Aj waj okiupaj
2011-12-15 00:06:29
Anonimowy protestujący obywatel został człowiekiem roku według tygodnika Time. To wzruszające wydarzenie można określić jako początek końca patetycznej kariery ruchu "oburzonych". Zgodnie z popularnym, bernstainowskim powiedzeniem, lewica powinna wspierać wszystkie podobne zjawiska choć odrobinę związane z nią ideologicznie. Dlaczego jednak lewica tak bardzo brzydzi się komunistycznych (w dobrym tego słowa znaczeniu) metod politycznej agitacji znanych z roku 68'? Głęboka wiara we wrodzoną mądrość mas robotniczych widocznie nijak się ma do mądrości prekariatu europejskiego i amerykańskiego. Lewica woli smutnymi oczyma impotenta oglądać podrygi swojego dawno nieużywanego przyrodzenia przy pornografii, którą zaraz zakończą reklamy. Lewica wśród "oburzonych" musi stać z boku, zostawić lewicowość i organizacyjną przynależność by wtopić się w tłum. W tym przypadku anonimowość (przecież jedna z ważniejszych doktryn ruchu "oburzonych") narzuca organizacjom lewicowym bierność nawet, gdy uczestniczą aktywnie w protestach. Kapitaliści, posiadacze i wplątane we władze media nie muszą się tą anonimowością martwić i już ukradły "oburzonych", a na pewno ukradły ruch Occupy. Kwestionowanie JEDYNIE przydatności i moralności sektora finansowego to o wiele za mało by zmienić rzeczywistość, a szerszy punkt widzenia może być osiągnięty tylko przez zaangażowanie i współpracę demonstrantów z partiami socjalistycznymi i komunistycznymi. Słabość takiego zaplecza w Stanach jak najbardziej rozumiem, lata łopatologicznego antykomunizmu i stacja FOX wystarczają, by wpadać w ramiona nawracającym się powoli politykom amerykańskim. Ale w Europie? Rok 68' to z pewnością polityczny zawód, ale również eksplozja partyjnej przynależności. I to nie w partiach sprofilowanych na liberalną demokrację, ale przede wszystkich tych głęboko antysystemowych. Wszak "Marx, Mao, Marcuse!". Co lewicy zostanie po "oburzonych"?

Za Žižkiem powtórzę tezę o braku nie tylko wiary, ale przede wszystkim wyobraźni, która nie pozwala nam stworzyć obrazu świata po upadku kapitalizmu, ani świata gdzie kapitalizm został zniesiony. W mojej ocenie pozwolenie na ruch bez celu jest ideą szczytną, ale zawsze nadchodzi moment, w którym cel należy zdefiniować. Dla tych demonstrantów ten moment już dawno minął. "Oburzeni" to esencja tego co można nazwać lumpen lewicą (zawsze chciałem użyć takiego sformułowania!). Kawiarnianego, roszczeniowego hipsterstwa, które musi zostać zjedzone, przerzute i wyplute przez burżuazyjną demokrację by stanąć tam, gdzie stali robotnicy. Prekariat nie nabierze świadomości klasowej jeśli nie otrzyma stosownej pomocy. Postulat protestów przeprowadzanych przez samoistnie organizujący się tłum to pierwszy krok do roztrwonienia całego potencjału - spodziewam się spektakularnej klęski, która skłoni nas do zastanowienia się nad formami demokracji odpowiednimi dla danego miejsca i czasu. Ułuda demokracji bezpośredniej na ulicy, w stanie permanentnej walki z kapitalizmem i mediami jest nie na miejscu, tym bardziej, że w tłumie przeważają zdyskredytowane idee reformatorskie. Przecież "oburzeni" to zbiedniała klasa średnia, która domaga się powrotu do swojego dawnego poziomu życia. Zauważa powoli, że kapitalizm może jej tego nie zagwarantować, więc jest podatna na pewien romans z socjalizmem, ale bez zbędnego zaangażowania. Postawa roszczeniowa nie zmieni świata, zmieni je głębokie przekonanie o słuszności wprowadzenia socjalistycznych stosunków gospodarczych. Nie dla podwyższenia warunków życia zbiedniałej klasy średniej, ale dla podniesienia warunków życia wszystkim osławionym 99 procentom społeczeństwa.

