, że naprawdę chcemy kobiet w polityce.
A jak jest w Waszych miejscowościach?
2010-10-19 20:02:45
W zeszłym roku w Brazylii (gdzie prawo dotyczące aborcji jest mniej więcej tak restrykcyjne, jak u nas) Kościół obłożył ekskomuniką matkę (oraz lekarzy) 9 – letniej dziewczynki, która zaszła w ciążę w efekcie gwałtu, jakiego dokonał na niej ojczym i ciążę tę, przy wsparciu matki, usunęła. Ciąża była bliźniacza, zagrażała życiu dziecka, które ważyło wówczas 36 kilgramów.
Żeby było weselej, początkowo brazylijski Kościół planował obłożyć ekskomuniką także samą dziewczynkę. Dopiero po fali dyskusji i protestów odstąpił od tego pomysłu.
Czy muszę pisać, że o ekskomunice dla gwałciciela 9 – letniego dziecka, sprawcy ciąży, która zagrażała życiu, w ogóle nie było rozmowy?
Ktoś powie - tak, ale to w Brazylii. Otóż w Brazylii czy nie, ci biskupi mają tego samego przełożonego, co nasi. I ten przełożony im na to pozwala.
Teraz – nasze poletko. Kościół po raz drugi wyciąga największą (?) ze swych armat i straszy ekskomuniką posłów, którzy poprą in vitro. Dlaczego? Bo zamrożone, niewykorzystane zarodki, są też dziećmi, którym należy się opieka i ochrona, a in vitro to morderstwo.
Pomijam fakt, że nigdy nie słyszałam, aby Kościół chrzcił zarodki, albo o tym, aby organizował pogrzeby płodom z poronień.
Za znacznie ważniejsze uważam to, że Kościół „pochyla się” nad zarodkiem, który ani nie czuje bólu, ani nie jest świadomy swojego istnienia (co jest stwierdzone naukowo), natomiast kompletnie ignoruje zadawanie cierpień dzieciom, które do odczuwania i świadomości są zdolne. Episkopat Polski otwarcie wystąpił przeciwko ustawie zakazującej bicia dzieci. Ponadto, mimo coraz częściej ujawnianych przypadków gwałtów i molestowania seksualnego dzieci przez duchownych, ani nie widać, by Kościół brał to sobie do serca (działania Benedykta XVI, powiedzmy sobie szczerze, nie są zbyt przekonujące, zaś jego poprzednik w ogóle nie zawracał sobie tym głowy), ani – by przejawiał choć trochę pokory. Tymczasem jak ludzie ukrywający gwałty na dzieciach, lub wręcz – sami te dzieci molestując i gwałcąc, mogą się uważać za ekspertów od moralności uprawnionych do ekskomunikowania kogokolwiek?
Mój postulat – sami się ekskomunikujcie. Ekskomunikujcie wszystkich „braci” i „ojców”, którzy złamali niejedno dziecięce życie, wpychając boleśnie przerażonym dziewczynkom i chłopcom ohydne palce i członki gdzie tylko się dało. Jak już to załatwicie, możemy wrócić do rozmowy o in vitro. Tymczasem pozwólcie posłom wciskać guziki zgodnie z ich własnym sumieniem i rozumem.
2010-10-09 14:59:34
Mimo to, większość wyborców bardzo chce wierzyć, że w przypadku ich kandydata jest akurat inaczej. Że on, wyjątkowo, jest godny zaufania, zaś jego działania – głęboko zakorzenione we właściwym systemie wartości. Nawet mnie to nie ominęło i myślę w podobny sposób o kilku, może kilkunastu osobach „z polityki”, osoby te jednak już albo nie żyją, albo z polityką dały sobie spokój, zniechęcone z powodu, który opisałam w pierwszym akapicie.
Człowiek jednak wcale nie musi w coś wierzyć, żeby skutecznie działać na rzecz danej sprawy. Oczywiście wiara pomaga, ale uważanie jej za konieczny warunek powodzenia to przeżytek. Osoba kompletnie bezideowa, mająca na względzie wyłącznie interes polityczny (lub jeszcze jakiś inny) mogłaby skutecznie przeprowadzić jakąś reformę, do której nie jest przywiązana emocjonalnie i nawet mimo tego, że kilka lat wcześniej działała w kierunku dokładnie przeciwnym. Czasy się zmieniają, okazje się zmieniają, więc człowiek, jako istota inteligentna, się adaptuje, czyż nie? Może też zaadaptować swój system wartości; w końcu bywa, że jest to rzecz na tyle labilna i nieugruntowana, że zmiany w jej obszarze dają się dość łatwo wytłumaczyć.
Okej, rozumiem to. Nie mam pretensji. W końcu system wartości podlega ewolucji w ciągu życia chyba każdego człowieka; zmieniamy poglądy, przekonania, wyznania, idoli i przyjaciół. Nawet małżonków zmieniamy czasem, to nie możemy zmienić kilku głupich pomysłów na świat?
Więc, jak piszę – rozumiem (choć niekoniecznie mi się to podoba). Tylko, na litość, nie mówcie mi proszę, że Palikot jest nadzieją lewicy.
Owszem, mówi czasem fajne rzeczy. Przede wszystkim – w ogóle MÓWI to, co wielu nie przechodzi publicznie przez gardło; o czym jednak w zaciszu swoich domów lub w gronie wypróbowanych przyjaciół często rozmawiają. Na przykład o wtrącanie się Kościoła do państwa. Po katastrofie smoleńskiej słowa te padają na podatny grunt, bo wszystko to, co w Polsce wydarzyło się od tamtego czasu, jaskrawie pokazuje, że konstytucyjny rozdział państwa i Kościoła to fikcja. Aborcja i antykoncepcja – wiele kobiet (i mężczyzn!) wstydzi się przyznać, ale liczy, że ta propozycja przejdzie. 1% budżetu na kulturę – wspaniały postulat (choć to i tak za mało). Poza tym kilka usprawnień w biurokracji, powszechny dostęp do Internetu oraz związki partnerskie hetero – i homoseksualne na prawach majątkowych i podatkowych jak małżeństwa. Odpowiadają mi wszystkie te postulaty, nie tylko „mogą być” - uważam, że są wartościowe i potrzebne.
Co więc, tak właściwie, mi się nie podoba?
Po pierwsze – duża część tych pomysłów to sprawy światopoglądowe: wyprowadzenie religii ze szkół oraz biskupów z państwowych uroczystości, liberalizacja ustawy antyaborcyjnej, refundowana antykoncepcja (swoją drogą, nie żyjemy w normalnym kraju, skoro to jest kwestia światopoglądu, a nie zdrowia i polityki społecznej), związki partnerskie. Pozostałe propozycje dotyczą Internetu, kultury i kilku stosunkowo niewielkich ułatwień dla (głównie) przedsiębiorców. To są sprawy praktyczne, nawet dość ważne. Jednak z postulatów Palikota nie wyłania się, przynajmniej na razie, ŻADNA wizja gospodarki, poza tym, że powinno być wygodnie.
Po drugie – kwestia wiarygodności. Nawet jeżeli dojdę do wniosku, bazując na tym wszystkim, co wcześniej napisałam, że politycy są pragmatyczni, to jednak nie mogę mierzyć ich jednakową miarą. Weźmy np. jakiegoś prominentnego działacza SLD. Jego ideowość może mi się wydawać przynajmniej do pewnego stopnia wątpliwa, jednak wiem, że swoje poglądy głosi on już długo. Ma ugruntowaną pozycję na scenie politycznej, dość stabilny elektorat. Szanse na to, że nagle zmieni zdanie w jakiejś kluczowej kwestii są niewielkie, a przynajmniej ja je tak oceniam, bazując na doświadczeniu. Dlatego sądzę, że np. za 10 lat ów działacz będzie reprezentował system wartości zbliżony do dzisiejszego, nawet jeśli nie podchodzi do sprawy ideowo, lecz pragmatycznie. Po prostu zmiana mu się nie opłaci – może stracić dotychczasową pozycję i elektorat, niekoniecznie zyskując coś w zamian.
Z Palikotem jest inaczej. On dopiero stara się być liderem, jego elektorat jest niepewny, w dużej części „pożyczony” od innych partii, ulegający, być może, chwilowej modzie na Palikota. Co innego jednak poparcie w sondażu, co innego – w wyborach. Ludzie niechętnie głosują na partie, które mają niewielkie szanse wejść do Sejmu; nie chcą „marnować głosów”. Może się więc okazać, że teraz, sondażowo, Palikot ma kilka procent, zaś w wyborach nie zdobędzie nic, bo wyborcy uznają, że PO lub SLD to pewniejsza lokata.
W tej sytuacji Palikot musi być zdeterminowany, aby zdobyć jak najwięcej wyborców. I dziwnie wątpię, że będzie się do tego zabierał ideowo. Raczej spodziewam się, że będzie mówił to, co ludzie zechcą usłyszeć.
Janusz Palikot jest człowiekiem dobrze znającym mechanizmy polskiej polityki, mediów, socjotechniki. Ukazuje to nie tylko jego książka „Pop – polityka”, ale też jego medialne działania, które sprawiły, że wykreował się na wyrazistego, bezkompromisowego polityka. Z dzisiejszej perspektywy, kiedy Palikot zakłada partię, jego poprzednie zachowanie zdaje się nieprzypadkowe; więcej – uważam prywatnie, że własna partia była celem Palikota już od pewnego czasu, zaś członkostwo i działalność w PO – jedynie etapem w jego realizacji.
Być może zresztą Palikot celuje jeszcze wyżej. Jako członek PO nie miał szansy być, powiedzmy, ministrem. Teraz, jeśli jego ugrupowanie odniesie sukces i wejdzie do Parlamentu z jakąś sensowną liczbą miejsc, być może miałby szansę nawet na tekę wicepremiera; skoro mogli Lepper i Giertych, to jemu miałoby się nie udać?
Jeśli Palikot ma takie plany, tym bardziej kładę między bajki jakiekolwiek ideowe podstawy jego postulatów i tym bardziej przypuszczam, że będzie on formułował swój program zgodnie z wymaganiami tych wyborców, których może pozyskać.
Dlatego też uważam, że brak poważniejszych postulatów gospodarczych jest nieprzypadkowy. Palikot, wg mnie, zostawia sobie tę sprawę na później, ponieważ nie chce zniechęcić do siebie lewicowych wyborców. Trwając w "gospodarczym" programowym zawieszeniu, pozostaje atrakcyjny zarówno dla części wyborców PO, którzy i bez tego przecież WIEDZĄ, że jest on liberałem, jak i dla wyborców lewicowych, którzy najwyraźniej uznali, że postulaty światopoglądowe świetnie świadczą o Palikocie i z jakichś tajemniczych przyczyn, które ja zwę powierzchownym podejściem do sprawy, postanowili na tym poprzestać.
Tymczasem – nie, Palikot NIE jest nadzieją lewicy. Przeciwnie, on może jej zaszkodzić; sam zresztą przyznaje, że ma zamiar zaszkodzić SLD, który w wielu kręgach uważany jest za lewicę. Palikot, posługując się takimi postulatami światopoglądowymi, chce odciągnąć od lewicowych partii ich dotychczasowych wyborców. Póki co, żeby nie psuć atmosfery, nie wspomina o swojej liberalnej wizji gospodarki, jednak nie oszukujmy się – przyjdzie na to czas; miejmy nadzieję, że nie już po wyborach.
Palikot jest liberałem w sposób oczywisty. Jest przedsiębiorcą, który całą pensję parlamentarzysty bez żalu mógłby wydać na waciki. Trudno się dziwić, że pragnie walczyć z biurokracją. W PO był w liberalnym skrzydle; zresztą sam fakt, że był w tej partii, lewicowemu wyborcy mógłby dać nieco do myślenia. Upatrywanie w nim nadziei dla lewicy to piłowanie gałęzi, na której się siedzi.
Poza tym – czy Palikot faktycznie jest tak skuteczny? Mocno wątpię – jego Komisja Przyjazne Państwo okazała się kompletnym niewypałem. Tyle było konferencji, szumnych zapowiedzi, uścisków dłoni premiera... i nic. Postulaty, które dziś Palikot promuje jako program swojej formacji, to po prostu zadania, którym nie sprostała jego komisja.
