
2012-05-16 13:51:18

Odbyło się głosowanie dotyczące podniesienia wieku emerytalnego do 67. roku życia. Głosami PO, PSL i Ruchu Palikota wiek emerytalny podwyższono. Klamka zapadła, wkrótce wszystkim pracującym dodane zostaną zgodnie z przelicznikiem kolejne miesiące pracy, aż do całkowitego wydłużenia wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn. Polacy pracować będą dłużej. Mroczne, skrywane przez rząd fakty są takie: co trzeci Polak nie dożyje emerytury, żyjemy znacznie krócej niż Europejczycy na Zachodzie, już teraz osoby powyżej 55 roku życia mają olbrzymie trudności ze znalezieniem pracy, a także nie istnieje jakakolwiek skuteczna państwowa strategia dotycząca tworzenia miejsc pracy. Rząd Platformy posiada jasny plan i realizował go będzie z całą bezwzględnością. Jaki to plan, czyj to plan? By uzyskać odpowiedź wystarczy poszperać w rozwiązaniach gospodarczych proponowanych przez neoliberalne instytuty, fundacje i grupy nacisku.
1. Podwyższenie wieku emerytalnego
Podwyższenie wieku emerytalnego służy dwóm najważniejszym celom - obniżeniu ceny siły roboczej poprzez zwiększenie ilości konkurujących ze sobą pracowników na rynku oraz oszczędności, którą zapewni mniejsza liczba koniecznych do utrzymania emerytów. Wydłużenie wieku emerytalnego to doskonały interes dla poszukujących taniej robocizny kapitalistów. Rozwiązanie to rekomendowane jest przez takie instytucje jak Bank Światowy, a także Forum Obywatelskiego Rozwoju, stało się też priorytetem dla rządu. Innym priorytetem są też radykalne cięcia i niskie składki emerytalne oraz jak najniższe świadczenia. W przyszłości, kiedy ostatnie pieniądze nazbierane za czasów Polski Ludowej zostaną wydane, minimalna emerytura wynosić będzie około ~635 zł. Nie pozostanie nic innego jak liczyć wyłącznie na siebie lub swoje dzieci – jak radził z resztą wicepremier Waldemar Pawlak.
2. Deregulacja i liberalizacja zawodów
Mowa o tzw. "uwolnieniu zawodów". Rząd już teraz planuje uwolnić ponad 50 zawodów regulowanych. Ma to "zwiększyć konkurencję" i "zwiększyć zatrudnienie". Wiele profesji stanie się przedmiotem intensywnej rywalizacji drobnych i średnich podmiotów gospodarczych. Deregulacja umożliwi wejście na rynek dodatkowego kapitału, małe firmy szybko jednak upadną i przepadną w rywalizacji z dużymi spółkami i korporacjami - deregulacja będzie dobrą okazją do wywłaszczenia, a także - co najważniejsze - do obniżenia kosztów kształcenia pracowników przez pracodawców. Od chwili wprowadzenia zmian w życie trenerem, taksówkarzem, czy przewodnikiem turystycznym zostać będzie mógł niemal każdy. Konsumenci tych usług staną się w dużej mierze bezradni, szybko wzrośnie też bezrobocie w wyniku niekontrolowanych boomów na poszczególne branże. Gowinowską strategię od dawna wspiera Fundacja Republikańska oraz oczywiście fundacja Balcerowicza.
3. Likwidacja okresu ochronnego
Przedsiębiorcom bardzo ciąży okres ochronny pracowników. "To, że pracodawca nie może zwolnić osoby od 56. roku życia w przypadku kobiet i 61. roku życia w przypadku mężczyzn, sprawia, że znalezienie pracy po pięćdziesiątce jest prawie niemożliwe - twierdzi Małgorzata Rusewicz." Marzeniem zatrudniających jest likwidacja emerytur, likwidacja okresu ochronnego i całkowita dowolność w kwestii zatrudniania/zwalniania ludzi. Propaganda przeciwko okresowi ochronnemu już przewija się na portalach internetowych i w gazetach, projekt gorąco wspiera Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan. Tylko kwestią czasu jest, kiedy rząd zabierze się do realizacji tego postulatu.
4. Likwidacja ochrony lokatorów
Już teraz resort budownictwa chce skasować przepis zgodnie z którym eksmitowanym kobietom w ciąży i rodzinom z dziećmi przysługuje lokal socjalny. Te działania związane są z neoliberalną strategią, która polegać ma na "uwolnieniu rynku mieszkań na wynajem". Nie istnieje żadna publiczna strategia tworzenia nowych mieszkań, od czasu do czasu z konieczności stawiane są najwyżej kontenery. Stopniowe uwalnianie rynku mieszkań jest doskonałą okazją dla spekulacji kredytowych, w których prym wiodą instytucje finansowe i banki. Państwo likwidując swoją obecność na rynku mieszkaniowym zyskuje oszczędność i wspiera prywatny kapitał, który jest z nim bezpośrednio powiązany. Lokatorzy (szczególnie ciążaci i dzieciaci) dostaną w prezencie poczekalnie na odremontowanych na Euro 2012 dworcach.
5. Przekwalifikowanie rolników na pracowników
Ten autorski projekt Forum Obywatelskiego Rozwoju zakłada przesunięcie 160 tysięcy ludzi z sektora rolnictwa do sektora usług i przemysłu. Działanie to "zapewnić ma wzrost PKB o 0,9 proc". Eksperci Balcerowicza są wyjątkowo optymistyczni w swej wierze, że ludzie ci znaleźliby zatrudnienie gdzie indziej. Gwarancją pracy dla nich ma być... ich niskie wynagrodzenie. Ta stricte burżuazyjna logika, którą posługują się neoliberałowie za cel swej polityki zakłada stworzenie jak największej liczby, jak najtańszych pracowników najemnych. Niskie stawki nie są wcale środkiem do powszechnego zatrudnienia (chyba, że w rachubę wchodziłyby stawki rzędu 200 złotych miesięcznie), tylko do zwiększenia konkurencji na rynku i stworzenia możliwości uzyskiwania jak największej wartości dodatkowej. Rolnicy, których obecnie utrzymują w dużej mierze dopłaty unijne znajdują się poza rynkiem, są poza nawiasem rynkowej konkurencji - i to doprowadza neoliberałów do irytacji.
6. Inwestycje prywatne z publicznej kasy
Posługujący się neoliberalizmem przedsiębiorcy wcale nie zrezygnowali z udziału państwa w gospodarce. Wręcz przeciwnie - pragną oni, by państwo utrzymywało ich i fundowało im życie wykładając środki na prywatne inwestycje. W kraju, w którym wszystko co państwowe i publiczne cieszy się opinią nierentownego, przynoszącego straty i szkodliwego publiczne środki pójdą do kieszeni prywatnych właścicieli - którzy być może zrobią to co do nich należy, rzecz jasna mając na uwadze przede wszystkim jak największe oszczędności i jak największą prywatną korzyść. "Wzrost stopy oszczędności krajowych i podniesienie poziomu inwestycji pomogłyby PKB. Poziom inwestycji to ok. 20 proc PKB rocznie, w tym tylko ok. 15 proc. prywatnych. Potrzebny jest lepszy dostęp do krajowego kapitału, czyli oszczędności." - czytamy w Forbesie. Jak zjeść ciastko i mieć ciastko? Jak oszczędzać i jednocześnie wydawać na inwestycje, którymi zajmą się żądni zysku przedsiębiorcy? Wydawać mogłoby się, że jest to niemożliwe. A jednak można to zrobić - wystarczy brać pieniądze od przeciętnych obywateli, po czym oddawać je na rzecz prywatnych inwestycji. Temu służyć będą podatki - transferowi pieniędzy od pracowników najemnych do przedsiębiorców.
7. Atak na uczelnie
Ostatnimi czasy wiele mówi się o produkcji bezrobotnych na polskich uczelniach wyższych. Burzę swoim wystąpieniem rozpoczął prezes PZU, później pojawiły się kolejne krytyczne głosy wobec sposobów kształcenia na uniwersytetach. Cała krytyka skupiona została wyłącznie na uczelniach i zatrudnionych w nich pracownikach, podczas gdy ani słowem nie poruszona została kwestia wielkiego boomu prywatnych uczelni i świadomego otwarcia przez państwo uczelni wyższych na wszystkich kandydatów. Nie mówi się o tym, że celowo zdestabilizowano edukację wyższą i zrobiono z uczelni przechowalnię, lodówkę zamrażającą i pacyfikującą na czas studiów przyszłych bezrobotnych. Atak na uczelnie szybko zagospodarowany został przez neoliberalne instytucje, które już teraz proponują przejście do modelu edukacji wyższej przyjętego w USA. Płatny drugi kierunek studiów to dopiero początek, już teraz FOR lobbuje za wprowadzeniem powszechnej odpłatności wraz z systemem kredytów studenckich i stypendiów. Studenci kończący studia z kredytami rzędu kilkuset tysięcy złotych? Już wkrótce.
Jak widać przyszłość polskich pracowników nie jest elastyczna. Jest określona, zaplanowana i dawno już przewidziana...
2012-05-14 00:29:07
Do realizacji jakichkolwiek celów politycznych potrzebna jest polityczna świadomość. Świadomością polityczną nazywam wiedzę i orientację w dziedzinie polityki i ideologii - czyli w dziedzinie środków prowadzących do konkretnych celów. Posiadając wiedzę na temat ideologii osiągamy wiedzę na temat środków, przy pomocy których zbliżyć możemy się do realizacji punktów własnego programu. Ta świadomość, ta orientacja jest więc nieodzowna. Pozwala identyfikować grupy interesów, pozwala rozumieć rządzące światem i życiem społecznym procesy, umożliwia skuteczną działalność polityczną, społeczną - czyni z praktyki obszar przemyślanego, długofalowego działania.
W Polsce świadomość polityczna to dar będący w posiadaniu nielicznych. W orientacji polityczno-ideologicznej, a co za tym idzie i praktycznej, wiodą prym siły neoliberalizmu. Świadomi, dobrze poinformowani w Polsce są królowie kapitalizmu - tacy jak Adam Michnik, czy Leszek Balcerowicz. Liderzy ideologii neoliberalnej doskonale wiedzą jakie poglądy sprzyjają realizacji ich interesów, znają wszystkie doktryny i ideologie polityczne umiejętnie poruszając się między nimi, wiedzą które postulaty i które działania sprzyjają ich założeniom. Ich polityka, ich działalność jest skuteczna. Przedstawiciele ordynarnego kapitalizmu działają w Polsce sprawnie, wiedzą czym się posługiwać, a przede wszystkim - kogo zwalczać.
Inaczej przedstawia się sprawa z przedstawicielami robotników. Ci przypominają wolne elektrony zagubione we mgle, ludzi miotanych przez obce siły po meandrach niezrozumiałego dla siebie życia społecznego i świata polityki. Przyjmowanie do miasteczka namiotowego Solidarności neoliberałów pokroju Jarosława Kaczyńskiego i przedstawicieli PiS, czy skandowanie przez związkowców z "S" hasła "raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę" to idealne przykłady tego zagubienia. Związki zawodowe wykrzykujące antysocjalistyczne hasła przeciwko liberalnej partii forsującej skrajnie kapitalistyczne reformy to szczególny dla oka widok. Zagubienie to jest wynikiem panowania świadomości fałszywej, lub - używając bardziej pasującej nazwy - świadomości nieszczęśliwej.
To nieszczęście jest tym większe, że szkodzi wszystkim pracownikom najemnym. Polityka propracownicza, walka o prawa zatrudnionych duszona jest w samym zarodku - na poziomie indoktrynacji pojęciowej i ideologicznej, którą system skutecznie wkłada w głowy wszystkich obywateli. Obywatele często przy tym nie należą do grupy, która pochwalić mogłaby się szczególną refleksyjnością. Znajdujemy się dokładnie tam, gdzie polityka przyjmuje postać groteski, w kraju w którym tylko monarchowie i władcy wiedzą jak być za i jak być przeciw. Mądrość nie przychodzi tu - jak się okazuje - nawet po szkodzie. Jeśli szczęściem miałaby być nieświadomość, żyjemy w kraju samych szczęśliwców. Nasi nieświadomi nie sprawiają jednak wrażenia szczęśliwych - tkwią bowiem w celi świadomości nieszczęśliwej, która jest ich przekleństwem.
Eksperci będą strzelaćW Polsce świadomość polityczna to dar będący w posiadaniu nielicznych. W orientacji polityczno-ideologicznej, a co za tym idzie i praktycznej, wiodą prym siły neoliberalizmu. Świadomi, dobrze poinformowani w Polsce są królowie kapitalizmu - tacy jak Adam Michnik, czy Leszek Balcerowicz. Liderzy ideologii neoliberalnej doskonale wiedzą jakie poglądy sprzyjają realizacji ich interesów, znają wszystkie doktryny i ideologie polityczne umiejętnie poruszając się między nimi, wiedzą które postulaty i które działania sprzyjają ich założeniom. Ich polityka, ich działalność jest skuteczna. Przedstawiciele ordynarnego kapitalizmu działają w Polsce sprawnie, wiedzą czym się posługiwać, a przede wszystkim - kogo zwalczać.
Inaczej przedstawia się sprawa z przedstawicielami robotników. Ci przypominają wolne elektrony zagubione we mgle, ludzi miotanych przez obce siły po meandrach niezrozumiałego dla siebie życia społecznego i świata polityki. Przyjmowanie do miasteczka namiotowego Solidarności neoliberałów pokroju Jarosława Kaczyńskiego i przedstawicieli PiS, czy skandowanie przez związkowców z "S" hasła "raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę" to idealne przykłady tego zagubienia. Związki zawodowe wykrzykujące antysocjalistyczne hasła przeciwko liberalnej partii forsującej skrajnie kapitalistyczne reformy to szczególny dla oka widok. Zagubienie to jest wynikiem panowania świadomości fałszywej, lub - używając bardziej pasującej nazwy - świadomości nieszczęśliwej.
To nieszczęście jest tym większe, że szkodzi wszystkim pracownikom najemnym. Polityka propracownicza, walka o prawa zatrudnionych duszona jest w samym zarodku - na poziomie indoktrynacji pojęciowej i ideologicznej, którą system skutecznie wkłada w głowy wszystkich obywateli. Obywatele często przy tym nie należą do grupy, która pochwalić mogłaby się szczególną refleksyjnością. Znajdujemy się dokładnie tam, gdzie polityka przyjmuje postać groteski, w kraju w którym tylko monarchowie i władcy wiedzą jak być za i jak być przeciw. Mądrość nie przychodzi tu - jak się okazuje - nawet po szkodzie. Jeśli szczęściem miałaby być nieświadomość, żyjemy w kraju samych szczęśliwców. Nasi nieświadomi nie sprawiają jednak wrażenia szczęśliwych - tkwią bowiem w celi świadomości nieszczęśliwej, która jest ich przekleństwem.
2012-05-07 21:35:59
Zaczęła się ofensywa neoliberałów. Po wyborach we Francji i Grecji prawicowi komentatorzy już straszą... że strefa euro się rozpadnie, że nastąpi koniec unii europejskiej i na świecie zapanuje chaos.
W Wiadomościach TVP1 'ekspert' wyraził zaniepokojenie i w prawdziwym strachu pytał, "co jeśli Hollande naprawdę podwyższy stawkę podatkową dla najbogatszych i przestanie zajmować się spłatą długu?" "Europa powinna mówić jednym głosem" twierdzą zlęknieni agenci neoliberalizmu nawołując do solidarności ze swoim programem. Czyżby? Naprawdę powinna? A może innym, nie waszym?
Eksperci chcą w Polsce wydłużenia wieku emerytalnego, eksperci są krytyczni wobec Hollande'a, eksperci wyrażają swoje zaniepokojenie, eksperci tęsknią za Sarkozym (mimo, że jak sami twierdzą nie lubił Polaków!!!), eksperci mają biegunkę... Rynki zareagują niepokojem! Rynki będą wierzgać! Rynki zaczną pluć ogniem i rynki zareagują! Rynek dmuchnie, chuchnie i zdmuchnie nas wszystkich!
Światem rządzi magia i czarodzieje! Magiczne są rynki, które niczym Big Brother widzą, mogą i wiedzą wszystko. Magiczni są eksperci, jedyni istniejący eksperci, w liczbie około trzech krawaciarzy z centrum Adama Smitha/od Misesa/Lewiatana/Business Centre Club (do wyboru do koloru!).
Magii przeciwstawić można dopiero czyn.
Rynki są realne. Eksperci są prawdziwi. Tak prawdziwi jak miliardy euro na kontach ich fundatorów. Tak realni jak instytucje finansowe, które nimi dysponują. Od pieniądza, po rakiety ziemia-powietrze, rynki mogą posłużyć się wszystkim i każdym. I zrobią to. Już robią wiele. Wystarczy kilka godzin, by posłuszni rycerze świętego długu wyszli ze swych jaskiń i zaczęli lobbować w telewizji (i publicznej i prywatnej), propagować w radiu (w każdej stacji, przy udziale setek wyznawców), smarować kilogramy tekstów (od Gazety Wyborczej po Politykę i Wprost).
Rząd dusz nie kończy się na samych mediach, nie jest też niesmacznym żartem, dowcipem, czy pomyłką wynikającą z czyjejkolwiek głupoty/zapomnienia. Neoliberalizm to kapitalizm. A kapitalizm nie zawaha się bombardować, strzelać, zabijać. Od Pierwszej Wojny Światowej po wojny na Bliskim Wschodzie, od głodu w rogu Afryki po miliony ofiar wojen surowcowych w Kongo. Kapitalizm nigdy nie żartuje. Nie żartują też zatrudniani przez niego eksperci, eksperci, którzy są tylko marną wisienką na torcie... torcie, który w repertuarze poszczególnych warstw posiada policję, wojsko, czołgi, samoloty, arsenał nuklearny, kler i tendencje faszystowskie.
Eksperci będą strzelać.
Francuskie scenariuszeW Wiadomościach TVP1 'ekspert' wyraził zaniepokojenie i w prawdziwym strachu pytał, "co jeśli Hollande naprawdę podwyższy stawkę podatkową dla najbogatszych i przestanie zajmować się spłatą długu?" "Europa powinna mówić jednym głosem" twierdzą zlęknieni agenci neoliberalizmu nawołując do solidarności ze swoim programem. Czyżby? Naprawdę powinna? A może innym, nie waszym?
Eksperci chcą w Polsce wydłużenia wieku emerytalnego, eksperci są krytyczni wobec Hollande'a, eksperci wyrażają swoje zaniepokojenie, eksperci tęsknią za Sarkozym (mimo, że jak sami twierdzą nie lubił Polaków!!!), eksperci mają biegunkę... Rynki zareagują niepokojem! Rynki będą wierzgać! Rynki zaczną pluć ogniem i rynki zareagują! Rynek dmuchnie, chuchnie i zdmuchnie nas wszystkich!
Światem rządzi magia i czarodzieje! Magiczne są rynki, które niczym Big Brother widzą, mogą i wiedzą wszystko. Magiczni są eksperci, jedyni istniejący eksperci, w liczbie około trzech krawaciarzy z centrum Adama Smitha/od Misesa/Lewiatana/Business Centre Club (do wyboru do koloru!).
Magii przeciwstawić można dopiero czyn.
Rynki są realne. Eksperci są prawdziwi. Tak prawdziwi jak miliardy euro na kontach ich fundatorów. Tak realni jak instytucje finansowe, które nimi dysponują. Od pieniądza, po rakiety ziemia-powietrze, rynki mogą posłużyć się wszystkim i każdym. I zrobią to. Już robią wiele. Wystarczy kilka godzin, by posłuszni rycerze świętego długu wyszli ze swych jaskiń i zaczęli lobbować w telewizji (i publicznej i prywatnej), propagować w radiu (w każdej stacji, przy udziale setek wyznawców), smarować kilogramy tekstów (od Gazety Wyborczej po Politykę i Wprost).
Rząd dusz nie kończy się na samych mediach, nie jest też niesmacznym żartem, dowcipem, czy pomyłką wynikającą z czyjejkolwiek głupoty/zapomnienia. Neoliberalizm to kapitalizm. A kapitalizm nie zawaha się bombardować, strzelać, zabijać. Od Pierwszej Wojny Światowej po wojny na Bliskim Wschodzie, od głodu w rogu Afryki po miliony ofiar wojen surowcowych w Kongo. Kapitalizm nigdy nie żartuje. Nie żartują też zatrudniani przez niego eksperci, eksperci, którzy są tylko marną wisienką na torcie... torcie, który w repertuarze poszczególnych warstw posiada policję, wojsko, czołgi, samoloty, arsenał nuklearny, kler i tendencje faszystowskie.
Eksperci będą strzelać.
2012-05-06 20:28:00
Wygrana Francois Hollande'a w wyborach prezydenckich to duży sukces europejskiej lewicy. Dopiero drugi raz w historii w wyborach prezydenckich we Francji zwycięża przedstawiciel socjalistów. Zwycięstwo to nadeszło w krytycznym dla Unii Europejskiej i światowego systemu ekonomicznego momencie, w sytuacji, w której od władz najpotężniejszych państw Europy zależy naprawdę bardzo wiele. Hollande ma przed sobą trudny okres, który zweryfikuje jego polityczny program i podda próbie autentyczność jego politycznych zapowiedzi.
Najpoważniejszym wyzwaniem dla Hollande'a będzie renegocjacja paktu fiskalnego. Jeżeli nowo wybrany prezydent Francji zdecyduje się dążyć do zmiany paktu fiskalnego to pewnym jest, że spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem ze strony kanclerz Angeli Merkel i korzystających z dekoniunktury w innych państwach Unii Niemiec. Walka o skalę cięć budżetowych i długu publicznego to walka z wielkim globalnym kapitałem, w tym kapitałem europejskim, a także z potężnymi instytucjami finansowymi. Walka ta wymagać będzie wielkiej odwagi, zaparcia i posiadania w zanadrzu całościowego, bezkompromisowego, alternatywnego projektu Unii Europejskiej.
Kluczowe będą też europejskie inwestycje. Hollande dobrze wie, że aby państwa UE mogły wyjść z kryzysu na dobre potrzebują dużych inwestycji na najwyższym poziomie centralnego zarządzania i planowania. Zmiany w unijnych funduszach strukturalnych i ewentualne projekty inwestycji przemysłowych mogą odwrócić sytuację i z dotychczas uległej polityce cięć Europy przemienić ją w kontynent tworzący swój własny wzrost i społeczny dobrobyt. Polityka, która królowała dotychczas, polegająca na ustępowaniu przez państwo pola sektorowi prywatnemu i żywieniu nadziei, że ten samorzutnie z miłości do ludzi zajmie się miejscami pracy legła w gruzach. Bajki o społeczeństwie opartym na wiedzy muszą zostać zastąpione przez prawdziwą reindustrializację Europy.
Następnym wielkim wyzwaniem jest polityka imigracyjna i zagraniczna. Francja Sarkozy'ego dążyła do zamknięcia granic dla imigrantów i uniemożliwienia swobodnego przepływu nawet w skali UE. Polityka zagraniczna prawicy była czysto kolonialną strategią, w zgodzie z którą podbito Libię i wspierano najbardziej imperialistyczne tendencje makropolityczne. To właśnie stosunek Hollande'a do imigrantów, a także do pozostałych krajów będzie decydujący. Francja, która zajęta będzie tylko własnym, wąsko rozumianym, interesem i nie zejdzie z wojennej ścieżki nie stanie się magnesem przyciągającym inne kraje Unii, nie będzie też prawdziwie lewicowa, ani socjalistyczna. Dla Francji i dla Unii nadchodzi czas próby. Czas wyjątkowo brutalnego konfliktu politycznego między ludźmi pracy a kapitałem, w którym wszystkie metody będą dozwolone.
Czy Hollande skapituluje, czy wycofa się z szumnych zapowiedzi i odda władzę sektorowi prywatnemu? A może okaże się bezradny? Czy będzie chociaż próbował dokonać tego co z pozoru niemożliwe?