Nasza antysystemowa lumpen lewica już podniosła głowę w postaci Janusza Palikota. Czy gdy ten ją zawiedzie będzie mogła zwrócić się do partii socjalistycznych i komunistycznych? Nie bardzo. Czas takie partie zakładać.
Wyrzut sumienia lewicy
2011-11-30 20:39:02
Podejmę dziś kwestię lewicy parlamentarnej. Nie będę dywagował nad wyższością Sojuszu Lewicy Demokratycznej czy Ruchu Palikota, ale raczej nad samym podejściem radykalnej lewicy do problemu tożsamości ideowej ludzi zasiadających pod szyldami partii popularnie nazywanych lewicowymi.

Zrezygnowałem z wiary, że demokracja parlamentarna i europejskie socjaldemokracje mają jakiekolwiek szanse zmiany rzeczywistości. Ale dołożę wszelkich starań, żeby w Polsce dostały tę szansę. Bo SLD będzie ją miało dopiero kiedy wykształci kadry ideologicznie rozumiejące swoje miejsce po lewej stronie sceny politycznej, a także wiedzące, że wymaga to pewnego sposobu zachowań. Czy to hipokryzja? Nie to po prostu element podjęcia walki politycznej z liberalizmem na polu, na którym socjalizm przegrał z kretesem.

Radykalna lewica może krytykować lewicę parlamentarną, tylko po co? Jaki jest sens kopania leżącego i udowadniania wyższości nad wolnorynkowcami. Brak niezależnych środków przekazu ogranicza przecież socjalistyczne argumenty, kompletnie niesłyszalne po drugiej stronie, a zwiększające tylko poziom frustracji i niechęci kierowane w stronę sejmu. Przecież jest w SLD pokaźna grupa osób myślących, którzy gubią się w swoich poglądach otoczeni przez wszechobecnych nosicieli krawatów. W Pcimiu Dolnym mają się zapisać do organizacji socjalistycznej? Przecież tam jest tylko SLD. Dopóki socjalizm nie będzie w stanie podnieść rękawicy na poziomie organizacyjnym nie powinien popadać w krytykanctwo. Łatwiej przekonać do swoich racji socjaldemokratę niż socjalliberała, czy liberała.

Nie szczędzę SLD krytyki pod względem programowym, czy też podejścia części członków do uprawiania polityki. Jednak mam głębokie poczucie, że tylko ta partia jest w stanie obecnie reprezentować poglądy wahające się od umiarkowanej socjaldemokracji do centrolewicy. Niekoniecznie moje poglądy, ale niezaprzeczalnie potrzebne. A socjaldemokracja to niezbędne dla lewicy narzędzie. Nikt nie łapie za karabiny, a zanim "oburzeni" na dobre dotrą do Polski, to w Hiszpanii już będą startowali w wyborach z "kapitalizmem z ludzką twarzą" na sloganach. Burżuazyjna demokracja parlamentarna rozbija wszystkie podrygi radykalnej lewicy, a my się dziwimy, chociaż nawet nie umieliśmy postawić pierwszej barykady jaką byłaby zdrowa partia socjaldemokratyczna.

Sztuczny Napieralski i jego robot dance na spotach z emerytkami jest dla mnie o wiele bardziej wiarygodny niż Janusz Palikot. Nie mogę wyzbyć się wrażenia klasowej odmienności. W Napieralskim widzę kogoś, kto ewidentnie nie pasuje do elitarnego środowiska burżuazyjnej demokracji parlamentarnej. Owszem, chce tam być, ma poglądy, które go tam umiejscowiły, ale właśnie tą nienaturalnością budzi moje zaufanie na elementarnym poziomie. A przynajmniej jest to jakiś argument za jego przewagą nad Januszem Palikotem. Sojusz pełen jest takich Napieralskich. Kształtujących się pod pilnym okiem kacyków z powiatowych kółek PZPR. Pozbawionych alternatyw, zbyt trzeźwo patrzących na świat, by uwierzyć w szczytne idee zmiany systemu gospodarczego czy politycznego. I nie ma obok nich socjalistów roztaczających wizję równości i egalitaryzmu. Ze strony lewicy pozaparlamentarnej są tylko gwizdy, plucie i obciążanie za winy paru dziadów z PZPR. Jest wielkie wieszczenie, że po rozpadzie Sojuszu Lewicy Demokratycznej nastąpi era światłości, pojedna pragmatyków i ideowców pod szyldem nieskompromitowanej lewicy.