Sprawa kolejna, o której nie mogę nie wspomnieć – OZON. Mało kto pamięta jeszcze dziś to pismo – ja tak. Palikot był jego wydawcą, planował zawojować rynek opiniotwórczych tygodników. Pismo zaczęło wychodzić w 2005 roku, miało raczej liberalny profil, jednak się nie sprzedawało. Wówczas wydawca podjął decyzję o zmianie profilu tygodnika, podziękował dotychczasowemu naczelnemu, wsadził na jego miejsce naczelnego Frondy, zaś jego zastępcą uczynił Tomasza Terlikowskiego. Profil zmienił się na konserwatywny, publikowane artykuły często były krytyczne wobec aborcji, eutanazji i homoseksualizmu, które oceniano przez pryzmat nauki Kościoła. Miałam nawet kiedyś w ręku jeden z numerów OZONU, kupiony z ciekawości; odniosłam się do niego jednak z niechęcią, bo trafiłam na artykuł o niepokojącym, w pewnym stopniu antysemickim wydźwięku.
Pismo upadło, mało kto o nim pamięta, a szkoda, bo to przykład, który doskonale obrazuje zdolność Janusza Palikota do bycia człowiekiem niezwykle elastycznym.
Niedawno oglądaliśmy przedwyborczą przemianę Jarosława Kaczyńskiego. Wyborcy Platformy i lewicy pukali się w czoło, śmiejąc się z naiwności elektoratu PiS, wierzącego w szczerość tej metamorfozy. Janusz Palikot na tę okoliczność ostrzygł się, ogolił i, na wzór prezesa PiS, wdział okulary, dodające jego fizjonomii inteligencji i godności. Zwolennicy PO i lewicy opowiadali sobie o tym z satysfakcją, zadowoleni, że ktoś tak otwarcie natrząsa się ze sztucznej, niewiarygodnej zmiany wizerunku prezesa PiS.
Dziś ci sami ludzie ostrzyżonego, ogolonego i w okularach Palikota traktują śmiertelnie poważnie i z entuzjazmem komentują jego wystąpienie na kongresie Ruchu Poparcia jako męża stanu z wizją państwa.
Echhh...
2010-10-05 19:42:51
Mogłabym zacząć od mnóstwa rzeczy, ale - dla jasności sprawy - zacznę od tego, że też jestem dopalaczom przeciwna. Tym samym zaliczam się do przytłaczającej większości naszego społeczeństwa (w każdym razie – wg sondażu SMG/ KRC dla TVN, w którym 91% obywateli wyraziła aprobatę dla wojny rządu z dopalaczami). Z drugiej strony, gdybym miała odpowiadać w tym samym sondażu na pytanie, jakie tam padło, czyli „Czy rząd postępuje słusznie w sprawie dopalaczy?”, to będąc w zgodzie z własnym sumieniem, musiałabym odpowiedzieć „Nie”, ostatecznie – wymijająco: „Nie wiem”, czyli być w mniejszościach odpowiednio: 7- i 2- procentowych.
Skąd ta rozbieżność? Otóż stąd, że pasuje mi, że rząd chce coś zrobić z dopalaczami, nie pasuje mi zaś styl, w jakim to robi.
„Postanowiliśmy wykorzystać wszystkie możliwości prawne w akcji przeciw dopalaczom. W walce z dopalaczami, jak będzie trzeba, będziemy działać na granicy prawa, ale w ramach prawa.” – oświadczył premier, a naród mu przyklasnął. A mnie te słowa co najmniej niepokoją. Osobiście życzyłabym sobie: po pierwsze – dobrego prawa, które nie wymaga obchodzenia go w „słusznych” celach oraz nie daje się obejść w celach „haniebnych”; po drugie – aby władzy wszystkich szczebli nie przychodziło nawet do głowy „działanie na granicy prawa”. Na granicy prawa to działa mafia.
Minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski zapewnia, że przeprowadzane w całym kraju inspekcje sanitarne są zgodne z prawem. Powiada on, że ustawa o państwowej inspekcji sanitarnej mówi, iż jeśli naruszenie wymagań higienicznych i zdrowotnych spowodowało bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia ludzi, państwowy inspektor sanitarny może nakazać unieruchomienie zakładu pracy. W praktyce rozumie się przez to także sklep.
Opinie prawników nie są jednak z tym do końca zgodne. Dla TVN, która w wielu kręgach uchodzi za tubę rządową, wypowiedział się prof. Marek Chmaj: „Sposób w jaki zamknięto sklepy z dopalaczami jest nadużyciem, ale w imię wyższego celu”. Dalej stwierdza, że tym celem jest konieczność zapewnienia bezpieczeństwa młodzieży przed działaniem szkodliwych substancji. Według prof. Chmaja, choć Konstytucja gwarantuje swobodę działalności gospodarczej, to nie pozwala ograniczać tym samym wolności innych. „A tym właśnie jest narażanie zdrowia i życia tych, którzy kupują dopalacze.” Zdaniem profesora premier „może i działał na granicy prawa, ale w stanie wyższej konieczności i taką właśnie argumentację najprawdopodobniej przyjmą sądy” (cyt. za tvn24.pl).
Dlaczego sądy? Ponieważ Dawid Bratko, szerzej znany jako Król Dopalaczy, zapowiedział wstąpienie na drogę sądową. Nikogo nie powinno to dziwić; w końcu znalazł żyłę złota, logiczne, że tak łatwo nie odpuści. Otóż on i jego prawnicy uznali akcję za „przeprowadzoną bezprawnie na polityczne zamówienie”. Trudno mi nie oprzeć się wrażeniu, że jest w tym przynajmniej trochę racji.
Wypowiedzi prawników, na których trafiłam w sieci, m.in. Mariana Filara, Marka Chmaja, czy Radosława Skowrona, są bardzo podobne: dobrze, że rząd zajął się dopalaczami, szkoda, że przez stosowanie prawnych trików, półśrodków, balansowania na granicy prawa.
Trafiłam też na dwie propozycje jak zmienić prawo, aby wyeliminować dopalacze z rynku. Prof. Filar (w wypowiedzi dla portalu Money.pl) zaproponował, aby zamiast wymieniać w ustawie substancje zakazane (bo taką listę bardzo łatwo obejść, wprowadzając coraz to nowe, zmodyfikowane wersje substancji psychoaktywnych pod innymi nazwami), zapisać zakaz obrotu substancjami wywołującymi konkretne efekty. Interesująca propozycja, choć nie wiem, jak w praktyce miałby wyglądać taki zapis, dopuszczający jednocześnie alkohol, po którego spożyciu również można mieć objawy podobne do efektów zażywania narkotyków. Drugą propozycję zgłosił sam minister Kwiatkowski – aby, zamiast listy substancji zakazanych, stworzyć listę dozwolonych; wówczas wszystko spoza listy byłoby nielegalne automatycznie. Byłoby to zapewne rozwiązanie znacznie praktyczniejsze. Sam minister (podobnie jak Radosław Skowron) przyznaje jednak, że taki zapis mógłby mieć problem z konstytucjonalnością – wbrew pozorom nie jest wystarczająco precyzyjny. Mec. Skowron dodaje jednak, że gdyby tak skonstruowana ustawa trafiła do Trybunału Konstytucyjnego, rząd mógłby ją wybronić, dowodząc, że nowe prawo jest społecznie użyteczne.
Donald Tusk oświadczył, że rząd postanowił wykorzystać wszystkie możliwości w walce z dopalaczami. Włącznie z balansowaniem na granicy prawa. Tym razem mówi tak o akcji, którą wielu z nas popiera – wymierzonej przeciwko sprzedawanym praktycznie bez żadnej kontroli dopalaczom, więc teoretycznie moglibyśmy przymknąć oko. Ale co będzie, kiedy zechce zawalczyć tymi samymi sposobami w innej sprawie?
Podobnie było z planami cenzury Internetu. Także miały być „działania na granicy prawa”, bo pomysł był niekonstytucyjny, ale „uzasadniony pożytkiem społecznym”. Ale wtedy internauci podnieśli bunt, zorganizowali się na portalach społecznościowych, organizowali konferencje, słali pisma do premiera, ministrów i gdzie tam jeszcze. Nie dali się ocenzurować, a premier odpuścił, bo słupki poszły kilka cennych procent w dół. Tym razem słupki rosną, bo w ciągu ostatnich kilku miesięcy media często mówiły o ofiarach śmiertelnych i zatruciach po dopalaczach. Wytworzyły w widzach, słuchaczach i czytelnikach potrzebę. Powstał popyt, więc rząd z rozkoszą uruchomił podaż w postaci radykalnych działań i teraz będzie się radował rosnącymi słupkami.
Wczoraj przeczytałam, że w łikend* dopalaczami zatruło się trochę ponad 60 osób. W całym kraju! 40 z nich hospitalizowano. Żeby zgroza była większa, nie podano, dla porównania, ile osób w tym czasie zatruło się alkoholem i było hospitalizowanych z tego powodu. W ten sposób kreuje się wrażenie, że dopalacze to dziś podstawowy problem w aspekcie legalnych używek. Tymczasem rośnie nam spożycie alkoholu wśród nieletnich. Ale to już nie jest takie medialne, oklepany temat.
I cóż z tego, że 32- latek, nad którym wszystkie media pochylały się jako nad ofiarą dopalaczy, tak naprawdę zmarł na serce, a dopalaczy wówczas nie zażywał? Nic, bo sprostowanie w tej sprawie ukazało się w mediach, kiedy maszyna już ruszyła.
Tymczasem nadal można bez większych problemów kupić dopalacze przez sieć. Ale spokojnie, rządzący i na to znajdą sposób. Może ocenzurują Internet?
Nie chciałabym być źle zrozumiana. Jak wspomniałam, jestem zwolenniczką usunięcia dopalaczy z rynku, przede wszystkim zaś – stanowczego ograniczenia dostępu do nich osobom niepełnoletnim. Uważam, że tak, jak obecnie, nie mogą być legalne. Życzę sobie, aby rząd coś z tym zrobił, bo kiedy czytam o 13- latkach, których „po dopalaczach” nieprzytomnych znajdują na ulicy przechodnie, to mi się nóż w kieszeni otwiera, mimo że nie mam ani noża, ani kieszeni. To jeszcze dzieci.
Z drugiej strony NIE życzę sobie od rządu działania na granicy prawa. Oczekuję przestrzegania Konstytucji. Dzisiaj rząd oświadczy przed Trybunałem Konstytucyjnym, że „dla doba obywateli” nagina Konstytucję w prawie o dopalaczach, jutro, zachęcony społecznym przyzwoleniem, wykona ten numer w innej sprawie, uderzając w nasze wolności obywatelskie. A taką możliwość uważam za o wiele bardziej niebezpieczną, niż 40 dopalaczowych hospitalizacji w jeden łikend.
Rząd PO coraz częściej gra populistycznie. Tego rodzaju ataku „na granicy prawa” na sprzedawców dopalaczy spodziewałabym się prędzej po ministrze Ziobrze ze słusznie minionych czasów PiS. Jednocześnie ta taktyka kojarzy mi się ze wspomnianą wcześniej próbą cenzury Internetu. Mało to liberalne i nie bardzo pasuje do wizerunku PO, jednak ważniejsze jest to, że tym razem rząd nawet nie kryje się z zamiarami „działań na granicy prawa”.
Świat nie jest idealny i umiem zrozumieć, że czasem wyższa konieczność wymaga pójścia na kompromis. Ale sądzę też, że warto się zastanowić, czy istotnie mamy do czynienia z tak wysoką koniecznością, aby dać rządowi przyzwolenie na naginanie prawa? I wreszcie, czy stać nas na to, żeby rekompensować Dawidowi Bratko niewątpliwe straty finansowe i moralne (utrata dobrego imienia, na którym mu niewątpliwie bardzo zależy), gdyby jednak sądy nie dały się przekonać wypowiadanym z głęboką pewnością słowom ministra Kwiatkowskiego?