Jest fala, jest cenzuraNajpoważniejszym wyzwaniem dla Hollande'a będzie renegocjacja paktu fiskalnego. Jeżeli nowo wybrany prezydent Francji zdecyduje się dążyć do zmiany paktu fiskalnego to pewnym jest, że spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem ze strony kanclerz Angeli Merkel i korzystających z dekoniunktury w innych państwach Unii Niemiec. Walka o skalę cięć budżetowych i długu publicznego to walka z wielkim globalnym kapitałem, w tym kapitałem europejskim, a także z potężnymi instytucjami finansowymi. Walka ta wymagać będzie wielkiej odwagi, zaparcia i posiadania w zanadrzu całościowego, bezkompromisowego, alternatywnego projektu Unii Europejskiej.
Kluczowe będą też europejskie inwestycje. Hollande dobrze wie, że aby państwa UE mogły wyjść z kryzysu na dobre potrzebują dużych inwestycji na najwyższym poziomie centralnego zarządzania i planowania. Zmiany w unijnych funduszach strukturalnych i ewentualne projekty inwestycji przemysłowych mogą odwrócić sytuację i z dotychczas uległej polityce cięć Europy przemienić ją w kontynent tworzący swój własny wzrost i społeczny dobrobyt. Polityka, która królowała dotychczas, polegająca na ustępowaniu przez państwo pola sektorowi prywatnemu i żywieniu nadziei, że ten samorzutnie z miłości do ludzi zajmie się miejscami pracy legła w gruzach. Bajki o społeczeństwie opartym na wiedzy muszą zostać zastąpione przez prawdziwą reindustrializację Europy.
Następnym wielkim wyzwaniem jest polityka imigracyjna i zagraniczna. Francja Sarkozy'ego dążyła do zamknięcia granic dla imigrantów i uniemożliwienia swobodnego przepływu nawet w skali UE. Polityka zagraniczna prawicy była czysto kolonialną strategią, w zgodzie z którą podbito Libię i wspierano najbardziej imperialistyczne tendencje makropolityczne. To właśnie stosunek Hollande'a do imigrantów, a także do pozostałych krajów będzie decydujący. Francja, która zajęta będzie tylko własnym, wąsko rozumianym, interesem i nie zejdzie z wojennej ścieżki nie stanie się magnesem przyciągającym inne kraje Unii, nie będzie też prawdziwie lewicowa, ani socjalistyczna. Dla Francji i dla Unii nadchodzi czas próby. Czas wyjątkowo brutalnego konfliktu politycznego między ludźmi pracy a kapitałem, w którym wszystkie metody będą dozwolone.
Czy Hollande skapituluje, czy wycofa się z szumnych zapowiedzi i odda władzę sektorowi prywatnemu? A może okaże się bezradny? Czy będzie chociaż próbował dokonać tego co z pozoru niemożliwe?
2012-05-02 01:19:54
Przeglądam właśnie onet.pl, oraz różne inne strony, przeglądam wiadomości... informacji o 1 Maja wyjątkowo mało. Można tym samym powiedzieć, że święto pracy w tym roku odniosło sukces.
W ostatnich latach o pochodach mówiło się w mediach głośniej i wyraźniej - bo były niewielkie, skromne i pozwalały dzięki temu skutecznie przedstawić święto pracy jako fanaberię niegroźnego, nieszkodliwego, narwanego marginesu.
Tym razem, 20 tysięczna mobilizacja OPZZ i SLD, a także pochody i manifestacje w innych miastach, a nawet błazen Palikot i jego spryciarska aktywność, doprowadziły do takiego spiętrzenia się 1 majowych informacji i takiej kulminacji lewicowych/i okołolewicowych treści, że inaczej jak właśnie przy pomocy ordynarnej cenzury walczyć z 1 Maja się nie dało.
Media ujawniają swój jednorodnie kapitalistyczny, burżuazyjny charakter. W święto pracy podziały stają się oczywiste, klasy kontrastują ze sobą. W odróżnieniu od pochodów narodowców, którymi straszy się elektorat platformy, pochody pierwszomajowe mają mobilizujący dla ludzi pracy charakter. Charakter, który należało ukryć i z którym należy walczyć.
Możemy mówić o (w pewnym sensie chwilowym, a więc umiarkowanym) sukcesie polskiej lewicy. Ten pierwszomajowy sukces ma swoich ojców. Wzbierająca fala społecznego gniewu i idąca wraz za nią rosnąca społeczna świadomość to jedno. Drugie, być może o wiele ważniejsze, to organizacyjna wydolność i faktyczna gotowość struktur do działania.
Święto pracy odżyło. Ale to dopiero praktyka polityczna, działania poszczególnych polityków i ruchy strukturotwórcze na lewicy dadzą odpowiedź na pytanie o trwałość tej nowej, świeżej mobilizacji.
Czekamy na okazje, ale widzimy też wyraźnie, że okazję należy tworzyć. Niektórzy twórcy ujawnili swój potencjał...
Najwięcej odpowiedzi przyniesie ze sobą czasu po Euro 2012, gdy ustanie duża część inwestycji, umilkną trybuny i skończą się prace sezonowe... wtedy lewicowa działalność polityczna znajdzie się w rozstrzygającym okresie i konkretnym wirze walk społecznych.
Gdy skończy się chleb z igrzysk i w polu politycznym utworzy się pustka, wtedy na pierwszy plan wysuną się skrzętnie i zgrabnie skrywane dotąd przez państwo problemy. Z nich, z otwarcia się na nie, skorzysta lewica, gotowa, ta przygotowana do działania lewica.
Czas na 1 Maja!W ostatnich latach o pochodach mówiło się w mediach głośniej i wyraźniej - bo były niewielkie, skromne i pozwalały dzięki temu skutecznie przedstawić święto pracy jako fanaberię niegroźnego, nieszkodliwego, narwanego marginesu.
Tym razem, 20 tysięczna mobilizacja OPZZ i SLD, a także pochody i manifestacje w innych miastach, a nawet błazen Palikot i jego spryciarska aktywność, doprowadziły do takiego spiętrzenia się 1 majowych informacji i takiej kulminacji lewicowych/i okołolewicowych treści, że inaczej jak właśnie przy pomocy ordynarnej cenzury walczyć z 1 Maja się nie dało.
Media ujawniają swój jednorodnie kapitalistyczny, burżuazyjny charakter. W święto pracy podziały stają się oczywiste, klasy kontrastują ze sobą. W odróżnieniu od pochodów narodowców, którymi straszy się elektorat platformy, pochody pierwszomajowe mają mobilizujący dla ludzi pracy charakter. Charakter, który należało ukryć i z którym należy walczyć.
Możemy mówić o (w pewnym sensie chwilowym, a więc umiarkowanym) sukcesie polskiej lewicy. Ten pierwszomajowy sukces ma swoich ojców. Wzbierająca fala społecznego gniewu i idąca wraz za nią rosnąca społeczna świadomość to jedno. Drugie, być może o wiele ważniejsze, to organizacyjna wydolność i faktyczna gotowość struktur do działania.
Święto pracy odżyło. Ale to dopiero praktyka polityczna, działania poszczególnych polityków i ruchy strukturotwórcze na lewicy dadzą odpowiedź na pytanie o trwałość tej nowej, świeżej mobilizacji.
Czekamy na okazje, ale widzimy też wyraźnie, że okazję należy tworzyć. Niektórzy twórcy ujawnili swój potencjał...
Najwięcej odpowiedzi przyniesie ze sobą czasu po Euro 2012, gdy ustanie duża część inwestycji, umilkną trybuny i skończą się prace sezonowe... wtedy lewicowa działalność polityczna znajdzie się w rozstrzygającym okresie i konkretnym wirze walk społecznych.
Gdy skończy się chleb z igrzysk i w polu politycznym utworzy się pustka, wtedy na pierwszy plan wysuną się skrzętnie i zgrabnie skrywane dotąd przez państwo problemy. Z nich, z otwarcia się na nie, skorzysta lewica, gotowa, ta przygotowana do działania lewica.
2012-04-29 23:16:24
Święto 1 Maja nagle stało się świętem pożądanym przez wszystkich. Protestować pragnie Sojusz Lewicy Demokratycznej, Janusz Palikot, Młodzi Socjaliści, różnorodna lewica socjalistyczna, a nawet (to nowość!) narodowcy.
Pokryzysowa Europa to kontynent cierpiących pracujących, rosnącego bezrobocia i pauperyzowanych społeczeństw. Nie inaczej jest w Polsce, gdzie ciśnienie społeczne skłania grupy polityczne do energicznego poszukiwania symboli, które umożliwiłyby zdobycie elektoratu ludzi pracy.
Tym naturalnym symbolem pracujących od zawsze jest 1 Maja, święto pracy. Data nierozerwalnie związana z walką o prawa pracowników najemnych całego świata. Nawet w Polsce, gdzie 1 Maja przez całe lata usiłowano zdyskredytować jako święte diabelsko-komunistyczne, teraz politycy usiłują przejąć etos związany z tym świętem i przemienić je w okazję do zdobycia sobie przychylności zagrożonych i wyzyskiwanych.
Wyścig polityczny dotyczy tak naprawdę jednak nie przejęcia symboliki, a przypieczętowania wiarygodności. Partie, dla których święto pracy stanie się okazją do grillowania, partie które uczynią z 1 Maja jeden z dziesiątek punktów w celebryckim programie aktywności politycznej, czy też grupy, które zechcą zagarnąć robotniczy protest na poczet wystraszonego, neoliberalnego programu - poniosą (i ponoszą) polityczną klęskę.
Albowiem przejąć należy nie samą symbolikę, ale świat pracy. A zdobyć ów elektorat można jedynie stając się rzetelną i konsekwentną reprezentacją ludzi pracy. To nie pojedyncze postulaty i sporadyczny sprzeciw wobec liberalnych reform, ale konkretna linia i całościowy, stanowczy projekt alternatywy pozwolą stać się w oczach pracowników najemnych - w oczach "99%" - autentycznym.
Coś trzeba jednak mieć do zaoferowania.
Oferta zaczynać powinna się nie od szczegółów, ale ogólnego zarysu, wizji alternatywnego społeczeństwa, projektu alternatywnego państwa, projektu systemowej zmiany. Pracownicy najemni i ich reprezentanci nie powinni dopominać się o pojedyncze podwyżki, czy reformy, ale żądać też radykalnych zmian w całościowym funkcjonowaniu państwa, pragnąć nowej rzeczywistości. Tak jak IV RP dla Kaczyńskiego, czy Druga Irlandia/Zielona Wyspa dla Tuska, tak samo i lewica wyprowadzić musi i umieścić na sztandarach swoją wizję, utopijnego (ale możliwego do realizacji przy użyciu politycznych konkretów) państwa. Czas rzucania reformami w próżnię minął, nastał czas na budowanie nowej przestrzeni.
W postulatach apelować należy nie do wrażliwości, sumienia, przyzwoitości, egoizmu, czy dobroci. Odnosić należy się do projektowanej przez siebie kontrrzeczywistości społecznej. A ta kontrrzeczywistość w perspektywie działalności politycznej osiągnięta może być tyko przy pomocy dokonywanych zmian na szczeblu centralnym, państwowym. Każda grupa, a szczególnie partia polityczna, powinna mieć więc na uwadze przede wszystkim konkretne cele i przedsięwzięcia, których realizację rozpocznie przy pierwszej instytucjonalnej okazji do efektywnego działania. Chcemy działać i ewoluować, awansować i zyskać możliwość dokonywania zmian. Święto pracy to nie święto śledzia.
"1 Maj" rozumiany jako marketingowa okazja dla przedstawicieli politycznych rad nadzorczych to uprawianie fałszywego public-relations. Ten fałsz i brak zaangażowania czuć. Ale jest jeszcze coś, co odczuwalne jest (i to powszechnie) jeszcze bardziej - strach, ostrożność i motywowana asekuracyjnie praktyczna próżnia.
Dlatego potrzeba nam walecznego i odważnego 1 Maja. Potrzebna jest manifestacja siły, integracji i bezkompromisowego zaangażowania. Chowajmy trupa kapitalizmu razem, wspólnie budując wizję nowego społeczeństwa. Ze świadomością dziedzictwa, a przede wszystkim - znaczenia tego największego dla ludzkości święta.
Widzimy się na pochodzie!
2012-04-26 00:55:53
Fala tematyki smoleńsko-katyńskiej w dyskursie publicznym wciąż przybiera na sile. Im więcej czasu mija od wydarzeń w Katyniu i nawet katastrofy smoleńskiej, tym silniej toczymy bój ze sprawcami tamtych wydarzeń – czy rzeczywistymi choć już mocno historycznymi, czy zupełnie urojonymi, to już mniej istotna sprawa. Prawicowa rzeczywistość, jak kania deszczu, potrzebuje przeciwnika. System określa się bowiem poprzez tworzony przez siebie antagonizm. Konflikt, czy to smoleński, czy to katyński służy właśnie stworzeniu przeciwnika, służy walce ideologicznej i tworzeniu nowej, patriotyczno-narodowej tożsamości, na której oparty ma zostać projekt forsowanej przez Jarosława Kaczyńskiego IV RP.
Batalia Smoleńska i walka o „prawdę” to w rzeczywistości jednak walka nie z urojeniami, lecz z prawdziwym, konkretnym przeciwnikiem. Tym wrogiem jest socjalizm, zwalczany tak bezwzględnie i z pogwałceniem wszelkich zasad „prawdy” i politycznej rywalizacji, ponieważ skutecznie i trwale podważył święty i nienaruszalny fundament obecnej rzeczywistości - własność prywatną i jej dogmat. Walka ta ma jednak charakter komiczny, włączając w to nawet jej metody szulerskie i infantylne jednocześnie. Przeciwnik jest bowiem fantomem, nie istnieje, nie ma go, więc i nie „przyjmuje pola”. W związku z tym komunizm (czy socjalizm) identyfikowany i lokowany jest historycznie, w odległej przeszłości. Po pierwsze w ZSRR, po drugie w PRL-u, czyli komunistyczno-socjalistycznym grzechu polskiej przeszłości. PRL to skrywana, wstydliwa geneza obecnej rzeczywistości, do której całkowitego wyparcia i piętnującego naznaczenia na wieczność dążą elity współczesnego, neoliberalnego kapitalizmu. Wypierając się tym samym znaczącej części siebie, swej własnej przeszłości i kreując przeszłość sztuczną, fałszywą, a tym samym słabą i poniekąd wariacką, jak opowieść o babce hrabinie i klejnotach rodowych.
Elity (takie to zresztą i elity), które urosły i wychowały się w warunkach przeszłości i dzięki tej przeszłości, potwierdzają swoje oddanie aktualnemu systemowi poprzez nieustanną i pogłębiającą się negację wszystkiego, co symbolicznie choćby zatrąca o lewicową treść lub niekapitalistyczną formę, system ów potencjalnie kwestionując. Przybierający na sile, ubrany w pozornie aktualne zagadnienia bój z komunizmem służy więc i cementowaniu III RP, ale także i wykluczaniu z obiegu wszelkiej faktycznie lewicowej i faktycznie antysystemowej treści. W tej materii zawiązał się między prawicą neoliberalną (PO) a kościelną prawicą neoliberalną (PIS) sojusz. Ten pakt polega na wspólnym budowaniu nowej tożsamości narodowej i wspólnej walce, ze wspólnie zdefiniowanym przeciwnikiem – komunizmem.
IPN, mimo wszystkie związane z nim skandale – od tragedii po kompletną farsę -został przecież nieprzypadkowo utrzymany podczas kolejnej kadencji premiera Tuska, nieprzypadkowo to właśnie Bronisław Komorowski zapowiada budowę muzeum zbrodni komunizmu, etc. Zamożna część społeczeństwa i jej liberalni reprezentanci często nie rozumieją tej milczącej zgody, ale to właśnie ten sojusz pozwala utrzymywać się przy władzy Platformie. Jest to możliwe dzięki wyparciu wszelkiego lewicowego dyskursu z polityki i stworzeniu mitu Wiecznegokatynia, wokół którego między PO a PIS trwa co prawda spór, ale spór pozorny i pożądany, który pozwala każdej z formacji prezentować swój charakter.
Mogłoby tak trwać i trwać, od rocznicy, do rocznicy… Tak dobrze jednak nie ma. Najpewniej bowiem wydarzy się coś, co łatwo przewidzieć, historia naszego stulecia zna bowiem podobne sytuacje i przypadki i boleśnie je pamięta [1]... Hodowany za przyzwoleniem liberałów IPN-owski nacjonalizm urośnie i obróci się przeciwko swoim twórcom czy chrzestnym rodzicom. Gniew społeczny, który wzrasta z każdym kolejnym punktem wzrostu bezrobocia i każdym zamykanym zakładem pracy znajdzie bowiem inny, niż lewicowy, socjalistyczny nośnik. Tym nośnikiem będzie (a może już jest) faszyzm. I tak, liberalna władza zaangażowana w wieczną walkę z komuną, walkę, która miałaby zaprzątać uwagę całego społeczeństwa wyprodukuje i wytworzy naprawdę największych wrogów komunizmu – faszystów. I na nic zdadzą się lamenty i apele do zdrowego rozsądku. Zdziwienie, które lojalne Platformie media żywią wobec gromadzących się na miesięcznice katastrofy i na wiece maryjno-kaczyńskie, czy skręcających w nacjonalizm mas kibiców będzie ostatnią reakcją. Dotychczasowy sojusznik liberałów zdradzi bowiem bez wahania (już zdradza) swych twórców i żywicieli. Wozy transmisyjne TVN24 spłoną.
[1]Pamięta, kto chce pamiętać. Jak wiadomo, w uprawianej przez nasz system polityce historycznej wróg jest jeden.
Jakub Szela. Mity a Klasy. Refleksje Krytyczne.Batalia Smoleńska i walka o „prawdę” to w rzeczywistości jednak walka nie z urojeniami, lecz z prawdziwym, konkretnym przeciwnikiem. Tym wrogiem jest socjalizm, zwalczany tak bezwzględnie i z pogwałceniem wszelkich zasad „prawdy” i politycznej rywalizacji, ponieważ skutecznie i trwale podważył święty i nienaruszalny fundament obecnej rzeczywistości - własność prywatną i jej dogmat. Walka ta ma jednak charakter komiczny, włączając w to nawet jej metody szulerskie i infantylne jednocześnie. Przeciwnik jest bowiem fantomem, nie istnieje, nie ma go, więc i nie „przyjmuje pola”. W związku z tym komunizm (czy socjalizm) identyfikowany i lokowany jest historycznie, w odległej przeszłości. Po pierwsze w ZSRR, po drugie w PRL-u, czyli komunistyczno-socjalistycznym grzechu polskiej przeszłości. PRL to skrywana, wstydliwa geneza obecnej rzeczywistości, do której całkowitego wyparcia i piętnującego naznaczenia na wieczność dążą elity współczesnego, neoliberalnego kapitalizmu. Wypierając się tym samym znaczącej części siebie, swej własnej przeszłości i kreując przeszłość sztuczną, fałszywą, a tym samym słabą i poniekąd wariacką, jak opowieść o babce hrabinie i klejnotach rodowych.
Elity (takie to zresztą i elity), które urosły i wychowały się w warunkach przeszłości i dzięki tej przeszłości, potwierdzają swoje oddanie aktualnemu systemowi poprzez nieustanną i pogłębiającą się negację wszystkiego, co symbolicznie choćby zatrąca o lewicową treść lub niekapitalistyczną formę, system ów potencjalnie kwestionując. Przybierający na sile, ubrany w pozornie aktualne zagadnienia bój z komunizmem służy więc i cementowaniu III RP, ale także i wykluczaniu z obiegu wszelkiej faktycznie lewicowej i faktycznie antysystemowej treści. W tej materii zawiązał się między prawicą neoliberalną (PO) a kościelną prawicą neoliberalną (PIS) sojusz. Ten pakt polega na wspólnym budowaniu nowej tożsamości narodowej i wspólnej walce, ze wspólnie zdefiniowanym przeciwnikiem – komunizmem.
IPN, mimo wszystkie związane z nim skandale – od tragedii po kompletną farsę -został przecież nieprzypadkowo utrzymany podczas kolejnej kadencji premiera Tuska, nieprzypadkowo to właśnie Bronisław Komorowski zapowiada budowę muzeum zbrodni komunizmu, etc. Zamożna część społeczeństwa i jej liberalni reprezentanci często nie rozumieją tej milczącej zgody, ale to właśnie ten sojusz pozwala utrzymywać się przy władzy Platformie. Jest to możliwe dzięki wyparciu wszelkiego lewicowego dyskursu z polityki i stworzeniu mitu Wiecznegokatynia, wokół którego między PO a PIS trwa co prawda spór, ale spór pozorny i pożądany, który pozwala każdej z formacji prezentować swój charakter.
Mogłoby tak trwać i trwać, od rocznicy, do rocznicy… Tak dobrze jednak nie ma. Najpewniej bowiem wydarzy się coś, co łatwo przewidzieć, historia naszego stulecia zna bowiem podobne sytuacje i przypadki i boleśnie je pamięta [1]... Hodowany za przyzwoleniem liberałów IPN-owski nacjonalizm urośnie i obróci się przeciwko swoim twórcom czy chrzestnym rodzicom. Gniew społeczny, który wzrasta z każdym kolejnym punktem wzrostu bezrobocia i każdym zamykanym zakładem pracy znajdzie bowiem inny, niż lewicowy, socjalistyczny nośnik. Tym nośnikiem będzie (a może już jest) faszyzm. I tak, liberalna władza zaangażowana w wieczną walkę z komuną, walkę, która miałaby zaprzątać uwagę całego społeczeństwa wyprodukuje i wytworzy naprawdę największych wrogów komunizmu – faszystów. I na nic zdadzą się lamenty i apele do zdrowego rozsądku. Zdziwienie, które lojalne Platformie media żywią wobec gromadzących się na miesięcznice katastrofy i na wiece maryjno-kaczyńskie, czy skręcających w nacjonalizm mas kibiców będzie ostatnią reakcją. Dotychczasowy sojusznik liberałów zdradzi bowiem bez wahania (już zdradza) swych twórców i żywicieli. Wozy transmisyjne TVN24 spłoną.
[1]Pamięta, kto chce pamiętać. Jak wiadomo, w uprawianej przez nasz system polityce historycznej wróg jest jeden.
2012-04-23 04:44:02
Spektakl "W imię Jakuba S." to dobra okazja do szerokiej, wielotorowej teoretycznej refleksji.
W dziele tym, twórcy nawiązują do postaci Jakuba Szeli, przedstawiając go i jego działalność w kontrze do pasywnej i poddańczej natury dzisiejszych spauperyzowanych pracowników najemnych. Osią spektaklu jest sam Szela, tożsamy z pojęciem rewolucji, a najważniejszym porównaniem i mostem łączącym dwie epoki jest porównanie sytuacji chłopów pańszczyźnianych do sytuacji XXI-wiecznych miejskich pracujących-biednych.
Czyj bunt, czyja rewolucja?
Widać wyraźnie, że opresyjna, neoliberalna rzeczywistość zrodziła w sztuce, a także w społeczeństwie potrzebę buntu. Ten bunt potrzebuje swojego artystycznego, ale też rzeczywistego i historycznego nośnika. Czy rzeczywiście Jakub Szela jest tym, odpowiednim nośnikiem? Nie. Polska nie jest już krajem chłopskim, a bunt chłopski, tak jak i chłopska kultura, nie niosą sobą wystarczającego ładunku i nie korespondują z rzeczywistością XXI-wiecznego mieszkańca potransformacyjnej Polski. Ludowo-chłopska kultura ma niewiele do zaoferowania, a już na pewno mniej niż wypracowana już przecież, kultura proletariacko-robotnicza.
