Ziemkiewicz ratuje dzieci
2010-03-09 20:40:27
Konserwatywni publicyści i politycy mają niekiedy zwyczaj kwitowania problemów społecznych "błyskotliwymi" anegdotkami. Jak choćby ta, którą Rafał Ziemkiewicz 20 lutego w swoim felietonie o elektryzującym tytule "Ratujmy dzieci (4)" wykorzystał jako oręż przeciw nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. O dziewczynce w przedszkolu, którą zapatrzona w zachodnie mody mama wychowuje bezstresowo, pozwalając jej na obnażanie się w miejscu publicznym, aby "nie tłumić seksualności dziecka".

I tak oto kwestię przemocy domowej pan Ziemkiewicz sprowadza do zabawnej opowiastki, z której można się pośmiać z kumplami przy piwie. Sprytny sposób na obniżenie rangi problemu i odwrócenie uwagi. Sprytny, choć niezbyt nowatorski; podobnie zabawiają nas niektórzy politycy, z właściwym sobie wdziękiem żartując z rozmaitych lasek marszałkowskich, kobiet przewyższających mężczyzn w szydełkowaniu czy też zgwałconych prostytutek.

Próba marginalizowania problemu nie dziwi zresztą u Ziemkiewicza, który wprost pisze w innym felietonie: "Twierdzę stanowczo: ochrona dzieci przed przemocą to temat zastępczy. Problem istnieje, oczywiście, ale dotyczy stosunkowo wąskiej grupy, i nawet dzieci mieszczące się w tej grupie przeważnie ponoszą większe szkody wskutek innych patologii." I szkicuje te patologie - to przede wszystkim McDonald's i Cartoon Network.

Nie wiem, skąd Ziemkiewicz czerpie swoją wiedzę na temat powszechności rodzinnej przemocy, ale jeśli jego zdaniem setki tysięcy ujawnionych przypadków maltretowania kobiet i dzieci rocznie to "stosunkowo wąska grupa", to aż boję się zapytać, jakie liczby w statystykach przekonałyby pana redaktora, że może jednak mamy do czynienia z prawdziwym problemem. Według danych publikowanych przez "Niebieską Linię" "każdego roku 800 tysięcy Polek pada ofiarami przemocy we własnej rodzinie. Co najmniej 150 kobiet zginęło w 2008 roku z rąk domowego tyrana. Co trzecia Polka doświadczyła bicia, popychania, gróźb, a nawet gwałtu ze strony partnera." Dane dotyczące przemocy wobec dzieci są trudniejsze do zdobycia; przemoc wobec dziecka, szczególnie małego, łatwiej ukryć. Ujawnionych przypadków jest jednak co najmniej kilkadziesiąt tysięcy rocznie, ofiarami zaś najczęściej są dzieci do 4 roku życia - to w stosunku do nich rodzice czują się najbardziej bezkarni.

Rafał Ziemkiewicz, z właściwą sobie swadą, po kolei ośmiesza różne zapisy projektu ustawy, uprawiając w tym wszystkim fantastykę - gatunek, do którego, jak wiemy, jest bardzo przywiązany. W imię "obrony rodziny przed rozbiciem" chwyta się kłamstwa i półprawdy, najwidoczniej wychodząc z założenia, że cel uświęca środki.

Czytelnik jest więc straszony tym, że po jednym telefonie zawistnego sąsiada, który uczciwego polskiego rodzica oskarży podle i bezpodstawnie o znęcanie się nad dzieckiem, pracownik opieki społecznej zabierze mu potomka bez konsultacji i bez wyroku sądu, bo "nabierze podejrzeń, że w przyszłości może dojść do przemocy". Niestety muszę rozczarować zwolenników Ziemkiewicza - takie twierdzenia są tyleż obrazowe, co nieprawdziwe.

