Michał Wojciechowicz: Niemcy lubią uchodźców

[2016-04-27 00:37:36]

Korespondencja z Solingen

– Największy problem jest z ilością. Jeżeli ilość zwiększa się pięciokrotnie, to cierpi na tym jakość – mówi Ewa, Polka od 35 lat zatrudniona w Solingen koło Düsseldorfu jako kierownik biura placówki MSW ds. opieki społecznej. – W 2014 r. przybyło do Niemiec 200 tys. uchodźców, rok później już ponad milion. Ten skok ilościowy odczuliśmy też w naszym mieście. Musiałam przyjąć nowych ludzi do pracy, a wymagania mamy wysokie. Należy znać języki, mieć wyższe wykształcenie kierunkowe i być zorientowanym na ludzi. Z 50 kandydatów wybrałam cztery osoby.

Ewa z ekipą zajmuje się uchodźcami od początku kryzysu, czyli mniej więcej od roku. Wcześniej pracowała z imigrantami: Portugalczykami, Hiszpanami, Polakami i innymi przybywającymi do Solingen w poszukiwaniu lepszego życia. – Po prostu infrastruktura jest zbyt uboga. Nie chodzi o to, by uchodźców gdzieś umieścić. Trzeba ich zintegrować ze społeczeństwem. A do tego potrzebujemy mieszkań, szkół, nauczycieli, pracy itd. Nie nadążamy! – A pieniądze? – pytam. – Pieniądze są.

Ośrodek

W 150-tysięcznym mieście powstał ośrodek przejściowy dla uciekinierów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Utworzono go we wrześniu 2015 r., kiedy władze Solingen oszacowały, że nie są w stanie wygospodarować dodatkowej przestrzeni w miejscach pierwotnie przeznaczonych dla nowo przybyłych. By ośrodek mógł powstać, burmistrz rozmawiał z mieszkańcami okolicznych domów. Przedstawił sytuację i zapewnił, że będzie spokój i porządek. Tych, którym nie wystarczyły zapewnienia władz, zaproszono na indywidualne konsultacje. Poskutkowało. Do tej pory w ciągu pięciu miesięcy od przywiezienia pierwszej grupy uchodźców nie odnotowano ani jednego przypadku złamania prawa przez przybyszów.

Właściwie trudno się dziwić, że mieszkańcy południowego Solingen zgodzili się na powstanie ośrodka. Niemcy jako naród zdają sobie sprawę, że potomkowie imigrantów będą kiedyś zarządzać ich wspólnym krajem. Staną się politykami, urzędnikami i menedżerami. Tak będzie, bo ani sami Niemcy, ani Europejczycy nie kwapią się do posiadania dzieci. Europa się starzeje, wymiera i dzisiejsi Syryjczycy będą musieli się stać Niemcami czy Francuzami. Dlatego popularna kilkanaście lat temu idea, że nowo przybyli będą jedynie tanią siłą roboczą, została zastąpiona dbałością o ich edukację i rozwój.

Nowi osiedleńcy po uzyskaniu azylu korzystają z darmowej nauki języka (nawet do 900 godzin). Do tego dochodzi 60 godzin wykładów o kulturze i zwyczajach niemieckich. Dopiero egzamin z tych zagadnień otwiera drogę do pracy lub pomocy socjalnej.

Z drugiej strony sami Niemcy z niezwykłą dbałością podchodzą do rozwoju postaw proobywatelskich. Już w najmłodszych klasach dzieci uczą się tolerancji dla innych kultur. Prawdopodobnie dzięki takiemu podejściu Niemcy życzliwie przyjęli nowo przybyłych, a organizacje pomocowe zostały zasilone gigantyczną kwotą darowizn na rzecz uchodźców od zwykłych obywateli. Dlatego m.in. Ewa twierdzi, że pieniądze są. W samym Solingen do pracy społecznej z uchodźcami zgłosiło się ponad 150 osób.