Problem z kulturą robotniczą w Polsce jest taki, że po roku 89' została ona zniszczona i wypchnięta na kompletny margines. Stało się tak dlatego, że kultura ta jest tożsama z dziełami powstałymi w epoce PRL-u. Mit rewolucji i buntu XXI-wieku, to nie mit walczącego o własną ziemię Jakuba Szeli, ale mit (uwaga, straszne słowo) bolszewicki! Choć postać Jakuba Szeli wydaje się straszna to jednocześnie jest ona szerszej publiczności nieznana, a dzieje się tak dlatego, że jest to postać, której projekt polityczny uległ realizacji i tym samym likwidacji. Dlatego też pańszczyzna nie jest żywa w świadomości społecznej i porównanie jej z sytuacją współczesnego robotnika nie będzie porównaniem skutecznym, czy wywołującym oczekiwany efekt w postaci jakiegokolwiek wzburzenia. Bunty chłopskie mają dziś także swoją drugą - immanentną, wrodzoną - słabość. Nie przedstawiają już sobą automatycznie żadnego, nowego, całościowego projektu społecznego. Szela to archetyp rewolucjonisty, ale rewolucjonisty archaicznego, stojącego w jednym szeregu ze Spartakusem i Robin Hoodem. Próba stworzenia ludowego bohatera wyjętego wprost z realiów średniowiecza jest projektem chybionym.
Analizując systemowo, można stwierdzić, że kapitalizm zmusza poszukujących w swej własnej, codziennej walce z uciskiem i wyzyskiem ciągłości historycznej do ucieczki w odleglejszą przeszłość. Następuje zatrzymanie się na buntach chłopskich. Są one zwyczajnie mniej aktualne i dzięki temu - mniej groźne.
W kulturze III RP bardzo widoczna jest ta ucieczka od socjalizmu. IPN, którego początkowo nikt nie traktował poważnie robi i zrobił swoje. Wszelki socjalizm, a szczególnie PRL, stał się projektem trędowatym, wyklętym i zwalczanym na każdym kroku. Szarik dostał kaganiec, Kloss został antykomunistą, Wajda bojownikiem o kapitalizm, Michnik wiecznym neoliberałem, Starsi Panowie stali się Starszymi Fabrykantami, a bolszewik - zgodnie z planem - stał się tożsamy z hitlerowcem, lub jeszcze lepiej - z samym diabłem.
Refleksje Krytyczne
Ludowe i Szelowe hasła są dziś pomimo to czymś niezwykle odważnym i trafnym pod kątem oceny stopnia dokonującego się w społeczeństwie wyzysku. Ale jak można sprzedać taki bunt? Jak wybrać target? Jak sformułować treść i przekuć ją w reakcję?
Tu pojawiają się trudności. W formie spektaklu zwróciły moją uwagę dwa problemy. Pierwszy problem dotyczy samego miejsca jakim jest teatr i rodzaju zwabianej przezeń publiczności. Szela na sprzedaż po 60 zł za bilet jest z góry rozbrojony. I jest coś nieszczerego w tym sprzedawaniu Szeli, w takiej formie, dla takich odbiorców. Teatr awangardowy i polityczny wyobrażam sobie jako teatr dostępny i szukający, dobierający widza zgodnie z prezentowanym przekazem. "W imię Jakuba S" odniosłoby sukces i wzbudziło podziw, nie w teatrze, ale na ulicy, na wsi, lub przy biletach za 1 zł. Drugą, o wiele ważniejszą kwestią jest sprawa samej formy spektaklu i języka, którym on operuje. Zawarta w sztuce histerycznie-krzykliwa gra aktorska i nadto rzucająca się w oczy przaśność i hecność przeradza cały wysiłek w farsę i komedię. Mówiąc o buncie, o Szeli, o sytuacji dzisiejszych pracowników najemnych należałoby posłużyć się dramatem najbardziej ponurego kalibru. Sentencje powinny wypowiadane być wprost. Wykorzystana teledyskowa forma (zaczerpnięta z awangardy teatralnej lat 70-tych) zamgliła i zamroczyła publiczność, a śmiechy, które padają podczas spektaklu dobitnie świadczą o fiasku tej konwencji. Widownia przeczekiwała trudno-nudne kwestie by dotrwać do upragnionych żarcików lub wulgaryzmów. Wyzysk dopiero staje się poważny, gdy mówi się o wyzysku poważnie - i na odwrót.
Mity a Klasy
Przy okazji intensywnie przejawiającej się w spektaklu koncepcji powrotu do kultury ludowej należy wspomnieć, że takie próby były już podejmowane w przeszłości, lecz słusznie funkcjonowały głównie jako motywy kulturowe w analizie historycznej - a nie analizie współczesności. Takie dzieła jak "Tańczący Jastrząb" Juliana Kawalca i inne opowiadające o przenosinach ludzi wsi do miast były elementem powstałym przy okazji industrializacji i rozwoju społecznego Polski po roku 1945. Wielkie migracje minęły, a społeczeństwo polskie stało się społeczeństwem robotniczym, proletariackim - i staje się nim w coraz większym stopniu. Ten współczesny proletariat w pewnej mierze zaadoptował szlacheckie rozumienie historii i przeszłości - ale mity szlachty i arystokracji wcale nie są tak żywe, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Ich siła jest pozorna, bo nie dotykają już one spraw współczesności. Mit szlachty to dziś co najwyżej część etosu Prawa i Sprawiedliwości. Mity są zawsze mitami klasowymi, ewoluują wraz z ustrojem i identyfikowane są wraz z nim. Najpotężniejsze dziś mity to: mit nowobogactwa, który jest wyznawany przez elektorat PO, rodzimych bourgeois i tłamszonych (tłamszonych-aspirujących) przez fałszywą świadomość pracowników najemnych, oraz mit pauperyzowanego proletariatu (czasem w swej lumpenproletariackiej postaci). Próbkę tego drugiego otrzymaliśmy w spektaklu od aktorów występujących w sekwencjach umocowanych we współczesności.
Gdzie leży wobec tego kultura robotnicza? Co się stało z jej mitem?
Szukajcie mitów wyklętych, tych czerwonych.
Farsa z końca świataW dziele tym, twórcy nawiązują do postaci Jakuba Szeli, przedstawiając go i jego działalność w kontrze do pasywnej i poddańczej natury dzisiejszych spauperyzowanych pracowników najemnych. Osią spektaklu jest sam Szela, tożsamy z pojęciem rewolucji, a najważniejszym porównaniem i mostem łączącym dwie epoki jest porównanie sytuacji chłopów pańszczyźnianych do sytuacji XXI-wiecznych miejskich pracujących-biednych.
Czyj bunt, czyja rewolucja?
Widać wyraźnie, że opresyjna, neoliberalna rzeczywistość zrodziła w sztuce, a także w społeczeństwie potrzebę buntu. Ten bunt potrzebuje swojego artystycznego, ale też rzeczywistego i historycznego nośnika. Czy rzeczywiście Jakub Szela jest tym, odpowiednim nośnikiem? Nie. Polska nie jest już krajem chłopskim, a bunt chłopski, tak jak i chłopska kultura, nie niosą sobą wystarczającego ładunku i nie korespondują z rzeczywistością XXI-wiecznego mieszkańca potransformacyjnej Polski. Ludowo-chłopska kultura ma niewiele do zaoferowania, a już na pewno mniej niż wypracowana już przecież, kultura proletariacko-robotnicza.
Problem z kulturą robotniczą w Polsce jest taki, że po roku 89' została ona zniszczona i wypchnięta na kompletny margines. Stało się tak dlatego, że kultura ta jest tożsama z dziełami powstałymi w epoce PRL-u. Mit rewolucji i buntu XXI-wieku, to nie mit walczącego o własną ziemię Jakuba Szeli, ale mit (uwaga, straszne słowo) bolszewicki! Choć postać Jakuba Szeli wydaje się straszna to jednocześnie jest ona szerszej publiczności nieznana, a dzieje się tak dlatego, że jest to postać, której projekt polityczny uległ realizacji i tym samym likwidacji. Dlatego też pańszczyzna nie jest żywa w świadomości społecznej i porównanie jej z sytuacją współczesnego robotnika nie będzie porównaniem skutecznym, czy wywołującym oczekiwany efekt w postaci jakiegokolwiek wzburzenia. Bunty chłopskie mają dziś także swoją drugą - immanentną, wrodzoną - słabość. Nie przedstawiają już sobą automatycznie żadnego, nowego, całościowego projektu społecznego. Szela to archetyp rewolucjonisty, ale rewolucjonisty archaicznego, stojącego w jednym szeregu ze Spartakusem i Robin Hoodem. Próba stworzenia ludowego bohatera wyjętego wprost z realiów średniowiecza jest projektem chybionym.
Analizując systemowo, można stwierdzić, że kapitalizm zmusza poszukujących w swej własnej, codziennej walce z uciskiem i wyzyskiem ciągłości historycznej do ucieczki w odleglejszą przeszłość. Następuje zatrzymanie się na buntach chłopskich. Są one zwyczajnie mniej aktualne i dzięki temu - mniej groźne.
W kulturze III RP bardzo widoczna jest ta ucieczka od socjalizmu. IPN, którego początkowo nikt nie traktował poważnie robi i zrobił swoje. Wszelki socjalizm, a szczególnie PRL, stał się projektem trędowatym, wyklętym i zwalczanym na każdym kroku. Szarik dostał kaganiec, Kloss został antykomunistą, Wajda bojownikiem o kapitalizm, Michnik wiecznym neoliberałem, Starsi Panowie stali się Starszymi Fabrykantami, a bolszewik - zgodnie z planem - stał się tożsamy z hitlerowcem, lub jeszcze lepiej - z samym diabłem.
Refleksje Krytyczne
Ludowe i Szelowe hasła są dziś pomimo to czymś niezwykle odważnym i trafnym pod kątem oceny stopnia dokonującego się w społeczeństwie wyzysku. Ale jak można sprzedać taki bunt? Jak wybrać target? Jak sformułować treść i przekuć ją w reakcję?
Tu pojawiają się trudności. W formie spektaklu zwróciły moją uwagę dwa problemy. Pierwszy problem dotyczy samego miejsca jakim jest teatr i rodzaju zwabianej przezeń publiczności. Szela na sprzedaż po 60 zł za bilet jest z góry rozbrojony. I jest coś nieszczerego w tym sprzedawaniu Szeli, w takiej formie, dla takich odbiorców. Teatr awangardowy i polityczny wyobrażam sobie jako teatr dostępny i szukający, dobierający widza zgodnie z prezentowanym przekazem. "W imię Jakuba S" odniosłoby sukces i wzbudziło podziw, nie w teatrze, ale na ulicy, na wsi, lub przy biletach za 1 zł. Drugą, o wiele ważniejszą kwestią jest sprawa samej formy spektaklu i języka, którym on operuje. Zawarta w sztuce histerycznie-krzykliwa gra aktorska i nadto rzucająca się w oczy przaśność i hecność przeradza cały wysiłek w farsę i komedię. Mówiąc o buncie, o Szeli, o sytuacji dzisiejszych pracowników najemnych należałoby posłużyć się dramatem najbardziej ponurego kalibru. Sentencje powinny wypowiadane być wprost. Wykorzystana teledyskowa forma (zaczerpnięta z awangardy teatralnej lat 70-tych) zamgliła i zamroczyła publiczność, a śmiechy, które padają podczas spektaklu dobitnie świadczą o fiasku tej konwencji. Widownia przeczekiwała trudno-nudne kwestie by dotrwać do upragnionych żarcików lub wulgaryzmów. Wyzysk dopiero staje się poważny, gdy mówi się o wyzysku poważnie - i na odwrót.
Mity a Klasy
Przy okazji intensywnie przejawiającej się w spektaklu koncepcji powrotu do kultury ludowej należy wspomnieć, że takie próby były już podejmowane w przeszłości, lecz słusznie funkcjonowały głównie jako motywy kulturowe w analizie historycznej - a nie analizie współczesności. Takie dzieła jak "Tańczący Jastrząb" Juliana Kawalca i inne opowiadające o przenosinach ludzi wsi do miast były elementem powstałym przy okazji industrializacji i rozwoju społecznego Polski po roku 1945. Wielkie migracje minęły, a społeczeństwo polskie stało się społeczeństwem robotniczym, proletariackim - i staje się nim w coraz większym stopniu. Ten współczesny proletariat w pewnej mierze zaadoptował szlacheckie rozumienie historii i przeszłości - ale mity szlachty i arystokracji wcale nie są tak żywe, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Ich siła jest pozorna, bo nie dotykają już one spraw współczesności. Mit szlachty to dziś co najwyżej część etosu Prawa i Sprawiedliwości. Mity są zawsze mitami klasowymi, ewoluują wraz z ustrojem i identyfikowane są wraz z nim. Najpotężniejsze dziś mity to: mit nowobogactwa, który jest wyznawany przez elektorat PO, rodzimych bourgeois i tłamszonych (tłamszonych-aspirujących) przez fałszywą świadomość pracowników najemnych, oraz mit pauperyzowanego proletariatu (czasem w swej lumpenproletariackiej postaci). Próbkę tego drugiego otrzymaliśmy w spektaklu od aktorów występujących w sekwencjach umocowanych we współczesności.
Gdzie leży wobec tego kultura robotnicza? Co się stało z jej mitem?
Szukajcie mitów wyklętych, tych czerwonych.
2012-04-17 01:28:09
W niedawno udzielonym wywiadzie Zygmunt Bauman w podniosłym tonie przedstawiał wizję końca. Zdaniem socjologa na świecie panuje "atmosfera końca". - Ów koniec (...) szybuje w pustej, słabo oznakowanej przestrzeni i czeka na coś, do czego można się przylepić - twierdzi socjolog. Zauważa też, że dotychczasowe teorie o końcu historii, cywilizacji i społeczeństwa przemysłowego wyszły już z mody i "przyszedł czas na ostateczną generalizację końca, czyli koniec świata". [1]
Perspektywa końca świata ma przerażać. Hołduje jej ostatnimi czasy wielu komentatorów. I rzeczywiście, panujący nastrój społeczny przypomina nastrój epoki schyłku. Oto wszystko tracić ma swą wartość, poznanie w każdej swej postaci przestaje się sprawdzać. Uprawianie polityki, nauki, przywiązanie do tradycji teoretycznej przestaje być możliwe. Klasy społeczne, społeczeństwo, demokracja, socjalizm, kapitalizm... wszystko uległo dezaktualizacji i nie znaczy nic. Koniec przypominać ma utonięcie w postmodernistycznej zupie pozbawionej znaczenia.
Koniec nastąpi, oj nastąpi...
Bo Chiny Bo kryzys
A właśnie, Chiny! Żółte ludzie ze wschodu najwidoczniej nie pogodziły się z wieczną rolą ciekawostki przyrodniczej. Mało im, że doceniamy ich kurczaka w pięciu smakach. Otóż, wyobraźcie to sobie państwo, wzięli się w garść i zaczęli pracować. I nic nie robią sobie, że świętej zasady tyrania za nasz, zachodni dobrobyt. Zostawiają sobie i na kryzys się uodpornili i jeszcze bezczelnie chcieli nam pożyczać pieniądze! Zachód tonie! Straszne, co to będzie? Koniec, niechybny!
Bo kapitalizm
Kapitalizm jest zły i wiedzą o tym nawet najbardziej zagorzali kapitaliści. Owszem jest złem, ale tym koniecznym. W końcu wszyscy doskonale wiemy, że socjalizm jest trupem, nigdy już nie wróci, a w praktyce oznacza stalinizm i Katyń Do Potęgi Smoleńskiej. Powstaje więc pewien problem, jak zrobić niekapitalizm, żeby był niesocjalizmem i żeby jeszcze był rzeczywisty? Albo jak zrobić porządek społeczny żeby nie był on porządkiem ekonomicznym? Wydaje się to niemożliwe, co wobec tego nas czeka? Dopicie ropy naftowej do końca, życie w kapitalizmie aż po kres! A dalej? Straszne, co to będzie? Koniec, niechybny!
Bo lipa z tym poprzemysłowym społeczeństwem
Otóż to, miał już nikt nie pracować. oddaliśmy takie hobbystyczne rozrywki jak praca w fabrykach i kopalniach do trzeciego świata, postawiliśmy na rozum, głębokie myśli i studia na kierunku zarządzania zasobami ludzkimi dla wszystkich. Aż tu nagle! Okazuje się, że pieniędzy z tego nie ma! Potworne żółte i czarne ludzie zarobiły i ośmielają się udowadniać, że przemysłowe znaczy opłacalne, a nieprzemysłowe głupie. Przemysł wyemigrował, sprywatyzowaliśmy wszystko jak kazali, uruchomiliśmy OFE. Aż tu nagle! Niemożliwe! Oszukali nas! Straszne, co to będzie? Koniec, niechybny!
Bo za szybko Bo internet
Jeżeli otworzę książkę na konkretnej stronie, to wiem czego się na niej spodziewać. I w styczniu i w lutym i w marcu będzie tam to samo, ta sama treść, ten sam tusz. Tymczasem, internet miga, po każdym kliknięciu pojawia się tam, w monitorze, nowa treść. Nie sposób dowiedzieć się więc czym jest internet, bo jak można stwierdzić czym jest internet nie poznając go w całości? Jak kiedyś udowodnił jeden z miłośników seriali telewizyjnych nie można nie zapoznając się wcześniej ze wszystkimi odcinkami danego dzieła stwierdzić, że jest ono dziełem głupim! Wszystko miga tak szybko. E-mail dochodzi tak prędko, kawa gotuje się w czajniku szybciej niż kiedyś, samochody szybsze, stare rekordy olimpijskie pobite! Wszystko jest takie szybkie, że nic nie wiadomo, jak żyć? Straszne, co to będzie? Koniec, niechybny!
Bo za dużo
Kiedyś słowo muzyka oznaczało filharmonia. Kino było Fellinim. Knajpa była jedna. Głupek wioskowy był jeden. Dziennik był jeden. Gwiazda była jedna. A teraz? Co chwilę coś nowego! Filmów setki, knajp tysiące, idiotów rzesze całe, dzienników do wyboru do koloru, gwiazd jak ziaren piasku na plaży! Jest wszystkiego tak dużo, że za dużo. Za dużo by coś znaczyć. A jeśli wszystko nic nie znaczy, to niczego nie ma. A jeśli niczego nie ma, to znaczy że jest już po nas. Straszne, co to będzie? Koniec, niechybny!
Zbliżając się do puenty. Kto tonie w tej postmodernistycznej zupie? Dlaczego nie zdołał trzymać się łyżki ? Dla kogo ten koniec?
dla frajerów
[1] http://wiadomosci.onet.pl/kraj/z-bauman-przyszedl-czas-na-ostateczna-generalizacj,1,5098545,wiadomosc.html
Wiadomości gadzinówkiPerspektywa końca świata ma przerażać. Hołduje jej ostatnimi czasy wielu komentatorów. I rzeczywiście, panujący nastrój społeczny przypomina nastrój epoki schyłku. Oto wszystko tracić ma swą wartość, poznanie w każdej swej postaci przestaje się sprawdzać. Uprawianie polityki, nauki, przywiązanie do tradycji teoretycznej przestaje być możliwe. Klasy społeczne, społeczeństwo, demokracja, socjalizm, kapitalizm... wszystko uległo dezaktualizacji i nie znaczy nic. Koniec przypominać ma utonięcie w postmodernistycznej zupie pozbawionej znaczenia.
Koniec nastąpi, oj nastąpi...
Bo Chiny Bo kryzys
A właśnie, Chiny! Żółte ludzie ze wschodu najwidoczniej nie pogodziły się z wieczną rolą ciekawostki przyrodniczej. Mało im, że doceniamy ich kurczaka w pięciu smakach. Otóż, wyobraźcie to sobie państwo, wzięli się w garść i zaczęli pracować. I nic nie robią sobie, że świętej zasady tyrania za nasz, zachodni dobrobyt. Zostawiają sobie i na kryzys się uodpornili i jeszcze bezczelnie chcieli nam pożyczać pieniądze! Zachód tonie! Straszne, co to będzie? Koniec, niechybny!
Bo kapitalizm
Kapitalizm jest zły i wiedzą o tym nawet najbardziej zagorzali kapitaliści. Owszem jest złem, ale tym koniecznym. W końcu wszyscy doskonale wiemy, że socjalizm jest trupem, nigdy już nie wróci, a w praktyce oznacza stalinizm i Katyń Do Potęgi Smoleńskiej. Powstaje więc pewien problem, jak zrobić niekapitalizm, żeby był niesocjalizmem i żeby jeszcze był rzeczywisty? Albo jak zrobić porządek społeczny żeby nie był on porządkiem ekonomicznym? Wydaje się to niemożliwe, co wobec tego nas czeka? Dopicie ropy naftowej do końca, życie w kapitalizmie aż po kres! A dalej? Straszne, co to będzie? Koniec, niechybny!
Bo lipa z tym poprzemysłowym społeczeństwem
Otóż to, miał już nikt nie pracować. oddaliśmy takie hobbystyczne rozrywki jak praca w fabrykach i kopalniach do trzeciego świata, postawiliśmy na rozum, głębokie myśli i studia na kierunku zarządzania zasobami ludzkimi dla wszystkich. Aż tu nagle! Okazuje się, że pieniędzy z tego nie ma! Potworne żółte i czarne ludzie zarobiły i ośmielają się udowadniać, że przemysłowe znaczy opłacalne, a nieprzemysłowe głupie. Przemysł wyemigrował, sprywatyzowaliśmy wszystko jak kazali, uruchomiliśmy OFE. Aż tu nagle! Niemożliwe! Oszukali nas! Straszne, co to będzie? Koniec, niechybny!
Bo za szybko Bo internet
Jeżeli otworzę książkę na konkretnej stronie, to wiem czego się na niej spodziewać. I w styczniu i w lutym i w marcu będzie tam to samo, ta sama treść, ten sam tusz. Tymczasem, internet miga, po każdym kliknięciu pojawia się tam, w monitorze, nowa treść. Nie sposób dowiedzieć się więc czym jest internet, bo jak można stwierdzić czym jest internet nie poznając go w całości? Jak kiedyś udowodnił jeden z miłośników seriali telewizyjnych nie można nie zapoznając się wcześniej ze wszystkimi odcinkami danego dzieła stwierdzić, że jest ono dziełem głupim! Wszystko miga tak szybko. E-mail dochodzi tak prędko, kawa gotuje się w czajniku szybciej niż kiedyś, samochody szybsze, stare rekordy olimpijskie pobite! Wszystko jest takie szybkie, że nic nie wiadomo, jak żyć? Straszne, co to będzie? Koniec, niechybny!
Bo za dużo
Kiedyś słowo muzyka oznaczało filharmonia. Kino było Fellinim. Knajpa była jedna. Głupek wioskowy był jeden. Dziennik był jeden. Gwiazda była jedna. A teraz? Co chwilę coś nowego! Filmów setki, knajp tysiące, idiotów rzesze całe, dzienników do wyboru do koloru, gwiazd jak ziaren piasku na plaży! Jest wszystkiego tak dużo, że za dużo. Za dużo by coś znaczyć. A jeśli wszystko nic nie znaczy, to niczego nie ma. A jeśli niczego nie ma, to znaczy że jest już po nas. Straszne, co to będzie? Koniec, niechybny!
Zbliżając się do puenty. Kto tonie w tej postmodernistycznej zupie? Dlaczego nie zdołał trzymać się łyżki ? Dla kogo ten koniec?
dla frajerów
[1] http://wiadomosci.onet.pl/kraj/z-bauman-przyszedl-czas-na-ostateczna-generalizacj,1,5098545,wiadomosc.html
2012-04-12 20:58:36
Wiadomości w TVP1 funkcjonują na zasadach czystej gadzinówki. Rozkładówka dziennika i kolejne wiadomości to czyste public relations, bezpośrednia agenturalna inżynieria społeczna podawana w możliwie najbardziej prostackiej formie w tonach niedomówień, przeinaczeń i łgarstw.
W dzisiejszym wydaniu redaktorzy wydania osiągnęli chyba szczyt swoich możliwości! Najpierw oczywiście najważniejsze: O KATYNIU [Ruski wróg, wspólny wróg!]. Dobry wróg na czasy kryzysu to rzecz najważniejsza, będzie z kim walczyć i toczyć boje. Cały, jakiś pięciominutowy wywód Katyński oparty na jakiejś totalnej bredni, marginalnej publikacji o żadnym znaczeniu! Sytuacja grozy niczym w horrorze! Przypadkiem wymsknęło się tylko, że Katyń był... 72 lata temu!!!