W sprawie dopalaczy dobrze życzę naszej władzy (a raczej nam dobrze życzę, żeby władza działała efektywnie), ale nie przyjmuję tu do wiadomości zasady, że cel uświęca środki.
PS. Kwestię wolności osobistej związanej z używkami zamierzam poruszyć niebawem – uprzedzam, na wypadek, gdyby ktoś z Czytelników miał ochotę ten temat poruszyć w komentarzu. Ale za komentarze dotyczące tego zagadnienia będę i tak wdzięczna, może mi się przydadzą do planowanego wpisu? :)
PS. 2. Doniesienia z ostatniej chwili, rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy antynarkotykowej:
http://www.tvn24.pl/0,1676510,0,1,wyeliminujemy-ten-bezczelny-handel,wiadomosc.html
Bardzo jestem ciekawa, co z tego wyniknie. Tak czy inaczej warto pamiętać, że prawo nie działa wstecz. Nawet, jeśli nowa ustawa okaże się legislacyjnym cudem, pozwy Króla Dopalaczy będą rozpatrywane w ramach obecnego prawa.
* Nie lubię używać słów anglojęzycznych.
2010-09-25 13:45:06
O PO wyraża się w sposób absolutnie niewykluczający ewentualnego sojuszu. Że szanuje, że to był fantastyczny czas, że nie w tym rzecz, że mu się nudzi. Po prostu, ot "nie do końca mu odpowiada". Palikot mówi: "Ale to, co się wydarzyło po 10 kwietnia, zasadniczo zmieniło Polskę. Ta cała awantura wokół Wawelu, krzyża, upartyjnienia Kościoła, to mnie ruszyło. Po 10 kwietnia się okazało, że społeczeństwo jest dalej niż oferta polityków. PO dziś dla nich oferty nie ma. Jeśli nie ja, to ktoś inny zagospodaruje tę część społeczeństwa." Dodaje też, że premier "nie jest wrogo nastawiony do tego projektu".
Kim mógłby być ten ktoś, kto złożyłby propozycję tej "części społeczeństwa", znudzonej czy wręcz poirytowanej zbyt dużą rolą Kościoła w polityce i kształtowaniu życia społecznego? Oczywiście - lewica. Lewica, która ostatnio porzuciła postulaty ekonomiczne i społeczne, skupiła się zaś na kwestiach światopoglądowych, na krzyżu pod Pałacem i na ścianach szkół i urzędów wreszcie - na "krzyżu" na szkolnym świadectwie.
Posunięcie Palikota (którego to posunięcia zresztą można się było już dawno spodziewać), w obliczu deklaracji jego niegasnącej przyjaźni wobec PO i wobec przychylnej, przyzwalającej postawy Tuska, może się okazać zagrożeniem dla lewicy, utożsamianej obecnie przede wszystkim z SLD i jego liderem, Grzegorzem Napieralskim. Może, ponieważ okazuje się, że Palikot i Napieralski uderzają w tej chwili dokładnie w tę samą grupę docelową, w ludzi "mających dość krzyża".
Palikot ogłosił, że 2 października odbędzie się zjazd „Ruchu Poparcia Palikota”, stowarzyszenia, które ma zamiar przekształcić w partię „Nowoczesna Polska”. Główne założenia programowe? Proszę bardzo:
1. Rozdział państwa i Kościoła;
2. Usprawnienia gospodarcze, np.:
– oświadczenia zamiast zaświadczeń,
- zasada milczącej zgody – brak odpowiedzi administracji po 90 dniach oznacza wydanie zgody,
3. Kwestie światopoglądowe:
- darmowa antykoncepcja,
- liberalizacja ustawy antyaborcyjnej.
Żeby nie było wątpliwości, poseł przyznaje wprost: PO to dobre zjawisko na scenie politycznej, jednak – zbyt konserwatywne. Ponieważ nie udało się Palikotowi zmienić tego od wewnątrz, postara się z zewnątrz. „Jeśli za rok będę dysponował siłą polityczną, będę miał instrumenty nacisku na PO” – oświadczył.
Zważywszy na to, że Palikot jest postacią bardzo rozpoznawalną, jednocześnie kontrowersyjną i charyzmatyczną, dysponuje solidnym zapleczem finansowym, a deklaracje członkowskie jego stowarzyszenia podpisało już 8 tysięcy osób, byłoby nierozważne lekceważyć go jako pajaca z wibratorem. Przeciwnie – jego dotychczasowe postępowanie z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się bardzo dobrze zaplanowane. Jestem przekonana, że nie brak mu znajomości mechanizmów wywierania wpływu i technik zdobywania wyborców.
W praktyce może to oznaczać koniec dobrej passy SLD i przejście części wyborców na stronę partii Palikota. Zrobić to mogą ludzie spragnieni nowości, świeżości w polityce, ci o bardziej liberalnych poglądach gospodarczych, lub ci, którzy pragną zdecydowanego, wyrazistego lidera, którego drogę życiową najchętniej by powtórzyli – dorabiając się majątku i osiągając możliwość mówienia dokładnie tego, co chcą, bez żadnych ograniczeń. Nie bez znaczenia będzie też od dawna prezentowana postawa Palikota wobec braci Kaczyńskich, którą podziela wielu, szczególnie młodszych, wyborców.
Nawet jeśli to iluzja, bo Palikot z pewnością nie mówi wszystkiego, co myśli, zaś zdobycie fortuny jest skrajnie mało prawdopodobne, zawsze lepiej robi na samopoczucie trzymać z kimś, komu się to udało.
Jeśli Palikot zrealizuje swoje zamiary i osiągnie planowany wynik w nadchodzących wyborach parlamentarnych, prawdopodobnie zrobi to nie tylko kosztem PO, odbierając jej część najbardziej liberalnych wyborców, ale też kosztem SLD, a dokładnie tych osób, które zagłosowały na Napieralskiego w wyborach prezydenckich nie ze względu na jego urok osobisty czy bogatą ofertę programową, ale z powodu znużenia rozbuchaną po 10 kwietnia konserwatywną formułą nie tylko PiS ale i PO.
Oczywiście jest możliwe, że partia Palikota zasili tylko szeregi politycznego planktonu. Zwykle tak bowiem kończyły partyjki wyodrębnione z partyjnych gigantów.
Jeśli jednak Palikotowi uda się zrealizować jego zamiary, jedynym realnie tracącym będzie Sojusz. Zapowiada się bowiem na to, że partia Palikota, choć odbierze PO kawałek wyborczego tortu, to jednak wejdzie z nią w naturalną koalicję i wszystko zostanie w rodzinie. Tyle, że przy formalnym rozdziale partii Tuska i Palikota, gdy Tusk będzie ulegał „naciskom” dawnego partyjnego kolegi, łatwiej będzie mu wytłumaczyć się przed konserwatywnymi kolegami: „muszę mu coś dać, w końcu to nasz sojusznik, jest nam potrzebny”. W ten sposób liberalizm światopoglądowy Palikota zostanie usankcjonowany wewnątrz nowej PO, obejmującej sojusz obu partii.
Z tej perspektywy można nawet podejrzewać, że mogło to być posunięcie zaplanowane także z myślą o politycznym interesie PO. Być może sam Palikot, z tej ogromnej sympatii, nie chce zaszkodzić PO swoją samorealizacją w świecie polityki, a być może jego plany były wcześniej konsultowane z Tuskiem i przez niego zaaprobowane jako pożyteczne.
Gdzie w tym wszystkim będzie miejsce Lewicy? Wiele zależy od tego, jaki będzie jej kolejny ruch, czy Grzegorz Napieralski zorientuje się w zagrożeniu i zda sobie sprawę, że sukces teraz będzie wymagał czegoś więcej, niż tylko oburzenia wobec krzyża. I od tego, czy podejmie odpowiednie działania. Być może należałoby solidnie przygotować się do starcia i włączyć wreszcie do treści debaty publicznej kwestie związane z szeroko pojętą jakością, standardem życia? Sprawy pracownicze, lokatorskie, podatki, systemowe rozwiązania problemów bezrobocia, rozwarstwienia społecznego, nierównych szans? Trzeba się będzie jakoś odróżnić od liberalnego gospodarczo Palikota. To jednak znacznie trudniejsze, niż kwestia miejsca religii w świeckim państwie, ta jednak teraz przestanie już wystarczać.
Czas myśleć i działać, jeśli SLD i w ogóle – szeroko pojęta Lewica, nie chce zaprzepaścić tego, co zdobyła dotychczas; jeśli chce nadal mieć realne szanse by być liczącą się siłą w parlamencie. W przeciwnym wypadku problemem może nie okazać się pytanie „Wejść czy nie wejść w koalicję z PO?” tylko to, że PO nie będzie tej koalicji potrzebować.
2010-09-20 15:59:03
Pani Elżbieta Radziszewska, pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania w randze ministra, wielokrotnie dawała nam sygnały, że może jednak nie jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Ostatnio szerokim echem odbiły się w mediach jej konsultacje tzw. ustawy równościowej z Episkopatem Polski. Wcześniej pani Radziszewska ogłosiła światu, że homoseksualizm nie jest normą biologiczną. Choć mogła, nie wystąpiła o 300 tys. euro dotacji z UE na walkę z dyskryminacją i Polska tych pieniędzy nie dostała, a trudno chyba sądzić, że nie są potrzebne.
Takie przykłady można mnożyć mimo tego, że pani Radziszewska do pracowitych nie należy. Teraz było o niej chyba za cicho, bo postanowiła kolejny raz zabłysnąć, tym razem udzielając „ekskluzywnego” wywiadu Gościowi Niedzielnemu. Wywiad jest dość obszerny i zawiera wiele stwierdzeń, z którymi mi bardzo nie po drodze. Jedno wybija się jednak ponad wszystkie.
Na pytanie:
Zdeklarowana lesbijka nie dostaje pracy w szkole katolickiej, z uwagi na swoje preferencje. Szkoła zostanie pozwana do sądu?
Pani Radziszewska odpowiada:
Oczywiście nie! I właśnie nowa ustawa precyzuje takie sytuacje (wcześniej nie było to uregulowane). Szkoły katolickie czy wyznaniowe mogą się kierować własnymi wartościami i zasadami, i mają prawo odmówić pracy takiej osobie.
I tu mamy sedno paradoksu – osoba odpowiedzialna za przeciwdziałanie dyskryminacji, promuje dyskryminację w mediach.
Kwestia braku moralnych kompetencji do sprawowania funkcji pełnomocniczki ds. równego traktowania to jedna sprawa. Druga jest taka, że pani Radziszewska mówi po prostu nieprawdę – albo z braku wiedzy na temat ustawy, na którą się powołuje, albo w efekcie złej woli. Tak czy inaczej, jest to niedopuszczalne.
Polskie prawo stanowczo i w każdej sytuacji zakazuje dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Obowiązujący Kodeks Pracy określa tę kwestię jednoznacznie:
Art. 113. Jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia, w szczególności ze względu na płeć, wiek, niepełnosprawność, rasę, religię, narodowość, przekonania polityczne, przynależność związkową, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientację seksualną, a także ze względu na zatrudnienie na czas określony lub nieokreślony albo w pełnym lub w niepełnym wymiarze czasu pracy - jest niedopuszczalna.
Konstytucja, oczywiście, nie jest tak precyzyjna, ale raczej można zrozumieć, o co w niej chodzi:
Art. 32.
1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
Sam projekt ustawy, na który pani Radziszewska się powołuje (i nad którym, jak twierdzi, osobiście pracowała) zakazuje nierównego traktowania m. in. w zakresie podejmowania działalności zawodowej, w szczególności w ramach stosunku pracy ze względu na: płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, religię lub wyznanie, światopogląd, niepełnosprawność, wiek i orientację seksualną (art. 1., 4. i 8. 1.).
