Dominik Antonik: Sceptycyzm i utopia Brunona Schulza

[2012-11-19 13:20:45]

W dobie dyskusji o kulturowej i tożsamościowej różnorodności, 70 lat po śmierci pozornie niezainteresowanego polityką Brunona Schulza, filozofia wpisana w jego utwory wydaje się szczególnie aktualna. O ile Schulz mógłby stać się dla polityków cennym źródłem inspiracji, o tyle nie dałby się zawłaszczyć żadnej partii.

TAKI JEST ŚWIAT I NIE MASZ INNYCH ŚWIATÓW PRÓCZ TEGO?

Rocznica urodzin Schulza przypomina nam o jednym z największych pisarzy ubiegłego wieku i dwóch skromnych objętościowo zbiorach opowiadań, które wywarły ogromny wpływ nie tylko na polską kulturę. To jedna z najwnikliwszych w europejskiej literaturze odpowiedzi na kryzys nowoczesności, na destrukcyjny impuls, który sprawił, że wyjaśniona przez naukowców i filozofów rzeczywistość powtórnie stała się obca, podając w wątpliwość panowanie człowieka nad światem, samym sobą i językiem, bez którego nie potrafi sobie radzić. Rocznica śmierci pisarza natomiast przypomina o wszystkim, co wojny nie przetrwało. O "Mesjaszu" i milionach innych ekspresji, jakim nie dane było wybrzmieć, o żydowskim Drohobyczu i tysiącach innych miasteczek, które po szeregu ludobójstw, deportacji i przesiedleń bezpowrotnie utraciły wielokulturowy charakter, o bezsensownej śmierci Schulza i milionów innych, którzy zawinili jedynie swoją odmiennością.

Koszmar drugiej wojny światowej nie był wypadkiem przy pracy, bowiem przez setki lat przygotowywali go wszyscy, którzy wierzyli, że nad rzeczywistością można zapanować, a świat i ludzi uporządkować tak, by nic nie wymknęło się spod kontroli, by nie było miejsca na przypadkowość i dowolność. Punktem dojścia miało być idealne społeczeństwo, a ceną za uporządkowany świat, w którym wszystko jest "ku czemuś", musi być wykluczenie tego, co zbędne, wybrakowane i niedające się wpisać w jednolitą strukturę. Największa katastrofa XX wieku nie była dziełem kilku zbrodniarzy, ale efektem triumfalistycznych ambicji nowoczesności i represyjnego myślenia wspieranego ideologią postępu i dominacji.

Choć Schulz nie mógł się spodziewać rozmiaru nadchodzącej katastrofy, w swojej twórczości dekonstruuje schematy myślowe i ideologiczne przeświadczenia, które do niej doprowadziły. Całe dzieło Schulza jest inscenizacją działania systemów porządkowania świata, a zarazem walką o taką jego realizację, która oparta będzie na wolności, równości, etyce i trosce o to, co odmienne. Twórczość autora "Sklepów cynamonowych", krytyczna wobec utrwalonych schematów światopoglądowych, jest wciąż ponawianą próbą rozbicia siatki pojęciowej, która decyduje o granicach zrozumiałego dla nas świata i zastąpienia jej opowieścią ciekawszą, barwniejszą, ale i w większym stopniu oddającą ludziom i rzeczywistości sprawiedliwość. Schulz pyta, czy możliwy jest inny, zróżnicowany świat, w którym jednostka ma prawo do własnej odrębności i wyjątkowości, czy człowiek przyzwyczajony do strukturyzowania i nadawania ram pojęciowych wszystkiemu, co go otacza, mógłby taki świat pomyśleć i zaakceptować w jego niedającym pewności skomplikowaniu.

KRYTYCZNOŚĆ CZY UŻYTECZNOŚĆ?

