
2011-11-10 21:11:46
Przewodniczący klubu skupiającego kolejną falę wychodźców spod skrzydeł prezesa, poseł Arkadiusz Mularczyk, stwierdził, odnosząc się rzecz jasna do osoby nowej wicemarszałek Sejmu Wandy Nowickiej, iż "przedstawiciele mniejszości nie powinni sprawować wysokich funkcji".
Nie jest to pomysł oryginalny (trudno zresztą spodziewać się oryginalnych myśli po osobach tego kalibru umysłowego), którego obrzydliwościom można by poświęcić całe, zapełnione przerażającymi historycznymi przykładami, tomy.
Skoro jednak poseł Mularczyk nie uściślił, o jakie konkretnie "mniejszości" chodzi, to chciałbym zauważyć (abstrahując już od kieszonkowych rozmiarów jego klubu), że większość naszego społeczeństwa konsekwentnie opowiada się. na przykład. za liberalizacją ustawy aborcyjnej.
Niechże więc pan poseł Mularczyk, jako przedstawiciel zdecydowanej mniejszości, weźmie swoje słowa na poważnie. Na tyle poważnie, aby złożyć czym prędzej mandat i wyemigrować. Najlepiej do Alabamy, gdzie mógłby poczuć się jak w domu.
Wyższa kultura?Nie jest to pomysł oryginalny (trudno zresztą spodziewać się oryginalnych myśli po osobach tego kalibru umysłowego), którego obrzydliwościom można by poświęcić całe, zapełnione przerażającymi historycznymi przykładami, tomy.
Skoro jednak poseł Mularczyk nie uściślił, o jakie konkretnie "mniejszości" chodzi, to chciałbym zauważyć (abstrahując już od kieszonkowych rozmiarów jego klubu), że większość naszego społeczeństwa konsekwentnie opowiada się. na przykład. za liberalizacją ustawy aborcyjnej.
Niechże więc pan poseł Mularczyk, jako przedstawiciel zdecydowanej mniejszości, weźmie swoje słowa na poważnie. Na tyle poważnie, aby złożyć czym prędzej mandat i wyemigrować. Najlepiej do Alabamy, gdzie mógłby poczuć się jak w domu.
2011-10-22 01:38:51
Kwiecień 1945 roku. Druga wojna światowa zmierza ku końcowi. Od przeszło czterech lat Stany Zjednoczone oraz Cesarstwo Japonii znajdują się w stanie wojny totalnej, wojny, dodajmy, którą niebawem zakończy użycie najstraszliwszej broni w dziejach świata.
W tymże miesiącu umiera prezydent Stanów Zjednoczonych, Franklin Delano Roosevelt. Trudno pewnie byłoby znaleźć bardziej znienawidzonego człowieka w Japonii, niż przywódca wrogiego mocarstwa, z determinacją realizujący strategiczny plan zwycięstwa nad krajem kwitnącej wiśni.
Jak reagują japońscy przywódcy na wieść o zgonie śmiertelnego przeciwnika? Sam premier rządu Jego Cesarskiej Mości publicznie wyraża smutek z powodu śmierci, jak sam określił, wielkiego człowieka i składa, w imieniu narodu japońskiego, kondolencje narodowi amerykańskiemu, podczas gdy na polach bitwy przedstawiciele obu społeczeństw codziennie zarzynają się w najkrwawszym konflikcie w historii. Co więcej, japońskie radio nadaje tego dnia muzykę żałobną, dla uczczenia pamięci naczelnego wodza wrogiej armii.
A teraz przenieśmy się 66 lat w przyszłość. Obalony dyktator Libii, pułkownik Muammar Kadafi, ginie w dość tajemniczych okolicznościach w obleganej Syrcie, a jego ciało zostaje wydane na pastwę motłochu.
O reakcji zachodnich przywódców najlepsze pojęcie daje radosny wybuch śmiechu Hillary Clinton, gdy wiadomości o śmierci Kadafiego zastały ją podczas udzielania telewizyjnego wywiadu.
Nie ma oczywiście sensu snucie porównań pomiędzy rokiem 1945 a 2011, a tym bardziej pomiędzy Franklinem Delano Rooseveltem a Muammarem Kadafim. Trudno jednakże nie porównać ze sobą ówczesnego zachowania „dzikich żółtków” z dzisiejszymi przedstawicielami „wyższej cywilizacji zachodu”.
No i, rzecz jasna, japońscy oficjele nigdy nie bili pokłonów Rooseveltowi, jak pani Clinton Kadafiemu przed zaledwie rokiem.
Były wyborca SLDW tymże miesiącu umiera prezydent Stanów Zjednoczonych, Franklin Delano Roosevelt. Trudno pewnie byłoby znaleźć bardziej znienawidzonego człowieka w Japonii, niż przywódca wrogiego mocarstwa, z determinacją realizujący strategiczny plan zwycięstwa nad krajem kwitnącej wiśni.
Jak reagują japońscy przywódcy na wieść o zgonie śmiertelnego przeciwnika? Sam premier rządu Jego Cesarskiej Mości publicznie wyraża smutek z powodu śmierci, jak sam określił, wielkiego człowieka i składa, w imieniu narodu japońskiego, kondolencje narodowi amerykańskiemu, podczas gdy na polach bitwy przedstawiciele obu społeczeństw codziennie zarzynają się w najkrwawszym konflikcie w historii. Co więcej, japońskie radio nadaje tego dnia muzykę żałobną, dla uczczenia pamięci naczelnego wodza wrogiej armii.
A teraz przenieśmy się 66 lat w przyszłość. Obalony dyktator Libii, pułkownik Muammar Kadafi, ginie w dość tajemniczych okolicznościach w obleganej Syrcie, a jego ciało zostaje wydane na pastwę motłochu.