W ustawie wymienione są też sytuacje, w których można odstąpić od przestrzegania przepisów równościowych. Przytaczam wszystkie:
Art. 5. Ustawy nie stosuje się do:
1) sfery życia prywatnego i rodzinnego oraz czynności prawnych pozostających w związku z tymi sferami;
2) usług edukacyjnych w zakresie dotyczącym odmiennego traktowania ze względu na płeć;
3) odmiennego traktowania ze względu na płeć w dostępie i warunkach korzystania z usług, rzeczy oraz nabywania praw lub energii, jeżeli ich zapewnienie wyłącznie lub głównie dla przedstawicieli jednej płci jest obiektywnie i racjonalnie uzasadnione celem zgodnym z prawem, a środki służące realizacji tego celu są właściwe i konieczne;
4) odmiennego traktowania co do możliwości i warunków podejmowania i wykonywania działalności zawodowej oraz podejmowania, odbywania i ukończenia nauki w zakresie kształcenia zawodowego, w tym w zakresie studiów wyższych, jeżeli rodzaj lub warunki wykonywania danej działalności zawodowej powodują, że przyczyna odmiennego traktowania jest rzeczywistym i decydującym wymaganiem zawodowym stawianym danej osobie fizycznej, proporcjonalnym do osiągnięcia zgodnego z prawem celu różnicowania sytuacji tej osoby;
5) ograniczania przez kościoły i inne związki wyznaniowe, a także organizacje, których etyka opiera się na określonym wyznaniu lub światopoglądzie, dostępu do działalności zawodowej oraz jej wykonywania ze względu na wyznanie lub światopogląd, jeżeli rodzaj lub warunki wykonywania takiej działalności powodują, że wyznanie lub światopogląd są rzeczywistym i decydującym wymaganiem zawodowym stawianym danej osobie fizycznej, proporcjonalnym do osiągnięcia zgodnego z prawem celu różnicowania sytuacji tej osoby; dotyczy to również wymagania od zatrudnionych osób fizycznych działania w dobrej wierze i lojalności wobec etyki kościoła, innego związku wyznaniowego oraz organizacji, których etyka opiera się na określonym wyznaniu lub światopoglądzie;
6) odmiennego traktowania osób fizycznych ze względu na wiek:
a) gdy jest to obiektywnie i racjonalnie uzasadnione celem zgodnym z prawem, w szczególności z celami polityki zatrudnienia, rynku pracy i kształcenia zawodowego, pod warunkiem, że środki służące realizacji tego celu są właściwe i konieczne,
b) polegającego na ustalaniu dla celów zabezpieczenia społecznego różnych zasad przyznawania lub nabycia prawa do świadczeń, w tym różnych kryteriów wieku do obliczania wysokości świadczeń; w przypadku pracowniczych programów emerytalnych takie odmienne traktowanie jest dopuszczalne pod warunkiem, że nie stanowi dyskryminacji ze względu na płeć.
7) odmiennego traktowania ze względu na kryterium obywatelstwa, w szczególności w zakresie warunków wjazdu i pobytu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz związanego ze statusem prawnym, osób fizycznych będących obywatelami państw innych niż państwa członkowskie Unii Europejskiej, państwa członkowskie Europejskiego Porozumienia o Wolnym Handlu (EFTA) - stron umowy o Europejskim Obszarze Gospodarczym lub Konfederacja Szwajcarska.
A zatem to prawda, co mówi pani Radziszewska – jeżeli te przepisy wejdą w życie, organizacja żydowska nie zostanie ukarana za odmowę zatrudnienia antysemity. To bardzo piękny przykład. W ten sposób jak najbardziej można interpretować p. 5 art. 5. Niestety wynurzenia na temat dowolności szkół katolickich w kwestii zatrudniania lesbijek już mijają się z prawdą.
Orientacja seksualna jest bowiem wymieniona w tej ustawie (i innych) jako odrębna kategoria. Jest to zresztą zgodne z obecnym stanem naszej wiedzy naukowej. Nie można zatem, ani w wymiarze logicznym, ani prawnym, zmieścić preferencji seksualnych w szufladce z napisem „religia/ światopogląd” i na tej podstawie odmówić komuś zatrudnienia. Jest to niezgodne zarówno z już funkcjonującym prawem, jak i z projektem, na który pani Radziszewska była łaskawa się powołać.
Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – krytyka samego projektu ustawy.
W czerwcu koalicja 36 organizacji pozarządowych zajmujących się przeciwdziałaniu dyskryminacji, które poproszono o opinię, w liście do premiera Tuska stwierdziła, że projekt ustawy antydyskryminacyjnej przygotowany m. in. przez Radziszewską jest nawet gorszy od tego, który przedstawiły swego czasu PiS i LPR. Lista podstawowych zarzutów: inaczej niż kodeks pracy definiuje dyskryminację i molestowanie seksualne, nie tworzy jednego urzędu ds. równego traktowania, tworzy za to zamkniętą listę cech, ze względu na które nie wolno dyskryminować (m.in. płeć, rasę, pochodzenie etniczne, religię). Koalicja na Rzecz Równych Szans uważa, że projekt jest przez to niekonstytucyjny; Konstytucja mówi bowiem, że dyskryminować nie wolno z żadnych powodów, nie wymienia z jakich. Prof. Magdalena Środa uznała projekt ustawy za „ogryzek”, stwierdzając, że jest on uwsteczniony, nieuwzględniający naszej pełnej wiedzy o dyskryminacji. Po lewej stronie pojawiły się głosy, że prace nad projekt tak bardzo przyspieszyły (Radziszewska chwaliła się, że u niej przeleżał tylko miesiąc), wyłącznie dlatego, że rząd chce jak najszybciej przyjąć cokolwiek, choćby nawet bubel prawny, byle tylko nie płacić grożącej Polsce gigantycznej kary za zwlekanie z dostosowaniem prawa do unijnej dyrektywy równościowej od 2006 roku.
Co ciekawe, ustawie przeciwny jest także Episkopat. Wiemy o tym dzięki temu, że pani Radziszewska zechciała poprosić jego przedstawicieli o konsultacje. Episkopat podszedł do sprawy niebywale poważnie, przesyłając w odpowiedzi list zawierający ledwie kilka zdań. W liście tym zastępca sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski, ks. dr Mrówczyński, wyraził się z dezaprobatą na temat projektu ustawy i zasugerował przerwanie prac nad nim. Jako uzasadnienie napisał:
Pojawia się wątpliwość, czy istnieje konieczność tworzenia w polskim systemie prawnym regulacji lex generalis w zakresie równego traktowania. Wydaje się, że nie ma takiej potrzebny. Natomiast wyrażona w projekcie ustawy koncepcja standardów w zakresie równego traktowania może okazać się niebezpiecznym otwarciem podporządkowania Polski bliżej nieokreślonym naciskom.
Oczywiście tego, jakie to miałyby być naciski, każdy musi domyślić się we własnym zakresie, bo tajemniczy ks. dr Mrówczyński o tym nie wspomina.
Tak na marginesie, nasuwa mi się przykra myśl, że Episkopat Polski musi być chyba przekonany o tym, że władzę ma na smyczy, skoro proszony o konsultacje przez osobę w randze ministra uważa, że takie powierzchowne potraktowanie sprawy tę sprawę załatwia. Że wystarczy napisać kilka okrągłych zdanek, zakończyć je wzmianką o jakiejś nieokreślonej groźbie nacisków i sprawa załatwiona, ustawy nie będzie.
Albo może był to sprzeciw fasadowy, „żeby nie było, że się nie sprzeciwialiśmy, ale tak naprawdę, to nam to lata”. Niestety nie wiem, motywacji Episkopatu mogę się jedynie domyślać. W tym wypadku sprzeciw Episkopatu jest jednak Radziszewskiej na rękę – wbrew niemu zapowiedziała, że ustawę przepchnie, dzięki czemu teraz może pokazać lewej stronie, jaka to jest niezależna od Kościoła...
Tak czy inaczej, wracając już do zasadniczego tematu, bardzo chciałabym wiedzieć, dlaczego Platforma Obywatelska i wyłoniony z jej szeregów rząd RP trzyma na ważnym stanowisku osobę tak skrajnie niekompetentną? Osobę, która, w moim skromnym odczuciu, nie tylko nie ma kwalifikacji moralnych, jako że jej światopogląd naszpikowany jest uprzedzeniami, ale też twardych kompetencji zawodowych, jak znajomość przepisów prawa i umiejętność ich interpretacji?
Pełny tekst projektu ustawy:
http://bip.kprm.gov.pl/g2/2010_05/2702_fileot.pdf
2010-07-06 15:04:59
To wszystko jest trochę poplątane. Jako bezdzietna kobieta, z punktu widzenia katolickiej społeczności nie przedstawiam sobą specjalnej wartości, chyba że jestem zakonnicą. No, ale nie jestem i nic nie wskazuje na to, abym miała być. Przeciwnie, wszystko wskazuje, że nie będę, zatem jesteśmy w punkcie wyjścia - nie mam specjalnej wartości. Może, gdybym wybrała pełen czystości i ascezy żywot mniszki gdzieś w leśnych ostępach i żywiła się korzonkami, najlepiej mając przy tym wizje... Ale nie. Nie mam nic przeciwko leśnym ostępom, jednak bez przesady.
Oczywiście powiedzieliby mi dyplomatycznie, że mam jakąś wartość, bo mam zawód, bo się dokształcam, bo mam jakiś tam potencjał. Jednak, aby mieć prawo do posiadania konkretnej wartości jako ludzka jednostka, powinnam się rozmnożyć. Najlepiej z udziałem męża połączonego ze mną świętym węzłem małżeńskim. I tak przynajmniej z troje potomków, bo dwoje lub, co gorsza, jeden, to już jest podejrzanie nowoczesne. No i byłaby pewność, że stosuję antykoncepcję, bo jak tak można przez czas dłuższy mieć tylko jedno dziecko?
Zatem, aby być wartościową kobietą, powinnam mieć tak z troje dzieci i najlepiej jeszcze zajmować się nimi i domem podczas gdy mój katolicki małżonek będzie pracował na nasze utrzymanie.
Okej. Załóżmy chwilowo, że już mam tego katolickiego małżonka i czuję wolę bożą w kierunku rozmnożenia. Ale nie mogę. Coś jest nie tak i mimo wielu prób, nie udaje się począć żadnych potomków. Nic nie pomaga, żadne metody. Oczywiście - dramat, bo obrońcy życia zabraniają mi in vitro. Ci zrzeszeni w PiS chcieliby za in vitro nawet zamykać w więzieniach; w każdym razie takie rozwiązanie przewidywał niedawno wniesiony pod obrady Sejmu projekt nowelizacji Kodeksu Karnego autorstwa PiS, szczęśliwie przepadł.
Po drugiej stronie medalu mamy starą i oklepaną kwestię aborcji. Obrońcy życia potępiają ją z całą stanowczością, oczywiście, jak w przypadku in vitro, podpierając się nauką Kościoła Katolickiego, którego stanowisko jest tu jasne i stanowcze od wieków... Nie, zaraz. Wróć.
Był sobie kiedyś papież, Pius IX. Początkowo uważany za liberała, z jakichś powodów jednak nie spodobały mu się idee przyświecające Wiośnie Ludów w 1848 roku. Sprzeciwił się wówczas zjednoczeniu Włoch i na kilkanaście lat je uniemożliwił (licząc zapewne, że uniemożliwi je całkowicie). Był wówczas władcą Państwa Kościelnego ze stolicą w Rzymie, zaś jako głowa Kościoła Katolickiego miał realny wpływ na politykę pozostałych państw europejskich. Pius IX, uznając boskie pochodzenie władzy królewskiej i cesarskiej, o ile, oczywiście, była wierna Kościołowi, jednocześnie potępiał wszystkie ruchy narodowowyzwoleńcze oraz emancypacyjne, jakie wówczas pojawiały się w Europie. Pośród potępionych przez niego wydarzeń była nie tylko Wiosna Ludów, ale m. in. także polskie Powstanie Styczniowe z 1863 roku, choć trzeba przyznać, że protestował także przeciw okrutnemu dławieniu powstania przez Rosjan.
W kolejnych latach po Wiośnie Ludów wydał szereg dokumentów, które do dziś mają ogromny wpływ na poglądy obyczajowo - polityczne katolików na całym świecie. Między innymi ogłosił, wykazując się wielką skromnością i pokorą, dogmat o nieomylności papieża i o tym, że jest on rzeczywistym zastępcą Chrystusa. Wreszcie, do czego zmierzam, w 1869 roku ogłosił Konstytucję Apostolicae Sedis, w której m. in. obszernie opisał, kto jest schizmatykiem - w dużym skrócie: każdy, kto nie zgadza się z papieżem, choćby nawet nadal chciał należeć do Kościoła - oraz ogłosił, że aborcja zakazana jest od samego poczęcia.