Podkreślanie przez autora "Sanatorium pod klepsydrą" odmienności każdego człowieka, która zawsze spotyka się z uogólniającym, ujarzmiającym i krzywdzącym schematem myślenia, ma fundamentalne znaczenie, bowiem Schulz jest nie tylko ambasadorem polskiej kultury, ale również partnerem w dyskusji o naszej wielokulturowej przeszłości i przyszłości. Uroczystościom upamiętniającym Schulza mają towarzyszyć debaty o stosunkach polsko-żydowsko-ukraińsko-niemieckich skomplikowanych przez wspólną trudną historię. Schulz w pewnym stopniu stał się pośrednikiem i dyplomatą, ale jak sprawdzi się w tej roli i czy można uczynić z niego narzędzie polityczne? Jestem przekonany, że nie, że pod tym względem Schulz jest bezużyteczny. Nie da się go obwołać patronem żadnej z politycznych stron ani zdobyć jego poparcia dla jakiejś ideologii. Nie cytują z niego politycy ani nie stawiają go za przykład postawy godnej naśladowania. Wielkością Schulza nie są argumenty i propozycje, ale siła oporu, jaki stawia wszelkim próbom zawłaszczenia. Być może właśnie dlatego rywalizację o patronat kulturalny nad rokiem 2012 przegrał z konkretnym i użytecznym Piotrem Skargą.

Schulz nigdy nie angażował się politycznie, bowiem widział w polityce instytucję zagrażającą wolności człowieka. Polityka, podobnie jak historia i nauki społeczne, posługuje się pojęciem ludzkości – nie mówi o poszczególnych ludziach, ale jednej istocie, a na takie uogólnienie Schulz nie mógł się zgodzić. Pisarz stronił od polityki, ale nie oznacza to, że był apolityczny. Za takiego uchodzi wśród zwolenników nurtu interpretacyjnego, w którym jego literacki świat traktowany jest jako fantastyczna alternatywa dla rzeczywistości czy efekt ucieczki od niej w przestrzeń snu, wyobraźni i mitycznych fabuł. Już programy szkolne sprawiają, że pisarz bardziej kojarzony jest ze światem marzeń niż rzeczywistych sporów. Do Schulza przylgnęła opinia marzyciela, a więc w jakimś sensie eskapisty, który zamknął się w czysto estetycznym świecie własnej wyobraźni i nie ma nic ciekawego do powiedzenia na temat rzeczywistości, ludzi i kultury, ale to opinia bzdurna.

Nawet jeśli Schulz nie jest anarchistą, to z całą pewnością wyraża wobec polityki bezapelacyjny sprzeciw. Nie atakuje jej frontalnie, nie podważa konkretnych decyzji, ale dekonstruuje politykę jako instytucję. Nie zabierając głosu w dyskusji, niszczy płaszczyznę, na której ona się toczy, walczy z tym, co oczywiste i przezroczyste, pokazuje, jak działa polityka i do czego może doprowadzić. Dla Schulza bowiem polityka nie jest konsekwencją istnienia wolnego rynku idei, miejscem, w którym ścierają się sensy, stanowiska światopoglądowe i ideologie. Polityka jako przestrzeń pluralizmu i perswazji, gdzie żaden głos nie jest ostateczny i niepodważalny, ale też żaden nie jest zbędny, według Schulza nie istnieje. Pisarz widzi w niej raczej narzędzie dyscyplinowania, unikania dyskusji, narzucania opinii i wprowadzania ideologii – jedynego wyobrażenia na temat świata, człowieka i dobra wspólnego. Polityka nie jest przestrzenią wolności, gdzie każdy zajmuje własne stanowisko, ale walką o wolność, którą zawsze zdobywa silniejszy. Tak jak każdy inny wytwór człowieka, jest instytucją skażoną pragnieniem porządku, uniwersalności i skończoności, których nie da się osiągnąć bez użycia siły. Jeśli celem polityki jest zapewnianie bezpieczeństwa grupie dominującej, to można je osiągnąć wyłącznie poprzez ujednolicenie myślenia, społeczeństwa i dyskursu, bo wszędzie tam, gdzie pojawia się wolność i różnorodność, o które Schulz się dopomina, pojawia się też możliwość nieobliczalnej zmiany, zagrażającej wszelkiemu ładowi.

