
2009-04-06 19:51:25
2009-03-25 17:35:36
2009-03-11 19:45:42
2009-02-25 19:37:23
2009-02-24 19:53:19
Oczywiście wzbudziło to natychmiastową wściekłość rządu i kapitalistów. Przecież ten wspaniały, międzynarodowy europejski rynek pracy opiera się właśnie na tym, że pracownicy przenoszeni do innych krajów UE nie muszą być zatrudniani na minimalnych warunkach docelowego kraju – ale swojego kraju ojczystego. Tak więc strajkujący ośmielili się dokonać zamachu na „wolność” - a konkretnie na wolność kapitalistów do wyciskania z robotników jak najwięcej wartości dodatkowej. Straszne...
Ponurą karykaturą angielskich stajków były działania przewodniczącego OPZZ – Jana Guza – który na konferencji prasowej wezwał do „ograniczania zatrudnienia osób spoza Unii Eurpoejskiej”, zwłaszcza niewykwalifikowanych, a nie „wysokiej klasy specjalistów”. Jak później wyjaśnił, ograniczenie dotyczyć ma np. „ukraińskich sprzątaczek”. Oczywiście łatwiej jest walczyć z ukraińskimi sprzątaczkami, niż zorganizować strajk- czym OPZZ, jako „poważny i odpowiedzialny” związek zawodowy, się raczej nie zajmuje – ciekawi mnie jednak, w jaki sposób przyczyni się to do poprawy warunków pracy sprzątaczek w Polsce?
Stawianie tych dwóch sytuacji w jednym rzędzie jest nadużyciem. Tak samo, jak pewne jest wykorzystywanie jak najtańszej siły roboczej przez kapitalistów, pewne jest, że robotnicy muszą z tym walczyć. Nie za pomocą zamykania granic, ale tak, jak zrobiono to w Anglii – domagając się zrównania warunków pracy. Niemal nieuniknione jest, że do ruchu robotniczego będą próbowały przeniknąć elementy reakcyjne czy wręcz faszystowskie - jednak to właśnie tam, na strajkach i wiecach robotniczych, należy dawać im odpór. W Anglii działacze i sympatycy Partii Socjalistycznej od początku postanowili zaangażować się w protesty, niektórzy zostali członkami komitetu strajkowego. Między innymi dlatego protest miał wyraźnie internacjonalistyczne ostrze – początkowe hasło „brytyjskiej pracy dla brytyjskich robotników” zastąpione zostało przez ulotki skierowane do pracujących na budowie Portugalczyków i Włochów, zakończonych wezwaniem „Robotnicy całego świata, łączcie się!”. Podczas przemówień wyjaśniano, że strajk nie jest skierowany przeciwko imigrantom, ale kapitalistom. Członkowie skrajnie prawicowych partii byli szybko usuwani z pikiet. W elektrowni Langage w strajku solidarnościowym wzięło również udział kilkuset polskich robotników. Wielu z tych rzeczy nie udałoby się osiągnąć, gdyby nie udział w protestach internacjonalistycznie nastawionych marksistów. Jeszcze raz okazało się, że izolowanie się od ruchu robotniczego, krytykowanie go sprzed ekranu komputera, jest największym błędem, jaki mogą popełnić rewolucjoniści.
Strajk w Lindsey był przełomowy również z innych powodów. Dzięki masowemu poparciu i protestom solidarnościowym nie wyciągnięto żadnych konsekwencji za złamanie antystrajkowych przepisow, wprowadzonych jeszcze przez Margaret Thatcher. Spontaniczny ruch robotniczy latwo odrzucił fetysz legalizmu, pokazując, że burżuazyjne prawo jest jedynie odbiciem relacji sił między walczącymi klasami. Niezwykle ważny jest też inny postulat strajkujących – kontrola związków zawodowych nad zatrudnieniem, a delegatów zakładowych nad warunkami pracy (również pracowników-imigrantów). Podczas nadchodzącego kryzysu nie raz zobaczymy wściekłe ataki pracodawców na związki zawodowe, z kolei dla robotników przynajmniej częściowa kontrola nad ich miejscem pracy będzie często jedynym sposobem na jego zachowanie. Dotyczy to też kontroli nad zatrudnianiem nowych pracowników. Postulaty strajkujących w Lindsey prowadzą do postawienia podstawowego pytania: kto rządzi w zakładzie pracy – kapitaliści czy robotnicy?