Jestem w tym przypadku większym pesymistą. Przyjdzie burżuj i kupi lewicę za 400 tysięcy złotych. Jego neoliberalni poplecznicy ograniczą socjalistów jeszcze bardziej niż tych paru dziadków z PRL. A my usiądziemy i podebatujemy jak to będzie dobrze, gdy ta nowa partia się rozpadnie.

Nie. Nie nawołuje do masowego zapisywania się do SLD. Apeluję raczej o chęć podjęcia jakiejkolwiek wymiany intelektualnej z tym środowiskiem, która będzie się odbywała z dużą dozą cierpliwości i dobrej woli.

Jeśli chodzi o SLD to jakąkolwiek szansę widzę w kolektywnym rozwiązaniu problemu słabego przywództwa. Rozwój technologiczny pozwala na internetowe głosowania w sprawach nawet wyższej wagi, pozwala na instruowanie posłów i ograniczenia ich roli do wyraziciela myśli kolektywu. Przyjmowanie stanowisk i wyznaczenie celów działalności można rozwiązać na takim poziomie. Jedynie w ten sposób będzie możliwa jakakolwiek rywalizacja z partiami wodzowskimi. Ale żeby taki pomysł miał szansę powodzenia (nawet nie przyjmuję na razie możliwości wprowadzenia w życie) to jest niezbędna wspomniana wymiana intelektualna ze środowiskiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Należy tą pierwszą barykadę w końcu postawić.


1 maja - okres błędów i wypaczeń
2011-11-19 20:14:40
Dopiero druga połowa listopada, ale niedawna Kolorowa Niepodległa i Parada Równości w Poznaniu skłoniły mnie do przemyśleń na temat 1 maja.

W zeszłym roku miałem wątpliwą przyjemność uczestniczenia w dwóch konkurencyjnych obchodach Święta Pracy. Ani wiecu, ani marszu nie można zaliczyć do udanych. Tragiczna frekwencja, deszcz i przede wszystkim Jan Paweł II.

A jednak w przestrzeni publicznej jest miejsce na parady równości, na "Kolorową Niepodległą" czy na wszelkiego rodzaju manify. Co więcej, uczestnikami tych demonstracji najczęściej są ci sami ludzie. Nie mogę się nie zgodzić z towarzyszem Bojanem Stanisławskim, który rok temu wygłaszał w OPZZ płomienną mowę o porzuceniu anachronicznych metod świętowania 1 maja. Stuosobowa demonstracja faktycznie może być kompromitacją.

Z drugiej strony można spróbować odkurzyć tradycję i na nowo ją zinterpretować. Tak jak w przypadku innych ulicznych inicjatyw warto zdobyć się na budowę porozumienia, sojuszu wielu organizacji i partii. Nie musimy licytować się na lewicowość, wystarczy przy wódce umówić się na jakiś kompromis. Manifa już dawno wypracowała pewne "reguły" promowania własnych organizacji w przestrzeni marszu. Do samego pochodu dodajmy jeszcze na przykład Tydzień Pracowniczy.

W expose Tusk poinformował społeczeństwo o drastycznych zmianach systemu emerytalnego jakie zamierza wprowadzić jego rząd. Jeśli debata na ten temat będzie toczyła się dalej, istnieje szansa, nieduża, ale zawsze, że premier napełni dla nas balon społecznego wkurwienia. 1 maja 2012 roku będzie idealna okazja, żeby upuścić z niego nieco powietrza. Albo nawet przebić.

10 procent dla Palikota w wyborach to wyraźny sygnał, że tego dnia część jego sporego elektoratu będzie także wkurwiona na wszechobecne wspomnienia o Janie Pawle II ("Fakty" nadawane z Watykanu i te sprawy). Oni także zasługują na możliwość wyjścia na ulicę. Poza tym zaprośmy towarzyszy z Niemiec, pozwólmy ONR zrobić blokadę, niech się chłopaki nacieszą.