Tamtejszy ośrodek to stara szkoła przystosowana w rekordowym czasie 72 godzin do przyjęcia 120 osób. Na parterze, w sali gimnastycznej, z prawej strony stoją łóżka dla rodzin z dziećmi, a z lewej dla singli. Pośrodku ustawiono stoły. Z szatni zrobiono prowizoryczną szkołę dla dzieci i kuchnię. Do dyspozycji uchodźców jest osiem kabin WC i cztery prysznice. Są też kontenery z pralnią i suszarnią, kontener dla lekarza i pielęgniarki oraz kontener dla ochrony. W czerwcu miasto odda do użytku cztery drewniane domy podzielone na mieszkania. Koszt jednego to mniej więcej 2 mln euro. Widać pośpiech. Samym mieszkańcom Solingen trochę wstyd za tę szkołę.

Liczba uchodźców przybywających do konkretnej gminy jest uzależniona od wielkości miasta. W Solingen do końca 2016 r. samorząd będzie miał pod opieką 5 tys. osób. W sumie miasto przyjmie 2% wszystkich tych, którzy trafią do Nadrenii Północnej-Westfalii, czyli 7 tys. To tyle, ile ma przyjąć cała Polska!

Josef, 50-letni pomocnik Ewy, pokazuje mi na komputerze statystyki. Ze 120 osób zostało 55. Reszta znalazła już miejsca w mieszkaniach. Z ciekawością spoglądam na salę. Dzieciaki hałasują, włażą jeden drugiemu na barana, śmieją się. Kobiety, niektóre w chustach na głowie, patrzą na maluchy. Śniady, około 25-letni chłopak wkłada szkraba do wózka. Żona i matka, a może teściowa, szykują się do wyjścia na spacer. Przejdą obok szklanej tablicy, na której umieszczono laurki zrobione przez dzieci z podstawówki. Na rysunkach widnieją flagi, uśmiechnięte twarze i hasła w różnych językach. Przy „serdecznie witamy” i polskiej fladze ścisnęło mnie w gardle.

Większość uchodźców niezajętych rozmowami trzyma w ręku telefon. Z jak największym wyświetlaczem!

Telefony

W Polsce te telefony są obiektem oburzenia. W telewizji ciągle widzimy młodych uciekinierów z samsungami i iPhone’ami.

Jadąc do Solingen, podwoziłem pod Düsseldorf 20-latkę. Wywiązała się dyskusja o uchodźcach. – Też bym chciała mieć taki wypasiony telefon jak oni! – stwierdziła dziewczyna, która nie wie, że ten telefon to jedyny sposób utrzymania kontaktu z rodziną. My, Europejczycy, rzadko zdajemy sobie sprawę, czym dla osób z tamtego kręgu kulturowego jest kontakt z żoną, matką, ojcem. Możesz ich pozbawić wszystkiego, ale nie pozbawiaj ich telefonu z wyświetlaczem!

W Solingen któregoś dnia Syryjczyk z ośrodka stracił telefon. Chłopak był głuchoniemy, strata więc była tym większa, gdyż rozmawiał z najbliższymi jedynie na migi na Skypie i potrzebował porządnego wyświetlacza. Informacje o tym ogłoszono przez megafon. W ciągu kilkunastu minut obcy ludzie, Syryjczycy, Irakijczycy, Afrykańczycy, przynosili po kilka euro, byle tylko poszkodowany mógł kupić nowy aparat.

O ile telefon jest ważny, o tyle pieniądze nie mają dla tych ludzi wielkiego znaczenia. Dorośli otrzymują po 120 euro, a dzieci po 60 euro miesięcznie. Oczywiście przy zapewnionym dachu nad głową i posiłkach. Większość osób przebywających w ośrodku wszystkie pieniądze i tak natychmiast wysyła bliskim.

Wystarczy zadzwonić. One call

– Jakie macie marzenia? – pytam moich nowych syryjskich przyjaciół. Arik ma 32 lata, Salim 45. Obaj uciekli z Damaszku i po wielu perypetiach trafili do Solingen. Siedzimy nad sziszą z jabłek, w umeblowanym mieszkaniu, które im przydzielono kilka dni temu. O wszystko zatroszczyli się wolontariusze.

– O czym marzę? O normalnym życiu – mówi Arik. – To znaczy, że wstaję rano, jem śniadanie, żegnam się z dziećmi i idę do pracy. Po pracy wracam do domu, całuję żonę i idę do ogrodu bawić się z dziećmi. To moje marzenie – normalne życie.