Szersze omówienie protestów brytyjskich pracowników budowlanych znaleźć można w tekstach na stronie internetowej GPR - www.wladzarobotnicza.pl:
Zwycięstwo strajku robotników budowlanych w rafinerii Lindsey
O co naprawdę chodzi w strajku rafinerii w Lindsey?
Wojtek Orowiecki
2009-02-23 19:15:38
2009-02-07 18:15:23
2009-01-29 15:51:58
2008-12-23 16:41:00
2008-12-18 21:06:45
Zaskakujące jest to, ile wysiłku Michnik wkłada w to, żeby tego nie dostrzegać. Przyznaje, że owszem, była bieda, było bezrobocie i stanowiło to pewien problem, ale to już, według niego, przecież minęło. Rozumiem, że unijne raporty o warunkach w jakich żyją polskie dzieci, albo te o poziomie życia, zrównujące Polskę z Bułgarią i Rumunią, nie dają Michnikowi do myślenia. Albo to, że przeciętna Polska rodzina nadal przytłaczającą część dochodów wydaje na jedzenie i koszta utrzymania mieszkania.
Jak na dłoni widać, że Adam Michnik myśli o okresie transformacji w kategoriach patriotyzmu i zgody narodowej. Z góry wiadomo, że wszelkie próby wprowadzenia frontowymi drzwiami polityki odwołującej się do podziałów klasowych, będą w jego oczach skompromitowane właśnie z powodu „niepatriotycznego” kursu. Wiadomo przecież, jak śpiewał klasyk, że „wszyscy Polacy to jedna rodzina”. Wiadomo również, że „po pierwsze gospodarka”, a z tego jasno ma wynikać, że interes narodowy wyrażają PKPP „Lewiatan”, BCC i Centrum im. Adama Smitha. Michnik sam wyznał, że ma „serce po lewej stronie, a portfel po prawej”. Nic dodać, nic ująć.
Nie bez przyczyny upowszechnienie się pojęcia narodu, w jego dzisiejszym sensie, zbiegło się z eksplozją XIX-wiecznego kapitalizmu. I nie bez powodu bezrefleksyjność posługiwania się kategoriami narodowymi była najczęściej efektem działania machiny państwowej propagandy – chodziła już ona bowiem na pasku nowej klasy rządzącej, a tej zależało, by robotnik był przekonany, że z kapitalistą, dla którego tyrał 14 godzin na dobę, łączy go metafizyczna, ponadklasowa więź i wspólny interes – interes narodowy.
Poglądy Adama Michnika stanowią „miękkie”, acz propagandowo skuteczne wsparcie w zasadzie dla każdej antypracowniczej inicjatywy, bo burżuazja za każdym razem pomysły te forsuje przy akompaniamencie haseł, w których aż się przelewa od „dobra wspólnego” lub „dobra Polski”. Nie inaczej jest w sprawie pomostówek. Twierdzą, że drastyczne ograniczenie wcześniejszych emerytur, jest sprawiedliwe m.in. z powodu likwidacji rzekomych „przywilejów”. To doskonały przykład sposobu, w jaki ideologia ponadklasowej zgody narodowej pasożytuje na idei równości, redukując ją do równości wobec prawa. Jeśli wszyscy podlegają tym samym kryteriom – głoszą – to sprawiedliwość murowana. Taka równość wymaga w ich mniemaniu, by wszyscy zostali wrzuceni do jednego wora sprywatyzowanego systemu emerytalnego, przykładającego do każdego jedną miarę. Tak się jednak składa, że najlepiej z tego wora wychodzą ci, którzy „zarządzają” tą równością. Prywatne fundusze nadal będą pobierać prowizję 7% za postradanie na giełdach połowy pieniędzy wyspekulowanych dla przyszłych emerytów przez ostatnie 9 lat!