Po pierwsze, wg projektu ustawy, dziecko odbiera nie "jeden pracownik socjalny", ale pracownik socjalny wraz z lekarzem, lub ratownikiem medycznym, lub pielęgniarką, lub policjantem. A zatem będą to co najmniej 2 osoby mające niezbędne uprawnienia i przygotowanie merytoryczne. Po drugie - interwencja tego rodzaju następuje nie w wyniku jakichś nieokreślonych "podejrzeń", ale w sytuacji realnego, bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia dziecka, w szczególności, jeśli opiekun jest nietrzeźwy lub pod wpływem innych środków psychoaktywnych. Po trzecie wreszcie - to prawda, że pracownik socjalny ma prawo interweniować bez wyroku sądu. Ale zgodnie z projektem jednocześnie musi ten sąd poinformować o swojej decyzji niezwłocznie i nie później, niż w ciągu doby. To trochę burzy wizję bezprawia obrazowo nakreśloną przez Ziemkiewicza.

Mnie to się wydaje oczywiste, jednak, jak widać - nie każdemu, więc wyjaśnię, że nie rozumiem, jak można żądać w takiej sytuacji czekania na wyrok sądowy. Raz, że już według obecnie obowiązującego prawa nie zawsze trzeba na niego czekać, więc ten zapis w ustawie tak wiele nie zmienia. Dwa - czy naprawdę Ziemkiewiczowi się zdaje, że kiedy dziecko jest katowane kablem od żelazka, albo przypalane tymże, to policjant czy pracownik socjalny ma grzecznie czekać na decyzję sądu? Czy naprawdę autor nie umie sobie wyobrazić, jakie skutki w przypadku "bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia" dziecka będzie miała jakakolwiek zwłoka? Jak bardzo trzeba być oderwanym od rzeczywistości lub zaślepionym przez ideologię (co w sumie na jedno wychodzi), aby tego nie rozumieć?

Druga ważna kwestia wypływająca z jakże inspirującego felietonu pana Rafała: otóż jesteśmy wszyscy, którzy go czytaliśmy, świadkami wiekopomnej chwili, w której autor odkrywa istnienie przemocy psychicznej. Wprawdzie, na razie, podchodzi do niej dość nieufnie, trochę sobie z niej dworuje i pokpiwa (jesteśmy przyzwyczajeni), ale i tak można zauważyć pewien postęp. Psychologowie wprawdzie zdefiniowali przemoc psychiczną już dość dawno temu, ale nie wszyscy przecież czytają psychologów; muszą więc dowiadywać się o wynikach ich prac z projektów ustaw rządowych i poselskich.

Ziemkiewicz jest jakby zdziwiony i z dezaprobatą zauważa, że do przemocy psychicznej zaliczono: narzucanie własnych poglądów, ciągłe krytykowanie, kontrolowanie, ograniczanie kontaktów oraz "krytykowanie zachowań seksualnych".

Zacznę od końca - "krytykowania zachowań seksualnych" w ustawie nigdzie nie ma. Nigdzie. Jest natomiast mowa o "krytykowaniu zachowań" oraz "zmuszaniu do określonych zachowań (w tym seksualnych)". Intuicja podpowiada mi, że panu Ziemkiewiczowi zlało się to w jedno przypadkiem, albo może celowo; grunt, że świetnie współgra z przytoczoną na wstępie anegdotką.

Co jednak ważniejsze - te wyszczególnienia objawów przemocy psychicznej (obok m. in.: wyzwisk, gróźb, poniżania, demoralizacji i zmuszania do czynności seksualnych) nie są elementem treści właściwej projektu, a tym bardziej nie składają się na żadną definicję, jak twierdzi Ziemkiewicz, a jedynie są zawarte w towarzyszących projektowi wzorach formularzy do wypełniania m. in. przez policjantów i pracowników społecznych.

Generalnie jest to dość typowa i powszechna praktyka, aby podczas konstruowania ankiety czy kwestionariusza, które mają opisywać dowolne patologie, zawrzeć w nich zarówno "mocne" wskaźniki istnienia tej patologii (np. rany na ciele) jak i mniej oczywiste objawy (choćby to ciągłe krytykowanie). Inaczej nie da się uzyskać pełnego, wielowymiarowego obrazu analizowanego zjawiska.