– Moim marzeniem jest wrócić do Syrii po skończonej wojnie – dorzuca Salim. – Miałem dobre życie w Damaszku. Tu idziesz do pracy dwie minuty. A tam szedłem dwie godziny! Wiesz dlaczego? Jak wyszedłem z domu, to witałem się z sąsiadem. Potem wstąpiłem do kuzyna. Odwiedziłem też ciotkę i wuja. I tak zlatywały dwie godziny. Przed wojną miałem dobre życie w Damaszku – powtarza. – A teraz? Moi bracia są w Libanie, matka i siostra zostały w Syrii. A tutaj? Nie mamy nic prócz bezpieczeństwa. Nic więcej!

– To nie jest nasza wojna, tam, w Syrii – dodają. – Tam biją się inni na naszym terytorium. Walczy Hezbollah, walczą Kurdowie, biją się ISIS, Katar, Rosjanie. Każda grupa bije się w czyimś interesie, a wszystkie w naszym kraju.

Pytam, dlaczego na zdjęciach z granicy widzimy tylu młodych Syryjczyków. – Niektórzy mężczyźni nie wychodzą z domu w Syrii od dwóch lat! Gdyby wyszli, trafiliby na jakiś posterunek, nieważne jakiej armii, i natychmiast zostaliby wcieleni do wojska. Dlatego ci, którzy mogą, uciekają. Nie chcą walczyć za obcą sprawę. Dla Iraku, Iranu, Ameryki. To jest nie nasza wojna, ale nasza ziemia. To tak, jakby przyjechali bokserzy i wyszli na ring. Syria to ring, gdzie biją się wszyscy ze wszystkimi.

Zastanawiamy się, dlaczego tylu Europejczyków walczy dla ISIS. – Całe życie wychowywałem się wśród muzułmanów, znam ich bardzo dobrze. A ci, którzy przyjeżdżają do ISIS z Europy, nawet stąd, z Solingen (Ewa potwierdza, że były takie przypadki), nie są prawdziwymi muzułmanami. Nie wychowali się wśród muzułmanów, nie poznawali od dziecka naszych obyczajów. Pili alkohol, bawili się, brali narkotyki, chodzili na dziewczyny. I nagle zapragnęli w życiu wyższych wartości. Wtedy pojawił się jakiś imam, który powiedział: „Chcesz być dobrym muzułmaninem, to idź i zabijaj”. Ale ten imam pracuje dla wojska, dla ISIS, dla służb specjalnych Turcji, Arabii Saudyjskiej, Rosji! A młody człowiek słucha imama i idzie na wojnę, ale przecież on nie jest muzułmaninem, nie zna naszych obyczajów! – Salim zaczyna się denerwować.

– Gdyby był dobrym muzułmaninem – wtrąca Arik – to gdyby do niego przyszli, aby go zabić, on nie mógłby ich zabić nawet w samoobronie. Może się bronić, ale nie wolno mu zabijać. I to jest islam. Islam to pokój, bracie.

Pytam o wypadki w Kolonii. – Rozmawiamy o tym cały czas! Nie rozumiemy tego… Ale powiedz, czy wszyscy Polacy są dobrzy? Nie ma złych Polaków? Takich, którzy krzywdzą kobiety?

Zastanawiam się, co trzeba zrobić, by zaprowadzić pokój w Syrii, i oczekuję jakichś wyjaśnień z opisem skomplikowanej sytuacji politycznej. – One call, my friend, jeden telefon, przyjacielu – odpowiada Salim, trzymając dłoń przy uchu w charakterystycznym geście. – Obama zadzwoni do Putina albo do króla Arabii Saudyjskiej, albo Putin zadzwoni do Obamy i powie: „Dosyć”. Wtedy skończy się ta przeklęta wojna.

Niedawno Niemcy kochali uchodźców

Jedną z wolontariuszek pomagających w ośrodku jest Kathrina. Trzyletnia Katarzyna wyjechała z mamą z Polski w 1981 r. Skończyła studia w Niemczech i od kilku lat pracuje na eksponowanym stanowisku w firmie energetycznej. Woli mówić po niemiecku, szczególnie gdy się denerwuje.