Od kilku miesięcy gniew klasowy regularnie przetacza się przez ulicę Warszawy, ale Adam Michnik dostrzega w nich zapewne jedynie próbę rozbioru Polski przez związki zawodowe. Być może dlatego, że kapitalistyczny podział na wyrobników i poganiaczy nie został zadekretowany w żadnej ustawie. Najwyraźniej Michnik, wzorem innego Adama M., zapragnął unosić się wysoko nad ziemią, udało mu się bowiem wzbić na znaczną wysokość ponad realia życia Polaków, na zdaniu których podobno mu zależy. Ciekawe zatem jakich not spodziewa się przy lądowaniu… No i spotkanie z gruntem może się okazać bolesne.
Paweł Jaworski
2008-12-14 14:47:34
Mało kto wie, że generał pochodzi ze zubożałej rodziny obszarniczej i wychowany został w duchu wojującego antykomunizmu. Ojciec-szlachciura, opowiadał nieraz synkowi, jak to z szablą w dłoni gonił bolszewików w 1920 r. Jak wyznał sam generał, bolszewików wyobrażał sobie jako „istoty niemal diabelskie”. W katolickim gimnazjum obracał się w kręgach endeckich i pisywał do harcerskiej gazetki, powierzając Polskę „bożej opiece” i wzywając do pamięci o ofiarach poległych z ręki „czerwonego najeźdźcy”.
Redaktor Jarosław Kurski nie może się więc nadziwić, jak dojść mogło do tak radykalnego zwrotu w tożsamości politycznej generała. Nie ma w tym jednak nic nadzwyczaj dziwnego, biorąc pod uwagę, że Jaruzelski herbu Ślepowron, dokonał konwersji nie na żaden bolszewizm, a od razu na stalinizm. Pamiętając jego słynną antyrobotniczą juntę z roku 1981, można zaryzykować tezę, że antybolszewikiem pozostawał wówczas zgodnie ze spuścizną tatusia. Pamiętajmy, że stan wojenny spodobał się Jędrzejowi Giertychowi, wojującemu o Polskę w Londynie. Dzisiaj jednym z obrońców stanu wojennego jest „Doda ultrakonserwatyzmu”, Janusz Korwin-Mikke, zawsze wyrażający się o Jaruzelskim nobliwie, per Pan Generał.
Nie ma nic przypadkowego w przechrzczeniu się z endecji na stalinizm. Wojtuś, od małego wychowywany w wojskowym drylu, musiał oniemieć, widząc stalinowską machinę wojenno-polityczną. Z pewnością poczuł się jak ryba w wodzie. Akademie ku czci Stalina przypominały mu pewnie obrzędy kościelne. Żadnym żołnierskim męstwem na trasie Sielce n.Oką-Berlin się nie wykazał, za to, jako perfekcyjny biurokrata, zaczął szybko awansować. Dobrze znał siłę żołnierskiej przyjaźni, dlatego swojego kolegę oficera posłał na śmierć w służbie ojczyzny. Zawsze dobrze ułożony, posługujący się eleganckim językiem. Listy do mamy zawsze pełne Polski i słów o służbie ojczyźnie. Konserwo, toż to wasz człowiek, tylko orzełkowi na czapce korona odpadła!
Nie ma wątpliwości, że Polska droga do kapitalizmu, rozpoczęła się z pewnością nie od podpisania Porozumień Gdańskich, a właśnie od stanu wojennego. Pamiętamy przecież, jak istotną rolę w płynnym przejściu do kapitalistycznej transformacji odegrał później Jaruzelski. „Nie ma wątpliwości, że niszcząc ‘Solidarność’ Jaruzelski utorował drogę Balcerowiczowi. Nie lubię gdybania w historii, ale pewne jest, że gdyby dawna ‘Solidarność’ istniała w 1989 r., to nie pozwoliłaby na plan Balcerowicza.” – pisał Karol Modzelewski, lewicowiec wierzący, niepraktykujący.
