Kto jest w Polsce "oburzony"?
2011-11-07 16:45:13
Okupacja Wall Street, londyńskiej katedry, madryckich placów i holenderskiej giełdy. Manifestacje w Rzymie, Atenach, Berlinie i prawie tysiącu innych miast świata. 15 października miał rozpocząć się nowy rozdział w dziejach ludzkości. Czy w Polsce ruch “oburzonych” wywoła społeczną rewolucję?

Warszawska manifestacja licząca kilkaset osób pozwoliła zapobiec kompromitacji. Jednak czy ludzie, którzy wyszli na ulicę stolicy byli reprezentacją polskich niezadowolonych, młodych obywateli? Polacy wolą oburzać się w cichości serca, narzekać w obecności sąsiadów, a ostre i kontrowersyjne opinie wygłaszać w miejscach zapewniających anonimowość takich jak Internet czy urna wyborcza. Dla miażdżącego porównania, młodzi Hiszpanie rozumieją swoją sytuację polityczną i gospodarczą na tyle, żeby nie bać się postulatów takich jak podzielenie pełnowymiarowych etatów mające na celu rozmnożenie miejsc pracy. W polskich realiach podobny pomysł spotkałby się z krytyką ekspertów i “ekspertów”. Ekonomia wszak jest nauką ścisłą i basta. Ten abstrakcyjny postulat oddania władzy nad rozwojem gospodarczym kraju i sytuacją materialną obywateli w mityczne ręce wolnego rynku, chyba boli najbardziej. Na etapie cywilizacyjnym jaki osiągnęliśmy (a osiągnął go cały świat rękami pracowników w krajach postkolonialnych i “rozwijających się”, nie jest to jedynie dorobek Europy Zachodniej i USA) zjawiskiem co najmniej niewłaściwym jest sankcjonowanie i bronienie systemu zwiększającego rozwarstwienie społeczne.

American dream, wciąż jednak żywy jest w naszym kraju. Młodzi ludzie chętnie bronią przywilejów najbogatszych, gdyż wierzą, że sami się w tej grupie kiedyś znajdą. I w Polsce to ich oburzenie dominuje wśród młodzieży. Oburzenie na wysokie podatki. Na świadczeni emerytalne, których nikt nie może być pewien i na niezrozumiałe działanie ZUS i KRUS. Na pomoc socjalną, która podobno generuje wiecznych bezrobotnych. Inteligentny, zaradny, rozumiejący prawa wolnego rynku człowiek przecież sobie poradzi. Oburzenie na “socjalistyczną” Unię Europejską hamującą nasz rozwój i wolny rynek (postulat, który wydaje mi się najbardziej abstrakcyjny, lobbystom wielkich korporacji pracujących w Brukseli zapewne też). Łatwo zauważyć, że młodzież ta dostrzega takie same problemy jak ich rówieśnicy w innych krajach. Jednak za naszymi granicami receptą na kryzys jest postulowanie demokracji bezpośredniej, odsunięcie elit finansowych i politycznych od władzy i zwiększenie państwowej kontroli nad rynkami finansowymi i gospodarką kraju.

W Polsce nieprzejrzystość rodzimej państwowości i jej swoista ułomność zrodziła nienawiść do państwowości sensu stricto. Dla młodych Polek i Polaków główną przyczyną kryzysu jest masowe rozdawnictwo krajów Unii, ingerencja państwa w gospodarkę i nieumiejętne zarządzanie spółkami skarbu państwa (i w ogóle ich istnienie). Nieskrępowany wolny rynek jest świetnym rozwiązaniem, gdyż daje szanse wybicia się najlepszym. A u nas wszyscy są najlepsi. Największą jednak i fundamentalną różnicą jest popularny na zachodzie postulat “Nie będziemy płacić za wasz kryzys”. Symbolizuje on oderwanie się rządzących elit od społeczeństwa, wyraża chęć zbliżenia i przejęcie decyzyjności przez właśnie to społeczeństwo. W Polsce to samo hasło spotka się z definicją – nie będziemy płacić za wasz kryzys, socjaliści. Nie ma chęci i nadziei, jakiejkolwiek potrzeby walki o demokrację bezpośrednią. Jest za to rozczarowanie i pragnienie wypchnięcia zbędnego balastu jakim jest państwo (podatki) i postawa obywatelska (ciągle Tusk i Kaczyński w telewizji).