Wcześniej bowiem, przez cały ten czas aż do drugiej połowy XIX wieku, w Kościele panował pogląd ogłoszony przez św. Tomasza z Akwinu, doktora Kościoła, uznawanego za jednego z najwybitniejszych chrześcijańskich myślicieli. Zgodnie z jego hylomorficznym modelem powstawania jednostki ludzkiej, płód dopiero po pewnym czasie zyskiwał ludzki charakter, duszę i stawał się osobą. Płód męski był według niego człowiekiem po 40 dniach od zapłodnienia, żeński zaś, oczywiście, potrzebował dwa razy więcej czasu, bo dni 80. Pogląd ten został oficjalnie przyjęty przez Drugi Sobór Nicejski w 787 r. W związku z tym do 40 dnia od poczęcia można było spędzać płód, tym bardziej, że z kolei Gracjan, który w 1140 roku, jako pierwszy, zebrał prawo kanoniczne w uznany powszechnie kodeks, na temat aborcji pisał w nim, że jest ona dopuszczalna, dopóki płód nie jest uformowany. I tam są jednak pewne sprzeczności, wskazujące na to, że pogląd Kościoła na aborcję ewoluował.
Wprawdzie pomysł, że płód męski staje się człowiekiem po 40 dniach, zaś kobiecy - po 80 uważam za, by tak rzec, niezbyt szczęśliwy i logiczny, jednak przyjęcie, że jesteśmy ludźmi od chwili poczęcia również mnie kompletnie nie przekonuje. Tworzą się paradoksy; np. co począć w sytuacji, kiedy kobieta nieświadoma zapłodnienia, poroni, biorąc krwawienie za spóźnioną miesiączkę? Zygota, którą właśnie odrzucił jej organizm była człowiekiem; tymczasem ląduje w koszu na śmieci wraz z zużytą podpaską. Czy to nie barbarzyństwo? Czy nie powinniśmy badać każdej krwi miesięcznej aktywnych seksualnie kobiet pod tym kątem? I wtedy co? Urządzać pogrzeb? Do grzebania płodów ze znacznie późniejszych poronień, mimo próśb zrozpaczonych matek, księża nie są zbyt skorzy. Obrońcy życia pochylają się nad każdym ludzkim embrionem, jednak ukształtowany, ale poroniony płód rzadko jest obiektem ich zainteresowania. Przeciwnie, uważają niekiedy za stosowne podczas swoich wystąpień w szkołach, pokazywać dziewczynkom i chłopcom takie płody w słoikach, zanurzone w formalinie, aby dowodzić, że to już ludzie i aborcja jest zła. Cel uświęca środki? Wiem, o czym piszę, bo w mojej szkole podstawowej była taka prelekcja; niektóre dziewczynki mdlały.
Zatem dzisiejsze poglądy katolików na aborcję i in - vitro ukształtowały się dopiero w XIX wieku, za sprawą zaangażowanego w politykę papieża, który, wykorzystując swoją władzę kościelną, chciał utrzymać władzę świecką w Państwie Kościelnym, swoje wpływy w innych krajach oraz - stary porządek, wedle którego obywatele poszczególnych krajów nie mieli praw politycznych i nie mogli występować na rzecz poprawy swojego losu. Papieża, który w swoich bullach potępiał m. in. rozdział Kościoła od państwa, laickie nauczanie, wolność prasy i sumienia oraz tendencję społeczeństw i klas do emancypacji, jednocześnie sam sobie nadając cechę nieomylności. Zakaz aborcji, na tym tle, wydaje się niewiele znaczącą kwestią, według mnie jest jednak jeszcze jednym sposobem sprawowania kontroli. Wyznaję bowiem pogląd, że wszystkie uregulowania, jakie Kościół (i w ogóle - religie) narzuca na swoich członków (a raczej - poddanych), szczególnie w sferze seksu, służą przede wszystkim sprawowaniu kontroli. Kontrolę zawsze ma ten, kto ustala i egzekwuje zasady nad tymi, którzy tym zasadom zmuszeni są się poddawać bez prawa do wątpliwości (pod groźbą bycia schizmatykiem, czyli - pod groźbą ekskomuniki).
Ci sami obrońcy życia wykazują się często pewną niekonsekwencją. Otóż, dziwnym przypadkiem, nie przeszkadza im idea kary śmierci. Pomijam już fakt, że często deklarują, że na karę śmierci zasługuje kobieta, która "zabiła swoje dziecko", oczywiście w wyniku aborcji (są nawet tacy ekstremiści, którzy by zabijali za antykoncepcję, bo przecież plemniki i komórki jajowe to w połowie ludzie, skoro zygota jest ludziem w całości, czyż nie?). Załóżmy jednak, że mogą to być wypowiedzi wygenerowane pod wpływem impulsu i świętego oburzenia i że po zastanowieniu taki obrońca życia wspaniałomyślnie zamieniłby karę śmierci dla "morderczyni" na dożywocie w kamieniołomach.
Nie, w gruncie rzeczy, chodzi mi o coś jeszcze innego. Mianowicie o to, że niemała grupa obrońców życia - niemała i całkiem, w pewnych kręgach, opiniotwórcza, wyznaje pogląd, że jeśli ktoś zasłużył, bo był bardzo złym i niemoralnym człowiekiem, to można go zabić w majestacie prawa. Oczywiście jest w tym ślad pewnej logiki - zbrodniarz zasługuje na śmierć, bo okazał się zbrodniarzem, zaś embrion jeszcze nie okazał się niczym, więc nie ma moralnego uzasadnienia dla zabicia go. W tym rozumowaniu jest jednak pewien szkopuł:
VI Nie zabijaj.
Oraz:
"Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku?" Mt 7,1-3
To, nad czym najbardziej ubolewam w odniesieniu do wielu współczesnych ludzi Kościoła, to nadmierne przywiązanie do zapisów Starego Testamentu i jednoczesne lekceważenie Ewangelii. A przecież dla katolika to właśnie Ewangelia - lekcja pokory, tolerancji i miłości bliźniego powinna być najważniejszym Pismem, nie Stary Testament, słowo twardego, nieustępliwego, gniewnego Boga, na domiar złego często rozumiane zbyt dosłownie.
Wśród obrońców życia dostrzegam pełnych pychy i przekonania o własnej doskonałości faryzeuszy, łatwo wydających wyroki na wszystkich, którzy ośmielają się, ich zdaniem, zgrzeszyć. Tymczasem, wedle słów ich własnego boga, nie im oceniać.
Tuż przed wyborami mój dziadek usłyszał w kościele, że "Komorowski przyjmuje komunię bez szacunku". Skąd białostocki ksiądz to wiedział, nie wiem. Być może zobaczył kandydata na prezydenta w telewizji i ocenił. Ale najbardziej rozłożył mnie na łopatki argument niektórych kościelnych środowisk, że skoro Komorowski popiera in vitro, to grzeszy śmiertelnie i każdy, kto nań odda głos, uczestniczy w tym śmiertelnym grzechu. Jednocześnie wyrażano poparcie dla Jarosława Kaczyńskiego, który podczas debaty pytany o in vitro trzy razy odpowiedział, tyleż dobitnie, co enigmatycznie, że jest katolikiem. Obrońcy życia mogą więc nań głosować bez obaw, bo wszak potępia najbardziej palący problem współczesnej polskiej polityki: in vitro.
Okazało się, że kwestia tego, który kandydat jest najbardziej katolicki, dla części wyborców była jedną z kluczowych. To nic, że Kaczyński aż kipi z pogardy dla ludzi, że nie ma sensownego programu, a nawet, gdyby miał, to jako premier udowodnił, że nie umiałby go zrealizować. Najważniejsze, że jest katolikiem.
No, dobrze, a co z katolikiem, który popiera karę śmierci, takim właśnie, jak Jarosław Kaczyński? Jego brat, nieodżałowany dla wielu obrońców życia wzór cnót Polaka - katolika, popierał ją także. Czyżby większym grzesznikiem miał być ktoś, kto bezpłodnym parom pragnie dać możliwość dochowania się własnego potomstwa, niż ktoś, kto uważa, że w pełni ukształtowaną jednostkę ludzką można pozbawić życia z czystym sumieniem, ponieważ udowodniła, że jest gorsza od tego, kto wydaje wyrok?
Niedawno Rada ds. Rodziny Konferencji Episkopatu napisała, że katolicy popierający in vitro, w tym, oczywiście, politycy, nie powinni przyjmować komunii świętej. O popieraniu kary śmierci się nie zająknęli. Czyli Komorowski nie powinien, Kaczyński może. Oto jest standard moralności obrońców życia, płynący z samej góry.
Abstrahując od wszystkiego, bo przyznaję, że to w co wierzą katolicy w związku z aborcją czy in vitro mnie specjalnie nie interesuje, bardzo bym sobie życzyła, aby to nie były sprawy, które decydują o wyborze przedstawicieli władzy na kolejne 5 czy 4 lata. Chciałabym również żeby ktoś, kto jest katolikiem, rozumiał rzeczy elementarne - że od wyborów zależy przyszłość jego, pozostałych, państwa. I żeby wiedział, że osoby, które mają tą przyszłością zarządzać, powinny mieć kompetencje nie tylko w określaniu co jest grzechem, a co nie, ale także np. w zakresie spraw gospodarczych, społecznych, polityki zagranicznej. Bo to są sprawy najważniejsze. Nie wszystko, niestety, sprowadza się do in vitro i "przyjmowania komunii z szacunkiem".
2010-05-23 17:37:32
Dziś jednak przeczytałam informację, której rzetelność budzi moje głębokie wątpliwości. W Warszawie, podczas rutynowej kontroli na bazarze, policjant strzelił, jak podają media, przypadkowo do czarnoskórego handlarza.
Wersja prezentowana przez media powtarzające tę samą notatkę PAP, jakoś do mnie nie przemawia. Liczę, że z czasem, wraz ze zdobywaniem materiału, informacje staną się mniej jednostronne.
Rutynowa kontrola. Mnóstwo jest takich na tym bazarze. Jeśli kogoś złapią, spisują, czasem rekwirują część towaru. Można przeżyć. No, może nie zawsze.
PAP, a za nią m. in. Gazeta Wyborcza i TVN podaje:
„Śmiertelnie postrzelony przez warszawską policję cudzoziemiec to 36-letni Nigeryjczyk. Ze wstępnych ustaleń wynika, że był notowany za przestępstwa gospodarcze. Po starciu z grupą cudzoziemców na warszawskiej Pradze do szpitala trafił jeden policjant, a 32 osoby trafiły do aresztu.
W pewnym momencie, kiedy zbliżyli się do czarnoskórych mężczyzn, jeden z nich zaczął uciekać. W pogoń za nim ruszył funkcjonariusz. Zdołał go obalić na ziemię, próbował założyć mu kajdanki. Wtedy policjanta i jego kolegę, który biegł za nim, zaatakowała grupa mężczyzn - relacjonował rzecznik komendanta głównego policji Mariusz Sokołowski - Padł strzał. Jak się okazało, śmiertelny.
Funkcjonariusze relacjonowali, że spotkali się "z niebywałą agresją". W kierunku policjantów poleciały kamienie, krzesła i cegłówki. Nigeryjczyk wyrywał się funkcjonariuszowi, doszło do szamotaniny. - Świadkowie twierdzą, że próbowano wyrwać mu broń. Sprawdzamy to. Padł strzał. Jak się okazało, śmiertelny - stwierdził Sokołowski.
Policjanci twierdzą, że próbowali udzielić mężczyźnie pierwszej pomocy, ale zostali obrzucani kamieniami, cegłówkami i rurkami. Padły strzały ostrzegawcze, a sytuację opanowano dopiero, gdy na miejsce przyjechali dodatkowi policjanci z prewencji. Rannych zostało co najmniej sześciu funkcjonariuszy, a ten, z którego broni prawdopodobnie postrzelony został Nigeryjczyk, trafił do szpitala z obrażeniami głowy. [...]