W każdym razie czas zakończyć niechlubny okres błędów i wypaczeń przy organizacji 1 maja. Pieprzymy w kółko o tych umowach śmieciowych, więc dogadajmy się w końcu żeby móc z twarzą przeciw nim zaprotestować. Dogadajmy się wszyscy, od SLD, OPZZ i Krytyki, przez KSS, MS, po KPP. Chyba, że lewica nie potrafi działać bez stymulacji ze strony GW i TVN.

Krótko o marszu i blokadzie, czyli rzygam tęczą
2011-11-12 18:07:17
Nie chciałem pisać o blokadzie, nie chciałem pisać o marszu. Głównie dlatego, że mnie nie było. Miałem w tym czasie przyjemność spotkać się w Krakowie z młodymi związkowcami z całej Europy. I może dzięki temu mam nieco świeższy punkt widzenia, widziałem to co widziały miliony przed ekranami telewizorów i komputerów.

Muszę się przyznać, w pierwszym odruchu po przeczytaniu mglistych relacji w internecie niezwykle ucieszyłem się, że osławione "lewackie bojówki" podpaliły samochód transmisyjny tvn24. Troszkę mi za to wstyd i troszkę nie. Miałem nadzieję, że coś drgnęło, że wstręt do kłamliwych relacji i neoliberalnej propagandy wybuchł w tłumie. Jak się później okazało, w ten sposób swoje niezadowolenie wobec kłamliwych relacji i socjalistycznej propagandy wyrażała druga strona manifestacji.

I tak właśnie jest. Lewica i prawica zaszczuta na siebie przez media. Nie, nie wierzę w sojusze ekstremów, nie będę bratał się z hailującymi idiotami w sprzeciwie wobec prywatyzacji. Ale mam silne poczucie, że coś tu nie gra.

Nie było tam prawicy i lewicy. Nie było anarchistów i faszystów, konserwatystów i socjaldemokratów, czy socjalistów. Nie było tam ludzi. Po jednej stronie szła Gazeta Polska, Nasz Dziennik, Trwam, Rzeczpospolita i Uważam Rze, po drugiej stała Gazeta Wyborcza, TVN24, Polityka, Przegląd i Przekrój. Wszystkich uczestników marszu i blokady (głównie blokady) sprzedano bez ich zgody, zniewolono w służbie neoliberalnych i konserwatywnych mediów.

Za rok wolałbym uczestniczyć w marszu (choć braku laku i tak pewni pójdę na blokadę). Nie dlatego, że mam jakieś skrajnie głębokie poczucie wartości patriotycznych, ale chciałbym oddać hołd lewicy, która w największym stopniu przyczyniła się do budowy niepodległej II RP. Nie ramię w ramię z hailującymi idiotami i fanami Kurwina, tylko z osobami, które podzielają moje przekonania. Pod czerwonym sztandarem, nie tęczowym.

A w tym roku blokadę ominąłem. I nie żałuję. Gramy na terenie przeciwnika, na wolnorynkowej przestrzeni mediów. Nie umiemy sprzedać swoich wartości, swojej działalności, tylko dlaczego od razu oddajemy je za darmo? Oddaliśmy słowo "lewica" i antyklerykalizm Palikotowi. Wykluczenie ze względu na rasę, płeć i orientację seksualną, wręcz wcisnęliśmy Wyborczej. Dlatego nie żałuję, bo skończyło się medialnym cyrkiem, gdzie wartością jest oglądalność i sprzedaż.

PS. (czyli pretensje)

Nie wiem kto wymyślił tę akcję z nazwą "Kolorowa Niepodległa", ale jak można było to wszystko oddać GW, Karolakowi i innym imbecylom i gwiazdeczkom ze świata szołbiznesu plus Palikotowi. Serio nie lepiej było zmontować własny marsz, przypomnieć kto zamordował pierwszego prezydenta RP, kto organizował pogromy Żydów, kto prześladował tak namiętnie klasę robotniczą? A z drugiej strony można przecież było podkreślić kto uformował pierwszy rząd, kto ucywilizował prawa pracownicze, kto był pierwszym premierem, kto zagwarantował kobietom prawa wyborcze. Wtedy też można rzucać butelkami. Lewica, aż tak wstydzi się swojej czerwieni, że zawsze musi być tęczowa?