A potem już na jedno kopyto. Wiadomości mają misję: misję prania mózgów i przymuszenia społeczeństwa poprzez ideologiczny i informacyjny aparat do poparcia przedłużenia wieku emerytalnego. Najpierw o tym, jakie to protesty przeciwko podnoszeniu wieku emerytalnego są przerażająco kompromitujące, na pierwszy ogień tekst miłościwie panującego latyfundysty Pawlaka, który w tonie NAJWYŻSZEGO oskarża protestującą Solidarność o robienie "konfliktu i protestów"!
Dalej, rewelacyjnie sfingowany na potrzeby wydania dowód na to, że po 50tce można mieć pracę! I to jaką! Pokaz na przykładzie kobiety, która ZAŁOŻYŁA KAWIARNIĘ!!! Tak moi drodzy, POZAKŁADAMY KAWIARNIE, Polska zostanie kawiarnianym imperium! I tak mogło być lepiej, mogli przecież wyciągnąć jako przykład udanej pracy po 60-tce MERYL STREEP. To dopiero byłoby zachęcające! Były też świetne statystyki, z których wynika że na tle EU się obijamy, a komentarz w stylu 'politycy i związkowcy się kłócą', w starym, dobrym "neutralnym" stylu.
A PO WIADOMOŚCIACH: deser. Gadzinówka w jeszcze czystszej postaci. Rządowa laurka za państwowe środki dla przyszłych trupów! Ściskająca się na myśl o pracy do śmierci rodzinka (na oko milionerów) we łzach i wzruszeniach, pogodzona i szczęśliwa, że dłużej będzie żyła tyrając!
O d r a ż a j ą c e .
Być modną lewicąW dzisiejszym wydaniu redaktorzy wydania osiągnęli chyba szczyt swoich możliwości! Najpierw oczywiście najważniejsze: O KATYNIU [Ruski wróg, wspólny wróg!]. Dobry wróg na czasy kryzysu to rzecz najważniejsza, będzie z kim walczyć i toczyć boje. Cały, jakiś pięciominutowy wywód Katyński oparty na jakiejś totalnej bredni, marginalnej publikacji o żadnym znaczeniu! Sytuacja grozy niczym w horrorze! Przypadkiem wymsknęło się tylko, że Katyń był... 72 lata temu!!!
A potem już na jedno kopyto. Wiadomości mają misję: misję prania mózgów i przymuszenia społeczeństwa poprzez ideologiczny i informacyjny aparat do poparcia przedłużenia wieku emerytalnego. Najpierw o tym, jakie to protesty przeciwko podnoszeniu wieku emerytalnego są przerażająco kompromitujące, na pierwszy ogień tekst miłościwie panującego latyfundysty Pawlaka, który w tonie NAJWYŻSZEGO oskarża protestującą Solidarność o robienie "konfliktu i protestów"!
Dalej, rewelacyjnie sfingowany na potrzeby wydania dowód na to, że po 50tce można mieć pracę! I to jaką! Pokaz na przykładzie kobiety, która ZAŁOŻYŁA KAWIARNIĘ!!! Tak moi drodzy, POZAKŁADAMY KAWIARNIE, Polska zostanie kawiarnianym imperium! I tak mogło być lepiej, mogli przecież wyciągnąć jako przykład udanej pracy po 60-tce MERYL STREEP. To dopiero byłoby zachęcające! Były też świetne statystyki, z których wynika że na tle EU się obijamy, a komentarz w stylu 'politycy i związkowcy się kłócą', w starym, dobrym "neutralnym" stylu.
A PO WIADOMOŚCIACH: deser. Gadzinówka w jeszcze czystszej postaci. Rządowa laurka za państwowe środki dla przyszłych trupów! Ściskająca się na myśl o pracy do śmierci rodzinka (na oko milionerów) we łzach i wzruszeniach, pogodzona i szczęśliwa, że dłużej będzie żyła tyrając!
O d r a ż a j ą c e .
2012-04-11 22:52:39
Robert Walenciak w rozmowie z Andrzejem Mencwelem stwierdza, że lewica jest "niemodna". Należy się z tym stwierdzeniem kategorycznie nie zgodzić a na pewno wskazanym jest, co najmniej się oburzyć. Lewica potrafi być modna, mało tego, potrafi być także bogata! Jedyne co należy robić, to potrafić się przystosować, stosować się do zasad, które "modną lewicą" rządzą.
Gdyby ktoś obserwował polską scenę polityczną przy wykorzystaniu tradycyjnych desygnatów pojęć szybko wpadłby w niemałą konsternację. Dlatego lepiej tego, dla własnego zdrowia, nie czynić. Czy wobec tego lewicą jest ten, kto się do niej przyznaje? Czy lewica jest formacją kompletnie luźną, nieprecyzyjną i całkowicie dowolną? Nie, przyznająca się do lewicowości, mainstreamowa lewica w Polsce to zbiór fantastycznych indywiduów, z których każde w inny sposób pojmuje lewicowość - można jednak bez trudu wytyczyć pewne punkty wspólne. Analiza poglądów polskich orłów lewicy każe nam sądzić, że lewica to w Polsce wyjątkowo konkretna formacja.
Pierwszym i naczelnym celem lewicy w Polsce jest walka z komunizmem, na co lewica zdaje się mieć patent niczym ksiądz-egzorcysta. Nikt nie zajmuje się walką z komunizmem lepiej od lewicy, doskonały przykład to K. Modzelewski, spec od "sowieckiej groźby"[1].
Kolejnym ważnym punktem jest stosunek do współczesności. Lewica nie krytykuje zbyt intensywnie III RP, bo musiałaby przecież sympatyzować z komunizmem, w tym bryluje m.in A. Mencwel, zwolennik III RP, "gospodarczych przekształceń" i "umocnienia demokracji politycznej"[2].
I na koniec, lewica powinna mieć niesprecyzowany, lub przychylny stosunek do neoliberalnej polityki Stanów Zjednoczonych, która zawsze powinna być przedstawiana w kontraście do straszliwych sowieckich łagrów - w tym celują rodowodowo "komunizujący" politycy pokroju Adama Michnika.
Lewica jest szczęśliwa z efektów transformacji, dumnie wypina piersi z poprzypinanymi medalami za walkę z bolszewią. Naczelną wyznawaną przez nią wartością jest demokracja parlamentarna. Jeśli jest coś czego lewica nie znosi to wszelkich populizmów i jakiejkolwiek woli mocy, prawdziwej żądzy zmian. Lewica brzydzi się też i zwalcza partyjność, a także polityczność związków zawodowych. I o to chodzi.
Czego "modna lewica" pragnie? Systemowej zmiany, przełomu, rewolucji, walki o prawa ludzi pracy? Skądże. Lewica nie chce żadnych zmian, żyje z mody na niegroźny bunt, zasług w walce z marksizmem, komunizmem, socjalizmem i z tytułu tych zasług w większości dryfuje gdzieś na marginesie ekonomicznego przetrwania i wszelkiej obecności (jednocześnie dziwiąc się czemu tak się dzieje!).
Więc może ostatecznie nie o samą modę chodzi?
[1] http://wyborcza.pl/1,77062,6090197,Karol_Modzelewski__Caly_czas_czulismy_sowiecka_grozbe.html
[2] http://www.lewica.pl/?id=26308&tytul=Andrzej-Mencwel:-Ja,-cz%B3owiek-lewicy
Spór o kulturęGdyby ktoś obserwował polską scenę polityczną przy wykorzystaniu tradycyjnych desygnatów pojęć szybko wpadłby w niemałą konsternację. Dlatego lepiej tego, dla własnego zdrowia, nie czynić. Czy wobec tego lewicą jest ten, kto się do niej przyznaje? Czy lewica jest formacją kompletnie luźną, nieprecyzyjną i całkowicie dowolną? Nie, przyznająca się do lewicowości, mainstreamowa lewica w Polsce to zbiór fantastycznych indywiduów, z których każde w inny sposób pojmuje lewicowość - można jednak bez trudu wytyczyć pewne punkty wspólne. Analiza poglądów polskich orłów lewicy każe nam sądzić, że lewica to w Polsce wyjątkowo konkretna formacja.
Pierwszym i naczelnym celem lewicy w Polsce jest walka z komunizmem, na co lewica zdaje się mieć patent niczym ksiądz-egzorcysta. Nikt nie zajmuje się walką z komunizmem lepiej od lewicy, doskonały przykład to K. Modzelewski, spec od "sowieckiej groźby"[1].
Kolejnym ważnym punktem jest stosunek do współczesności. Lewica nie krytykuje zbyt intensywnie III RP, bo musiałaby przecież sympatyzować z komunizmem, w tym bryluje m.in A. Mencwel, zwolennik III RP, "gospodarczych przekształceń" i "umocnienia demokracji politycznej"[2].
I na koniec, lewica powinna mieć niesprecyzowany, lub przychylny stosunek do neoliberalnej polityki Stanów Zjednoczonych, która zawsze powinna być przedstawiana w kontraście do straszliwych sowieckich łagrów - w tym celują rodowodowo "komunizujący" politycy pokroju Adama Michnika.
Lewica jest szczęśliwa z efektów transformacji, dumnie wypina piersi z poprzypinanymi medalami za walkę z bolszewią. Naczelną wyznawaną przez nią wartością jest demokracja parlamentarna. Jeśli jest coś czego lewica nie znosi to wszelkich populizmów i jakiejkolwiek woli mocy, prawdziwej żądzy zmian. Lewica brzydzi się też i zwalcza partyjność, a także polityczność związków zawodowych. I o to chodzi.
Czego "modna lewica" pragnie? Systemowej zmiany, przełomu, rewolucji, walki o prawa ludzi pracy? Skądże. Lewica nie chce żadnych zmian, żyje z mody na niegroźny bunt, zasług w walce z marksizmem, komunizmem, socjalizmem i z tytułu tych zasług w większości dryfuje gdzieś na marginesie ekonomicznego przetrwania i wszelkiej obecności (jednocześnie dziwiąc się czemu tak się dzieje!).
Więc może ostatecznie nie o samą modę chodzi?
[1] http://wyborcza.pl/1,77062,6090197,Karol_Modzelewski__Caly_czas_czulismy_sowiecka_grozbe.html
[2] http://www.lewica.pl/?id=26308&tytul=Andrzej-Mencwel:-Ja,-cz%B3owiek-lewicy
2012-04-06 23:37:20
"List ludzi teatru" ożywił debatę dotyczącą finansowania dramatu, a także komercjalizacji kultury i sztuki w ogóle. W liście czytamy - "Sprawą jest polski model teatru artystycznego..., którego istnienie jest obecnie zagrożone" i dalej "Żądamy więc szerokich, systematycznych konsultacji ze środowiskiem twórców teatru, żądamy debaty o finansowaniu teatrów w Polsce prowadzonej z perspektywy innej, niż perspektywa zysku. Teatr nie jest firmą/nie jest produktem, widz nie jest klientem. Nie rezygnujmy z artystów, rezygnujmy z niekompetentnych decydentów."
Sprawa wygląda poważnie. Środowisko dramatu przedstawia obraz sytuacji, w której teatr zostaje całkowicie sprywatyzowany. Przestaje być on własnością wspólną, społeczną - zostaje oddany w ręce menadżerów, specjalistów od trendów rynkowych i agentów. Kultura została w Polsce skomercjalizowana. Próżny trud artystów, którzy zdają się wierzyć, że rząd Platformy potrafi i zechce zachować się inaczej. Ceną za dofinansowanie od rządu jest pełna lojalność i skuteczność w działaniu. Teatr takiej skuteczności nie wykazuje. Obsługuje swymi spektaklami jedynie margines społeczeństwa, a ewentualną, zbyt dużą autonomią i zbyt powszechnym dostępem do swego repertuaru stanowi dla obecnego porządku potencjalne zagrożenie. Dlatego właśnie finanse dotychczas przeznaczane na teatr Prezydent Warszawy z taką łatwością oddaje na budowę "stref kibica" służących do oglądania meczów podczas Euro 2012. Kultura służyć ma panującej ideologii - w chwili obecnej, skuteczniej od teatru cele rządu realizowały będą strefy kibica - skutecznie wtrącając masy społeczne w tanią, bezrefleksyjną rozrywkę i w efekcie, w ciemnotę.
Teatr jest produktem, może być jednak produktem różnego rodzaju i służyć może różnym odbiorcom. Każdy teatr jest klasowy, służy klasie panującej i jest jej kulturowym, ideologicznym wsparciem. Teatr jest taki, jakie jest państwo, również w Polsce, gdzie po 89' państwo uległo wyraźnemu zburżuazyjnieniu. W ślad za transformacją podążył także teatr, nastąpiła elitaryzacja (ekonomiczna) kultury wysokiej, przy jednoczesnym jej rozkładzie - albowiem teatr, ambitne kino, a nawet muzyka utraciły masowego odbiorcę, a także w dużej mierze swojego głównego płatnika - państwo, odtąd kultura radzić miała sobie sama, została zmuszona by przestawić się na nowobogackich i forsiastych konsumentów i ich gusta. Swoboda twórcza, rozwijanie kultury w imię interesu społecznego oraz eliminacja jakościowa sztuki zostały zastąpione. W teatrze pozbawionym funduszy państwa=wspólnoty naczelną rolę zaczęły odgrywać gusta bogatych konsumentów. Na pierwszy plan wysunął się bilans kwartalny, rozpoczęło się liczenie i kalkulowanie przychodów z każdego spektaklu, każdego dzieła.
System demokracji parlamentarnej nie gwarantuje równości szans, równości wiedzy i równości wykształcenia - wręcz przeciwnie, rezerwuje swobodę wyboru dla wąskiej grupy elit. Monika Strzępka słusznie zwróciła uwagę w wywiadzie udzielonym stacji radiowej na kwestię edukacji - właśnie walka o edukację artystyczną to walka o powszechny dostęp do dóbr kultury. Sztuka, w tym teatr, od zawsze posiada wielką moc emancypacyjną, a dziś Polska jest krajem, w którym dominuje i święci triumfy fałszywa, neoliberalna świadomość, w którą arystokracja kapitalizmu wyposażyła masy pracujące. Powszechny dostęp do dóbr kultury i likwidowanie barier finansowych to zrównanie szans pomimo różnic ekonomicznych. Jeśli chcemy by wykształcony był obywatel, a nie tylko - co poniektóry - szlachcic to musimy walczyć i dopominać się o środki i fundusze przeznaczane dla kultury publicznej. Pieniądze na kulturę wziąć należy z kieszeni najzamożniejszych, z kieszeni wyzyskiwaczy bogacących się kosztem pracowników najemnych, bogacących się także dzięki temu, że wydatki na kulturę są coraz bardziej skromne a podatki dla elit niskie. Wykształcenie zapewniać ma państwo. To państwo ma środki z podatków i środki te służyć mają tworzeniu społecznej własności w obszarach edukacji i kultury. Człowiekiem pozbawionym wykształcenia, wrażliwości i smaku łatwiej zarządzać - dlatego rządzącym na rękę są jak największe cięcia funduszy przeznaczanych na kulturę. Powszechny dostęp do wykształcenia, teatru, kina, książek to prawdziwa gwarancja równych szans i obietnica rzeczywistej, społecznej, wspólnotowej demokracji - a nie demokracji oligarchów, w której burżuazja rządzi przy pomocy zarezerwowanego dla siebie kapitału, nie tylko państwem, ale i wszystkimi obywatelami, których celowo i z premedytacją ogłupia się tandetą, odcina od kultury wysokiej i dzięki temu rządzi się później o wiele łatwiej.
Rewolucjom politycznym i rewolucjom w sztuce początek dają jednostki, te które dzięki swej uprzywilejowanej intelektualnie pozycji uzyskują obraz całości i stają się świadome panującej nieprawości, nierówności i wszechobecnego wyzysku. Polska to kraj wielkich kontrastów społecznych, każdy posiadacz dobrej woli szybko zdaje sobie sprawę w jak bezwzględnych i pod wieloma względami odrażających czasach przyszło mu żyć. Mówiąc o płacy, pracy, nierównościach majątkowych często pomija się rzecz fundamentalną - wykształcenie. A to właśnie wykształcenie jest w Polsce coraz trudniej uzyskać, coraz trudniej jest również wiązać koniec z końcem artystom i instytucjom kultury. Walka o powszechny dostęp do dzieł kultury to pierwszy krok w walce o równość, to konkret, który w prosty sposób unaocznia podział społeczeństwa i panujące w nim stosunki. Ten konflikt rozpoczną nieliczni, wielu wybierze "apolityczną neutralność", wielu zlęknie się ingerencji w materię społeczną. Spór o kulturę szybko zyska publiczność, szybko stanie się sprawą wagi ogólnospołecznej. Potrzebna jest tylko odwaga i nieugiętość, organizacja i żelazna konsekwencja w walce o międzyludzką równość.
[1] Teatr nie jest produktem. Widz nie jest klientem - http://www.popieram.info/
Przekroczyć liberalizmSprawa wygląda poważnie. Środowisko dramatu przedstawia obraz sytuacji, w której teatr zostaje całkowicie sprywatyzowany. Przestaje być on własnością wspólną, społeczną - zostaje oddany w ręce menadżerów, specjalistów od trendów rynkowych i agentów. Kultura została w Polsce skomercjalizowana. Próżny trud artystów, którzy zdają się wierzyć, że rząd Platformy potrafi i zechce zachować się inaczej. Ceną za dofinansowanie od rządu jest pełna lojalność i skuteczność w działaniu. Teatr takiej skuteczności nie wykazuje. Obsługuje swymi spektaklami jedynie margines społeczeństwa, a ewentualną, zbyt dużą autonomią i zbyt powszechnym dostępem do swego repertuaru stanowi dla obecnego porządku potencjalne zagrożenie. Dlatego właśnie finanse dotychczas przeznaczane na teatr Prezydent Warszawy z taką łatwością oddaje na budowę "stref kibica" służących do oglądania meczów podczas Euro 2012. Kultura służyć ma panującej ideologii - w chwili obecnej, skuteczniej od teatru cele rządu realizowały będą strefy kibica - skutecznie wtrącając masy społeczne w tanią, bezrefleksyjną rozrywkę i w efekcie, w ciemnotę.
Teatr jest produktem, może być jednak produktem różnego rodzaju i służyć może różnym odbiorcom. Każdy teatr jest klasowy, służy klasie panującej i jest jej kulturowym, ideologicznym wsparciem. Teatr jest taki, jakie jest państwo, również w Polsce, gdzie po 89' państwo uległo wyraźnemu zburżuazyjnieniu. W ślad za transformacją podążył także teatr, nastąpiła elitaryzacja (ekonomiczna) kultury wysokiej, przy jednoczesnym jej rozkładzie - albowiem teatr, ambitne kino, a nawet muzyka utraciły masowego odbiorcę, a także w dużej mierze swojego głównego płatnika - państwo, odtąd kultura radzić miała sobie sama, została zmuszona by przestawić się na nowobogackich i forsiastych konsumentów i ich gusta. Swoboda twórcza, rozwijanie kultury w imię interesu społecznego oraz eliminacja jakościowa sztuki zostały zastąpione. W teatrze pozbawionym funduszy państwa=wspólnoty naczelną rolę zaczęły odgrywać gusta bogatych konsumentów. Na pierwszy plan wysunął się bilans kwartalny, rozpoczęło się liczenie i kalkulowanie przychodów z każdego spektaklu, każdego dzieła.
System demokracji parlamentarnej nie gwarantuje równości szans, równości wiedzy i równości wykształcenia - wręcz przeciwnie, rezerwuje swobodę wyboru dla wąskiej grupy elit. Monika Strzępka słusznie zwróciła uwagę w wywiadzie udzielonym stacji radiowej na kwestię edukacji - właśnie walka o edukację artystyczną to walka o powszechny dostęp do dóbr kultury. Sztuka, w tym teatr, od zawsze posiada wielką moc emancypacyjną, a dziś Polska jest krajem, w którym dominuje i święci triumfy fałszywa, neoliberalna świadomość, w którą arystokracja kapitalizmu wyposażyła masy pracujące. Powszechny dostęp do dóbr kultury i likwidowanie barier finansowych to zrównanie szans pomimo różnic ekonomicznych. Jeśli chcemy by wykształcony był obywatel, a nie tylko - co poniektóry - szlachcic to musimy walczyć i dopominać się o środki i fundusze przeznaczane dla kultury publicznej. Pieniądze na kulturę wziąć należy z kieszeni najzamożniejszych, z kieszeni wyzyskiwaczy bogacących się kosztem pracowników najemnych, bogacących się także dzięki temu, że wydatki na kulturę są coraz bardziej skromne a podatki dla elit niskie. Wykształcenie zapewniać ma państwo. To państwo ma środki z podatków i środki te służyć mają tworzeniu społecznej własności w obszarach edukacji i kultury. Człowiekiem pozbawionym wykształcenia, wrażliwości i smaku łatwiej zarządzać - dlatego rządzącym na rękę są jak największe cięcia funduszy przeznaczanych na kulturę. Powszechny dostęp do wykształcenia, teatru, kina, książek to prawdziwa gwarancja równych szans i obietnica rzeczywistej, społecznej, wspólnotowej demokracji - a nie demokracji oligarchów, w której burżuazja rządzi przy pomocy zarezerwowanego dla siebie kapitału, nie tylko państwem, ale i wszystkimi obywatelami, których celowo i z premedytacją ogłupia się tandetą, odcina od kultury wysokiej i dzięki temu rządzi się później o wiele łatwiej.
Rewolucjom politycznym i rewolucjom w sztuce początek dają jednostki, te które dzięki swej uprzywilejowanej intelektualnie pozycji uzyskują obraz całości i stają się świadome panującej nieprawości, nierówności i wszechobecnego wyzysku. Polska to kraj wielkich kontrastów społecznych, każdy posiadacz dobrej woli szybko zdaje sobie sprawę w jak bezwzględnych i pod wieloma względami odrażających czasach przyszło mu żyć. Mówiąc o płacy, pracy, nierównościach majątkowych często pomija się rzecz fundamentalną - wykształcenie. A to właśnie wykształcenie jest w Polsce coraz trudniej uzyskać, coraz trudniej jest również wiązać koniec z końcem artystom i instytucjom kultury. Walka o powszechny dostęp do dzieł kultury to pierwszy krok w walce o równość, to konkret, który w prosty sposób unaocznia podział społeczeństwa i panujące w nim stosunki. Ten konflikt rozpoczną nieliczni, wielu wybierze "apolityczną neutralność", wielu zlęknie się ingerencji w materię społeczną. Spór o kulturę szybko zyska publiczność, szybko stanie się sprawą wagi ogólnospołecznej. Potrzebna jest tylko odwaga i nieugiętość, organizacja i żelazna konsekwencja w walce o międzyludzką równość.
[1] Teatr nie jest produktem. Widz nie jest klientem - http://www.popieram.info/
2012-04-01 11:53:14
I - Liberalizm
Przyzwyczailiśmy się do postrzegania Polski jako kraju na wskroś europejskiego. W tym przekonaniu utwierdziło nas dołączenie Polski do Unii Europejskiej; udział rządu w posiedzeniach unijnych, flagi unijne na państwowych masztach, czy transmisje sporów, które mają miejsce podczas posiedzeń europarlamentu. Na nasze państwo ma jednak wpływ czynnik związany z procesem, który w Polsce, w porównaniu do pozostałych krajów Europy, uległ drastycznemu opóźnieniu. Ten czynnik nazwać można rewolucją mieszczańską, przewrotem oświeceniowym, naporem liberalizmu politycznego. Liberalizm, o którym mowa, jest dla naszego społeczeństwa specyficznym, politycznym novum - w odróżnieniu od krajów Europy Zachodniej, gdzie proces ten trwa (lub nawet skończył się) już od bardzo dawna. W Polsce proces inwazji kapitalistycznej nastąpił stosunkowo późno i inwazja ta nałożyła się na ofensywę nowej, nieobecnej przedtem, ideologii - liberalizmu. Omawiany proces narastania liberalizmu politycznego i przekraczania przez niego ram religijno-narodowych dogmatów jest niezwykle ważny z perspektywy analizy politycznej, teoretycznej i naukowej. To proces definiujący scenę polityczną, programy poszczególnych partii i całość społeczeństwa polskiego. Dla lewicowej analizy społecznej rozpoznanie tego procesu to klucz do przejścia poza paraliżujący dziś lewą scenę liberalny uniwersalizm.