- Zatrzymaliśmy w sumie 32 osoby. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że mężczyzna, który zginął, był już wcześniej notowany za przestępstwa gospodarcze. To, dlaczego dzisiaj uciekał, będzie wyjaśniane - podkreślił Sokołowski. Wcześniej w TVN24 stwierdził, że przyczyną agresji w stosunku do policjantów mógł być fakt, że "handlowali czymś nielegalnym"”
Po pierwsze – dlaczego w nagłówku zestawiono informację o tym, że zabity był Nigeryjczykiem i był już „notowany za przestępstwa gospodarcze”? Tego rodzaju konstrukcja to jedna z bardziej znanych metod manipulacji tekstem informacyjnym. Ma na celu negatywne przedstawienie ofiary jako „wielokrotnego przestępcę gospodarczego”.
Zresztą „notowany za przestępstwa gospodarcze” równie dobrze może oznaczać, że kilka razy go złapali, kiedy bez pozwolenia handlował skarpetkami, albo że adidasy, które sprzedawał, były podrobione.
Prosta sprawa. Chcę przedstawić ofiarę w złym świetle, piszę: „Ze wstępnych ustaleń wynika, że był notowany za przestępstwa gospodarcze.” Chcę w pozytywnym, to wtedy: „Osierocił żonę – Polkę i troje dzieci, był głównym żywicielem rodziny”.
Nie dajcie się na to łapać.
Po drugie – co to jest „cegłówka”?
Po trzecie – jak to było dokładnie - skoro policjantów zaatakowali koledzy ofiary, która usiłowała się wyrwać, to dlaczego właśnie ona została zastrzelona? Czy faktycznie zastrzelony Nigeryjczyk próbował zabrać broń policjantowi? A może chciał go powstrzymać przed strzałem?
Po czwarte – na końcu rzecznik Policji mówi, że mężczyzna uciekał, bo może „handlował czymś nielegalnym”. Znów sugestia – czym? Narkotykami? Bronią? Uranem? Podrabianymi koszulkami Pumy?
Może faktycznie nie miał pozwolenia na handel? A może uciekał, bo z jakichś powodów nie przepada za polską Policją? Ale czy samo to, że uciekał (może miał nieczyste sumienie, a może się bał?), usprawiedliwia stosowanie ostrej amunicji?
Nie podoba mi się styl tej notatki, ani trochę. Jest jednostronna, opiera się głównie na opiniach i opowiadaniu policjantów, co nie jest jeszcze zarzutem - być może autorowi brakowało innych świadków. Ale relacja sprawia wrażenie próby obrony Policji i jednocześnie - przedstawienia zabitego w złym świetle, ale tak, żeby się to za bardzo nie rzucało w oczy.
Zwracam na to uwagę dlatego, że jest to jedna z pierwszych informacji o tym zdarzeniu, o ile nie pierwsza. Jest to o tyle istotne, że pierwsza informacja ma bardzo duże znaczenie dla kształtowania postawy odbiorcy wobec danego zdarzenia - na kolejne informacje patrzymy przez pryzmat tej pierwszej.
Kojarzy mi się to mocno z zabiciem Polaka przez kanadyjską Policję na lotnisku w Vancouver. Wówczas policjanci mówili, że był groźny i stawiał czynny opór. A jednak ostatecznie okazało się, że było inaczej.
Bardzo bym chciała, żeby to nie była taka sytuacja. Niestety jednak trzeba się z taką możliwością liczyć, bo to całkiem realna opcja. Na całym świecie w takich sytuacjach koledzy – policjanci chronią się wzajemnie, nie pamiętają, nie widzieli, albo widzieli, że wszystko było jak trzeba.
Może było to nadużycie władzy, a może tragiczny wypadek; może funkcjonariusz, który strzelił przeżywa teraz dramat świadomości zabicia człowieka, a może nie.
W tej sytuacji - czekam na wyjaśnienie. Rzetelne.
2010-05-21 14:37:59
Po pewnym czasie obecność Niewidzialnego stała się dla mnie zupełnie normalna i choć było mi przykro, że mogę się z nim komunikować wyłącznie za pośrednictwem przyjaciółki, to po cichu zazdrościłam mu niewidzialności. Zazdrościłam też jej, że z nim rozmawia.
Kiedy ginęły nam rzodkiewki, byłyśmy pewne, że to on, w końcu przecież bardzo je lubił. Z czasem upatrywałyśmy w nim przyczynę wielu innych niezrozumiałych dla nas zjawisk; na przykład, kiedy odkrywałyśmy w kuchni czekoladę z orzechami, której jeszcze wczoraj w tym miejscu nie było, miałyśmy podejrzenie graniczące z pewnością, że to prezent od Niewidzialnego.
Oczywiście czasem mówiłyśmy dorosłym o Niewidzialnym. Trudno jest się powstrzymać przed mówieniem innym ludziom o czymś tak wspaniałym, jak doświadczenie głębokiej, prawdziwej przyjaźni z kimś, kto nas lubi i akceptuje, bawi się z nami, pomaga nam zrywać rzodkiewki i po cichu, w tajemnicy, podrzuca nam czekolady. Przepełniała nas duma i głębokie oddanie wobec tego tajemniczego (dla mnie był tajemniczy, moja przyjaciółka, z racji bezpośredniego kontaktu, musiała dostrzegać w nim mniej tajemnic) Ktosia.
Niestety dorośli reagowali jakoś dziwnie. Byłam mała, moja socjalizacja była dopiero w fazie początkowej, jednak czułam doskonale, że to przytakiwanie jest jakby nieszczere. Te lekkie uśmieszki majaczące w kącikach ust, te porozumiewawcze spojrzenia... i przesadnie afektowany ton głosu. Wszystko to kazało mi podejrzewać, że dorośli tylko tak mówią, ale w rzeczywistości w Niewidzialnego nie wierzą.
To była straszna świadomość. Być może ktoś z Was zdaje sobie sprawę, jak to jest, wiedzieć coś na pewno i to coś naprawdę dobrego, radosnego, wspaniałego i jednocześnie – nie móc się z kimś porozumieć, nie móc mu tego wytłumaczyć tak, żeby to zrozumiał. Ok, Niewidzialny był niewidzialny, więc trudno było udowodnić jego istnienie, ale hej, przecież dawał nam czekolady! Fakt, czasem zabierał rzodkiewki; ale przecież przyjaźń powinna się opierać zarówno na braniu jak i dawaniu. Byłyśmy zresztą przekonane, że on daje nam znacznie więcej, niż my jemu. Czym jest bowiem kilka marnych rzodkiewek wyhodowanych w piasku w obliczu czekolady w orzechami?
Odpuściłyśmy sobie dorosłych z ich obrzydliwym, pełnym politowania kiwaniem głowami, stwierdzając, że dla nich chyba nie ma nadziei. Nie chcą poznać Niewidzialnego, to nie; ich strata.
Przerzuciłyśmy naszą moc oddziaływania na rówieśników i na dzieci młodsze, nie byłyśmy wybredne. W krótkim czasie uformowała się kilkuosobowa grupka dzieciaków spragnionych opowieści o Niewidzialnym. Dzięki nim miałyśmy jeszcze więcej czekolad, bo niektórzy, zupełnie z własnej woli, przynosili je nam, żebyśmy im opowiadały. Było to zresztą czasem kłopotliwe, bo nie zawsze było co opowiadać; musiałyśmy więc niekiedy przedstawiać własne historyjki o Niewidzialnym – oczywiście takie, jakie mogłyby się prawdopodobnie wydarzyć.
Ale zaniepokoiło nas jedno. Dorośli mówili o Świętym Mikołaju. Że przyjdzie do nas w grudniu i będą prezenty. Dużo lepsze od okazyjnych czekolad (twierdzili zresztą, że to oni podkładali nam czekolady, ale tym razem wreszcie to my mogłyśmy ich wyśmiać - cóż za prymitywne kłamstwo, przecież wiedziałyśmy, że czekolady są od Niewidzialnego!).
Oczywiście wiedziałyśmy o Świętym Mikołaju już wcześniej, ale trudno o nim myśleć w czerwcu, kiedy zaczyna się lato, a grudzień zdaje się odległy i niepewny. W każdym razie, dorośli, ciągle z tymi znaczącymi uśmiechami, usiłowali nas zagiąć, zapytując, czy, skoro Niewidzialnego nie widać, to zobaczy go w porę Święty Mikołaj i da mu prezent? Trochę nas to zmartwiło, ale zachowałyśmy zimną krew, replikując, że słaby byłby ten Święty Mikołaj, gdyby czyjaś niewidzialność była dla niego przeszkodą. Skoro jest taki potężny, powinien widzieć Niewidzialnego, mimo że my go nie widzimy, tak jak może wejść do pokoju przez dziurkę od klucza, a my nie, choć próbowałyśmy.
To, zdaje się, zbiło dorosłych z tropu, bo wymawiając się koniecznością robienia obiadu, przerwali dyskusję. Czułyśmy smak triumfu, jednak nie opuszczały nas pewne wątpliwości. Moja przyjaciółka postanowiła porozmawiać z Niewidzialnym i zapytać go o Mikołaja. I, naturalnie, wszystko mi opowiedzieć.
Okazało się, że Niewidzialny jest pomocnikiem Świętego Mikołaja! Jednym z bardzo, bardzo wielu, którzy mają za zadanie obserwować dzieci i zdawać Mikołajowi relacje z tego, czy dzieci były grzeczne, bo nie dałby rady sam. Każde dziecko miało takiego opiekuna, jednak znaczna większość nawet o nim nie wiedziała; tylko nieliczne mogły go zobaczyć, a jeszcze mniejsza garstka wybrańców mogła z nim porozmawiać.
Wyglądało na to, że moja przyjaciółka była kimś szczególnie wybranym.
Zawsze ją lubiłam, jednak nie mogłam pojąć, dlaczego ona, a nie ja? Okazywało się bowiem, że ja też powinnam mieć takiego opiekuna jak Niewidzialny. Czemu mój ze mną nie chce rozmawiać?
Opisałam to wszystko w pamiętniku. Prowadziłam go sumiennym, koślawym pismem początkującej literatki, która już w kilka lat później napisała swoją pierwszą powieść o perypetiach kotów z podwórka.
Pamiętnik zawierał szczegółowy opis naszych zabaw i rozmów z Niewidzialnym oraz wyjaśnienia wszystkich spornych kwestii w rodzaju tej z Mikołajem. Było też dużo o samym Mikołaju, skoro, jak się okazało, Niewidzialny od niego pochodzi.
Obie pisałyśmy też listy do Mikołaja; ja chyba dłuższe, bo także o tym, dlaczego ja nie mogę rozmawiać ze swoim Niewidzialnym i czy w ogóle na pewno go mam?
Listy pozostawały bez odpowiedzi.
Kilka miesięcy później zwierzyłam się mojej przyjaciółce ze swoich wątpliwości. Odpowiedziała mi od razu – nie widzę swojego Niewidzialnego, bo brak mi wiary.
To mnie przygnębiło. Głównie dlatego, że zdałam sobie sprawę, że to prawda. Moja wiara nie mogła się równać z wiarą mojej przyjaciółki; w końcu wszystko, co wiedziałam o Niewidzialnym, wiedziałam od niej. Postanowiłam się z tym pogodzić – w naszej hierarchii byłam druga, mimo że troszkę starsza. Kiedy moja przyjaciółka opowiedziała mi o Niewidzialnym, ja ciągle jeszcze wierzyłam w Myszkę, tę, która zabiera mleczne zęby i zostawia słodycze. To moja przyjaciółka, z lekkim pobłażaniem, wyjaśniła mi, że to nieprawda, bo robią to dorośli – sama widziała. Sprawdziłam to przy kolejnym mleczaku, okazało się prawdą. Porzuciłam więc ze wstydem dziecinną wiarę w Myszkę i gorliwie zaangażowałam się w budowanie mojej relacji z Niewidzialnym, wiedząc jednakże, że i tak nigdy nie polubi mnie tak, jak moją przyjaciółkę.