Paweł Jaworski
2008-12-09 21:04:33
2008-12-05 17:23:43
2008-12-02 14:24:58
Sam fakt wynajęcia agencji PR-owskiej przez zarząd JSW był wcześniej wstydliwie przemilczany. Mało które burżuazyjne media o tym pisały, chociaż sprawdzić było łatwo. W zamian dostawaliśmy sążniste artykuły o „PR-owskich sztuczkach górników”. Za szczyt bezczelności uznano zaś to, że jeden z liderów strajku prowadził bloga. Ciekawe, czemu usłużnej agencji nie chwalono wcześniej...
Mimo wszystko, kto pamięta strajk w Budryku i jego medialną otoczkę, ten zapewne pamięta również, że zamiast poprawą swojego wizerunku, JSW zajmowała się głównie oczernianiem górników (łącznie z pomówieniem o terroryzm). Jeżeli chodzi zaś o działania mające na celu zakończenie strajku, to równolegle z działaniami PR-owskimi prowadzono działania siłowe. Z takim samym efektem. Ciekawe, czy biednych ochroniarzy, których zarząd wysłał 24 grudnia w celu usunięcia protestujących, czeka jakaś nagroda? Wprawdzie ich działania zakończyły się całkowitym fiaskiem, ale dokładnie to samo można powiedzieć o firmie Imago Public Relations. Za co więc laury? Za same "dobre" chęci wysługiwania się pracodawcy przeciwko strajkującym robotnikom?
Wojtek Orowiecki
2008-11-30 14:13:31
Będzie to wojna domowa, ponieważ Pakistańczycy już teraz zieją nienawiścią do Jankesów z powodu ich bezkarnych nalotów. Wiadomo również, kto zbierze żniwo ich gniewu: Pakistańska Liga Muzułmańska, bliska Talibom. I tutaj właśnie dotykamy sedna problemu.
Jak to się stało, że przez ostatnie dziesięciolecia w Azji Centralnej i Południowej, gdzie panuje potworna nędza i dominuje formacja kapitalizmu zależnego, opartego na eksploatacji zasobów (choć w Indiach już mniej), ruchu antyimperialistycznego nie dało się przekuć w jakąś sensowną lewicę? Jedyną poważną antyimperialistyczną siłą polityczną pozostają fanatycy religijni. Odmienną sytuację mieliśmy przecież w Ameryce Łacińskiej, gdzie w podobnych warunkach ukształtowała się jednak godna szacunku lewicowa tradycja.
Jeśli zna ktoś odpowiedź, proszę mnie oświecić. Żal patrzeć na ludzi tkwiących między młotem imperializmu, a kowadłem islamofaszyzmu.
Paweł Jaworski
PS. Wiem, że niektórzy czytelnicy lewica.pl mogą poczuć się urażeni posłużeniem się przeze mnie terminem islamofaszyzm, bo jest on chętnie używany przez prawicowców oraz przez zbzikowanego "lewicowca" Christofera Hitchensa, popierającego wojnę w Iraku. Tak się jednak składa, że to, co istnieje chociażby w Iranie, to islamofaszyzm jako żywo. Po pakistańskich Talibach można się chyba spodziewać czegoś podobnego.
2008-11-26 19:16:03
Będąc najwyraźniej przejęta postacią i działalnością Klein, Czytelniczka bezlitośnie wytyka stronniczość i arogancję mojej relacji ze spotkania w PKiN. Musiało zatem minąć kilka dni zanim pozbierałem moje rozbite ego, by odważyć się na odpowiedź. Pozwolę sobie w niej doprecyzować moje stanowisko.
Zacznijmy od meritum. Summa summarum, Klein przedstawia się raczej pozytywnie na tle popularnych autorów ostatniej dekady. Patrząc na to z perspektywy polskiego rynku wydawniczego, zdecydowanie wolę, by „Świadectwo” abpa Dziwisza rywalizowało nakładem raczej z „Doktryną szoku”, niż z „My, naród” Tomasza Lisa. Klein jest wyrazistą krytyczką neoliberalizmu, celnie punktującą najwulgarniejsze oszustwa późnego kapitalizmu. Jest popularyzatorką idei sprzeciwu wobec ideologii uczynienia z ludzi pożywki dla kapitału. Jednak przy okazji jej wizyty, niektóre media, również liberalne, rozpływały się w takich superlatywach pod jej adresem, że absolutnie nie poczuwałem się w obowiązku brać w tym udziału. Tym przecież zajęli się już inni. Rozumiem, że takie słodzenie jej zakrawałoby na heroizm, o ile miałoby miejsce w salonie24, lub innych prawicowych rejonach blogosfery. Na lewica.pl byłoby to po prostu przejawem dość taniego koniunkturalizmu.