Sukcesem polityki jest stabilizacja, a ta odsyła Schulza do ofiar represji i wykluczenia, bowiem może zostać osiągnięta jedynie czyimś kosztem. Uporządkowany świat zawsze ma swoje granice, za którymi tłoczy się to, co nierozpoznane, zepchnięte na margines, zagrażające spójnej opowieści o świecie. Zadaniem, jakie Schulz sobie postawił, jest nieustannie przesuwanie tych granic, by rzeczywistość coraz bardziej się komplikowała, by stawała się różnorodna i niespójna, by nie mogła skostnieć w upragniony przez grupę posiadającą władzę i przywilej wolności jeden sens, wymiar i porządek, zapewniające jej bezpieczeństwo. Właśnie dlatego w miejsce polityki – która u Schulza nie jest sytuacją sporu i różnorodności, ale narzędziem w czyichś rękach – redukującej i uogólniającej świat za pomocą siły, Schulz proponuje otwarcie, zgodę na ryzyko, niepewność, tymczasowość i dostrzeżenie wartości w tym, co odmienne i jednostkowe. Oddajmy mu na chwilę głos: Nie ma człowieka – są tylko nieskończenie odległe od siebie i suwerenne sposoby bycia, nie mieszczące się w żadnej jednolitej formule, nie sprowadzalne do wspólnego mianownika. Od człowieka do człowieka jest skok większy niż od robaka do najwyższego kręgowca. Przechodząc od jednej twarzy do drugiej musimy przestawić się i przebudować do gruntu, musimy zmienić wszystkie miary i założenia. Nic z tych kategorii, które przydatne były, gdy chodziło o jednego człowieka – nie pozostanie nam, gdy staniemy przed innym. Pani powiedziała o indywidualnościach: żywioły… Ja powiedziałbym: filozofowie, systemy, plany świata, recepty na świat… Tym są ludzie.

O tym, jak z tą różnorodnością sobie radzić, od lat toczą się spory i dyskusje. Czy powinniśmy izolować to, co nasze, od wpływów odmiennych kultur, tradycji, religii czy orientacji seksualnych? Ale kim lub czym jest w ogóle to "my", które chcemy chronić, kogo ten podmiot zbiorowy reprezentuje, a kogo wyklucza? Czy powinniśmy otworzyć się na to, co inne, próbując zarazem zachować stabilną tożsamość, zgodzić się na zróżnicowaną kulturę, ale tworzoną przez niezależne elementy, czy jednak zaakceptować trwałą i nie dającą się przewidzieć zmianę tego co nasze i rozpoznane, do jakiej musi dojść w każdym kontakcie z tym, co odmienne, przychodzące z zewnątrz? Czy takie zmiany są bezpieczne i zawsze wzbogacają nas i naszą kulturę, czy jednak coś ryzykujemy, coś możemy stracić? Czy otwarcie wszelkich granic – tych wyznaczanych przez szlabany, ale i tych ustanawianych przez uprzedzenia – nie doprowadzi do zatarcia różnic i powstania jednej wielkiej i homogenicznej kultury? Schulz nikomu w politycznej dyskusji o wielokulturowości i nie pomoże, nie zaproponuje rozwiązań i nie podsunie argumentów, przeciwnie, będzie wytrącał je z rąk, udowadniając, że różnorodność i odmienność to coś, z czym trzeba się zmierzyć, czego należy doświadczyć, czemu powinno się sprostać, a nie problem do rozwiązania na drodze kompromisu. Schulz jako patron tej dyskusji będzie wzywał do krytycznej refleksji nad światem, a ta może zaowocować rozluźnieniem wszelkich o nim sądów, rozszerzając sferę niepewności i hamując człowieka w jego wygórowanych i egoistycznych ambicjach kreowania świata na swoje podobieństwo. Tam, gdzie padnie słowo ludzkość, Schulz powie poszczególni ludzie, gdzie powiedzą Historia, Schulz odpowie miliony losów. Taki sposób myślenia o świecie i ludziach jest motorem jego twórczości, w której stara się oddać sprawiedliwość temu, co jednostkowe, pokazując zarazem, że wiąże się to z wysiłkiem nieomal nadludzkim, graniczącym z przekroczeniem własnego człowieczeństwa.