Z czasem jakoś tak wyszło, że rozmawiałyśmy o nim jakby mniej, aż wreszcie obejrzałam animowany film o Piotrusiu Panie. To było jak objawienie. Natychmiast zaprosiłam przyjaciółkę i pokazałam jej film. Była zachwycona.
Zaraz pobiegłyśmy do ogrodu, budować samolot na wyprawę do Piotrusia Pana.
Tylko we dwie.
2010-04-15 17:21:55
Jeśli jednak ten fakt czegoś dowodzi, to chyba dwóch rzeczy – ludzkiego relatywizmu w ocenie wielkości autorytetów i zasług oraz tego, że pogrzeby znanych Polaków wywołują w naszym kraju ogromne kontrowersje, według mnie – zbyt duże.
Jest mi po ludzku smutno z powodu tej zdumiewającej i irracjonalnej katastrofy, przede wszystkim z powodu tragedii ludzi – ofiar i ich rodzin, które muszą się mierzyć z ogromnym, osobistym dramatem straty bliskich. Szczególnie w pierwszych dniach udzielił mi się podniosły, żałobny nastrój. Wielką pociechę stanowiła dla mnie wówczas podkreślana przez polskie i zagraniczne media szansa na pojednanie nie tylko wewnątrznarodowe, ale także polsko – rosyjskie. W końcu w tym samolocie niemal każdy Polak mógł znaleźć kogoś, kogo darzył szacunkiem, a samo miejsce i czas katastrofy mogło wyznaczyć nowy szlak dla porozumienia z Rosjanami.
Atmosferę dość szybko zaczęły psuć pojedyncze, niestosowne czy wręcz haniebne wypowiedzi dziennikarzy i polityków, wciąż jednak niknęły one w fali jedności, jaka na ten krótki czas połączyła niemal wszystkich wspólną żałobą. Zachowania ludzi były piękne na tle tragedii, jaka spotkała naród; tak piękne, że odnotowała je światowa prasa – z nieskrywanym podziwem, szacunkiem i współczuciem.
Aż pojawił się Wawel. Wawel – i koniec. Koniec żałoby, koniec pojednania, koniec pięknych gestów, zadumy, refleksji. Koniec także dostrzegania, że w katastrofie zginął ktoś jeszcze poza Lechem Kaczyńskim.
Gdyby okoliczności były inne, być może można by było policzyć Polakom na plus, że potrafią się szybko otrząsnąć z bólu i z całą mocą ruszyć do walki. Niestety, jestem zdania, że to, co teraz obserwujemy, to festiwal naszych najgorszych narodowych cech; zupełnie niepotrzebny i szkodliwy konflikt, umiejętnie (choć nie wiem, czy celowo) podsycany przez pewne środowiska.
Mój stosunek do Wawelu jako symbolu polskości jest dość letni. Prawdę mówiąc, tej właśnie mocy uczuciami darzę większość naszych wspaniałych symboli patriotycznych i religijnych. Symbole są potrzebne dla utrzymania jedności narodu (co większość z nas uważa za ważne), jednak mam głębokie przekonanie, że w Polsce już dawno zaczęliśmy przywiązywać zbyt dużą wagę do symboli, zbyt małą zaś – do ludzi. Dlatego tak wielu elektryzuje kwestia pogrzebu na Wawelu, a tak niewielu zaprząta sobie głowę prawdziwymi dramatami konkretnych ludzi, lub w jakiś bardziej ludzki, nie symboliczny, sposób pojmowanym dobrem kraju. Polityka martyrologiczna i mesjanistyczna, poszukiwanie symboli na siłę, gloryfikowanie śmierci to najbardziej szkodliwy społecznie spadek po wielkich Polakach epoki romantycznej.
Zatem mnie osobiście ani nie dotyka, ani nie oburza perspektywa pochowania Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Przyznam szczerze, że zapewne już za kilka miesięcy ten fakt wyląduje gdzieś na marginesie mojej świadomości i będzie sobie tam tkwił z przerwami na obchody rocznicowe oraz kampanie wyborcze. Gdyby nie wielka wrzawa, jaka wokół tej sprawy powstała, pewnie tylko zdziwiłabym się, że Kraków a nie Warszawa, pomyślała, że cóż, widać starczy przypadkiem zginąć podczas pełnienia urzędu głowy państwa, by spocząć koło Piłsudskiego, po czym wzruszyła ramionami i pokiwała głową nad PiSowską wizją świata.
Jednak dla wielu Wawel jest symbolem polskości. I to tej bardziej atrakcyjnej - wielkości, władzy. W kryptach wawelskich spoczywają trumny polskich symboli świetności – królów, wybitnych dowódców, narodowych wieszczów. Świetne towarzystwo ludzi, którzy trwale zapisali się w polskiej historii. Trudno zatem się dziwić, że wielu spośród tych, którzy widzą w Wawelu ten symbol sprzeciwia się pochówkowi Lecha Kaczyńskiego w tym miejscu.
Niemal od początku byłam przekonana, że to decyzja polityczna. Nie sądzę, aby na pomysł Wawelu wpadła rodzina Kaczyńskich. Raczej chcieliby mieć Marię i Lecha Kaczyńskich blisko, w Warszawie, żeby móc odwiedzić ich grób zawsze wówczas, kiedy poczują taką potrzebę. A sądzę, że będą czuli często. Jestem skłonna podejrzewać, że pomysł podsunęły Kaczyńskim osoby zainteresowane śmiercią prezydenta jako politycznym kapitałem, oczywiście uzasadniając ideę „pragnieniem zapewnienia prezydentowi miejsca pochówku godnego tak wielkiego patrioty” lub innym frazesem w tym guście. Z publikacji prasowych wynika, że rodzina się wahała, niektóre media podają wprost, że córka prezydenta była przeciwna. Do niedawna trudno było dowiedzieć się czegoś więcej, bo współpracownicy i zwolennicy zmarłego prezydenta nabrali w tej sprawie wody w usta i choć powtarzali, że pomysł jest świetny, to jakoś nikt nie chciał się przyznać do jego wygenerowania, wszyscy tylko mówili, kto na niego NIE WPADŁ. Dla odmiany wczoraj Gazeta Wyborcza doniosła o licznej grupie osób, które przyznają się do ojcostwa pomysłu z Wawelem. W dalszym ciągu jednak łatwo się w tym wszystkim pogubić, choć redaktorom GW wyszło w procesie dedukcji, że w imieniu rodziny decyzję podjął (pod wpływem partyjnych doradców) sam Jarosław Kaczyński, przy szczególnej przychylności ks. Stanisława Dziwisza.
W moim głębokim odczuciu, Lech Kaczyński nie był dobrym prezydentem, mężem stanu lub szczególnym przypadkiem patrioty. Jego śmierć nie była bohaterska, a jedynie tragiczna. Był, owszem, głową państwa; zginał niespodziewanie podczas pełnienia obowiązków. Nie ma w tym jednak żadnej zasługi. Jeśli więc pochówek na Wawelu ma być wielkim zaszczytem, nobilitacją, to ja nie dostrzegam ku temu żadnych podstaw. Nie jest mi miłą perspektywa, że wkrótce informacje o Lechu Kaczyńskim pojawią się w przewodnikach dla wycieczek obok Piłsudskiego, Sikorskiego, Słowackiego czy Mickiewicza.
Nie podoba mi się stawianie pomnika na siłę komuś, kto na pomnik nie zasłużył. Sądzę, że dla współpracowników Lecha Kaczyńskiego (nie jego rodziny!) ma to na celu wyłącznie poprawienie PiSowskiego PRu. Uparte trwanie przy pomyśle tego pochówku uważam za cyniczne, zakłamane i społecznie szkodliwe.
Mam głęboki żal do bezimiennych pomysłodawców Wawelu, którzy nawet w tak trudnej chwili postanowili jątrzyć i, z właściwą sobie wprawą, wsadzili kij w mrowisko, wywołując falę protestów i kontrowersji w pogrążonej w żałobie Polsce. Oni ponoszą bezpośrednią odpowiedzialność za to, co obserwujemy w tej chwili i za to, że całkiem już przestano się zajmować pozostałymi tragicznie zmarłymi, tak jakby to jedyny prezydent zginął. Mam szczerą nadzieję, że będziemy im to pamiętać przynajmniej do najbliższych wyborów.
Z drugiej strony, mimo wszechobecnego nastroju walki o obronę Wawelu przed Kaczyńskimi (lub Kaczyńskich przed nieprawdziwymi patriotami), sama starałam się do tego zdystansować. Szybko stało się dla mnie jasne, że decyzja jest przyklepana, że żadne protesty i petycje tego nie zmienią. Uznałam więc sprawę po pierwsze, za niewartą szargania sobie nerwów, po drugie – za dość żenującą i taką, w której w związku z tym nie chcę brać udziału. Nie podpisałam więc żadnej petycji, nie byłam na żadnym proteście, nie przyłączyłam się do żadnych działań mających na celu zablokowanie wawelskiego pogrzebu.
Nie umiem też, póki co, zająć jednoznacznego stanowiska wobec protestów. Z jednej strony rozumiem protestujących – są przywiązani do symboliki Wawelu, zaś jako nieprzywiązani do Lecha Kaczyńskiego i oceniający jego prezydenturę krytycznie, uważają, że opór w tej sytuacji jest ich patriotycznym obowiązkiem. Z drugiej strony, skoro sytuacja przesądzona, to czy warto w takich dniach odpowiadać na zaczepkę i protestować? Czy warto dawać się sprowokować do podziałów? Z trzeciej strony wreszcie - wielu ze świętym oburzeniem w sercu i okrzykiem na ustach idzie bronić Wawelu przed Kaczyńskim; szkoda, że demonstracje w ważnych sprawach społecznych nie mogą się cieszyć podobnym zainteresowaniem. Koncentrowanie się na symbolu jest najwyraźniej nie tylko domeną Polaków konserwatywnych. Ta tendencja wydaje się polską cechą narodową.
Mnie samej wszystko to nie czyni większej szkody. Czuję jednak żal, gniew i rozczarowanie, kiedy pomyślę, że to całe okołowawelskie piekiełko już przeniknęło do zagranicznej prasy. I że teraz za granicą o nas pomyślą: „A jednak, nic się nie zmieniło. Polacy są tacy, jak zwykle”.
I jeszcze żal mi rodziny zmarłego prezydenta, że w chwili tęsknoty lub zadumy, zamiast iść na spacer na Powązki, będą musieli rezerwować bilet kolejowy lub lotniczy, bądź tłuc się samochodem, by odwiedzić groby osób, których tak bardzo im brakuje.
2010-04-02 19:38:50
Przeciwnicy ustawy okrzyknęli ją „ustawą o rozbijaniu rodzin”, kierując się w tym, jak sądzę, wyłącznie treścią osławionego artykułu 12a. W pierwotnym założeniu zapis ten miał na celu danie pracownikowi socjalnemu uprawnień zbliżonych do tych, które w sytuacji interwencji w rodzinie mają funkcjonariusze Policji. Policjant na służbie, jeśli widzi, że dziecko jest zagrożone ze strony opiekunów, ma prawo je odebrać z domu i umieścić w specjalnej placówce (rodzinie zastępczej, pogotowiu opiekuńczym czy domu dziecka). Artykuł 12a miał dać pracownikowi socjalnemu tę samą możliwość, jednak nie dawał mu wolnej ręki – wraz z „socjalnym” interweniować musiał policjant lub jakiś przedstawiciel służb medycznych.
Frontalny atak na ustawę z powodu tego zapisu, według mnie, świadczy tylko o tym, że atakujący nie znają zbyt dobrze realiów pracy tych „socjalnych”. Przeciwnicy popuścili wodze paranoicznego myślenia, zaczęli bić na alarm, że dzieci będą zabierane zależnie od widzi – mi – się pracowników socjalnych w zupełnie kosmicznych sytuacjach, np. kiedy ktoś dziecku zwróci uwagę, lub siłą odciągnie je od kontaktu, do którego zamierzało wsadzić palce. Jest to zresztą, niestety, bardzo częsta taktyka – zwalczania czegoś poprzez doprowadzenie idei do absurdu. W ten sposób przeciwnicy ustawy zaczęli sobie dowcipkować z rodzinnej przemocy, jakby było to coś naprawdę zabawnego.