Jedną z ofiar takiej sytuacji są zdecydowanie związki zawodowe. W mediach zawsze obarczane są “postawą roszczeniową”, wśród młodych ludzi wzbudzają niechęć przywilejami jakie wywalczają dla swoich członków. I mamy kolejny absurd. Jeśli w związkach zawodowych podobno jest tak dobrze, dlaczego tak niewielu młodych chce bronić swoich praw pracowniczych przez zrzeszanie się w ich strukturach bądź powoływanie nowych? Tym bardziej w prywatnych korporacjach, gdzie umowa o pracę jest legendarnym dobrem osiągalnym jedynie dla niewielkiej części pracowników. Związki zawodowe z całą siłą powinny wspierać ruch “oburzonych” (tak jak robią to związki amerykańskie względem ludzi okupujących Wall Street). Polskie związki zawodowe często przyjmują strategię politycznej walki o sprawy absolutnie nie związane z pracą czy gospodarką. Budzi to nieufność szczególnie wśród młodzieży liberalnie nastawionej światopoglądowo i źle wpływa na całościową ocenę ich działalności, nie tylko tych, które popierają partie prawicowe. Zresztą opinia o związkach jest spaczona podobną chorą logiką jak w przypadku państwa – jeśli polskie związki nie działają dobrze, to znaczy, że związki zawodowe są instytucją przestarzałą i zbędną. Tym bardziej cieszy postępowe i racjonalne stanowisko Komisji Młodych Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, które wyciąga rękę do manifestantów:

“My młodzi, chcemy mieć możliwość normalnego funkcjonowania w naszym państwie. Chcemy realizacji klarownej polityki państwa; chcemy likwidacji tzw. umów śmieciowych i mieć gwarancję stabilizacji zatrudnienia, która umożliwi nam lepszy start w usamodzielnienie się; chcemy godziwych wynagrodzeń; chcemy mieć dostęp do bezpłatnej edukacji na każdym poziomie, dostosowanej do aktualnej sytuacji na rynku; chcemy mieć gwarancję, że nasze dzieci zostaną przyjęte do publicznych żłobków i przedszkoli; chcemy czytelnych przepisów mówiących o zasadach gromadzenia środków na naszą przyszłą emeryturę; chcemy mieć gwarancję bezpłatnej opieki zdrowotnej. Jednym słowem – chcemy godnie żyć w Naszym państwie!”.

Pozostaje żałować, że za młodymi, w sobotnie południe, nie potrafiło stanąć więcej starszych związkowców. Czasami można zrzucić zakładowe barwy, by w niekoniecznie szarym tłumie, zamanifestować swoją solidarność z sytuacją młodzieży, jak również sprzeciw wobec sytuacji w kraju. Szczególnie po wyborach, które zaczynają bardzo mroczny okres dla związków zawodowych i całej lewicy.

Chciałbym naiwnie sądzić, że młodzi ludzie, na przykładzie których dokonałem tak daleko idącej generalizacji to znikomy przypadek patologiczny. Jednak wystarczy lektura komentarzy na każdym z większych portali internetowych żeby przekonać się, że właśnie ten neoliberalny wrzask o kapitalizm w najczystszej postaci jest najbardziej słyszalny. A przecież tak działają “oburzeni”. Nie wątpię, że w Polsce setki tysięcy, a nawet miliony obywateli poparłoby postulaty ludzi z ulic Rzymu, Londynu, Madrytu, czy Aten, jednak nie mają oni żadnych szans na poznanie wspomnianych postulatów i przede wszystkim na zbudowanie w sobie wewnętrznej krytyki systemu. Ale za to już musimy podziękować ITI, Agorze i własnemu lenistwu.

Trzymam kciuki za prawdziwych polskich “oburzonych”, trzymam kciuki za to żeby wypracowali solidarność swojej grupy. Żeby zrozumieli swoje problemy i nauczyli się wyrażać oburzenie w sposób, który odbierze monopol na nie liberałom spod znaku Janusza Korwina-Mikke i Janusza Palikota.

Tekst ukazał się na łamach dwutygodnika Związkowiec.OPZZ

następny komentarze