RZYGAM TĘCZĄ

Reagan wylazł z grobu
2011-11-09 17:30:49
Warszawska "Solidarność" wspięła się na wyżyny absurdu. Związkowcy pracujący w PLL LOT wyrazili ustami swojego przewodniczącego, na łamach stołecznej GW, żądanie zmiany nazwy ulicy z 17 stycznia na Ronalda Reagana. Przy 17 stycznia znajduje się bowiem biurowiec LOTu, w którym ma nieprzyjemność urzędować "Solidarność".

W wypowiedzi dla GW wspomniany przewodniczący zauważa, że nagannym jest fakt sąsiadowania ulicy upamiętniającej wejście Armii Czerwonej do Warszawy z siedzibą "Solidarności". I nawet nie chodzi mi o to, że chcą zmieniać tę nazwę. Tylko dlaczego na Reagana? Tu właśnie ukryte leży sedno absurdu.

Zdaniem "Solidarności" komunizm obaliły trzy mityczne siły - Jan Paweł II, Lech Wałęsa (dziwię się, że go wymieniono, wszak to podobno persona non grata w swoim dawnym związku) i właśnie Ronald Reagan. Amerykanom za demokracje związkowcy niech podziękują lepiej przy okazji kolejnego strajku w zakładzie z amerykańskimi właścicielami. Można też w czasie redukcji spowodowanych kryzysem.

Najlepsze jest jednak to, że Reagan wyrzucił na zbity pysk 12 tysięcy kontrolerów lotu w Stanach, za nieprzerwanie strajku. Mogli chociaż notkę na wikipedii przeczytać. "Solidarność" nie zadeklarowała pokrycia ze swoich składek wszelkich kosztów wobec mieszkańców, budżetu miasta i firm, a właśnie te podmioty zapłacą za widzimisię związkowców. Zważywszy na międzynarodową działalność LOTu koszty te są niemałe, pewnie mniejsze od możliwych trzynastek albo czternastek. Ale to przecież nie chodzi o płace, premie czy warunki pracy. Gra toczy się o symbol!

Nie mam nic przeciwko postulatom zmian nazwy, ale jeśli związek zawodowy chce uhonorować w ten sposób przeciwnika tych samych związków na drugiej półkuli, to oznacza, że coś nie gra. Rozumiem pewne zaniepokojenie w PiS i chęć wyrażenia swojego zaangażowania w trudnych chwilach, ale chyba nie trzeba od razu obrażać całej historii ruchu robotniczego i związkowego swoją ignorancją.

17 stycznia to także rocznica rozpoczęcia akcji "Pustynna Burza". Idąc do pracy pracownicy zrzeszeni w "Solidarności" mogą bez problemu kontemplować amerykański imperializm, plusy wolnego rynku i zachwycać się wspaniałością największego sojusznika Polski na arenie międzynarodowej. Dlatego za cholerę nie rozumiem o co im chodzi.

Cała sytuacja sprowadza nas do konkluzji o słabości polskiego ruchu związkowego, który pozwolił wyhodować takiego raka jakim jest "Solidarność", a właściwie jej prawicowe szefostwo zaprzedane Prawu i Sprawiedliwości. Należy o tym pamiętać w swoim miejscu pracy i jak najszybciej zapisać się do jakiegokolwiek związku, lub założyć nowy, co samo w sobie jest przejawem lewicowości i pozwala w jakimś ograniczonym stopniu kształtować nie tylko warunki pracy, ale również scenę związkową (która w każdym cywilizowanym kraju pokrywa się ze środowiskiem lewicowym). Lekarstwa na raka jeszcze nie wynaleziono, to na władze "Solidarność" też zapewne nie pojawi się szybko, ale próbować trzeba.
Kto jest w Polsce "oburzony"?
2011-11-07 16:45:13
Okupacja Wall Street, londyńskiej katedry, madryckich placów i holenderskiej giełdy. Manifestacje w Rzymie, Atenach, Berlinie i prawie tysiącu innych miast świata. 15 października miał rozpocząć się nowy rozdział w dziejach ludzkości. Czy w Polsce ruch “oburzonych” wywoła społeczną rewolucję?