Tymczasem prawda jest taka, że artykuł 12a dotyczy, co jest w nim wyraźnie i jasno określone, wyłącznie sytuacji, „bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia”. Renata Durda z Niebieskiej Linii szacuje, że dotyczyłoby to rocznie ledwie kilku przypadków na województwo, niewiele więcej niż 100 w skali całego kraju; nie może być więc mowy o jakimkolwiek szerzej zakrojonym działaniu! To wyłącznie nagłe wypadki. Po drugie – w obecnych warunkach, jak wspomniałam, prawo do takiej interwencji mają już policjanci. I jakoś doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że stosując to narzędzie, przestrzegają przepisów. Skąd wniosek, że pracownicy socjalni, bardziej przecież od policjantów kompetentni w zakresie rozpoznawania sytuacji w rodzinie, mieliby postępować inaczej? I w jakim celu?
Pytanie o cel tych rzekomych, potencjalnych nadużyć jest tu istotne o tyle, że obnaża paranoiczność myślenia przeciwników ustawy. Obnaża, bo pokazuje, że to myślenie jest bez sensu. Bo na to pytanie nie bardzo umieją oni znaleźć sensowną odpowiedź. Zresztą, podążając tym tropem, można dojść do wniosku, że dokładnie każda osoba mająca jakiekolwiek uprawnienia może je przekroczyć – zlikwidujmy więc Policję, wojsko, sądy, urzędy, szpitale, szkoły, a na koniec – Sejm, Senat i Prezydenta. Podobne pomysły nie rodzą się (jak sądzę) w umysłach przeciwników nowelizacji, a przecież logicznie wynikają z ich sposobu postrzegania świata. Czemu więc uwzięli się akurat na pracowników socjalnych i nie chcą im pozwolić ratować życia zagrożonego dziecka, tego nie wiem.
Ale, co na tym etapie dyskusji jest chyba ważniejsze, artykuł 12a, po szeregu wniesionych do niego poprawek, został ostatecznie spacyfikowany i, jeśli zostanie zatwierdzony w obecnie przyjętym kształcie, będzie po prostu martwym prawem. Według aktualnego zapisu bowiem, podczas interwencji pracownika socjalnego obligatoryjna będzie obecność jeszcze co najmniej 2 osób: policjanta oraz przedstawiciela opieki medycznej. Podejrzewam, że skoro w świetle obecnych przepisów policjant może interweniować sam, to dalej będzie interweniował, a z artykułu 12a raczej nikt nie skorzysta, bo zwyczajnie będzie to nieefektywne – czekać na pojawienie się wszystkich 3 wymaganych osób. Zaryzykuję tezę, że w tej chwili artykuł 12a można by bez straty po prostu wykreślić. Samym zresztą pracownikom socjalnym wcale na tym artykule specjalnie nie zależało.
W gruncie rzeczy zatem okrojenie tego artykułu wytrąca przeciwnikom ustawy najważniejszą broń z ręki, choć ta broń i tak była słabiutka w sensie logiczno – prawnym; cięższa w sensie demagogicznym, bo wystarczyła, by nastraszyć rodziców „konfiskatą” dziecka (jakby było rzeczą).
Co zatem jest takiego w projekcie, że warto o niego walczyć? Wszyscy skoncentrowali swoje siły przede wszystkim na artykule 12a, o nim powiedziano w mediach najwięcej, mimo że w zamyśle dotyczyć miał bardzo odosobnionych przypadków. Skoro jednak wcale taki ważny nie jest, a jedynie nośny medialnie i wdzięcznie poddający się zabiegom manipulacyjnym jego przeciwników, co w proponowanej nowelizacji jest tak istotne?
1. Nowelizacja zobowiązuje poszczególne służby pracujące z mającymi problemy z przemocą rodzinami (Policję, pomoc społeczną, kuratorów, komisje rozwiązywania problemów alkoholowych, przedstawicieli oświaty, ochronę zdrowia i organizacje pozarządowe) do ścisłej współpracy. Dzięki temu postępowania mogą być szybsze, pomoc – bardziej skuteczna i adekwatna do sytuacji, zaś, co bardzo ważne – ofiara przemocy nie będzie musiała przechodzić gehenny ciągłych zeznań za każdym razem przed przedstawicielem innych służb. Będzie mogła zeznawać raz, np. na Policji, Policja zaś tymi zeznaniami podzieli się choćby z kuratorem przydzielonym do sprawy. Dla osób poszkodowanych to bardzo ważne, bo każde kolejne zeznania to przeżywanie bólu od nowa; ta ustawa może im tego w znacznym stopniu oszczędzić.
2. Projekt dodaje do art. 3 obecnie obowiązującej ustawy małe słówko: „bezpłatnej”. Niby nic, jednak w praktyce zmiana jest zasadnicza – dzięki temu poszkodowane przez najbliższych osoby, często wymagające natychmiastowej interwencji lekarza czy psychologa, będą miały zagwarantowaną bezpłatną pomoc: medyczną, socjalną, psychologiczną, prawną, zawodową i rodzinną; także pomoc w znalezieniu mieszkania, jeśli zajdzie taka potrzeba. Oznacza to także, że będą miały prawo do nieodpłatnego badania lekarskiego i zaświadczenia od lekarza, które będzie stanowiło dowód w sądzie – dziś obdukcje są płatne; mimo iż są jednym z najważniejszych potencjalnych dowodów, wiele osób z nich rezygnuje z przyczyn ekonomicznych.
3. Nowelizacja wprowadza lepsze rozwiązania do zastosowania wobec sprawcy, koncentrując się przy tym przede wszystkim na ochronie dobra osoby poszkodowanej. Obecnie jest niestety tak, że to przede wszystkim ofiara, zwykle kobieta z dziećmi, jeśli już odważy się zgłosić swoją krzywdę, to zaraz po tym musi uciekać z domu, w obawie przed zemstą swego prześladowcy. Często też jest tak, że trafia ona do ośrodka pomocy znacznie oddalonego od dotychczasowego miejsca jej zamieszkania, niekiedy nawet – ulokowanego w innej miejscowości. To dodatkowy stres – nagła zmiana otoczenia, które znamy, oddzielenie od bliskich, konieczność adaptowania się do nowych warunków w niezwykle trudnej życiowo chwili. Jeszcze większą traumę stanowi to dla dziecka, które musi opuszczać dom, przyjaciół, szkołę. Tymczasem rodzinny prześladowca nadal mieszka sobie w ich dotąd wspólnym domu. Sytuacja taka trwać może nawet w trakcie całego postępowania i później, bo obecnie znaczna większość (ok. 90%) sprawców dostaje wyroki w zawieszeniu.
Jeśli wejdą nowe przepisy, to sprawca, nie poszkodowany, będzie musiał się martwić o dach nad głową. Projekt przewiduje, że ofiara przemocy w rodzinie będzie objęta ochroną przed sprawcą już od chwili zgłoszenia swojej krzywdy odpowiednim służbom. Sąd będzie mógł już na początku postępowania zakazać podejrzanemu zbliżania się i kontaktów z ofiarą. To sprawca będzie zmuszony opuścić wspólnie zajmowany lokal.
Ta zmiana jest niezwykle ważna z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze – wiele dotkniętych przemocą osób nie zgłasza się na Policję właśnie w obawie utraty miejsca zamieszkania lub tego, że sprawca będzie się w zemście znęcał nad rodziną jeszcze dotkliwiej przez cały czas postępowania sądowego. Teraz to zagrożenie znacznie się zmniejszy. Po drugie – wreszcie będzie możliwa jakaś odczuwalna sankcja dla sprawcy, który często nie jest aresztowany, bo areszty są przepełnione i nie jest później skazywany na więzienie, bo w więzieniach jest jeszcze gorzej niż w aresztach. Odseparowanie od ofiary jest nawet lepszym rozwiązaniem, szczególnie, że sprawcę jednocześnie będzie można skierować do udziału w programie korekcyjnym mającym na celu zmianę modelu zachowania na właściwy. Będzie on więc jednocześnie oddzielony od ofiary, poddany wpływowi korekcyjnemu i nie będzie musiał tracić pracy (co miałoby miejsce, gdyby go aresztowano), a to przecież ważne nie tylko dla niego, ale też dla całej rodziny. W tym sensie jest to wręcz ustawa prorodzinna, umożliwia bowiem resocjalizację sprawcy, co z kolei może uratować rodzinę przed rozpadem czy skrajną dysfunkcją.
4. Wśród nowych zapisów znajduje się też obowiązek tworzenia i realizowania programów przeciwdziałania rodzinnej przemocy i ochrony jej ofiar w środowiskach lokalnych. Oznacza to, że administracja państwowa na różnych poziomach (administracja rządowa, województwo, powiat i gmina) będzie zobowiązana do planowania i realizowania programów odpowiadających potrzebom danej społeczności. Jednocześnie oznacza to zwiększenie zainteresowania państwa problemem przemocy w rodzinie.
5. Ale nie ostatnie – Projekt jest przełomowy, ponieważ zawiera jasno sformułowany zakaz stosowania przemocy wobec dzieci, w tym – kar cielesnych. Ten zapis również wzbudził kontrowersje konserwatywnych środowisk, które uważają, że rodzic ma prawo bić lub poniżać swoje dziecko. Nasuwa się pytanie – dlaczego? Dlaczego rodzić miałby mieć takie prawo? Dziecko nie jest przecież jego własnością. Jest człowiekiem i obywatelem. Żadnych innych ludzi, obywateli, rodzicowi bić nie wolno.
Liczne badania psychologiczne dowodzą zresztą, że czołowy argument przeciwników o skuteczności tzw. „klapsów” jest nieprawdziwy. Ani bicie, ani klapsy (zresztą, kto mądry umie to jasno rozróżnić?) nie wychowują. Ich rzekoma skuteczność to ułuda. Klapsy nie uczą szacunku dla rodzica, tylko strachu. Nie zwiększają zaufania, tylko je rujnują. Nie uczą dziecka, że nie wolno czegoś robić. Uczą je tego, że nie można tego robić, kiedy rodzic może je przyłapać. Ponadto – bardzo źle wpływają na samoocenę, poczucie bezpieczeństwa, proces socjalizacji, ciekawość świata i możliwości szkolne dziecka. Krótko mówiąc – szkodzą na każdej płaszczyźnie. I, w istocie, służą niemal wyłącznie zadaniu dziecku bólu i rozładowaniu napięcia rodzica.
Projekt zakazuje kar cielesnych, jednak wbrew temu, co usiłują nam wmówić przeciwnicy ustawy, nie przewiduje żadnych kar za same „klapsy”. Zapis ten ma przede wszystkim funkcję edukacyjną – ma stanowczo informować, że bicie dzieci jest niewłaściwe i złe – o czym wiadomo od dawna i co przenika powoli do naszego społeczeństwa; z raportu badań OBOPu na 2007 rok (zleconych przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej) wynika, że obecnie tylko ok. 10% Polaków uważa, że rodzic ma prawo bić swoje dziecko. Zatem można wnioskować, że większość z nas zakaz kar cielesnych aprobuje.
Te 5 punktów to bardzo dobre powody, by zdecydowanie bronić projektu nowelizacji. Mamy tu do czynienia z konkretnymi, potrzebnymi narzędziami pomocy osobom niezwykle poszkodowanym przez los – prześladowanym we własnych rodzinach. Obecnie tych narzędzi dotkliwie brakuje. Mamy do czynienia z pewnym przełomem zarówno w myśleniu o przemocy jak i w jej faktycznym przeciwdziałaniu – bo dzięki tej nowelizacji będzie ono właśnie faktyczne, realne, podczas gdy teraz jest głównie na papierze. Nowelizacja daje możliwość efektywnej pomocy ofiarom, odseparowania i przynajmniej częściowej resocjalizacji sprawców, minimalizuje też straty emocjonalne i ekonomiczne, jakie dziś muszą ponosić poszkodowane osoby, które już przeżyły jedną traumę.
Myśląc o nich i o ich rodzinach, warto wspierać ten projekt.