W kwestii Obamy. Klein całkiem słusznie zauważa, że do centrystów należy przesuwanie centrum. Jak do tej pory, ciągle przesuwali je w prawo, przynajmniej jeśli chodzi o ekonomię. Klein, w innych swoich wypowiedziach, podkreślała, że trudności, na jakie natknie się Obama przy realizacji lewicowej polityki, być może odraczanie w nieskończoność najtrudniejszych kroków, skończyć się może wielkim marazmem społecznym w USA. Dlatego należy skupić się nie na cieszeniu się ze zwycięstwa Barracka Obamy, a zastanawianiu się, jak przebudzenie polityczne amerykańskich mas przekształcić w ruch, który miałby szansę stać się realną, zorganizowaną polityczną siłą, wywierającą na niego nacisk podczas trwania jego kadencji. Tymczasem Obama konstruuje swój przyszły gabinet w oparciu twardogłowych, establishmentowych Demokratów, z którymi ciężko będzie wypracować jakikolwiek systemowy postęp. Nie słyszałem, by Klein wypowiadała się na te tematy. Mówiła, że na Obamę musi być wywierany nacisk ze strony zwykłych ludzi, sformułowała to jednak bardzo lakonicznie. A centrum nie przesunie się na lewo samo z siebie.
Ruch alterglobalistyczny traktuję jako symptom choroby systemu, nie jako remedium. Ponieważ kapitalizm jest od początku swego istnienia organizmem zorganizowanym politycznie, można z nim skutecznie walczyć jedynie poprze zdobycie władzy politycznej. Nie istnieją żadne przykłady długofalowej poprawy pozycji klasy pracującej bez wykorzystania tej ścieżki. Jednak alterglobalizm po prostu rezygnuje z tej ścieżki, a nawet otwarcie ją odrzuca. Ruchy antywojenne, prodemokratyczne, ekologiczne są potrzebne, jednak starania o ustanowienie socjalizmu bez postulowania socjalizmu są pozbawione sensu, ponieważ zawsze stoczą się ku pseudo-rozwiązaniom, bliskim światopoglądowi drobnoburżuazyjnemu. Jeśli ktoś w to wątpi, radzę poczytać Różę Luksemburg, np. „Reforma socjalna czy rewolucja”.
Czytelniczka zastanawia się ,jaką miarę „socjalistyczności” Autor stosuje’. Szczerze mówiąc – najprostszą. Socjalizm oznacza kolektywizację środków produkcji i poddanie ich działania pod demokratyczną kontrolę klasy pracującej. Sądzę, że jeśli dla kogoś taka definicja jest nie do zniesienia, to jej/jego lewicowość jest grubymi nićmi szyta. Poza tym: nie, nie stoję na straży czystości ideologicznej, ani nie specjalizuję się w tropieniu wroga wewnętrznego, w czym celowała inna, do niedawna aktywna lewicowa witryna internetowa. Ja tylko zawsze opowiadam się za większą ilością cukru w cukrze. Trudno za socjalistyczne uznać wystąpienie, w którym ani idea socjalizmu, ani powyższe postulaty się nie pojawiają. A jeżeli Czytelniczce w ogóle nie zależy na socjalizmie, to o co w ogóle to zamieszanie?
Co do roli politycznej samego spotkania (w sensie polityki bieżącej), można je uznać za raczej korzystne, co nie zwalnia mnie z obowiązku krytyki. Opowiedzenie się przeciw komercjalizacji służby zdrowia może w takich sytuacjach skutkować pozytywnym rezonansem.