Warszawska manifestacja licząca kilkaset osób pozwoliła zapobiec kompromitacji. Jednak czy ludzie, którzy wyszli na ulicę stolicy byli reprezentacją polskich niezadowolonych, młodych obywateli? Polacy wolą oburzać się w cichości serca, narzekać w obecności sąsiadów, a ostre i kontrowersyjne opinie wygłaszać w miejscach zapewniających anonimowość takich jak Internet czy urna wyborcza. Dla miażdżącego porównania, młodzi Hiszpanie rozumieją swoją sytuację polityczną i gospodarczą na tyle, żeby nie bać się postulatów takich jak podzielenie pełnowymiarowych etatów mające na celu rozmnożenie miejsc pracy. W polskich realiach podobny pomysł spotkałby się z krytyką ekspertów i “ekspertów”. Ekonomia wszak jest nauką ścisłą i basta. Ten abstrakcyjny postulat oddania władzy nad rozwojem gospodarczym kraju i sytuacją materialną obywateli w mityczne ręce wolnego rynku, chyba boli najbardziej. Na etapie cywilizacyjnym jaki osiągnęliśmy (a osiągnął go cały świat rękami pracowników w krajach postkolonialnych i “rozwijających się”, nie jest to jedynie dorobek Europy Zachodniej i USA) zjawiskiem co najmniej niewłaściwym jest sankcjonowanie i bronienie systemu zwiększającego rozwarstwienie społeczne.

American dream, wciąż jednak żywy jest w naszym kraju. Młodzi ludzie chętnie bronią przywilejów najbogatszych, gdyż wierzą, że sami się w tej grupie kiedyś znajdą. I w Polsce to ich oburzenie dominuje wśród młodzieży. Oburzenie na wysokie podatki. Na świadczeni emerytalne, których nikt nie może być pewien i na niezrozumiałe działanie ZUS i KRUS. Na pomoc socjalną, która podobno generuje wiecznych bezrobotnych. Inteligentny, zaradny, rozumiejący prawa wolnego rynku człowiek przecież sobie poradzi. Oburzenie na “socjalistyczną” Unię Europejską hamującą nasz rozwój i wolny rynek (postulat, który wydaje mi się najbardziej abstrakcyjny, lobbystom wielkich korporacji pracujących w Brukseli zapewne też). Łatwo zauważyć, że młodzież ta dostrzega takie same problemy jak ich rówieśnicy w innych krajach. Jednak za naszymi granicami receptą na kryzys jest postulowanie demokracji bezpośredniej, odsunięcie elit finansowych i politycznych od władzy i zwiększenie państwowej kontroli nad rynkami finansowymi i gospodarką kraju.

W Polsce nieprzejrzystość rodzimej państwowości i jej swoista ułomność zrodziła nienawiść do państwowości sensu stricto. Dla młodych Polek i Polaków główną przyczyną kryzysu jest masowe rozdawnictwo krajów Unii, ingerencja państwa w gospodarkę i nieumiejętne zarządzanie spółkami skarbu państwa (i w ogóle ich istnienie). Nieskrępowany wolny rynek jest świetnym rozwiązaniem, gdyż daje szanse wybicia się najlepszym. A u nas wszyscy są najlepsi. Największą jednak i fundamentalną różnicą jest popularny na zachodzie postulat “Nie będziemy płacić za wasz kryzys”. Symbolizuje on oderwanie się rządzących elit od społeczeństwa, wyraża chęć zbliżenia i przejęcie decyzyjności przez właśnie to społeczeństwo. W Polsce to samo hasło spotka się z definicją – nie będziemy płacić za wasz kryzys, socjaliści. Nie ma chęci i nadziei, jakiejkolwiek potrzeby walki o demokrację bezpośrednią. Jest za to rozczarowanie i pragnienie wypchnięcia zbędnego balastu jakim jest państwo (podatki) i postawa obywatelska (ciągle Tusk i Kaczyński w telewizji).