Liberalizacja dyskursu publicznego to proces wielotorowy. Proces ten widoczny jest w powolnej ewolucji partii politycznych, przesuwaniu się Platformy Obywatelskiej i Ruchu Palikota w stronę klasycznie liberalnych pozycji, świadczy o nim także monolitycznie liberalny charakter partyjnych programów gospodarczych - nawet konserwatyści w Polsce ulegli całkowitej dominacji liberalizmu okopując się jedynie na szańcach pozbawionej społecznego kontekstu religijności. Proces ten można także spostrzec, gdy weźmiemy pod uwagę organizacje pozarządowe, działalność kulturową i inne obszary aktywności społecznej - wszystkie one zdominowane są liberalną terminologią i rynkowymi mechanizmami utrzymywanymi przez hegemonię liberalizmu w doktrynie polityczno-instytucjonalnej. Odejście kościoła od politycznego centrum, wysadzenie go od stołu, przy którym podejmowane są najważniejsze decyzje, racjonalizacja wydatków państwa, która dotykać zaczyna wszystkie nierynkowe dziedziny życia społecznego i politycznego, ilość uwagi poświęcanej przez polityczny dyskurs kwestiom obyczajowym - te objawy świadczą o natarciu liberalizmu, w wielu jego przejawach i niejednej postaci. To co jest ofensywą liberalną to jednocześnie triumf i hegemonia kapitalistycznej struktury i systemu, który rządzi niepodzielnie od dwudziestu lat, coraz bardziej przybierając na sile. Liberalizm to proces obserwowalny w swych przejawach na styku polityki, kultury, świadomości, który jednocześnie wsparty jest makropolityczną kontrolą, jaką sprawują nad działaniami państwa polskiego jego bogaci, kapitalistyczni sąsiedzi. Liberalizm jest więc: mainstreamem, osią możliwości z ratyfikowanej przez układ (w którym znajduje się Polska) umowy.
Duch i czas liberalizmu, co zrozumiałe, najlepiej służy frakcjom prokapitalistycznym i partiom (neo)liberalnym. Jednocześnie jednakże, panujący duch liberalizmu najsilniej doświadczył lewicę, paraliżując jej polityków i pozbawiając lewicy jej tożsamości. Nieprzypadkowo wiele z lewicowych inicjatyw, działalność SLD w sejmie, ruch feministyczny, ruch zielonych przybiera charakter protestu liberalnego - przybiera ten charakter, gdyż z nim łatwiej jest każdej z tych inicjatyw zaistnieć i uzyskać instytucjonalne wsparcie. Nie jest też przypadkiem fakt, że liberalizm w Polsce kojarzy się politykom pozytywnie, a jeżeli jest w ogóle poddawany krytyce to w swojej neoliberalnej, uznawanej za 'wypaczoną', formie. Bunt, protest i sprzeciw jest w Polsce zagospodarowany właśnie przez liberalne struktury i liberalną ideologię. Powoli dozwolonym staje się protest przeciwko kościołowi, popierana jest także walka z państwową biurokracją i z aktywną rolą państwa w gospodarce. Bez walki politycznej inny bunt niż liberalny nie zaistnieje. W tej liberalnej galaktyce swoją właściwą tożsamość lewica oraz lewica socjalistyczna prezentuje rzadko, wie bowiem doskonale, że manifestując nieliberalne hasła spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem, oporem i będzie bezwzględnie przez system zwalczana. Odwagę zachowali jedynie pogodzeni z rolą marginesu politycznego działacze. Politykę historyczną, programy lewicy, język którym ona się posługuje najsilniej definiuje dziś liberalizm, który stanowi schemat porównawczy, schemat sukcesu - z którym lewica ma się mierzyć i którego krytykować nie może. Lewica to w Polsce sprzątaczka i pomagier liberalizmu, głos zwolenników filantropii. To właśnie liberalna kastracja lewicy jest źródłem jej porażki społecznej i powodem, dla którego lewica parlamentarna (i nie tylko) nie potrafi (lub nie chce) posłużyć się językiem protestu.
II - Przekroczenie
Dokonaliśmy krótkiej analizy schematu panowania liberalizmu w polskim społeczeństwie. Czas zadać sobie dwa podstawowe pytania. Jak lewica może wyjść poza liberalizm i jak mocno w liberalizmie zakotwiczone jest samo społeczeństwo, innymi słowo, czy jest ono zdolne wykroczyć poza system neoliberalnych znaków i znaczeń. Jest jeszcze jedna interesująca kwestia: czy polski kapitalizm można zdemistyfikować, odebrać mu twarz postępu, którą ten ciągle manifestuje?
Dla lewicy najważniejszym zadaniem jest przekroczenie liberalizmu. Lewica musi odrzeć się z cech prymitywnego reformizmu, co więcej - musi stworzyć całkowicie odrębną wizję społeczną, operować własnym systemem wartości, który pozostawać musi w trwałym konflikcie ze wszystkimi pozostałymi wizjami i koncepcjami społecznymi. Odrębną koncepcję systemową należy reprezentować stale, na każdym kroku działalności - nie wystarczy rysować perspektywy generalnej zmiany w dalekim tle, przyszłości, bądź tylko do niej nawiązywać. Ażeby przekroczyć ten liberalny schemat i tworzyć swój własny bezustannie dokonywana być musi demaskacja obecnego ustroju społecznego. Język klasowych różnic i interesów musi zastąpić konserwatywną mowę narodową i (używaną przez obecną lewicę) mowę wolności gospodarczej i indywidualnej. Lewica nie może mieć z kapitalizmem wspólnych wrogów, musi skończyć z pochwałami liberalnych wartości i adaptowaniem indywidualizmu. To przekroczenie liberalizmu zadziała na korzyść znacznej części lewicowej sceny politycznej, albowiem na język lewicy jest duże zapotrzebowanie - zapotrzebowanie to jest wystarczające by zabezpieczyć sukces wyborczy, a później stanowiska i ugruntowanie instytucjonalne. Przekroczyć reformizm, język liberałów, język indywidualizmu demokratycznego oznacza stworzyć nową wizję i szansę dla wszystkich, których obecny ustrój tłamsi. Dlatego lewica posługiwać się musi pojęciami, ideami o zasięgu ogólnym i inkluzywnym charakterze, koncepcją lewicy jest inkluzja całości społeczeństwa w proces sprawiedliwego i opartego na równości państwa - idee ogólne (takie jak wolność, samodzielność, godność, sprawiedliwość, postęp) muszą być nieustannie powtarzanymi, aż nabiorą właściwego dla lewicy znaczenia, zostaną zinterpelowane i wchłonięte przez autonomiczny przekaz ideologiczny lewicy.
Odpowiadając na pierwsze pytanie: wyjściem poza liberalizm jest demistyfikacja pojęć liberalnego słownika, stworzenie całkowicie przeciwstawnej wizji społecznej, posługiwanie się autonomicznymi ideami ogólnymi.
Bardziej złożoną wydaje się kwestia dotycząca zakotwiczenia społeczeństwa polskiego w ideologii liberalizmu. Tutaj sytuacja wydaje się być dwoista i perspektywa szerszych, bardziej radykalnych zmian wydaje się być jeśli nie mglistą, to bardzo problematyczną. Warto zauważyć, że opisywana przeze mnie "rewolucja oświeceniowa" przybiera w Polsce charakter powolny i ewolucyjny, spotyka się także ze znaczącym oporem i lekceważeniem ze strony społeczeństwa, które nosząc w sobie elementy porównawcze z poprzedniego systemu nie operuje z przekonaniem liberalną nowomową sukcesu. Ten fakt postępującego ewolucyjnie przejścia i jednoczesnej ambiwalencji lub wrogości wobec niego dużej części społeczeństwa czyni możliwą do realizacji w przyszłości perspektywę łatwego i szybkiego przekroczenia buntu liberalnego w bunt socjalistyczny. Polska w odróżnieniu od Zachodniej Europy tkwi w okresie przejściowym od dobrych dwudziestu lat, kapitalizm nie jest w naszym kraju utożsamiany z bezpieczeństwem, dobrobytem i bogactwem. Ta autonomia w stosunku do kapitalizmu i specyfika polskich realiów pozwalają na optymizm, są podstawą, która pozwala zakładać, że ewentualna zmiana systemowa spotka się w Polsce z mniejszym oporem, niż miałoby to miejsce w krajach "rdzennie" kapitalistycznych. Ażeby jednak w ogóle doszło do zmiany, wpierw przekroczyć należy dogmaty liberalnej doktryny i z ideą społecznej równości wyjść na prostą codziennej praktyki politycznej.
Idzie fala!!!Przyzwyczailiśmy się do postrzegania Polski jako kraju na wskroś europejskiego. W tym przekonaniu utwierdziło nas dołączenie Polski do Unii Europejskiej; udział rządu w posiedzeniach unijnych, flagi unijne na państwowych masztach, czy transmisje sporów, które mają miejsce podczas posiedzeń europarlamentu. Na nasze państwo ma jednak wpływ czynnik związany z procesem, który w Polsce, w porównaniu do pozostałych krajów Europy, uległ drastycznemu opóźnieniu. Ten czynnik nazwać można rewolucją mieszczańską, przewrotem oświeceniowym, naporem liberalizmu politycznego. Liberalizm, o którym mowa, jest dla naszego społeczeństwa specyficznym, politycznym novum - w odróżnieniu od krajów Europy Zachodniej, gdzie proces ten trwa (lub nawet skończył się) już od bardzo dawna. W Polsce proces inwazji kapitalistycznej nastąpił stosunkowo późno i inwazja ta nałożyła się na ofensywę nowej, nieobecnej przedtem, ideologii - liberalizmu. Omawiany proces narastania liberalizmu politycznego i przekraczania przez niego ram religijno-narodowych dogmatów jest niezwykle ważny z perspektywy analizy politycznej, teoretycznej i naukowej. To proces definiujący scenę polityczną, programy poszczególnych partii i całość społeczeństwa polskiego. Dla lewicowej analizy społecznej rozpoznanie tego procesu to klucz do przejścia poza paraliżujący dziś lewą scenę liberalny uniwersalizm.
Liberalizacja dyskursu publicznego to proces wielotorowy. Proces ten widoczny jest w powolnej ewolucji partii politycznych, przesuwaniu się Platformy Obywatelskiej i Ruchu Palikota w stronę klasycznie liberalnych pozycji, świadczy o nim także monolitycznie liberalny charakter partyjnych programów gospodarczych - nawet konserwatyści w Polsce ulegli całkowitej dominacji liberalizmu okopując się jedynie na szańcach pozbawionej społecznego kontekstu religijności. Proces ten można także spostrzec, gdy weźmiemy pod uwagę organizacje pozarządowe, działalność kulturową i inne obszary aktywności społecznej - wszystkie one zdominowane są liberalną terminologią i rynkowymi mechanizmami utrzymywanymi przez hegemonię liberalizmu w doktrynie polityczno-instytucjonalnej. Odejście kościoła od politycznego centrum, wysadzenie go od stołu, przy którym podejmowane są najważniejsze decyzje, racjonalizacja wydatków państwa, która dotykać zaczyna wszystkie nierynkowe dziedziny życia społecznego i politycznego, ilość uwagi poświęcanej przez polityczny dyskurs kwestiom obyczajowym - te objawy świadczą o natarciu liberalizmu, w wielu jego przejawach i niejednej postaci. To co jest ofensywą liberalną to jednocześnie triumf i hegemonia kapitalistycznej struktury i systemu, który rządzi niepodzielnie od dwudziestu lat, coraz bardziej przybierając na sile. Liberalizm to proces obserwowalny w swych przejawach na styku polityki, kultury, świadomości, który jednocześnie wsparty jest makropolityczną kontrolą, jaką sprawują nad działaniami państwa polskiego jego bogaci, kapitalistyczni sąsiedzi. Liberalizm jest więc: mainstreamem, osią możliwości z ratyfikowanej przez układ (w którym znajduje się Polska) umowy.
Duch i czas liberalizmu, co zrozumiałe, najlepiej służy frakcjom prokapitalistycznym i partiom (neo)liberalnym. Jednocześnie jednakże, panujący duch liberalizmu najsilniej doświadczył lewicę, paraliżując jej polityków i pozbawiając lewicy jej tożsamości. Nieprzypadkowo wiele z lewicowych inicjatyw, działalność SLD w sejmie, ruch feministyczny, ruch zielonych przybiera charakter protestu liberalnego - przybiera ten charakter, gdyż z nim łatwiej jest każdej z tych inicjatyw zaistnieć i uzyskać instytucjonalne wsparcie. Nie jest też przypadkiem fakt, że liberalizm w Polsce kojarzy się politykom pozytywnie, a jeżeli jest w ogóle poddawany krytyce to w swojej neoliberalnej, uznawanej za 'wypaczoną', formie. Bunt, protest i sprzeciw jest w Polsce zagospodarowany właśnie przez liberalne struktury i liberalną ideologię. Powoli dozwolonym staje się protest przeciwko kościołowi, popierana jest także walka z państwową biurokracją i z aktywną rolą państwa w gospodarce. Bez walki politycznej inny bunt niż liberalny nie zaistnieje. W tej liberalnej galaktyce swoją właściwą tożsamość lewica oraz lewica socjalistyczna prezentuje rzadko, wie bowiem doskonale, że manifestując nieliberalne hasła spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem, oporem i będzie bezwzględnie przez system zwalczana. Odwagę zachowali jedynie pogodzeni z rolą marginesu politycznego działacze. Politykę historyczną, programy lewicy, język którym ona się posługuje najsilniej definiuje dziś liberalizm, który stanowi schemat porównawczy, schemat sukcesu - z którym lewica ma się mierzyć i którego krytykować nie może. Lewica to w Polsce sprzątaczka i pomagier liberalizmu, głos zwolenników filantropii. To właśnie liberalna kastracja lewicy jest źródłem jej porażki społecznej i powodem, dla którego lewica parlamentarna (i nie tylko) nie potrafi (lub nie chce) posłużyć się językiem protestu.
II - Przekroczenie
Dokonaliśmy krótkiej analizy schematu panowania liberalizmu w polskim społeczeństwie. Czas zadać sobie dwa podstawowe pytania. Jak lewica może wyjść poza liberalizm i jak mocno w liberalizmie zakotwiczone jest samo społeczeństwo, innymi słowo, czy jest ono zdolne wykroczyć poza system neoliberalnych znaków i znaczeń. Jest jeszcze jedna interesująca kwestia: czy polski kapitalizm można zdemistyfikować, odebrać mu twarz postępu, którą ten ciągle manifestuje?
Dla lewicy najważniejszym zadaniem jest przekroczenie liberalizmu. Lewica musi odrzeć się z cech prymitywnego reformizmu, co więcej - musi stworzyć całkowicie odrębną wizję społeczną, operować własnym systemem wartości, który pozostawać musi w trwałym konflikcie ze wszystkimi pozostałymi wizjami i koncepcjami społecznymi. Odrębną koncepcję systemową należy reprezentować stale, na każdym kroku działalności - nie wystarczy rysować perspektywy generalnej zmiany w dalekim tle, przyszłości, bądź tylko do niej nawiązywać. Ażeby przekroczyć ten liberalny schemat i tworzyć swój własny bezustannie dokonywana być musi demaskacja obecnego ustroju społecznego. Język klasowych różnic i interesów musi zastąpić konserwatywną mowę narodową i (używaną przez obecną lewicę) mowę wolności gospodarczej i indywidualnej. Lewica nie może mieć z kapitalizmem wspólnych wrogów, musi skończyć z pochwałami liberalnych wartości i adaptowaniem indywidualizmu. To przekroczenie liberalizmu zadziała na korzyść znacznej części lewicowej sceny politycznej, albowiem na język lewicy jest duże zapotrzebowanie - zapotrzebowanie to jest wystarczające by zabezpieczyć sukces wyborczy, a później stanowiska i ugruntowanie instytucjonalne. Przekroczyć reformizm, język liberałów, język indywidualizmu demokratycznego oznacza stworzyć nową wizję i szansę dla wszystkich, których obecny ustrój tłamsi. Dlatego lewica posługiwać się musi pojęciami, ideami o zasięgu ogólnym i inkluzywnym charakterze, koncepcją lewicy jest inkluzja całości społeczeństwa w proces sprawiedliwego i opartego na równości państwa - idee ogólne (takie jak wolność, samodzielność, godność, sprawiedliwość, postęp) muszą być nieustannie powtarzanymi, aż nabiorą właściwego dla lewicy znaczenia, zostaną zinterpelowane i wchłonięte przez autonomiczny przekaz ideologiczny lewicy.
Odpowiadając na pierwsze pytanie: wyjściem poza liberalizm jest demistyfikacja pojęć liberalnego słownika, stworzenie całkowicie przeciwstawnej wizji społecznej, posługiwanie się autonomicznymi ideami ogólnymi.
Bardziej złożoną wydaje się kwestia dotycząca zakotwiczenia społeczeństwa polskiego w ideologii liberalizmu. Tutaj sytuacja wydaje się być dwoista i perspektywa szerszych, bardziej radykalnych zmian wydaje się być jeśli nie mglistą, to bardzo problematyczną. Warto zauważyć, że opisywana przeze mnie "rewolucja oświeceniowa" przybiera w Polsce charakter powolny i ewolucyjny, spotyka się także ze znaczącym oporem i lekceważeniem ze strony społeczeństwa, które nosząc w sobie elementy porównawcze z poprzedniego systemu nie operuje z przekonaniem liberalną nowomową sukcesu. Ten fakt postępującego ewolucyjnie przejścia i jednoczesnej ambiwalencji lub wrogości wobec niego dużej części społeczeństwa czyni możliwą do realizacji w przyszłości perspektywę łatwego i szybkiego przekroczenia buntu liberalnego w bunt socjalistyczny. Polska w odróżnieniu od Zachodniej Europy tkwi w okresie przejściowym od dobrych dwudziestu lat, kapitalizm nie jest w naszym kraju utożsamiany z bezpieczeństwem, dobrobytem i bogactwem. Ta autonomia w stosunku do kapitalizmu i specyfika polskich realiów pozwalają na optymizm, są podstawą, która pozwala zakładać, że ewentualna zmiana systemowa spotka się w Polsce z mniejszym oporem, niż miałoby to miejsce w krajach "rdzennie" kapitalistycznych. Ażeby jednak w ogóle doszło do zmiany, wpierw przekroczyć należy dogmaty liberalnej doktryny i z ideą społecznej równości wyjść na prostą codziennej praktyki politycznej.
2012-03-31 02:01:01
Budzi się gniew społeczny. Ostra dyskusja sejmowa i protesty związkowców przed gmachem na wiejskiej to początek wielkiego konfliktu. Ten konflikt będzie długofalowy, dotyczył będzie wszystkich poziomów życia społecznego i zmusi polityków do samookreślenia. Podwyższenie wieku emerytalnego, de facto likwidacja emerytur, wysokie bezrobocie, praca na umowach śmieciowych, prywatyzacja i kryzys gospodarczy w Europie dotyczą wszystkich ludzi pracy. Pracownicy powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, że od tych problemów, od uczestnictwa w życiu politycznym, nie uciekną, mało tego, wiedzą już, że polityka bez przedstawicieli pracowniczych to polityka oligarchów, elit i panów. Już nazbyt uderzająca stała się bezczelność władz w ich neoliberalnych, zbrodniczych zapędach.
Poszczególne partie polityczne w Polsce usiłują walczyć o dobro społeczne przy pomocy złej taktyki i zafałszowanego języka. Partie narodowe i prawicowe są zafiksowane na punkcie polityki historycznej, partie liberalne pieczętują i popierają cięcia, demontaż praw pracowniczych i stoją na czele kapitalistycznych grup interesów. Realizacja postulatów pracowniczych to dzisiaj walka w interesie wszystkich pracowników najemnych, pracujących na etatach, umowach... to druzgocąca większość społeczna, która nie posiada jednak swej reprezentacji politycznej - a nie posiada jej bo elity władzy zostały przejęte przez neoliberałów i sługusów polskiej kapitalistycznej rzeczywistości, z którą pracownicy zmagają się już od ponad dwudziestu lat.
Donald Tusk nie zlikwiduje bezrobocia, od dwustu lat swego istnienia nie potrafi tego zrobić kapitalizm. Rostowski nie zastanawia się jak tworzyć miejsca pracy, realizuje strategię obniżania jej ceny w Polsce. Platforma Obywatelska nie jest partią wspólnego, czy narodowego interesu, gdyż nie ma wspólnych interesów między wyzyskującymi i wyzyskiwanymi. Bezczelność i chamstwo premiera wobec przewodniczącego Solidarności podczas sejmowej debaty (podczas której Donald T. nazwał Piotra Dudę "pętakiem") to nie przypadek, lecz prawdziwy stosunek władz do pracowników. Inna niż neoliberalna strategia w polityce jest możliwa, lecz kapitalistyczne elity zrobiły wszystko by zniknęła ona z przestrzeni publicznej. To się musi zmienić.
Rząd cynicznych wyzyskiwaczy jest zdeterminowany by dalej deregulować, ciąć, likwidować sektor publiczny, utrzymywać niskie podatki dla najbogatszych, wspierać elity biznesu i zadowalać zagranicznych kapitalistów czerpiących zyski z naszej pracy. Żeby skutecznie walczyć i skutecznie protestować społeczeństwo potrzebuje narzędzia w postaci socjalistycznej lewicy, działającej przy związkach zawodowych i stworzenia organizacji - partii socjalistycznej. Lewica socjalistyczna nie wyłoni się z sierot po Lewicy I Demokratach, lecz musi zostać zbudowana od nowa, od podstaw. Musimy odbudować jedność haseł pracowniczych i socjalistycznych! Interesy społeczeństwa są zbieżne z socjalistyczną wizją kraju ludzi pracy, lewicę wzywa moment i nadchodząca fala społecznego gniewu.
Dotychczas istniejące instytucje polityczne nie nadążają za rozwojem sytuacji. Partie, które są w sejmie straciły kontakt z rzeczywistością społeczną i polityką codzienności i nie odzyskają tego kontaktu, bo odzyskać go nie chcą. Rząd sług panów kapitalistycznych nie zawaha się przed wszelkimi dostępnymi środkami by wydrzeć ludziom wszystko co uzyskali w toku długoletnich walk i starań o poprawę swej egzystencji. Odpowiedź społeczeństwa, odpowiedź ludzi pracy musi być zdecydowana, spójna, polityczna i socjalistyczna. Trzeba potrafić identyfikować przeciwników, trzeba wyzbyć się strachu przed nazywaniem rzeczy po imieniu, o zadawanym gwałcie trzeba mówić jak o gwałcie, o przemocy i nędzy mówić wprost. Wyzysk nie może odbywać się po cichu. Polskę czeka życie bądź śmierć, przyszłość lub katastrofa, braterstwo lub bezwzględna kapitalistyczna niewola.
Droga praca dla wszystkich!Poszczególne partie polityczne w Polsce usiłują walczyć o dobro społeczne przy pomocy złej taktyki i zafałszowanego języka. Partie narodowe i prawicowe są zafiksowane na punkcie polityki historycznej, partie liberalne pieczętują i popierają cięcia, demontaż praw pracowniczych i stoją na czele kapitalistycznych grup interesów. Realizacja postulatów pracowniczych to dzisiaj walka w interesie wszystkich pracowników najemnych, pracujących na etatach, umowach... to druzgocąca większość społeczna, która nie posiada jednak swej reprezentacji politycznej - a nie posiada jej bo elity władzy zostały przejęte przez neoliberałów i sługusów polskiej kapitalistycznej rzeczywistości, z którą pracownicy zmagają się już od ponad dwudziestu lat.
Donald Tusk nie zlikwiduje bezrobocia, od dwustu lat swego istnienia nie potrafi tego zrobić kapitalizm. Rostowski nie zastanawia się jak tworzyć miejsca pracy, realizuje strategię obniżania jej ceny w Polsce. Platforma Obywatelska nie jest partią wspólnego, czy narodowego interesu, gdyż nie ma wspólnych interesów między wyzyskującymi i wyzyskiwanymi. Bezczelność i chamstwo premiera wobec przewodniczącego Solidarności podczas sejmowej debaty (podczas której Donald T. nazwał Piotra Dudę "pętakiem") to nie przypadek, lecz prawdziwy stosunek władz do pracowników. Inna niż neoliberalna strategia w polityce jest możliwa, lecz kapitalistyczne elity zrobiły wszystko by zniknęła ona z przestrzeni publicznej. To się musi zmienić.