Teraz o nieco mniej merytorycznych uwagach Czytelniczki. Czytelniczka sugeruje, że mój wpis ociekał jadem, jak rozumiem, w stosunku do Naomi Klein. Obawiam się, że trudności w odróżnieniu ironii od jadu, muszą skazywać niektórych na ograniczenie się do zgłębiania encyklopedii, bo już sięgnięcie po pierwszą lepszą gazetę grozi palpitacją serca. Poza tym, doszukiwanie się „wylewania żółci” w pierwszym akapicie mojego wpisu, gdzie piszę o tym, że na spotkaniu było ciasno, zakrawa – delikatnie mówiąc – na przesadę. W takiej sytuacji wiadomo już, że jad musi się sączyć z każdej kropki, jaką postawię.
Nie odniosę się do prób zdyskredytowania naszej organizacji, GPR, określeń typu „ideologiczni puryści rewolucyjni”, bo kontekst ich użycia świadczy raczej o braku wiedzy o działalności GPR i teorii, na jakiej się opiera. Choć, skoro tak jest, sami pewnie nie jesteśmy bez winy.
Na koniec dwie sprawy. Hucpa oznacza: tupet, arogancję, czasami jakieś bezczelne oszustwo. Wszystko to idealnie pasuje do postawy Bieleckiego. Po drugie, przepraszam, ale nie zamierzam się tłumaczyć z figur retorycznych użytych w tekście, ani z zastosowanej przeze mnie formy publicystycznej. Nie planowałem tego wpisu jako depeszy prasowej.
Paweł Jaworski
2008-11-21 19:26:04
Żadnych odkrywczych myśli. Być może dlatego, że na interlokutora Klein wyznaczono byłego premiera, aktualnie bankiera, Jana Krzysztofa Bieleckiego. Jak zatem było do przewidzenia, opinię Naomi Klein w sprawie kryzysu sprowadzić można było do: "Jest fatalnie. Zróbmy coś, ale szkoda, że nie wiemy, co". Z kolei pogląd Bieleckiego podsumować można w słowach: "Nie jest idealnie, ale narzekanie jest niepatriotyczne. Zróbmy jeszcze raz to samo, tylko jeszcze lepiej."
Klein okazała się być pełna wiary w Obamę. Określiła się jako przedstawicielka globalnego ruchu antywojennego, prodemokratycznego i ekologicznego. Koncentrowała się głównie na czarowaniu Bieleckiego swą łagodnością i tworzeniu wrażenia, że zbawienie przez keynesizm jest bliskie. Bo nareszcie USA mają rząd, który "chce coś zrobić".
Było bardzo niesocjalistycznie, ale jednak nie nudno - dzięki J.K.Bieleckiemu, którego wypowiedzi miały charakter w dużej mierze humorystyczny. Rozpoczął swój występ iście kabaretowym show. Nie szczędził kolokwializmów, sypał anegdotkami, robił miny, machał rękami. Domyślam się, że żartobliwie należało też traktować pewne jego twierdzenia, jak to, że neoliberalizm tak naprawdę polegał na wielkim przesunięciu w układzie światowym, m.in. dlatego, że teraz najbogatszy człowiek na Ziemi jest Meksykaninem. Gdyby to powiedział na serio, to pierwszy napotkany Meksykanin powinien przestawić mu nos (bez urazy!).
Bielecki zapałał też spektakularnym gniewem. Wzywając słuchaczy do poczucia się "dumnymi Polakami", zgromił autorkę "Doktryny Szoku", która według niego ustawia w jednym szeregu Polskę i Chile, a przecież wiadomo, że u nas wolny rynek wprowadzono w atmosferze miłości bliźniego. Klein doceniła jego prelekcję, uczciwie przyznając, że było to "really entertaining", zaraz jednak wyszło na jaw, że premier-bankier nie doczytał istotnych fragmentów książki. Tym samym nieco przygasł nieboraczek, choć i później próbował wzbijać się do lotu, usiłując np. mówić po angielsku z francuskim akcentem. Klein uświadomiła mu, że to nie brzmi jak francuski akcent.