Jedną z ofiar takiej sytuacji są zdecydowanie związki zawodowe. W mediach zawsze obarczane są “postawą roszczeniową”, wśród młodych ludzi wzbudzają niechęć przywilejami jakie wywalczają dla swoich członków. I mamy kolejny absurd. Jeśli w związkach zawodowych podobno jest tak dobrze, dlaczego tak niewielu młodych chce bronić swoich praw pracowniczych przez zrzeszanie się w ich strukturach bądź powoływanie nowych? Tym bardziej w prywatnych korporacjach, gdzie umowa o pracę jest legendarnym dobrem osiągalnym jedynie dla niewielkiej części pracowników. Związki zawodowe z całą siłą powinny wspierać ruch “oburzonych” (tak jak robią to związki amerykańskie względem ludzi okupujących Wall Street). Polskie związki zawodowe często przyjmują strategię politycznej walki o sprawy absolutnie nie związane z pracą czy gospodarką. Budzi to nieufność szczególnie wśród młodzieży liberalnie nastawionej światopoglądowo i źle wpływa na całościową ocenę ich działalności, nie tylko tych, które popierają partie prawicowe. Zresztą opinia o związkach jest spaczona podobną chorą logiką jak w przypadku państwa – jeśli polskie związki nie działają dobrze, to znaczy, że związki zawodowe są instytucją przestarzałą i zbędną. Tym bardziej cieszy postępowe i racjonalne stanowisko Komisji Młodych Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, które wyciąga rękę do manifestantów:

“My młodzi, chcemy mieć możliwość normalnego funkcjonowania w naszym państwie. Chcemy realizacji klarownej polityki państwa; chcemy likwidacji tzw. umów śmieciowych i mieć gwarancję stabilizacji zatrudnienia, która umożliwi nam lepszy start w usamodzielnienie się; chcemy godziwych wynagrodzeń; chcemy mieć dostęp do bezpłatnej edukacji na każdym poziomie, dostosowanej do aktualnej sytuacji na rynku; chcemy mieć gwarancję, że nasze dzieci zostaną przyjęte do publicznych żłobków i przedszkoli; chcemy czytelnych przepisów mówiących o zasadach gromadzenia środków na naszą przyszłą emeryturę; chcemy mieć gwarancję bezpłatnej opieki zdrowotnej. Jednym słowem – chcemy godnie żyć w Naszym państwie!”.

Pozostaje żałować, że za młodymi, w sobotnie południe, nie potrafiło stanąć więcej starszych związkowców. Czasami można zrzucić zakładowe barwy, by w niekoniecznie szarym tłumie, zamanifestować swoją solidarność z sytuacją młodzieży, jak również sprzeciw wobec sytuacji w kraju. Szczególnie po wyborach, które zaczynają bardzo mroczny okres dla związków zawodowych i całej lewicy.

Chciałbym naiwnie sądzić, że młodzi ludzie, na przykładzie których dokonałem tak daleko idącej generalizacji to znikomy przypadek patologiczny. Jednak wystarczy lektura komentarzy na każdym z większych portali internetowych żeby przekonać się, że właśnie ten neoliberalny wrzask o kapitalizm w najczystszej postaci jest najbardziej słyszalny. A przecież tak działają “oburzeni”. Nie wątpię, że w Polsce setki tysięcy, a nawet miliony obywateli poparłoby postulaty ludzi z ulic Rzymu, Londynu, Madrytu, czy Aten, jednak nie mają oni żadnych szans na poznanie wspomnianych postulatów i przede wszystkim na zbudowanie w sobie wewnętrznej krytyki systemu. Ale za to już musimy podziękować ITI, Agorze i własnemu lenistwu.

Trzymam kciuki za prawdziwych polskich “oburzonych”, trzymam kciuki za to żeby wypracowali solidarność swojej grupy. Żeby zrozumieli swoje problemy i nauczyli się wyrażać oburzenie w sposób, który odbierze monopol na nie liberałom spod znaku Janusza Korwina-Mikke i Janusza Palikota.

Tekst ukazał się na łamach dwutygodnika Związkowiec.OPZZ