Rząd cynicznych wyzyskiwaczy jest zdeterminowany by dalej deregulować, ciąć, likwidować sektor publiczny, utrzymywać niskie podatki dla najbogatszych, wspierać elity biznesu i zadowalać zagranicznych kapitalistów czerpiących zyski z naszej pracy. Żeby skutecznie walczyć i skutecznie protestować społeczeństwo potrzebuje narzędzia w postaci socjalistycznej lewicy, działającej przy związkach zawodowych i stworzenia organizacji - partii socjalistycznej. Lewica socjalistyczna nie wyłoni się z sierot po Lewicy I Demokratach, lecz musi zostać zbudowana od nowa, od podstaw. Musimy odbudować jedność haseł pracowniczych i socjalistycznych! Interesy społeczeństwa są zbieżne z socjalistyczną wizją kraju ludzi pracy, lewicę wzywa moment i nadchodząca fala społecznego gniewu.
Dotychczas istniejące instytucje polityczne nie nadążają za rozwojem sytuacji. Partie, które są w sejmie straciły kontakt z rzeczywistością społeczną i polityką codzienności i nie odzyskają tego kontaktu, bo odzyskać go nie chcą. Rząd sług panów kapitalistycznych nie zawaha się przed wszelkimi dostępnymi środkami by wydrzeć ludziom wszystko co uzyskali w toku długoletnich walk i starań o poprawę swej egzystencji. Odpowiedź społeczeństwa, odpowiedź ludzi pracy musi być zdecydowana, spójna, polityczna i socjalistyczna. Trzeba potrafić identyfikować przeciwników, trzeba wyzbyć się strachu przed nazywaniem rzeczy po imieniu, o zadawanym gwałcie trzeba mówić jak o gwałcie, o przemocy i nędzy mówić wprost. Wyzysk nie może odbywać się po cichu. Polskę czeka życie bądź śmierć, przyszłość lub katastrofa, braterstwo lub bezwzględna kapitalistyczna niewola.
2012-03-26 22:59:40
Podejście ekonomiczne wszystkich partii politycznych w Polsce jest identyczne.Cechuje je dążenie do obniżania kosztów pracy, współczująca i poddańcza postawa wobec przedsiębiorców i całkowita uległość wobec mistycznych sił rynkowych. W tej reprezentowanej przez polityków wszystkich maści postawie ekonomia staje się polem, w którym stają się oni bezsilni, w którym każdy ich zdaniem człowiek, nawet wyposażony w najlepsze intencje, jest bezradny i może tylko poddać się kapitalistycznym siłom natury. Te siły natury ukierunkowane są bardzo konkretnie. Każą pracownikom ponosić wszelkie koszty nieudolnego kapitalizmu, państwo pozbawiają wszelkich zdolności interwencyjnych i pozostawiają ludzi na lodzie, uświadamiając im, że są oni tylko narzędziem w wytwarzaniu bogactwa, którego prawdziwi twórcy nie ujrzą nawet na oczy. Królowanie umów śmieciowych, likwidowanie emerytur, obniżanie podatków dla najbogatszych. Wszystko przedstawiane jest jako nieuchronność. I wszystko to nieuchronnością nie jest.
Całą gospodarkę oddano we władzę prymitywnego, neoliberalnego kapitalizmu, sterowanego przez siły spoza granic. Rola państwa, które dba o ogół została zlikwidowana. Przy pomocy uzyskiwanych z podatków środków nie prowadzi się już polityki pełnego zatrudnienia, nie ma żadnych przyszłościowych inwestycji publicznych. Jeżeli dodamy do tego coraz niższą kwotę, którą aktywnie operuje budżet to uzyskamy odpowiedź na pytanie dlaczego nasze zadłużenie rośnie i dlaczego nie ma pieniędzy na wypłatę emerytur. Wycofywanie się państwa z gospodarki, uległość wobec żądań lobby przedsiębiorców w każdej kwestii, poddańcze zachowanie wobec zagranicznych rynków prowadzi do minimalizmu gospodarczego - minimalnych płac, minimalnych wydatków i zniewolenia, upodlonego przez wyzysk społeczeństwa[1]. Bezczynność i bierność państwa, które oszczędza przed podatkami najbogatszych i przedsiębiorców, stała się wytrychem dla kolejnych, rosnących roszczeń kapitału. Państwo jako asystent spekulantów giełdowych, zbrojne ramię Lewiatana i BCC, reprezentant jedynej słusznej doktryny - staje się i ulega transformacji w prywatną korporację o specyficznie, pseudowspólnotowym charakterze. Strategia tej korporacji to "prowadzić politykę stałego relatywnego ograniczenia wydatków budżetowych i kosztów pracy, m.in bardzo restrykcyjnie pilnować równowagi finansów publicznych i uelastycznić rynek pracy"[2].
Rząd przedstawia swoje postępowanie jako logiczne i spójne. I jest ono takim - tyle, że jedynie w obrębie przyjętej przez rząd strategii. Można i trzeba wyjść poza ten schemat. Ażeby go przekroczyć dokonać należy niewyobrażalnego, bo niewyobrażalnym jest dziś dla polityków skolonizowanych przez kapitał partii działanie inne niż pod dyktando neoliberalnej doktryny. Cięcia, malejący budżet, niestabilność, bieda, bezrobocie, nierówności... są przedstawiane jako zewnętrzne i niezależne od przyjętego przez rząd postępowania, kryje się za tym pakt i zmowa. Wszystko co - zdaniem rządu - należy robić to reperować i dokręcać odpadające śrubki, prowadzić dialog, nieśmiało machać chudą nóżką... co i tak kończy się pełną realizacją żądań rynków - które nie są mistyczną siłą, a konkretnymi grupami interesów i lobbystów odciskającymi swój wpływ na rządzie i państwie dzięki przewadze ekonomicznej i ideologicznej.
O ile trudno będzie stworzyć przeciwwagę ekonomiczną dla skapitalizowanych rządów i partii, o tyle stosunkowo łatwo można sformułować kontrideologię i alternatywną, przeciwstawną doktrynę. Doktrynę wspólnoty, samodzielności, samorządności, sprawiedliwości społecznej i antykapitalizmu. Żądajmy drogiej pracy, dużego długu na poczet wydatków i bezpiecznej przyszłości, inwestycji rządowych projektowanych z myślą o korzyści wspólnoty, a nie indywiduów, żądajmy nieelastycznego zatrudnienia i trwałej godności ludzi pracy. Dokonać niemożliwego oznacza dziś zrobić bardzo niewiele, to kilka decyzji, kilka posunięć na wysokim szczeblu zarządzania, to bardzo proste kroki, które będą cieszyć cię poparciem większości. Łódź rządzących płynie pod prąd interesu społecznego, lecz zawrócić można ją stosunkowo prosto - by tego dokonać trzeba mieć kim zastąpić starą, zgniłą załogę, potrzebna jest odwaga i zorganizowana reprezentacja alternatywy politycznej.
[1] W toku dyskusji na temat podwyższania wieku emerytalnego żaden komentator nie zapytał rządu o to gdzie podziały się środki odłożone ze składek zatrudnionych? Jeżeli teraźniejsze emerytury opłacane są ze środków zatrudnionych teraz, to co stało się ze wcześniejszymi przychodami? Należy też zadać pytanie, jak rząd wyobraża sobie wypłacanie emerytur zatrudnionym na umowach śmieciowych, a także o wysokość płaconych składek ubezpieczeniowych. Dlaczego nie są podejmowane wysiłki, które zmierzałyby do likwidacji stale ponad 10 procentowego bezrobocia? Dlaczego z taką obojętnością przyjęto do wiadomości fakt milionowych emigracji zarobkowych z Polski? Dlaczego nie istnieją żadne poważniejsze, publiczne plany inwestycyjne, które tworzyłyby miejsca pracy? Odpowiedź na wszystkie te pytania jest jedna i ta sama: w Polsce świadomie realizowany jest plan, który ma na celu przeistoczenie kraju w peryferyjny rezerwuar najtańszej w Europie siły roboczej.
[2] Forbes, 3/2012, s.18
Księża na wolnym wybieguCałą gospodarkę oddano we władzę prymitywnego, neoliberalnego kapitalizmu, sterowanego przez siły spoza granic. Rola państwa, które dba o ogół została zlikwidowana. Przy pomocy uzyskiwanych z podatków środków nie prowadzi się już polityki pełnego zatrudnienia, nie ma żadnych przyszłościowych inwestycji publicznych. Jeżeli dodamy do tego coraz niższą kwotę, którą aktywnie operuje budżet to uzyskamy odpowiedź na pytanie dlaczego nasze zadłużenie rośnie i dlaczego nie ma pieniędzy na wypłatę emerytur. Wycofywanie się państwa z gospodarki, uległość wobec żądań lobby przedsiębiorców w każdej kwestii, poddańcze zachowanie wobec zagranicznych rynków prowadzi do minimalizmu gospodarczego - minimalnych płac, minimalnych wydatków i zniewolenia, upodlonego przez wyzysk społeczeństwa[1]. Bezczynność i bierność państwa, które oszczędza przed podatkami najbogatszych i przedsiębiorców, stała się wytrychem dla kolejnych, rosnących roszczeń kapitału. Państwo jako asystent spekulantów giełdowych, zbrojne ramię Lewiatana i BCC, reprezentant jedynej słusznej doktryny - staje się i ulega transformacji w prywatną korporację o specyficznie, pseudowspólnotowym charakterze. Strategia tej korporacji to "prowadzić politykę stałego relatywnego ograniczenia wydatków budżetowych i kosztów pracy, m.in bardzo restrykcyjnie pilnować równowagi finansów publicznych i uelastycznić rynek pracy"[2].
Rząd przedstawia swoje postępowanie jako logiczne i spójne. I jest ono takim - tyle, że jedynie w obrębie przyjętej przez rząd strategii. Można i trzeba wyjść poza ten schemat. Ażeby go przekroczyć dokonać należy niewyobrażalnego, bo niewyobrażalnym jest dziś dla polityków skolonizowanych przez kapitał partii działanie inne niż pod dyktando neoliberalnej doktryny. Cięcia, malejący budżet, niestabilność, bieda, bezrobocie, nierówności... są przedstawiane jako zewnętrzne i niezależne od przyjętego przez rząd postępowania, kryje się za tym pakt i zmowa. Wszystko co - zdaniem rządu - należy robić to reperować i dokręcać odpadające śrubki, prowadzić dialog, nieśmiało machać chudą nóżką... co i tak kończy się pełną realizacją żądań rynków - które nie są mistyczną siłą, a konkretnymi grupami interesów i lobbystów odciskającymi swój wpływ na rządzie i państwie dzięki przewadze ekonomicznej i ideologicznej.
O ile trudno będzie stworzyć przeciwwagę ekonomiczną dla skapitalizowanych rządów i partii, o tyle stosunkowo łatwo można sformułować kontrideologię i alternatywną, przeciwstawną doktrynę. Doktrynę wspólnoty, samodzielności, samorządności, sprawiedliwości społecznej i antykapitalizmu. Żądajmy drogiej pracy, dużego długu na poczet wydatków i bezpiecznej przyszłości, inwestycji rządowych projektowanych z myślą o korzyści wspólnoty, a nie indywiduów, żądajmy nieelastycznego zatrudnienia i trwałej godności ludzi pracy. Dokonać niemożliwego oznacza dziś zrobić bardzo niewiele, to kilka decyzji, kilka posunięć na wysokim szczeblu zarządzania, to bardzo proste kroki, które będą cieszyć cię poparciem większości. Łódź rządzących płynie pod prąd interesu społecznego, lecz zawrócić można ją stosunkowo prosto - by tego dokonać trzeba mieć kim zastąpić starą, zgniłą załogę, potrzebna jest odwaga i zorganizowana reprezentacja alternatywy politycznej.
[1] W toku dyskusji na temat podwyższania wieku emerytalnego żaden komentator nie zapytał rządu o to gdzie podziały się środki odłożone ze składek zatrudnionych? Jeżeli teraźniejsze emerytury opłacane są ze środków zatrudnionych teraz, to co stało się ze wcześniejszymi przychodami? Należy też zadać pytanie, jak rząd wyobraża sobie wypłacanie emerytur zatrudnionym na umowach śmieciowych, a także o wysokość płaconych składek ubezpieczeniowych. Dlaczego nie są podejmowane wysiłki, które zmierzałyby do likwidacji stale ponad 10 procentowego bezrobocia? Dlaczego z taką obojętnością przyjęto do wiadomości fakt milionowych emigracji zarobkowych z Polski? Dlaczego nie istnieją żadne poważniejsze, publiczne plany inwestycyjne, które tworzyłyby miejsca pracy? Odpowiedź na wszystkie te pytania jest jedna i ta sama: w Polsce świadomie realizowany jest plan, który ma na celu przeistoczenie kraju w peryferyjny rezerwuar najtańszej w Europie siły roboczej.
[2] Forbes, 3/2012, s.18
2012-03-20 00:48:49
Trwa spór o finansowanie kościoła katolickiego z państwowych środków. PIS-owcy i religijny aparat w atmosferze obrony częstochowskiej w walce z antychrystami rozpościera apokaliptyczną wizję, która ziścić ma się w przyszłości, gdy kościół utraci stałe przychody z funduszu kościelnego. Przytaczane są zasługi kościoła w walce z komunizmem, szatanem, prostytucją i złem wszelakim. Broniąc księży przedstawia się ich jako zasłużonych tajniaków, ukrytych za sutanną obrońców polskości w jej współcześnie fantastycznym (zdaniem obrońców) kształcie. Kościół tocząc batalię o przetrwanie wystawia państwu fakturę. Krzyże szybko przeliczono na kasę, wiernych w kościołach przeliczono na sztuki, spokój i porządek zapisano w zasługach kościołowi... i całkiem słusznie - bo rola kościoła w pacyfikacji wszelkiego oporu i aktywizmu społecznego w Polsce jest bezdyskusyjna, przeogromna i powszechnie znana. Platforma i jej nowobogaccy potransformacyjni pomagierzy powoli rezygnuje z religijności, rozumianej jako przewodniej siły ideologicznej, przełączając się na etos przedsiębiorcy odnoszącego sukces, kaznodzieja z krzyżykiem zostanie zastąpiony garniturkowym ekspertem z centrum im. Adama Smitha.
A dzieje się tak, bo kościół jest dziś passe. Masy ludowe zajęte prawdziwymi problemami znudziły się kościelnym biadoleniem, ruch Solidarności, który częściowo bazował na sile katolickiego aparatu umarł, przedsiębiorcy nie lubią być fotografowani na tle moherowych sprzymierzeńców ojca Rydzyka, na tle Europy tak silna rola kościoła działa kompromitująco... na kościół zapadł wyrok, ten wyrok to odstawienie kościoła na boczny tor. I słusznie.
Kościół zajmie się wreszcie (pod nadzorem policji i sądów) rzetelną misją, wyleci z polityki, będzie musiał ograniczyć swoje wydatki, zostaną przy kościele jego najwierniejsi posłańcy, z problemów władzy (która wysługiwała się kościołem) zstąpi na problemy prostych ludzi (o ile ci zechcą w ogóle w kościołach się pojawiać)... i co najważniejsze kościół przejdzie wreszcie na najuczciwszą formę finansowania - z datków praktykujących wiernych, gotowych stale przekazywać kościołowi swe fundusze.
Bez aktywnego politycznie prawicowo-aparatowego kościoła Polska stanie się lepsza. Za obcięciem finansowania z kasy państwa pójdą reformy, zmiany kadrowe i kościół zajmie się samym sobą, zajmie się religią i duchowością, dbając o spragnione konfesjonalnych uciech owieczki. Będzie to na rękę wszystkich nieprawicowych i nieliberalnych obywateli. Zniknie religijna, wielkopaństwowa propaganda i indoktrynacja kościelna, gdyż przepadnie państwowe finansowanie. Kościół z roli policji ideologiczno-moralnej zostanie zdegradowany do moralnego marginesu wyjętego ze społecznego kontekstu i mainstreamowo politycznych zadań. Uwolnić Polskę od finansowanego przez państwo kościoła to zlikwidować potężnego sprzymierzeńca neoliberalnej polityki, to ważny krok naprzód w drodze do unaocznienia prawdziwych konfliktów społeczno-politycznych. Batalia z kwestii obyczajowych (w które kościół z dużą skutecznością wpychał każdy spór publiczny) przejdzie w kwestie rzeczywiste, ekonomiczne.
Bez krzyża na podorędziu kapitalistyczny egoizm utraci swą świętość, neoliberalizm stanie się nagi, a owieczki opuszczą kościół, gdzie wymuszane jest milczenie - i wyjdą na świat obdarty z religijnego matriksa.
Co oznacza bankructwoA dzieje się tak, bo kościół jest dziś passe. Masy ludowe zajęte prawdziwymi problemami znudziły się kościelnym biadoleniem, ruch Solidarności, który częściowo bazował na sile katolickiego aparatu umarł, przedsiębiorcy nie lubią być fotografowani na tle moherowych sprzymierzeńców ojca Rydzyka, na tle Europy tak silna rola kościoła działa kompromitująco... na kościół zapadł wyrok, ten wyrok to odstawienie kościoła na boczny tor. I słusznie.
Kościół zajmie się wreszcie (pod nadzorem policji i sądów) rzetelną misją, wyleci z polityki, będzie musiał ograniczyć swoje wydatki, zostaną przy kościele jego najwierniejsi posłańcy, z problemów władzy (która wysługiwała się kościołem) zstąpi na problemy prostych ludzi (o ile ci zechcą w ogóle w kościołach się pojawiać)... i co najważniejsze kościół przejdzie wreszcie na najuczciwszą formę finansowania - z datków praktykujących wiernych, gotowych stale przekazywać kościołowi swe fundusze.
Bez aktywnego politycznie prawicowo-aparatowego kościoła Polska stanie się lepsza. Za obcięciem finansowania z kasy państwa pójdą reformy, zmiany kadrowe i kościół zajmie się samym sobą, zajmie się religią i duchowością, dbając o spragnione konfesjonalnych uciech owieczki. Będzie to na rękę wszystkich nieprawicowych i nieliberalnych obywateli. Zniknie religijna, wielkopaństwowa propaganda i indoktrynacja kościelna, gdyż przepadnie państwowe finansowanie. Kościół z roli policji ideologiczno-moralnej zostanie zdegradowany do moralnego marginesu wyjętego ze społecznego kontekstu i mainstreamowo politycznych zadań. Uwolnić Polskę od finansowanego przez państwo kościoła to zlikwidować potężnego sprzymierzeńca neoliberalnej polityki, to ważny krok naprzód w drodze do unaocznienia prawdziwych konfliktów społeczno-politycznych. Batalia z kwestii obyczajowych (w które kościół z dużą skutecznością wpychał każdy spór publiczny) przejdzie w kwestie rzeczywiste, ekonomiczne.
Bez krzyża na podorędziu kapitalistyczny egoizm utraci swą świętość, neoliberalizm stanie się nagi, a owieczki opuszczą kościół, gdzie wymuszane jest milczenie - i wyjdą na świat obdarty z religijnego matriksa.
2012-03-15 02:00:00
Śledząc wiadomości, newsy, informacje ze świata polityki i ekonomii bombardowani jesteśmy pewną, konkretną terminologią, która wydaje się stała, niezmienna i wsparta o potoczne rozumowanie przeciętnego zjadacza chleba. I tak, podczas kryzysu gospodarczego, bardzo często słyszymy o takich zjawiskach jak cięcia, dług, życie ponad stan, czy też bankructwo. Warto przyjrzeć się bliżej każdemu z tych terminów i przeanalizować rzeczywistą treść oraz konsekwencje każdego z nich. Przy bliżej analizie okazuje się bowiem, że terminy te są bezpośrednio uzależnione od kapitalistycznych mechanizmów, które dowolnie sterują i kierują nimi w ramach zmieniających się potrzeb systemu.
W wiadomościach ekonomicznych, na stronach portalów newsowych, w telewizji... bez przerwy słyszymy o bankructwie. Bankructwo przedstawiane jest jako termin pokrewny z końcem świata. Bankrut oznacza kogoś skończonego, wyrzuconego poza margines. Bankructwo danego kraju przedstawiane jest jako wyrzucenie poza nawias państwowości i utrata wszelkiej suwerenności, a nawet prawa do własnej tożsamości. W analizach i komentarzach na temat sytuacji gospodarczej w Grecji bezustannie słyszymy o "niewypłacalności", "zagrożeniu bankructwem", lub po prostu o bankructwie. Co w przypadku Grecji oznacza bankructwo? Nie oznacza tego, co podpowiada widowni zdrowy rozsądek - jest wręcz na odwrót. Bankructwo jest w systemie kapitalistycznym nie klęską, lecz zwycięstwem. Tyle, że zwycięstwem konkretnej grupy, klasy, konkretnych ludzi. Rezultatem bankructwa Grecji będzie jej kompletna, całkowita prywatyzacja, zawłaszczenie całości majątku i narzucenie maksymalnego spłacalnego programu spłat "długów". Bankructwo nie oznacza w tym wypadku, że Grecja wypada poza stawkę, że przestaje się liczyć i wychodzi poza kapitalizm - co to, to nie. Wręcz przeciwnie, Grecja z całym impetem wkracza w kapitalizm właśnie z chwilą bankructwa, które to pozwala kapitalistom na przejęcie majątku, zawłaszczenie budżetowej teraźniejszości i przyszłości. Dług, na którym kapitał robił doskonałe interesy i który sprzyjał tanim kredytom - dzięki którym obławiały się instytucje finansowe i ich państwa-siedziby - okazuje się nie być długiem kapitału, który z niego korzystał, lecz długiem obarczonego nim państwa.
Na czym polega w kapitalizmie sukces państwowej gospodarki? Bardzo ważnym i wykorzystywanym w tej materii miernikiem jest dla neoliberalnych ekonomistów wzrost gospodarczy. Zasady współczesnej ekonomii nakazują troszczyć się wyłącznie o wzrost gospodarczy (i ew. związane z nim ratingi w agencjach ratingowych). Wydatki na cele inne niż podtrzymywanie wzrostu gospodarczego stają się niedozwolone - w takim układzie rząd z polityków przemienia się w kapitalistycznych zarządców pewnego, konkretnego obszaru ekonomicznego. Wzrost gospodarczy jest uznawany za bardzo ważny wskaźnik i dzieje się tak nie bez przyczyny. W rzeczywistości mierzy on zdolność państwa do realizacji ekonomicznego programu burżuazji. Jeżeli wzrost staje się zbyt niski to dług zaczyna rosnąć, a gdy dług rośnie pojawia się niebezpieczeństwo... bankructwa...czyli całkowitego przejęcia państwa przez kapitał. W tym układzie państwo staje się kontrolowanym narzędziem wzrostu gospodarczego globalnego kapitału, może być wymieniane, poddane rozbiórce i sprywatyzowane do cna - o ile tylko będzie dostatecznie słabe i niewystarczająco dochodowe. Państwa nie przynoszące kapitałowi zysku kończą bankrutując i zostając poddane rozbiórce. Dezercja, plajta, opcja upadłości i możliwość wyjścia poza schemat nie jest przewidziana - taka opcja ostała się już tylko w języku potocznym.