Nie wiem, na jakiej podstawie Ziemkiewicz dochodzi do wniosku, że dziecko może zostać "skonfiskowane" (swoją drogą - ładnie napisane; można faktycznie wnioskować, że autor uważa, iż dziecko jest rodzicielską własnością), jeśli pracownik społeczny odkryje fakt jego "ciągłego krytykowania". Być może mamy do czynienia z kolejną pozostałością po zamiłowaniu do literatury fantastycznej, bo z projektu ustawy bynajmniej to nie wynika.

Co dalej... Ziemkiewicz pisze, zbulwersowany, że o losie dzieci zagrożonych przemocą decydować będą "zespoły" gromadzące na obserwowaną rodzinę "teczki" oraz, że procedura zbierania informacji będzie wszczynana bez informowania zainteresowanej rodziny. Sprecyzujmy zatem, że nie chodzi tu o jakieś nieokreślone "zespoły", ale o zespół interdyscyplinarny złożony ze specjalistów różnych środowisk. Według projektu będą to przedstawiciele: jednostek organizacyjnych pomocy społecznej, gminnej komisji rozwiązywanie problemów alkoholowych, policji, kuratorskiej służby sądowej, oświaty, ochrony zdrowia, prokuratury i organizacji pozarządowych. Oczywiście Ziemkiewicz w swoim felietonie wspomina tylko o tych ostatnich, ale trzeba go zrozumieć, pewnie nie mógł wymienić wszystkich, bo płacą mu za wierszówkę.

Pomijając fakt, że - jak się okazuje - w komisjach siedzieć będą kompetentni ludzie, dziwi niechęć Ziemkiewicza do komisji. Dopiero co bił na alarm, że decydować będzie pojedynczy urzędnik. Druga sprawa - nie rozumiem (znowu!), jak pan autor sobie wyobraża chronienie ofiar przemocy bez zbierania niezbędnych informacji na ich temat. A może uważa, że rodzinnego kata należy pytać, co można o nim napisać w raporcie? Wystąpienie Ziemkiewicza przeciw zbieraniu informacji bez wiedzy podejrzanych o przemoc rodziców skłania też do postawienia pytania: czy autor uważa, że katujących dzieci rodziców należy ostrzegać, że ktoś ich działania zauważył? Równie dobrze pan Ziemkiewicz może zaproponować ostrzeganie handlarzy narkotykami, że zaczęła się nimi interesować Policja.

Środowiska prawicowe, postawione w stan gotowości tekstami publikowanymi przez "Rzeczpospolitą", "Gościa Niedzielnego" i "Frondę" oraz zelektryzowane oświadczeniem Episkopatu Polski, że ustawa ta jest "przeciwko rodzicom", (niezbyt) tłumnie ruszyły pikietować Sejm w obawie, że jeśli każą dziecku iść do Kościoła, to źli urzędnicy im te dzieci "skonfiskują". Jest to oczywista bzdura; cała ta propaganda, jaką fundują rodzicom konserwatywne media, oparta jest na nieprawdzie i przeinaczonych faktach. Tymczasem rządowy projekt nowelizacji ustawy jest nie tylko potrzebny niezliczonym ofiarom przemocy; jest on przy tym dobrze napisany, wyważony, ujmujący problem wielowymiarowo i bardziej, niż dotychczasowe prawo, dostosowany do polskich realiów.

Mam nadzieję, wbrew życzeniom Ziemkiewicza i rzeszy jego konserwatywnych kolegów, że ta nowelizacja zostanie przyjęta i to bez poprawek, jakie już zapowiedział słynący z poszanowania tradycyjnych wartości poseł Gowin. Mam nadzieję, że rząd i Sejm nie ugną się pod ciężarem naporu konserwatywnej demagogii i przyjmą wreszcie ustawę, która powinna być przyjęta już bardzo dawno temu. Mam nadzieję wreszcie, że nie powtórzy się historia z roku 2005, kiedy to interes partyjny przeważył nad interesem ofiar i w imię "ponadpartyjnego kompromisu" przyjęto ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie w asekurancko okrojonym kształcie, który aż prosi się o tę nowelizację.

następny komentarze