Wyniosłem z tej hucpy ogólne przeświadczenie, że skoro liberałowie uciekają się do takiej humoreski, to znaczy, że czuć się dziś muszą rzeczywiście niepewnie. Gdy grunt usuwa im się spod nóg, starają się robić dobrą minę do złej gry, i obracając wszystko w żart, zasłużyć na oklaski potwierdzające ich status gwiazdy. Choć jest to faktycznie gwiazda spadająca, która właśnie pozwala sobie rozbłysnąć po raz ostatni zanim całkiem zniknie za horyzontem...
Ale, ale! Nie koniec rozrywki. Gwoździem programu okazał się Gabriel Janowski, który wyłonił się z odmętów niebytu politycznego chyba specjalnie po to, by publicznie pożreć J.K.Bieleckiego. Wymierzył więc w niego swój palec i uraczył zebranych płomienną mową przeciwko wyprzedaży majątku narodowego, zarazem kreśląc wizję alternatywy w postaci "kapitalizmu ludowego". Wiele osób pewnie pamięta, że dekadę temu Janowski został przyłapany przez media na przemierzaniu korytarzy sejmowych w zdumiewających podskokach. Jak sam potem tłumaczył, doszło do tego, gdyż został podstępnie naszpikowany narkotykami. Skoro tak, to najwidoczniej do dzisiaj nie zszedł z haju.
Koniec i bomba, a kto nie był ten trąba. Znakomita rozrywka na listopadowy wieczór.
Na zakończenie dodam, że cena polskiego wydania "Doktryny szoku" alterglobalistyczna nie jest - 50zł. A na promocji - 40zł, co pochwalił Bielecki, uznając to za doskonały biznes. Tak czy siak, taniej można kupić oryginał na Amazonie. Co chyba i ja w końcu zrobię, bo znowu się okaże, że nie nadążam za trendami.
Paweł Jaworski
2008-11-17 20:56:53
Warto przede wszystkim zwrócić uwagę na kolektywny charakter przedsiębiorczości na „wysokim szczeblu” akumulacji kapitału. Oznacza to, że ten, kto poważnie myśli o własnym interesie w starciu tego typu gigantami powinien zapomnieć o tym, że jego indywidualne zachowanie na rynku może do czegokolwiek doprowadzić. Po raz kolejny okazuje się, że jedynie bezkompromisowo stosowana siła zbiorowości okiełznać może kapitalistyczną pazerność. Niech nikt się nie łudzi, że gdy „nowi” kapitaliści wykolegują „starych” wyjadaczy, ich skłonność do zdzierania z nas okaże się mniejsza. Zmieni się jedynie skład rynkowej wierchuszki. Prawda, że dokona się to w procesie zbijania cen. Znamy jednak „wysoki koszt niskich cen” – od 30 lat oparciem dla polityki niskich cen w szybko rozwijającym się sektorze usługowym jest niski koszt pracy, możliwy do uzyskania poprzez antypracownicze praktyki. Przewaga producentów i usługodawców nad ich klientami i pracownikami (co w skali globalnej na jedno wychodzi) jest tak nieprawdopodobna, że chyba jedynie publicyści ekonomiczni z Tygodnika Powszechnego nie zechcieliby jej wykorzystać.
Mówiąc o tym wszystkim warto wspomnieć, że każdego roku wykrywanych jest około 40 międzynarodowych karteli. Niejaki John M. Connor twierdzi, że nawałnica kartelizacji po 1990 r. wyssała z portfeli zwykłych ludzi ponad 11 bilionów dolarów. Skala ta uzmysławia, że siła burżuazji może zostać złamana jedynie na drodze politycznej, przy udziale zjednoczonego ruchu pracowniczego, który sparaliżuje od wewnątrz działalność kapitału. Pamiętajmy, że dzisiejszy stopień jego koncentracji tylko temu sprzyja.
Kto zaś myśli, że może sprowadzić kapitalizm na ścieżkę sprawiedliwości kupując kawę ze znaczkiem Fair Trade, powinien wiedzieć, że ostatnio również Nestlé wszedł w „sprawiedliwy handel”. I tak Fair Trade płynnie przechodzi w Fairy Tale.
Paweł Jaworski
2008-11-07 20:00:43
2008-11-04 19:18:38