RZECZYWISTOŚĆ JEST CIENIEM SŁOWA

Świat u Schulza zawsze jest światem zinterpretowanym, co oznacza, że nie mamy dostępu do rzeczywistości samej w sobie, ale do jej językowej reprezentacji. Wśród wielu sposobów rozumienia tej kategorii mieści się zasada ekwiwalentnej wymiany – coś zamiast czegoś. Pieniądze reprezentują towary, które można za nie kupić, a słowa reprezentują rzeczy. Żeby móc robić zakupy, musimy uznać, że fizycznie bezwartościowe banknoty mają tę samą wartość, co odpowiednie towary. Żeby móc się komunikować i tworzyć społeczeństwo, musimy zgodzić się co do tego, że słowa odsyłają do rzeczywistości, w którą wspólnie wierzymy. Pozbawioną sensu i obcą nam rzeczywistość zastąpiły obrazy świata i językowe systemy jego porządkowania. Schulz powiada, że uwiliśmy sobie w świecie gniazdko i wymościliśmy je narracyjnym pluszem. Czujemy się w nim wygodnie i bezpiecznie, niczego do życia w nim nie brakuje, wszystko potrafimy wyjaśnić i przewidzieć, nic nas nie może zaskoczyć, bo nie ma w świecie niczego, co nie zostałoby już gdzieś opisane, a nawet jeśli czemuś udało się uniknąć konfrontacji z katalogującą myślą ludzką, to z pewnością ma to coś cechy pozwalające na przyporządkowanie tego do już istniejącej grupy. Można śmiało powiedzieć, że człowiek osiągnął ogromny sukces w organizowaniu swojego życia na ziemi.

Sprawa się komplikuje, kiedy komuś przyjdzie do głowy wziąć pod uwagę cenę, którą musiał człowiek zapłacić za to poczucie bezpieczeństwa. Wszystkie działania porządkujące świat muszą wykluczać pewne elementy, aby osiągnąć skuteczność. Za rozwiązaniami problemów, których dziś, ze względu na ich pozorną oczywistość, nikt nie próbuje ponownie przemyśleć, mogą kryć się decyzje arbitralne i wobec rzeczywistości zupełnie nieusprawiedliwione. Sukces w stworzeniu ogromnej narracji wypełniającej świat i tym samym nadającej mu treść nie mógł zostać osiągnięty bez radykalnej tendencji redukcjonistycznej, bez pominięcia pewnych sensów, możliwości i rozwiązań. Dlatego wszystkie działania interpretacyjne człowieka zmierzające w kierunku nadania światu sensu mogą być identyfikowane z wprowadzaniem językowych konstruktów w miejsce nierozstrzygalnej bądź niepoznawalnej rzeczywistości. To dlatego właśnie Schulz mówi, że rzeczywistość jest cieniem słowa.

DEZILUZJA RZECZYWISTOŚCI

Dla Schulza mowa i umiejętność interpretacji są podstawowym wyposażeniem antropologicznym człowieka i służą mu do odnajdywania się w życiu i rzeczywistości, które same w sobie są przerażające i pozbawione sensu. To dzięki językowi bezimienny chaos można zamienić w miejsce do zamieszkania, a biologiczne życie w egzystencję. Schulz mówi, że duch ludzki niestrudzony jest w glosowaniu życia przy pomocy mitów, (…) ale i wiedza nie jest niczym innym, jak budowaniem mitu o świecie. Znakiem życia człowieka jest nieustanna interpretacja, napędzana wiarą, że na szczycie sztucznych spiętrzeń i rusztowań odnajdzie on sens świata, że w końcu stworzy reprezentację, która pokryje się z rzeczywistością jak Borgesowska mapa odwzorowująca świat w skali 1:1. Zatem od wyjaśnienia dobowego porządku przez utożsamienie słońca z bogiem na rydwanie do Wielkiego Zderzacza Hadronów wiedzie prosta droga wywodząca się z poczucia zagubienia, przerażenia światem pozbawionym sensu i jednolitej zasady.

Według Schulza to nie język jest zagrożeniem dla jednostkowości i wolności, ale potrzeba spójności, której człowiek nie próbuje przezwyciężyć. Egoizm i pycha charakteryzujące dążenie do ostatecznego wyjaśnienia świata powodują, że nieskończoną ilość prywatnych i jednorazowych opowieści człowiek chce zastąpić jedną stabilną reprezentacją. Dzieła człowieka – powiada Schulz – mają tę właściwość, że, ukończone, zamykają się w sobie, odcinają od natury, stabilizują się na własnej zasadzie. Oznacza to tyle, że żywioł opowieści został sprowadzony do spójnej narracji, a ta przez zapomnienie o jej językowym charakterze została uznana za ostateczną prawdę. Świat dla Schulza jest przestrzenią wolności i różnorodności, póki jest niestabilny i niesamodzielny, póki podlega nieustannej kreacji przez wszystkich jego mieszkańców, którzy zdają sobie sprawę z tego, że otaczająca ich rzeczywistość jest sztuczna, ma umowny charakter, a oni są jej autorami. Kiedy na zasadzie automatyzacji zapomni się o tym, że zrozumiały świat został powołany przez interpretację, że słowa związane są z rzeczami tylko umownie, język ustabilizuje się w jedną spójną narrację i nie będzie już mierzył się z tym, co nieobliczalne, ale decydował o trwałych granicach rzeczywistości. To, co dla Schulza jest fascynujące i jednostkowe, czemu każdorazowo powinniśmy starać się oddać sprawiedliwość, twórczo używając języka, zostaje usunięte poza horyzont słów.