Dotykamy szerszego zagadnienia. Kapitalizm nie tylko usuwa możliwość alternatywy gospodarczej z potencjalnego zakresu decyzyjnego społeczeństw - które w razie kryzysu przechodzą w ręce skorumpowanych neoliberalnych technokratów - , ale także bezustannie wykorzystuje swój aparat ideologiczny, który służy piętnowaniu wszelkich wysiłków zmierzających do przejścia w alternatywną formację gospodarczą. Niezwykle żywe w naszym społeczeństwie są koszmarne wizje związane z wynaturzeniami Białorusi, Korei Północnej, a nawet Chin (choć te ostatnie poprzez swoje wpływy wymykają się już z zasięgu kapitalistycznej propagandy). W ten sposób kapitalizm uzyskuje także władzę w przestrzeni teoretycznej, pacyfikuje potencjalne alternatywy zrównując je do (w pewnej mierze hodowanych przez siebie) obiektów reprezentujących zło absolutne. Hegemonia polityczna kapitalizmu usuwa więc: możliwość wyjścia poza system, możliwość plajty w ramach systemu, oraz wszelkie alternatywne perspektywy i systemy. Co więc oznacza bankructwo? Bankructwo oznacza przecenę, obniżkę na asortyment danego organizmu państwowego, służąc jednocześnie jako pojęcie z zakresu kompleksowego, kapitalistycznego terroru ideologicznego.
Pokolenia, czyli wpływW wiadomościach ekonomicznych, na stronach portalów newsowych, w telewizji... bez przerwy słyszymy o bankructwie. Bankructwo przedstawiane jest jako termin pokrewny z końcem świata. Bankrut oznacza kogoś skończonego, wyrzuconego poza margines. Bankructwo danego kraju przedstawiane jest jako wyrzucenie poza nawias państwowości i utrata wszelkiej suwerenności, a nawet prawa do własnej tożsamości. W analizach i komentarzach na temat sytuacji gospodarczej w Grecji bezustannie słyszymy o "niewypłacalności", "zagrożeniu bankructwem", lub po prostu o bankructwie. Co w przypadku Grecji oznacza bankructwo? Nie oznacza tego, co podpowiada widowni zdrowy rozsądek - jest wręcz na odwrót. Bankructwo jest w systemie kapitalistycznym nie klęską, lecz zwycięstwem. Tyle, że zwycięstwem konkretnej grupy, klasy, konkretnych ludzi. Rezultatem bankructwa Grecji będzie jej kompletna, całkowita prywatyzacja, zawłaszczenie całości majątku i narzucenie maksymalnego spłacalnego programu spłat "długów". Bankructwo nie oznacza w tym wypadku, że Grecja wypada poza stawkę, że przestaje się liczyć i wychodzi poza kapitalizm - co to, to nie. Wręcz przeciwnie, Grecja z całym impetem wkracza w kapitalizm właśnie z chwilą bankructwa, które to pozwala kapitalistom na przejęcie majątku, zawłaszczenie budżetowej teraźniejszości i przyszłości. Dług, na którym kapitał robił doskonałe interesy i który sprzyjał tanim kredytom - dzięki którym obławiały się instytucje finansowe i ich państwa-siedziby - okazuje się nie być długiem kapitału, który z niego korzystał, lecz długiem obarczonego nim państwa.
Na czym polega w kapitalizmie sukces państwowej gospodarki? Bardzo ważnym i wykorzystywanym w tej materii miernikiem jest dla neoliberalnych ekonomistów wzrost gospodarczy. Zasady współczesnej ekonomii nakazują troszczyć się wyłącznie o wzrost gospodarczy (i ew. związane z nim ratingi w agencjach ratingowych). Wydatki na cele inne niż podtrzymywanie wzrostu gospodarczego stają się niedozwolone - w takim układzie rząd z polityków przemienia się w kapitalistycznych zarządców pewnego, konkretnego obszaru ekonomicznego. Wzrost gospodarczy jest uznawany za bardzo ważny wskaźnik i dzieje się tak nie bez przyczyny. W rzeczywistości mierzy on zdolność państwa do realizacji ekonomicznego programu burżuazji. Jeżeli wzrost staje się zbyt niski to dług zaczyna rosnąć, a gdy dług rośnie pojawia się niebezpieczeństwo... bankructwa...czyli całkowitego przejęcia państwa przez kapitał. W tym układzie państwo staje się kontrolowanym narzędziem wzrostu gospodarczego globalnego kapitału, może być wymieniane, poddane rozbiórce i sprywatyzowane do cna - o ile tylko będzie dostatecznie słabe i niewystarczająco dochodowe. Państwa nie przynoszące kapitałowi zysku kończą bankrutując i zostając poddane rozbiórce. Dezercja, plajta, opcja upadłości i możliwość wyjścia poza schemat nie jest przewidziana - taka opcja ostała się już tylko w języku potocznym.
Dotykamy szerszego zagadnienia. Kapitalizm nie tylko usuwa możliwość alternatywy gospodarczej z potencjalnego zakresu decyzyjnego społeczeństw - które w razie kryzysu przechodzą w ręce skorumpowanych neoliberalnych technokratów - , ale także bezustannie wykorzystuje swój aparat ideologiczny, który służy piętnowaniu wszelkich wysiłków zmierzających do przejścia w alternatywną formację gospodarczą. Niezwykle żywe w naszym społeczeństwie są koszmarne wizje związane z wynaturzeniami Białorusi, Korei Północnej, a nawet Chin (choć te ostatnie poprzez swoje wpływy wymykają się już z zasięgu kapitalistycznej propagandy). W ten sposób kapitalizm uzyskuje także władzę w przestrzeni teoretycznej, pacyfikuje potencjalne alternatywy zrównując je do (w pewnej mierze hodowanych przez siebie) obiektów reprezentujących zło absolutne. Hegemonia polityczna kapitalizmu usuwa więc: możliwość wyjścia poza system, możliwość plajty w ramach systemu, oraz wszelkie alternatywne perspektywy i systemy. Co więc oznacza bankructwo? Bankructwo oznacza przecenę, obniżkę na asortyment danego organizmu państwowego, służąc jednocześnie jako pojęcie z zakresu kompleksowego, kapitalistycznego terroru ideologicznego.
2012-03-10 00:51:57
Poniższy tekst jest odpowiedzią na polemikę ze strony Marcina Starnawskiego.
Tekst "Trzy Pokolenia" nigdy nie miał być próbą nakreślenia encyklopedii: lewicy, polityki, czy słownikiem ciekawych indywiduów - takim mylnym przekonaniem żył chyba pisząc polemikę towarzysz Marcin Starnawski, który, jak się zdaje, poczuł się dotknięty faktem, że nie stworzyłem w swoim tekście specjalnie dla niego oddzielnej kategorii.
Miara pokoleniowa jest środkiem, poprzez który możliwym staje się dialektyczny opis ogólnego historycznego procesu. W tym procesualnym spojrzeniu zastanawiamy się nad poszczególnymi jednostkami przez pryzmat pokoleniowych cech wspólnych. Jest to analiza wybitnie systemowa. Analiza tak szerokich grup ludzkich konfrontuje każdego członka grupy z osobna ze wspólnymi dla wszystkich okolicznościami. Ja też znajduję się w jednym z opisanych przez siebie pokoleń, acz całościowo nie wchodzę w ramy stworzonego przeze mnie opisu - jednakowoż zmagam się z presją i wpływem, który bezustannie wywiera system poprzez swój aparat na przedstawicieli mojej generacji. Druzgocąca większość ulega tej presji aparatu biernie i bezrefleksyjnie.
Moje spojrzenie - w tekście zaznaczone jest wyraźnie, które fragmenty dotyczą lewicy, a które innych opcji (co pisząc polemikę mój szanowny recenzent kompletnie pominął) - jest próbą uchwycenia procesu historycznego, systemowej i zbiorowej presji ideologicznej oraz jej następstw. Ślad opisanych przeze mnie mechanizmów i cech pokoleniowych odnaleźć można wszędzie, lecz różne są przejawy tych mechanizmów, różne są nań reakcje i ich efekt końcowy.
Podział na dokładnie trzy pokolenia ma swoje uzasadnienie. Marcin Starnawski zdaje się nie dostrzegać, że PRL czym innym był dla ludzi z pokolenia 60-latków, 40-latków i 20-latków. Mimo najszczerszych chęci, doskonałej edukacji przedszkolnej i wybitnej inteligencji członkowie najmłodszego pokolenia z przyczyn empirycznych nie mogli doświadczyć lat 60-tych, 70-tych i ich wiedza o tamtych latach pochodzi z drugiej ręki. Jeśli w ogóle zaznali rzeczywistości Polski Ludowej, to był to jej schyłkowy, krótki okres.
Podobnie ma się rzecz z cechami kolejnych pokoleń, pokolenie 60+ posiadało wiedzę na temat wadliwości kapitalizmu, gdyż uzyskało wykształcenie w PRL-u, kiedy poprzez naukę/propagandę wiedza taka (choćby w szczątkowej, poppostaci) trafiała do uczestników życia społecznego - po przemianach, pokolenie to zachowało wiedzę na temat wad kapitalizmu, lecz utraciło (z uwagi na szok jaki niesie ze sobą zmiana, a także z uwagi na swój starszy wiek, z uwagi na nowe realia, z uwagi na nowy język i z uwagi na odmienną świadomość młodszych generacji) możliwość skutecznego wyrażania sprzeciwu wobec nowej rzeczywistości. Uzyskanie tej samej wiedzy u pokolenia 40+ jest rzeczą o wiele bardziej wątpliwą (zmianie uległ proces kształcenia), szczególnie że u dużej liczby z jego przedstawicieli ta wiedza traktowana była jako kłamliwa (pokolenie to nie żyło porównaniami do II RP), była także zakrywana przez poglądy prokapitalistyczne lub antysocjalistyczne. Uzyskanie tej wiedzy na tak szeroką skalę u pokolenia 20+ jest już, jeżeli korzystać ze skali pokoleniowej, kompletnie nierzeczywiste. Opisany "szok wywołany osunięciem się gruntu pod nogami po zmianie ustroju" dotyczy najstarszego pokolenia, które wychowało się, urządziło i pracowało przez większą część życia w Polsce Ludowej.
Cały akapit tekstu Marcina Starnawskiego poświęcony jest rozbudowanej krytyce cech, które przypisałem najmłodszemu pokoleniu. Autor nie zwrócił uwagi, że cechy te dotyczą pokolenia polityków w ogóle i odniósł je wyłącznie do lewicowych grupek - można jednak pójść jego śladem i także na lewicy wskazać doskonałe przykłady na potwierdzenie kolejnych, wymienionych w tekście spostrzeżeń. Przy argumentacji posłużę się moją wiedzą na temat wszystkich, większych organizacji lewicowych zrzeszających młodych ludzi, z którymi wiele razy współpracowałem, które znam i obserwuję na bieżąco i których nie ma tak wiele, bym musiał je wymieniać z nazwy.
1) niewiara i niewiedza dotycząca alternatywnych projektów systemowych i zasad ich funkcjonowania
Na lewicy brak wiary w możliwą zmianę społeczną w młodym pokoleniu można spostrzec obserwując wszystkie kręgi lewicy socjaldemokratycznej i reformistycznej, o której polemista zdaje się zapominać. Nawet w organizacjach określających się jako socjalistyczne gdy dochodzi co do czego postulowana zmiana zatrzymuje się na próbach reformizmu - a nie na alternatywie systemowej. Niewiedza związana jest z brakiem wykształcenia. Jeśli nawet alternatywa jest już identyfikowana i postulowana, to najczęściej spotykamy się z idealistycznymi pomysłami na jej wprowadzenie. Ci, którzy zdołali posiąść wiedzę i przekonanie o możliwości zmiany ustroju spotkają się - nawet w najbliższych politycznych kręgach - ze sceptycyzmem, rezygnacją i "perspektywą realistyczną", która będzie proponować np. zatrzymanie się na poziomie pojedynczego postulatu i startu w wyborach z dowolnej listy wyborczej.
2) ślepa adaptacja dychotomii totalitaryzm/demokracja w amerykańskim wydaniu
"Ślepa adaptacja dychotomii totalitaryzm/demokracja w amerykańskim wydaniu" - w tej cesze słowem-kluczem jest określenie "ślepa". Odnosi się ona do faktu, że młode pokolenia nie posiadają odpowiedniego wykształcenia z teorii systemów - zamiast tego posługują się dostarczanym, będącym pod ręką zestawem pojęć i właśnie dychotomią totalitaryzm/demokracja. Przedstawiciele starszych pokoleń mają przynajmniej, płynący z wykształcenia, komfort porównawczy. Nawet organizacje, które bezpośrednio odwołują się do pojęcia socjalizmu (całkowite peryferia) nie potrafią tego pojęcia wykorzystać i przez ideologizację cofają się do bezpieczniejszego dlań pojęcia demokracji, uciekając tym samym zupełnie od pojęcia własności i problematyki zmian w stosunkach własności, będących fundamentem zmian systemowych.
3) na lewicy: niechęć do wszelkiej organizacji, inspirowana przez system, mająca również zakryć fakt, że pokolenie to praktycznie nie jest w stanie (jak do tej pory) stworzyć trwalszej i szerszej kadrowo organizacji
Jest to jedyna(!) cecha przypisana w moim pierwotnym tekście wyłącznie lewicy. Doskonałą pracę wykonał tu w swojej charakterystyce Tow. Starnawski, jedyne co mogę dodać, to fakt, że niechęć do organizacji i partii związana jest także z antysocjalizmem, z wątkami anarchistycznymi i adaptacją liberalnych form działania - wszystko to skutecznie paraliżuje potencjalny lewicowych ruch, a gdy dodać do tego wciąż żywe spory dotyczące politycznej prehistorii to otrzymamy sytuację chaosu i dezorganizacji, której właśnie jesteśmy świadkami i którą przekroczyć usiłujemy.
4) całkowita znieczulica wojenna - ludzi tych rzadko kiedy zainteresują setki tysięcy zabitych w wojnach, będą natomiast autentycznie przeżywać śmierć celebryty/kogoś innego, byle tylko pokazały to 'wolne media' 5) podążający za punktem czwartym zanik ideałów humanistycznych i możliwości twórczej, refleksyjnej oceny politycznych działań i procesów
Protest przeciwko wojnie w Iraku i Afganistanie w Polsce praktycznie nie zaistniał. Tylko nieliczne, marginalne lewicowe grupki usiłowały podjąć ten temat, lewica parlamentarna i jej młodzieżówki przemilczały sprawę całkowicie. Nawet dla aktywnego, lewicowego marginesu wojny nie były zaczynem szerszego działania. Znam przykłady osób z tzw. radykalnie lewicowych ugrupowań, dla których ważniejsze niż wycofanie wojsk z Iraku i Afganistanu była i jest walka o "wolną" Kubę, Białoruś i Chiny, zgodnie z wolnościową linią produkowaną przez Gazetę Wyborczą...
6) permanentny chaos i atomizacja sądów, indywidualizacja i trwały, wyprodukowany przez kapitalistyczne realia rynkowy egoizm (przejawiany różnorodnie)
Ta cecha na lewicy ujawnia się wtórnie. Dużo jest "lewicy", która żyje z Marksa, z konferencji o 'rewolucji', z twórczości pseudolewicowej, pseudofeministycznej... Tacy marksolodzy, modni alternatywni teoretycy i pseudolewicowi działacze w rzeczywistości zainteresowani są tak naprawdę pieniędzmi z grantu, pensją na uniwersytecie i własnym bezpieczeństwem. Dla wielu przykładem takiej działalności mogłaby być Krytyka Polityczna w wielu przejawach swej aktywności. "Będąc antyprlowskim, antykomunistycznym i antysocjalistycznym bytem nadal możemy być modną lewicą" - wydają się mówić i mrugać do nas takim przekazem owe grupy.
Reasumując: wykorzystanie pokoleniowej miary ma swoje uzasadnienie. Służy przedstawieniu historycznych różnic w presji ideologicznej, społecznej i zobrazowaniu zmian politycznych. Dzięki tej historyczno-pokoleniowej perspektywie uzyskujemy możliwość badania przemian własnościowych, przemian w obrębie panowania na tle zmian zachodzących w świadomości i praktyce kolejnych generacji. Opisując całe pokolenia opisujemy wpływ, któremu zostały one poddane i ukazujemy ten wpływ poprzez opis zaobserwowanych nań reakcji. Polska scena polityczna, której dotyczył tekst, jest wyjątkowo jednorodna i monolityczna - przejawy lewicowej działalności na szerszą skalę także noszą znamiona i cechy tej politycznej jednorodności płynącej z pokoleniowych różnic i wahań w obrębie poziomu ideologizacji i indoktrynacji. Samowiedza o ruchu, wiedza o pokoleniowych różnicach to furtka do przezwyciężenia i wyjścia poza miejsce przyszykowane dla lewicy przez system. To także szczególnego rodzaju studia nad społeczeństwem polskim jako takim... ale to pozwolę rozwinąć sobie wraz z kolejnymi wątkami "Trzech Pokoleń" już w oddzielnym tekście...
O walce o prawa kobietTekst "Trzy Pokolenia" nigdy nie miał być próbą nakreślenia encyklopedii: lewicy, polityki, czy słownikiem ciekawych indywiduów - takim mylnym przekonaniem żył chyba pisząc polemikę towarzysz Marcin Starnawski, który, jak się zdaje, poczuł się dotknięty faktem, że nie stworzyłem w swoim tekście specjalnie dla niego oddzielnej kategorii.
Miara pokoleniowa jest środkiem, poprzez który możliwym staje się dialektyczny opis ogólnego historycznego procesu. W tym procesualnym spojrzeniu zastanawiamy się nad poszczególnymi jednostkami przez pryzmat pokoleniowych cech wspólnych. Jest to analiza wybitnie systemowa. Analiza tak szerokich grup ludzkich konfrontuje każdego członka grupy z osobna ze wspólnymi dla wszystkich okolicznościami. Ja też znajduję się w jednym z opisanych przez siebie pokoleń, acz całościowo nie wchodzę w ramy stworzonego przeze mnie opisu - jednakowoż zmagam się z presją i wpływem, który bezustannie wywiera system poprzez swój aparat na przedstawicieli mojej generacji. Druzgocąca większość ulega tej presji aparatu biernie i bezrefleksyjnie.
Moje spojrzenie - w tekście zaznaczone jest wyraźnie, które fragmenty dotyczą lewicy, a które innych opcji (co pisząc polemikę mój szanowny recenzent kompletnie pominął) - jest próbą uchwycenia procesu historycznego, systemowej i zbiorowej presji ideologicznej oraz jej następstw. Ślad opisanych przeze mnie mechanizmów i cech pokoleniowych odnaleźć można wszędzie, lecz różne są przejawy tych mechanizmów, różne są nań reakcje i ich efekt końcowy.
Podział na dokładnie trzy pokolenia ma swoje uzasadnienie. Marcin Starnawski zdaje się nie dostrzegać, że PRL czym innym był dla ludzi z pokolenia 60-latków, 40-latków i 20-latków. Mimo najszczerszych chęci, doskonałej edukacji przedszkolnej i wybitnej inteligencji członkowie najmłodszego pokolenia z przyczyn empirycznych nie mogli doświadczyć lat 60-tych, 70-tych i ich wiedza o tamtych latach pochodzi z drugiej ręki. Jeśli w ogóle zaznali rzeczywistości Polski Ludowej, to był to jej schyłkowy, krótki okres.
Podobnie ma się rzecz z cechami kolejnych pokoleń, pokolenie 60+ posiadało wiedzę na temat wadliwości kapitalizmu, gdyż uzyskało wykształcenie w PRL-u, kiedy poprzez naukę/propagandę wiedza taka (choćby w szczątkowej, poppostaci) trafiała do uczestników życia społecznego - po przemianach, pokolenie to zachowało wiedzę na temat wad kapitalizmu, lecz utraciło (z uwagi na szok jaki niesie ze sobą zmiana, a także z uwagi na swój starszy wiek, z uwagi na nowe realia, z uwagi na nowy język i z uwagi na odmienną świadomość młodszych generacji) możliwość skutecznego wyrażania sprzeciwu wobec nowej rzeczywistości. Uzyskanie tej samej wiedzy u pokolenia 40+ jest rzeczą o wiele bardziej wątpliwą (zmianie uległ proces kształcenia), szczególnie że u dużej liczby z jego przedstawicieli ta wiedza traktowana była jako kłamliwa (pokolenie to nie żyło porównaniami do II RP), była także zakrywana przez poglądy prokapitalistyczne lub antysocjalistyczne. Uzyskanie tej wiedzy na tak szeroką skalę u pokolenia 20+ jest już, jeżeli korzystać ze skali pokoleniowej, kompletnie nierzeczywiste. Opisany "szok wywołany osunięciem się gruntu pod nogami po zmianie ustroju" dotyczy najstarszego pokolenia, które wychowało się, urządziło i pracowało przez większą część życia w Polsce Ludowej.
Cały akapit tekstu Marcina Starnawskiego poświęcony jest rozbudowanej krytyce cech, które przypisałem najmłodszemu pokoleniu. Autor nie zwrócił uwagi, że cechy te dotyczą pokolenia polityków w ogóle i odniósł je wyłącznie do lewicowych grupek - można jednak pójść jego śladem i także na lewicy wskazać doskonałe przykłady na potwierdzenie kolejnych, wymienionych w tekście spostrzeżeń. Przy argumentacji posłużę się moją wiedzą na temat wszystkich, większych organizacji lewicowych zrzeszających młodych ludzi, z którymi wiele razy współpracowałem, które znam i obserwuję na bieżąco i których nie ma tak wiele, bym musiał je wymieniać z nazwy.
1) niewiara i niewiedza dotycząca alternatywnych projektów systemowych i zasad ich funkcjonowania
Na lewicy brak wiary w możliwą zmianę społeczną w młodym pokoleniu można spostrzec obserwując wszystkie kręgi lewicy socjaldemokratycznej i reformistycznej, o której polemista zdaje się zapominać. Nawet w organizacjach określających się jako socjalistyczne gdy dochodzi co do czego postulowana zmiana zatrzymuje się na próbach reformizmu - a nie na alternatywie systemowej. Niewiedza związana jest z brakiem wykształcenia. Jeśli nawet alternatywa jest już identyfikowana i postulowana, to najczęściej spotykamy się z idealistycznymi pomysłami na jej wprowadzenie. Ci, którzy zdołali posiąść wiedzę i przekonanie o możliwości zmiany ustroju spotkają się - nawet w najbliższych politycznych kręgach - ze sceptycyzmem, rezygnacją i "perspektywą realistyczną", która będzie proponować np. zatrzymanie się na poziomie pojedynczego postulatu i startu w wyborach z dowolnej listy wyborczej.
2) ślepa adaptacja dychotomii totalitaryzm/demokracja w amerykańskim wydaniu
"Ślepa adaptacja dychotomii totalitaryzm/demokracja w amerykańskim wydaniu" - w tej cesze słowem-kluczem jest określenie "ślepa". Odnosi się ona do faktu, że młode pokolenia nie posiadają odpowiedniego wykształcenia z teorii systemów - zamiast tego posługują się dostarczanym, będącym pod ręką zestawem pojęć i właśnie dychotomią totalitaryzm/demokracja. Przedstawiciele starszych pokoleń mają przynajmniej, płynący z wykształcenia, komfort porównawczy. Nawet organizacje, które bezpośrednio odwołują się do pojęcia socjalizmu (całkowite peryferia) nie potrafią tego pojęcia wykorzystać i przez ideologizację cofają się do bezpieczniejszego dlań pojęcia demokracji, uciekając tym samym zupełnie od pojęcia własności i problematyki zmian w stosunkach własności, będących fundamentem zmian systemowych.
3) na lewicy: niechęć do wszelkiej organizacji, inspirowana przez system, mająca również zakryć fakt, że pokolenie to praktycznie nie jest w stanie (jak do tej pory) stworzyć trwalszej i szerszej kadrowo organizacji
Jest to jedyna(!) cecha przypisana w moim pierwotnym tekście wyłącznie lewicy. Doskonałą pracę wykonał tu w swojej charakterystyce Tow. Starnawski, jedyne co mogę dodać, to fakt, że niechęć do organizacji i partii związana jest także z antysocjalizmem, z wątkami anarchistycznymi i adaptacją liberalnych form działania - wszystko to skutecznie paraliżuje potencjalny lewicowych ruch, a gdy dodać do tego wciąż żywe spory dotyczące politycznej prehistorii to otrzymamy sytuację chaosu i dezorganizacji, której właśnie jesteśmy świadkami i którą przekroczyć usiłujemy.