– Arik powiedział mi, że Niemcy nienawidzą uchodźców. W banku zwrócił się do pani w okienku po angielsku, a ona mu na to, że „w Niemczech mówimy po niemiecku” – opowiada. Kathrina jest przewodniczką Arika i Salima. Każda rodzina lub grupa osób, której przydzielono mieszkanie komunalne, ma takiego opiekuna. Kasia sama dostrzega zmianę nastawienia do nowo przybyłych. Niedawno spotkała się z matkami rocznych dzieci (w ramach popularnych w Niemczech grup wsparcia) i dyskusja zeszła na temat emigrantów. – No i się zaczęło. Każda z tych kobiet miała coś do powiedzenia. Wszystkie opinie były co najmniej nieprzychylne. Siedziałam cicho, aż nie wytrzymałam! A która z was, pytam, miała choć przez moment do czynienia z uchodźcami? Nikt się nie odezwał. Zaczęłam im opowiadać. W efekcie gdy się rozstawałyśmy, dwie z tych dziewczyn zadeklarowały pomoc, a wszystkie zostawiły mi pieniądze, bym wpłaciła na konto uchodźców.

Kathrina miała też poważniejszą przeprawę. Zbliżała się Wigilia. Kaśka (ewangeliczka tak jak jej mąż) zaprosiła na wieczerzę mamę, rodzinę męża, w tym jego brata z żoną i dziećmi. Zaprosiła również Arika i Salima. Po informacji, że na uroczystości mają się pojawić Syryjczycy, jej szwagier, Niemiec z dziada pradziada, oświadczył, że to święto rodzinne i takie powinno pozostać. A w ogóle to zerknął do kalendarza i okazało się, że ma tego dnia wpisaną wizytę u kogoś innego. Katarzyna powiedziała mu, aby wpisał do kalendarza także inne zajęte terminy – takie jak urodziny jej męża, dzieci i tym podobne, bo na każdej z tych uroczystości będą Arik i Salim.

W Niemczech klimat wokół uchodźców pogorszył się, odkąd świetnie zorganizowana prawica nagłośniła sylwestrowe wypadki w Kolonii. Po kilku miesiącach widać, że akcja obwiniania Syryjczyków była skoordynowana. W tej chwili policja w Kolonii prowadzi śledztwo w sprawie nieuzasadnionego zgłoszenia przestępstwa. Okazało się bowiem, że wiele z podobno poszkodowanych dziewczyn było związanych ze skrajną prawicą, a ich zgłoszenia były inspirowane.

Tekst ukazał się w tygodniku "Przegląd".

Michał Wojciechowicz


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

DLACZEGO POLACY SIĘ NIENAWIDZĄ?
premiera 22 listopada (środa)
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Najnowszy numer "Dalej! pismo socjalistyczne"
www.dalej.org
wiosna-lato 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

22 stycznia:

1858 - Urodziła się Beatrice Webb, brytyjska socjalista i ekonomistka, współzałożycielka Towarzystwa Fabiańskiego, żona laburzystowskiego polityka i ministra Sidneya Webba.

1862 - Abraham Lincoln ogłosił proklamację emancypacyjną (obowiązującą od 1 stycznia 1863); oznaczała ona przyznanie wolności niewolnikom na obszarze podległym Konfederatom.

1863 - Wybuchło powstanie styczniowe, będące bezpośrednim impulsem powstania I Międzynarodówki.

1905 - Krwawa niedziela w Petersburgu. Wojsko otworzyło ogień do pokojowej demonstracji robotników. Zginęło ok. 1000 osób.

1911 - W Wiedniu urodził się Bruno Kreisky, działacz Socjalistycznej Partii Austrii, 1970-83 kanclerz Austrii.

1923 - W Warszawie urodził się Krzystof Dunin-Wąsowicz, historyk , działacz PPS, odznaczony medalem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.

1993 - W Tokio zmarł Abe Kōbō, japoński pisarz; w latach 1951-62 członek Japońskiej Partii Komunistycznej.

2006 - Zaprzysiężenie Evo Moralesa na stanowisko prezydenta Boliwii.


 
Lewica.pl na Facebooku