Kiedy żywioły, jakimi dla Schulza są otaczająca nas materia, język i ludzie, zostają ujarzmione przez normatywną narrację, świat z otwartej przestrzeni nieograniczonych możliwości staje się więzieniem, totalitarną maszyną represji i wykluczenia. Język, który powinien odtwarzać różnorodność i niepowtarzalność, zostaje wyparty przez ideologię i porządkujący dyskurs władzy, wyznaczający ramy dla takiej a nie innej rzeczywistości oraz granice jej rozumienia. Tworzona w ten sposób narracja jest politycznym narzędziem kontroli – decyduje, jacy ludzie ze swoimi pragnieniami i poglądami mogą zostać zaakceptowani, a wszystkie elementy niepasujące do opowieści spycha na margines, wyklucza i degraduje. Wydaje się zatem, że Schulz podobnie jak Michel Foucault twierdził, że władza polega na represji, a u podłoża jej stosunków tkwi wojenne ścieranie się sił. Tak wojna, jak i polityka nieodłącznie wiążą się z nakłanianiem ludzi do decyzji, z którymi niekoniecznie muszą się w pełni zgadzać i z dzieleniem społeczeństwa na swoich i obcych, co zawsze prowadzi do wykluczenia.

Schulz polityki unikał, a w swojej twórczości starał się podważać jej podstawy, eksponować szkodliwe skutki i ujawniać mechanizmy normatywnego dyskursu, nad którym sprawuje kontrolę. Widział w polityce narzędzie władzy, służące dominującej grupie do walki o własną swobodę, przywileje i możliwość ekspresji, a wolność według Schulza, tożsama z prawem do współkreowania językowej rzeczywistości, powinna przysługiwać wszystkim. Jeśli autor "Sanatoriom pod klepsydrą" był politykiem, to tylko jako rzecznik jej utopijnej wersji, o której pisała Hannah Arendt. Według niemieckiej filozofki polityka to układ okoliczności, w których mężczyźni i kobiety w swojej wielości, w swojej absolutnej odmienności żyją razem i zwracają się do siebie za pośrednictwem mowy, w warunkach wolności, którą tylko oni sami mogą sobie nawzajem przyznawać i gwarantować. U Schulza wolność, rozumiana jako doświadczenie różnorodności, nie jest celem polityki, ale – tak jak u Arendt – jej warunkiem.

O taki świat Schulz zabiega w swojej twórczości, a strategią, jaką obrał, przeciwstawiając się światu ograniczonemu normatywną narracją, jest deziluzja rzeczywistości. Schulz pisze o niej w liście do Witkacego – to pojęcie na pierwszy rzut oka sprzeczne, bowiem ulegając deziluzji, rzecz powinna odsłonić swoją rzeczywistą formę. U Schulza sprzeczność jednak nie zachodzi, bo dla niego to, co nazywamy rzeczywistością, jest iluzją właśnie, konwencją, którą należy rozpoznać i przezwyciężyć. Poprzez rozluźnienie tkanki rzeczywistości Schulz stara się przywrócić pamięć o tym, że u początków świata leżą nie istnienie i sens, ale mgliste fajczarnie fabuł i bajek. Schulz pokazuje, że dominująca opowieść o świecie nie jest uprzywilejowana i ostateczna, że obok niej są inne, że cała otaczająca nas rzeczywistość jest językowa, a więc sztuczna, tymczasowa i niestabilna. Zapowiadane bankructwo realności ma polegać na rozbiciu skostniałej narracji uznawanej za odniesienie do prawdy i ponowne uwolnienie żywiołu języka.