4) całkowita znieczulica wojenna - ludzi tych rzadko kiedy zainteresują setki tysięcy zabitych w wojnach, będą natomiast autentycznie przeżywać śmierć celebryty/kogoś innego, byle tylko pokazały to 'wolne media' 5) podążający za punktem czwartym zanik ideałów humanistycznych i możliwości twórczej, refleksyjnej oceny politycznych działań i procesów
Protest przeciwko wojnie w Iraku i Afganistanie w Polsce praktycznie nie zaistniał. Tylko nieliczne, marginalne lewicowe grupki usiłowały podjąć ten temat, lewica parlamentarna i jej młodzieżówki przemilczały sprawę całkowicie. Nawet dla aktywnego, lewicowego marginesu wojny nie były zaczynem szerszego działania. Znam przykłady osób z tzw. radykalnie lewicowych ugrupowań, dla których ważniejsze niż wycofanie wojsk z Iraku i Afganistanu była i jest walka o "wolną" Kubę, Białoruś i Chiny, zgodnie z wolnościową linią produkowaną przez Gazetę Wyborczą...
6) permanentny chaos i atomizacja sądów, indywidualizacja i trwały, wyprodukowany przez kapitalistyczne realia rynkowy egoizm (przejawiany różnorodnie)
Ta cecha na lewicy ujawnia się wtórnie. Dużo jest "lewicy", która żyje z Marksa, z konferencji o 'rewolucji', z twórczości pseudolewicowej, pseudofeministycznej... Tacy marksolodzy, modni alternatywni teoretycy i pseudolewicowi działacze w rzeczywistości zainteresowani są tak naprawdę pieniędzmi z grantu, pensją na uniwersytecie i własnym bezpieczeństwem. Dla wielu przykładem takiej działalności mogłaby być Krytyka Polityczna w wielu przejawach swej aktywności. "Będąc antyprlowskim, antykomunistycznym i antysocjalistycznym bytem nadal możemy być modną lewicą" - wydają się mówić i mrugać do nas takim przekazem owe grupy.
Reasumując: wykorzystanie pokoleniowej miary ma swoje uzasadnienie. Służy przedstawieniu historycznych różnic w presji ideologicznej, społecznej i zobrazowaniu zmian politycznych. Dzięki tej historyczno-pokoleniowej perspektywie uzyskujemy możliwość badania przemian własnościowych, przemian w obrębie panowania na tle zmian zachodzących w świadomości i praktyce kolejnych generacji. Opisując całe pokolenia opisujemy wpływ, któremu zostały one poddane i ukazujemy ten wpływ poprzez opis zaobserwowanych nań reakcji. Polska scena polityczna, której dotyczył tekst, jest wyjątkowo jednorodna i monolityczna - przejawy lewicowej działalności na szerszą skalę także noszą znamiona i cechy tej politycznej jednorodności płynącej z pokoleniowych różnic i wahań w obrębie poziomu ideologizacji i indoktrynacji. Samowiedza o ruchu, wiedza o pokoleniowych różnicach to furtka do przezwyciężenia i wyjścia poza miejsce przyszykowane dla lewicy przez system. To także szczególnego rodzaju studia nad społeczeństwem polskim jako takim... ale to pozwolę rozwinąć sobie wraz z kolejnymi wątkami "Trzech Pokoleń" już w oddzielnym tekście...
2012-03-09 00:36:33
102 lata temu w Kopenhadze podczas II Międzynarodowego Zjazdu Kobiet Socjalistek ogłoszono dzień 8 marca Międzynarodowym Dniem Kobiet.
Sytuacja kobiet w realiach neoliberalnego kapitalizmu jest zła. Dopóki nie podejmą pracy zarobkowej stają się coraz bardziej zależne od partnera, kiedy zaczną już zarabiać muszą pogodzić się z niższymi stawkami, gorszymi stanowiskami i wieloma poważnymi przeszkodami. Opiekuńcza i wychowawcza rola państwa podlega nieustannej rozbiórce. Dopiero bardzo wysokie zarobki pozwalają na luksus posiadania pomocy domowej, opiekunki i niani (czyli również przede wszystkim kobiet, w roli taniej siły roboczej, zwyczajowo nawet pracującej na czarno). Kobieta, matka pozostawiona jest samej sobie, jej dziecko staje się wyłącznie jej zmartwieniem i przestaje być obiektem społecznej troski. Udziałem kobiet staje się wiele wymagających fizycznie i rujnujących zdrowie zawodów, ich życie to pasmo trudności, z którymi zmagają się w osamotnieniu. Nasz nowoczesny neoliberalizm wojuje z kobietami także przy pomocy kłamstw. W imię fałszywie pojmowanej równości i egalitaryzmu zrównuje się wiek emerytalny kobiet i mężczyzn, zwalcza się zasady ochrony kobiet w pracy. Wszystko weryfikować ma rynek, rynek dla którego macierzyństwo staje się nieopłacalne, którego nie interesuje olbrzymi wysiłek milionów matek, który korzysta na okazji i bezwzględnie obniża cenę pracy kobiet z uwagi na "zagrożenie dzieckiem" - będące jednym z największych koszmarów wyzyskiwaczy, pracodawców.
Urynkowienie, neoliberalne równouprawnienie i brak ingerencji państwa oznacza rynkową weryfikację popytu na siłę robocza kobiet, rynkowy sąd nad dziećmi i bezwzględny wyzysk. Neoliberalizm pragnie jak najtańszych dzieci, by to osiągnąć rynek ingeruje nie tylko dokonując demontażu praw socjalnych, ale także forsując nową wizję partnerstwa i związków. W obecnym systemie bardziej opłacalny jest import odchowanych pracowników zza granicy, niż właściwa opieka i troska o własnych obywateli i ich rodziny. Związki przestają być bezpieczne, międzyludzka więź, miłość i partnerska opieka nad dziećmi przestają być możliwe. Wizję szczęśliwej rodziny zastępuje wizja rodziny bogatej. Uelastycznione rodziny w każdej chwili trafić mogą na rynkowy śmietnik, a każda bieda, nędza i kryzys zawsze najbardziej doświadczy niesamodzielne w liberalizmie kobiety. Zamiast zapewniać bezpieczeństwo system zmusza partnerów do wielkich wyrzeczeń. Rodziny stają się osaczone koniecznością panicznego zarobkowania. Dzieci pracowników najemnych i robotników są w neoliberalizmie obiektem oszczędności i poligonem testowym dla kolejnych cięć. Ubóstwo rodzin to ubóstwo kobiet, to ich lęk i samotność. Ostatkiem nadziei w obecnym system są modły o umowę śmieciową i ostatecznie kobieta staje się w kapitalizmie prawdziwie wolną dopiero w trybie 16 godzinnego wysiłku na dobę.
Równie opresyjna w kapitalizmie jest kultura. Żyjemy w systemie, który ciało czyni towarem. Zarówno kobiety jak i mężczyźni stają się podmiotem wymiany pieniężnej, ciało i seks stymulować ma popyt, pobudzać konsumpcję i wprowadzać kapitalistyczną niewolę na poziomie biologicznej pożądliwości. Ten model to niewola i upokorzenie dla obu płci, dla całego gatunku ludzkiego. W neoliberalizmie, w którym kobieta kosztuje mniej od mężczyzny jej ciało staje się osiągalnym dla innych środkiem do własnej satysfakcji, pomostem dla realizacji marzeń i zachcianek osób bogatszych. Bieda, urynkowienie wszystkich aspektów rzeczywistości odsłaniają okrucieństwo kapitalizmu, w którym kobieta jest tańsza, a macierzyństwo to jej balast, który zabierany jest na pokład rodziny przez najbogatszych mężczyzn. Kiedy kobieta decyduje się na pracę i odnosi sukces, jej sytuacja wcale nie wygląda lepiej - w rzeczywistości społecznej takie kobiety pozostają wyjątkami, które służą za usprawiedliwienie nędzy pozostałej, druzgocącej większości i często same muszą prześladować inne kobiety wzmagając kapitalistyczną konkurencję i opowiadając się za cięciami socjalnymi; w sferze kultury bogate kobiety dalej pozostają w świecie towarów, a ich obcowanie z innymi ludźmi w kulturze to nadal obcowanie konsumenta z towarami na półce sklepu mięsnego.
Nie praca wyzwoli kobiety, ale prędzej brak jej konieczności. Sytuacja, w której część "feministek" triumfuje i chwali pomysł zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn jest dowodem na to, że wolność dopiero w kontekście społecznym nabiera swego prawdziwego znaczenia. Obecnie najważniejszym celem w walce o prawa kobiet i ich wyzwolenie jest właśnie zwiększenie roli państwa i uspołecznianie procesu wychowania. Bezpłatna, powszechna opieka przedszkolna, darmowe i publiczne stołówki dla dzieci, państwowa opieka domowa, dodatki rodzinne, ulgi podatkowe - to wszystko da kobiecie w każdej sytuacji możliwość wyboru, pozwoli ją odciążyć. Dopiero w sytuacji, w której państwo będzie wspierało i umożliwiało kobietom zarówno sprawiedliwą pracę w domu jak i poza nim będziemy mogli mówić o wyzwoleniu kobiet. Ta możliwość wyboru odciąży kobiety, zlikwiduje przymus i sprowadzi decyzje co do obieranego modelu rodziny, rodzaju wychowania do indywidualnej woli kobiety. Pojawi się swoboda i prawdziwa wolność, która otworzy kobietom drogę do twórczej samorealizacji.
O prawa kobiet należy walczyć i jest to zarówno w interesie kobiet jak i mężczyzn. Wyzwolenie kobiet ma swoich potężnych wrogów. Tym pierwszym wrogiem, szczególnie w Polsce, jest kościół, który piętnuje i ubezwłasnowolnia kobiety sprowadzając je do roli posłusznych mężom gospodyń domowych[1]. Tym drugim wrogiem, obecnie trudniej rozpoznawalnym, jest neoliberalizm, który demoluje kobiety dzięki swoim agentom, kapitalistom[2]. Sprywatyzowana kobieta musi się opłacać, musi wyrzec się macierzyństwa lub cierpieć, a równość jakiej doświadczy to równość w byciu wyzyskiwaną wraz z mężczyznami. Kobieta w tej dwoistej rzeczywistości staje się karną, kontrolowaną i zindoktrynowaną, skazaną na kaprys męski lub kaprys klasy panującej. Walka o prawa kobiet to nie walka o prawo do bycia businesswoman i burżujką (one również są elementem aparatu terroru płci w kapitalizmie), ale o prawo do bezpiecznego, niekrępującego macierzyństwa, o prawo do samorealizacji, o wspólną, społeczną troskę o potomstwo i możliwość dokonania wyboru innego niż klęcznik/kopalnia.
To nie rynek ma weryfikować kobiety, lecz kobiety weryfikować mają rynek. Do tego niezbędne są zmiany, do tego potrzeba uspołecznienia, zmian w podatkach, zmian politycznych i odważnego działania. Celem jest kontrola i równość społeczna, pozwalająca na uzyskanie dla kobiet swobody wyboru. Efekty tego działania przyniosą ze sobą całościową zmianę stosunków społecznych i poprzez praktykę polityczną przywrócą feminizmowi jego doniosłe znaczenie, odbierając go systemowej nomenklaturze, która przy pomocy neoliberałów i minister Muchy usiłuje wprowadzić ten wspaniały ruch w ślepą uliczkę bezprzedmiotowego sporu o rodzaj wykorzystywanego na salonach języka.
[1] Odważna polityka prorodzinna w wydaniu kościoła [link]
[2] Próbką neoliberalnego lobby są poglądy wyrażane przez Henrykę Bochniarz (która jest m.in zwolenniczką podnoszenia wieku emerytalnego), a także Magdalena Środa i jej stanowisko [link]
Zasłona spektakluSytuacja kobiet w realiach neoliberalnego kapitalizmu jest zła. Dopóki nie podejmą pracy zarobkowej stają się coraz bardziej zależne od partnera, kiedy zaczną już zarabiać muszą pogodzić się z niższymi stawkami, gorszymi stanowiskami i wieloma poważnymi przeszkodami. Opiekuńcza i wychowawcza rola państwa podlega nieustannej rozbiórce. Dopiero bardzo wysokie zarobki pozwalają na luksus posiadania pomocy domowej, opiekunki i niani (czyli również przede wszystkim kobiet, w roli taniej siły roboczej, zwyczajowo nawet pracującej na czarno). Kobieta, matka pozostawiona jest samej sobie, jej dziecko staje się wyłącznie jej zmartwieniem i przestaje być obiektem społecznej troski. Udziałem kobiet staje się wiele wymagających fizycznie i rujnujących zdrowie zawodów, ich życie to pasmo trudności, z którymi zmagają się w osamotnieniu. Nasz nowoczesny neoliberalizm wojuje z kobietami także przy pomocy kłamstw. W imię fałszywie pojmowanej równości i egalitaryzmu zrównuje się wiek emerytalny kobiet i mężczyzn, zwalcza się zasady ochrony kobiet w pracy. Wszystko weryfikować ma rynek, rynek dla którego macierzyństwo staje się nieopłacalne, którego nie interesuje olbrzymi wysiłek milionów matek, który korzysta na okazji i bezwzględnie obniża cenę pracy kobiet z uwagi na "zagrożenie dzieckiem" - będące jednym z największych koszmarów wyzyskiwaczy, pracodawców.
Urynkowienie, neoliberalne równouprawnienie i brak ingerencji państwa oznacza rynkową weryfikację popytu na siłę robocza kobiet, rynkowy sąd nad dziećmi i bezwzględny wyzysk. Neoliberalizm pragnie jak najtańszych dzieci, by to osiągnąć rynek ingeruje nie tylko dokonując demontażu praw socjalnych, ale także forsując nową wizję partnerstwa i związków. W obecnym systemie bardziej opłacalny jest import odchowanych pracowników zza granicy, niż właściwa opieka i troska o własnych obywateli i ich rodziny. Związki przestają być bezpieczne, międzyludzka więź, miłość i partnerska opieka nad dziećmi przestają być możliwe. Wizję szczęśliwej rodziny zastępuje wizja rodziny bogatej. Uelastycznione rodziny w każdej chwili trafić mogą na rynkowy śmietnik, a każda bieda, nędza i kryzys zawsze najbardziej doświadczy niesamodzielne w liberalizmie kobiety. Zamiast zapewniać bezpieczeństwo system zmusza partnerów do wielkich wyrzeczeń. Rodziny stają się osaczone koniecznością panicznego zarobkowania. Dzieci pracowników najemnych i robotników są w neoliberalizmie obiektem oszczędności i poligonem testowym dla kolejnych cięć. Ubóstwo rodzin to ubóstwo kobiet, to ich lęk i samotność. Ostatkiem nadziei w obecnym system są modły o umowę śmieciową i ostatecznie kobieta staje się w kapitalizmie prawdziwie wolną dopiero w trybie 16 godzinnego wysiłku na dobę.
Równie opresyjna w kapitalizmie jest kultura. Żyjemy w systemie, który ciało czyni towarem. Zarówno kobiety jak i mężczyźni stają się podmiotem wymiany pieniężnej, ciało i seks stymulować ma popyt, pobudzać konsumpcję i wprowadzać kapitalistyczną niewolę na poziomie biologicznej pożądliwości. Ten model to niewola i upokorzenie dla obu płci, dla całego gatunku ludzkiego. W neoliberalizmie, w którym kobieta kosztuje mniej od mężczyzny jej ciało staje się osiągalnym dla innych środkiem do własnej satysfakcji, pomostem dla realizacji marzeń i zachcianek osób bogatszych. Bieda, urynkowienie wszystkich aspektów rzeczywistości odsłaniają okrucieństwo kapitalizmu, w którym kobieta jest tańsza, a macierzyństwo to jej balast, który zabierany jest na pokład rodziny przez najbogatszych mężczyzn. Kiedy kobieta decyduje się na pracę i odnosi sukces, jej sytuacja wcale nie wygląda lepiej - w rzeczywistości społecznej takie kobiety pozostają wyjątkami, które służą za usprawiedliwienie nędzy pozostałej, druzgocącej większości i często same muszą prześladować inne kobiety wzmagając kapitalistyczną konkurencję i opowiadając się za cięciami socjalnymi; w sferze kultury bogate kobiety dalej pozostają w świecie towarów, a ich obcowanie z innymi ludźmi w kulturze to nadal obcowanie konsumenta z towarami na półce sklepu mięsnego.
Nie praca wyzwoli kobiety, ale prędzej brak jej konieczności. Sytuacja, w której część "feministek" triumfuje i chwali pomysł zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn jest dowodem na to, że wolność dopiero w kontekście społecznym nabiera swego prawdziwego znaczenia. Obecnie najważniejszym celem w walce o prawa kobiet i ich wyzwolenie jest właśnie zwiększenie roli państwa i uspołecznianie procesu wychowania. Bezpłatna, powszechna opieka przedszkolna, darmowe i publiczne stołówki dla dzieci, państwowa opieka domowa, dodatki rodzinne, ulgi podatkowe - to wszystko da kobiecie w każdej sytuacji możliwość wyboru, pozwoli ją odciążyć. Dopiero w sytuacji, w której państwo będzie wspierało i umożliwiało kobietom zarówno sprawiedliwą pracę w domu jak i poza nim będziemy mogli mówić o wyzwoleniu kobiet. Ta możliwość wyboru odciąży kobiety, zlikwiduje przymus i sprowadzi decyzje co do obieranego modelu rodziny, rodzaju wychowania do indywidualnej woli kobiety. Pojawi się swoboda i prawdziwa wolność, która otworzy kobietom drogę do twórczej samorealizacji.
O prawa kobiet należy walczyć i jest to zarówno w interesie kobiet jak i mężczyzn. Wyzwolenie kobiet ma swoich potężnych wrogów. Tym pierwszym wrogiem, szczególnie w Polsce, jest kościół, który piętnuje i ubezwłasnowolnia kobiety sprowadzając je do roli posłusznych mężom gospodyń domowych[1]. Tym drugim wrogiem, obecnie trudniej rozpoznawalnym, jest neoliberalizm, który demoluje kobiety dzięki swoim agentom, kapitalistom[2]. Sprywatyzowana kobieta musi się opłacać, musi wyrzec się macierzyństwa lub cierpieć, a równość jakiej doświadczy to równość w byciu wyzyskiwaną wraz z mężczyznami. Kobieta w tej dwoistej rzeczywistości staje się karną, kontrolowaną i zindoktrynowaną, skazaną na kaprys męski lub kaprys klasy panującej. Walka o prawa kobiet to nie walka o prawo do bycia businesswoman i burżujką (one również są elementem aparatu terroru płci w kapitalizmie), ale o prawo do bezpiecznego, niekrępującego macierzyństwa, o prawo do samorealizacji, o wspólną, społeczną troskę o potomstwo i możliwość dokonania wyboru innego niż klęcznik/kopalnia.
To nie rynek ma weryfikować kobiety, lecz kobiety weryfikować mają rynek. Do tego niezbędne są zmiany, do tego potrzeba uspołecznienia, zmian w podatkach, zmian politycznych i odważnego działania. Celem jest kontrola i równość społeczna, pozwalająca na uzyskanie dla kobiet swobody wyboru. Efekty tego działania przyniosą ze sobą całościową zmianę stosunków społecznych i poprzez praktykę polityczną przywrócą feminizmowi jego doniosłe znaczenie, odbierając go systemowej nomenklaturze, która przy pomocy neoliberałów i minister Muchy usiłuje wprowadzić ten wspaniały ruch w ślepą uliczkę bezprzedmiotowego sporu o rodzaj wykorzystywanego na salonach języka.
[1] Odważna polityka prorodzinna w wydaniu kościoła [link]
[2] Próbką neoliberalnego lobby są poglądy wyrażane przez Henrykę Bochniarz (która jest m.in zwolenniczką podnoszenia wieku emerytalnego), a także Magdalena Środa i jej stanowisko [link]
2012-03-06 00:32:56

Spektakl zawładnął Polską. Mamy jedną za drugą żałobę narodową, jesteśmy świadkami zbiorowej histerii związanej ze zbliżającym się Euro 2012, torpedowani jesteśmy telewizyjnymi show... Rzeczywistość przesłonięta jest mnożącymi się w przekazie medialnym błahostkami. Półroczna Madzia, zaginiony surfer, podtopiona piwnica, głodna świnia i śnieg - to tylko niewielka część tematów, którymi posługują się stacje telewizyjne, radiowe, czy portale internetowe aby kreować fikcyjną rzeczywistość. Taka fikcyjna rzeczywistość każe nam sądzić, że wszystko jest ok, jest cacy. Jedynym zmartwieniem stają się różnorodne wypadki przy pracy, zaś analizę i dyskusję o sprawach ważkich zastępuje się zbliżeniem na jednostkowe, wybiórcze cierpienie lub radość.
Najważniejsze kwestie pozostają w ukryciu, są przesłonięte sztucznym, bezustannie nadawanym przekazem. Nierówności społeczne, podatki dla najbogatszych, dofinansowanie publicznej służby zdrowia, udział w wojnach - te zagadnienia praktycznie nigdy nie są omawiane. Poważne kwestie, jeśli w ogóle są już podnoszone podczas publicznej debaty, ulegają przeróbkom. Wątki zapożyczone od feminizmu wypływają na wierzch tylko wtedy, gdy przerabia się je tak by dotyczyły zabawnych igraszek językowych, kwestia wyjątkowo wysokich premii dla menadżerów zatrudnionych w sektorze publicznym pojawia się tylko przy okazji dyskusji nad zasadnością przyznania nagród przewidzianych dla osób odpowiedzialnych za budowę Stadionu Narodowego itd...
Przekaz medialny nigdy nie stał na specjalnie wysokim poziomie, ale obecna sytuacja wydaje się być unikatowa. Poza indywidualistyczną, polaną jarmarczną świadomością i wydawaną w tabloidowym formacie nie występuje już praktycznie inna, dostępna szerszej publiczności, interpretacja świata. Na wyższych półkach znajdziemy być może lepsze dzieła, bystrzejszych analityków, dziennikarzy i artystów - ale nawet ich subtelniejsze środki przekazu służą tej samej, destrukcyjnej dezinformacji. Każdy przekaz funkcjonuje na zasadzie izolacji. Najważniejszym celem dla tak pojmowanej wiadomości-produktu, jest to by nie stać się przypadkiem elementem szerszej układanki, by nie kolidować z czymkolwiek, by nie iść w sukurs jakiemukolwiek programowi, zestawowi opinii, czy (broń boże!) przekonań.
Każdy spektakl i każde igrzyska mają swoją określoną skuteczność i żywotność. W większości ze społecznie podejmowanych kwestii obywatel nie ma nawet szans w jakikolwiek sposób partycypować. Nie będziemy uczestnikami żałoby narodowej, nic poza paroma sekundami przemyśleń nie zaoferujemy rozlicznym ofiarom wypadków i nieszczęść. Hałaśliwość spektaklu jest dalece myląca - potrafi przykuć uwagę, ale jest nieskuteczna przy próbach zaangażowania publiczności w naturę samego przedsięwzięcia. Organizatorzy Euro 2012 doskonale o tym wiedzą, dlatego poza stadionami, które będą symbolem wielkości spektaklu, budują też strefy kibica, które robi się przy pomocy skrzynek po coca-coli i na tanich, imitujących boiskową trawę, zielonych dywanach z promocji. Igrzyska tworzą pomost, pozwalają zmęczonemu społeczeństwu dotrwać, patrzeć w przyszłość, w z góry zaprojektowaną już perspektywę. Projektanci tej perspektywy są świadomi niepewnej sytuacji po igrzyskach, wiedzą że sama zasłona dymna może nie wystarczyć, gdy igrzyska się skończą. Koniec końców zawsze potrzebny jest plan działań, w razie gdyby strategia odwracania uwagi, strategia spektaklu zawiodła - dla naszego rządu tą alternatywą najpewniej będzie kupiona za obiecywane podwyżki lojalność policji i wojska[1].
[1] "Jednak na etapie planowania budżetu okazało się, że w pierwszej kolejności podwyżki otrzymają tylko wojsko i policja" - http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114877,11272560,PO__podwyzki_dla_sluzb_mundurowych___na_miare_mozliwosci.html






