Aj waj okiupaj
2011-12-15 00:06:29
Anonimowy protestujący obywatel został człowiekiem roku według tygodnika Time. To wzruszające wydarzenie można określić jako początek końca patetycznej kariery ruchu "oburzonych". Zgodnie z popularnym, bernstainowskim powiedzeniem, lewica powinna wspierać wszystkie podobne zjawiska choć odrobinę związane z nią ideologicznie. Dlaczego jednak lewica tak bardzo brzydzi się komunistycznych (w dobrym tego słowa znaczeniu) metod politycznej agitacji znanych z roku 68'? Głęboka wiara we wrodzoną mądrość mas robotniczych widocznie nijak się ma do mądrości prekariatu europejskiego i amerykańskiego. Lewica woli smutnymi oczyma impotenta oglądać podrygi swojego dawno nieużywanego przyrodzenia przy pornografii, którą zaraz zakończą reklamy. Lewica wśród "oburzonych" musi stać z boku, zostawić lewicowość i organizacyjną przynależność by wtopić się w tłum. W tym przypadku anonimowość (przecież jedna z ważniejszych doktryn ruchu "oburzonych") narzuca organizacjom lewicowym bierność nawet, gdy uczestniczą aktywnie w protestach. Kapitaliści, posiadacze i wplątane we władze media nie muszą się tą anonimowością martwić i już ukradły "oburzonych", a na pewno ukradły ruch Occupy. Kwestionowanie JEDYNIE przydatności i moralności sektora finansowego to o wiele za mało by zmienić rzeczywistość, a szerszy punkt widzenia może być osiągnięty tylko przez zaangażowanie i współpracę demonstrantów z partiami socjalistycznymi i komunistycznymi. Słabość takiego zaplecza w Stanach jak najbardziej rozumiem, lata łopatologicznego antykomunizmu i stacja FOX wystarczają, by wpadać w ramiona nawracającym się powoli politykom amerykańskim. Ale w Europie? Rok 68' to z pewnością polityczny zawód, ale również eksplozja partyjnej przynależności. I to nie w partiach sprofilowanych na liberalną demokrację, ale przede wszystkich tych głęboko antysystemowych. Wszak "Marx, Mao, Marcuse!". Co lewicy zostanie po "oburzonych"?

Za Žižkiem powtórzę tezę o braku nie tylko wiary, ale przede wszystkim wyobraźni, która nie pozwala nam stworzyć obrazu świata po upadku kapitalizmu, ani świata gdzie kapitalizm został zniesiony. W mojej ocenie pozwolenie na ruch bez celu jest ideą szczytną, ale zawsze nadchodzi moment, w którym cel należy zdefiniować. Dla tych demonstrantów ten moment już dawno minął. "Oburzeni" to esencja tego co można nazwać lumpen lewicą (zawsze chciałem użyć takiego sformułowania!). Kawiarnianego, roszczeniowego hipsterstwa, które musi zostać zjedzone, przerzute i wyplute przez burżuazyjną demokrację by stanąć tam, gdzie stali robotnicy. Prekariat nie nabierze świadomości klasowej jeśli nie otrzyma stosownej pomocy. Postulat protestów przeprowadzanych przez samoistnie organizujący się tłum to pierwszy krok do roztrwonienia całego potencjału - spodziewam się spektakularnej klęski, która skłoni nas do zastanowienia się nad formami demokracji odpowiednimi dla danego miejsca i czasu. Ułuda demokracji bezpośredniej na ulicy, w stanie permanentnej walki z kapitalizmem i mediami jest nie na miejscu, tym bardziej, że w tłumie przeważają zdyskredytowane idee reformatorskie. Przecież "oburzeni" to zbiedniała klasa średnia, która domaga się powrotu do swojego dawnego poziomu życia. Zauważa powoli, że kapitalizm może jej tego nie zagwarantować, więc jest podatna na pewien romans z socjalizmem, ale bez zbędnego zaangażowania. Postawa roszczeniowa nie zmieni świata, zmieni je głębokie przekonanie o słuszności wprowadzenia socjalistycznych stosunków gospodarczych. Nie dla podwyższenia warunków życia zbiedniałej klasy średniej, ale dla podniesienia warunków życia wszystkim osławionym 99 procentom społeczeństwa.

Nasza antysystemowa lumpen lewica już podniosła głowę w postaci Janusza Palikota. Czy gdy ten ją zawiedzie będzie mogła zwrócić się do partii socjalistycznych i komunistycznych? Nie bardzo. Czas takie partie zakładać.

poprzedninastępny komentarze