Kiedy Schulz ozdabiał malowidłami pokój dziecka Feliksa Landaua, nazistowskiego zbrodniarza, przedłużał swoją pracę niczym współczesna Szeherezada, bo użyteczny i względnie bezpieczny był tylko dopóki opowiadał rysunkami baśniowe historie. Tak samo jest ze światem, który żyje, póki jest opowiadany. Podporządkowanie wszystkich głosów i wątków jednej dominującej narracji w świecie Schulza jest początkiem katastrofy, dlatego w swojej twórczości dyskursowi przeciwstawia regiony wielkiej herezji – konstrukcje komiczne, tymczasowe, absurdalne, rozsadzające logikę świata uznanego za racjonalny, a przede wszystkim rezygnujące z ambicji dotarcia do ostatecznej prawdy.

Schulz w swojej twórczości ośmiesza próby stworzenia wyjaśniającej świat narracji i do absurdu doprowadza cały gmach wiedzy, wzniesiony przez człowieka jako szaniec, chroniący przed tym, co zmienne i jednostkowe. Bawi się elementami rzeczywistości, układa z nich karykaturalne konstrukcje, nie aspirując jednak do lepszego wyjaśnienia świata. Celem takiej aktywności jest jedynie ośmieszenie i dekonstrukcja systemu wiedzy, ciągłe zaś przekształcanie narracyjnego porządku nie pozwala tej językowej konstrukcji ponownie skostnieć w prawdę.

Świat Schulza rośnie tylko po to, by zaraz lec w gruzach. Każda próba rozumowego wyjaśnienia świata zapada się tu pod ciężarem własnej konstrukcji i zamienia w autoparodię, język mitu zaś zamiast do sensu ostatecznie odsyła do rozpoznawalnych klisz narracyjnych. To rzeczywistość sztuczna, pozbawiona jednolitej zasady i trwałej logiki, zawsze taka, jaką ją opowiemy. Dla bohaterów Schulza niemożliwość stworzenia jednolitej narracji nie jest jednak powodem do rozpaczy, lecz otwarciem skostniałego świata, końcem dyktatury, represji i nudy. Żeby jednak zaakceptować świat w jego niestabilnej, różnorodnej formie, trzeba przekroczyć własne człowieczeństwo, godząc się na życie w świecie zagrożonym rozpadem i niespójnością, trzeba dojść, jak mówi autor melancholijnych "Wędrówek sceptyka", do beztroskiej symbiozy z pasożytem agnostycyzmu. I jeśli Schulz podczas obchodów rocznicy jego urodzin i dyskusji o różnorodności, która powinna im towarzyszyć, chciałby nam coś przekazać, to chyba właśnie to, że należy zrezygnować z triumfalistycznych ambicji wyjaśnienia świata i zaakceptować jego częściową nieprzejrzystość. Że wolność człowieka w jego absolutnej odmienności i wyjątkowości ocalić można jedynie podejmując ryzyko i godząc się na to, że jednostka nie musi podporządkować się wspólnocie. Że we współczesnym świecie rządzonym przez ideologię, rynek i politykę, nie wszystko może stać się przedmiotem wymiany.


Dominik Antonik





Tekst ukazał się w kwartalniku "Res Publica Nowa" (www.publica.pl). Jego pełna wersja znajduje się w najnowszym numerze Res Publiki Nowej "Międzymieście".


fot. Wikimedia Commons

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Rekrutacja na Podyplomowe Gender Studies IBL PAN - do 19 października!
Warszawa, Pałac Staszica, ul. Nowy Świat 72
do 19 października 2018 roku
Powyborcze reminiscencje czyli quo vadis wrocławska lewico?
Wrocław, ul. Kołłątaja 31
25 października (czwartek), godz. 18.00
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

18 października:

1835 - Urodził się Bolesław Limanowski, nestor polskiego ruchu socjalistycznego, przewodniczący kongresu paryskiego, na którym powołano do życia PPS, zesłaniec syberyjski, senator, doktor honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego.

1920 - Strajk polityczny w Warszawie i Lwowie zorganizowany przez PPS przeciwko ustanowieniu senatu.

1924 - Hjalmar Branting ze Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej został po raz trzeci premierem Szwecji.

1961 - W Turynie została uchwalona Europejska Karta Społeczna.

1981 - Socjaldemokratyczny PASOK wygrał wybory parlamentarne w Grecji, zdobywając 48% głosów.

2007 - Była premier Pakistanu Benazir Bhutto wróciła do kraju po 8 latach wygnania. Tego samego dnia w podwójnym zamachu bombowym na jej konwój zginęło co najmniej 130 osób.


 
Lewica.pl na Facebooku