O reakcji zachodnich przywódców najlepsze pojęcie daje radosny wybuch śmiechu Hillary Clinton, gdy wiadomości o śmierci Kadafiego zastały ją podczas udzielania telewizyjnego wywiadu.
Nie ma oczywiście sensu snucie porównań pomiędzy rokiem 1945 a 2011, a tym bardziej pomiędzy Franklinem Delano Rooseveltem a Muammarem Kadafim. Trudno jednakże nie porównać ze sobą ówczesnego zachowania „dzikich żółtków” z dzisiejszymi przedstawicielami „wyższej cywilizacji zachodu”.
No i, rzecz jasna, japońscy oficjele nigdy nie bili pokłonów Rooseveltowi, jak pani Clinton Kadafiemu przed zaledwie rokiem.
2011-08-28 22:52:09
Odkąd tylko zacząłem interesować się bieżącą polityką, byłem wpierw zwolennikiem, a następnie wyborcą SLD. Wyborcą, muszę zaznaczyć, niechętnym, lecz wiernym.
Starałem się patrzeć na sprawy pragmatycznie. Byłem, rzecz jasna, świadom, jak wiele brakuje Sojuszowi do europejskiego modelu lewicy demokratycznej. Pełno w nim było starego aparatczykowstwa, ledwie maskowanej nomenklatury, bezmyślnego zadurzenia ogłupiającym neoliberalnym klimatem lat dziewięćdziesiątych. SLD było zdecydowanie bardziej wspólnotą życiorysów, niż formacją ideową: związkiem ludzi ancien regime'u, starających się z gorliwością neofitów zaprezentować się bardziej prawicowo (pardon, o ile się nie mylę, oficjalnymi terminami były "nowoczesność" i "trzecia droga") niż reprezentanci przeciwnego spektrum.
Mimo to nadal popierałem SLD, ponieważ była to jedyna znacząca formacja, w której mogli działać ludzie o takim formacie jak choćby Izabella Sierakowska, Piotr Gadzinowski czy, potem, Izabela Jaruga-Nowacka. Mówiąc dosadnie, SLD było kompostem, w którym można było od czasu do czasu odnaleźć prawdziwe perły. Partie jawnie prawicowe dla wyborcy o moich poglądach z definicji były stuprocentowym kompostem politycznym.
Długo żywiłem nadzieję, że wraz ze wchodzeniem w dojrzałość mojej generacji, ludzi wychowanych już w III RP i nie obciążonych bagażem przeszłości, wciąż odgrywającym na polskiej scenie politycznej rolę decydującą, zmienić się będzie musiała też parlamentarna lewica.
Wybory prezydenckie w 2010 roku wydawały się początkiem upragnionych zmian. Kiedy Grzegorz Napieralski przystępował do udziału w mocno przyśpieszonej imprezie, najczęstszą reakcją był, w najlepszym wypadku, pełen politowania uśmieszek. Napieralski nie był w żadnym razie kandydatem idealnym, ale dokonał nie lada sztuki. Jego wynik, a zatem wynik SLD, mógł prezentować się średnio pod względem matematycznym, ale niestrudzona kampania przynajmniej częściowo przełamała czarno- (PiS) biały (PO) schemat myślenia społeczeństwa, którego lewicowa część długo nie widziała alternatywy poza wyborem między przysłowiowymi dżumą a cholerą. Wyłom został dokonany.
Wydawało się, że przed SLD roztaczają się piękne perspektywy. Polacy byli coraz bardziej znużeni POPiSowym status quo, a sama parlamentarna lewica zaczynała wreszcie się otwierać na nową generację i jej idee, odgrywające w kampanii bardzo istotną rolę. Oczywiście, proces tego rodzaju musiałby być stopniowy i wiele wody upłynęłoby w Wiśle, ale od czegoś trzeba przecież zacząć.
Napieralski i jego sojusznicy okazali się prawdziwymi artystami, reanimując SLD i kierując je na nowy szlak. Niestety, okazali się jeszcze większymi artystami, marnując wielką szansę.
Sam przewodniczący, upojony sukcesem, okazał się kiepskim wyrazicielem tych, którzy uwierzyli, że poprowadzi SLD ku modelowi skutecznej europejskiej lewicy. Mimo akcentowanej młodości i braku historycznego obciążenia, pod ostentacyjnie noszoną maską cały czas kryła się kwintesencja starego systemu.
Napieralski okazał się typowym aparatczykiem, który, gdyby nie łaska późnego urodzenia, z powodzeniem mógłby spędzać dni na wycinaniu konkurentów w KC, od czasu do czasu dla odmiany powtarzając publicznie frazesy, w które sam nie wierzy.
Aparat jest ważny, panie przewodniczący. Co do tego zgoda. Nie da się utrzymać w poważnej polityce bez posiadania silnych struktur. Jednak aparat to nie wszystko.
Kiedy wycina się wartościowych kandydatów z list, kandydatów mogących przemówić do zdezorientowanych lewicowych wyborców, aby upchnąć miernych, ale wiernych z aparatu, coś jest nie tak.
Kiedy w dobie kryzysu gospodarczego i ogólnego zmęczenia prawicowymi rządami partia lewicowa nie jest w stanie zaprezentować alternatywy, coś jest nie tak.
Kiedy przewodniczący ostrzy sobie zęby na fotel wicepremiera u boku pana Tuska, zamiast uczciwie postarać się wykorzystać rzadką okazję, coś jest nie tak.
Kiedy tacy ludzie, jak Izabella Sierakowska skłaniają się do kandydowania z list PO, coś jest nie tak.
Wielka szansa została zmarnowana. Tegoroczne wybory parlamentarne nie będą następnym etapem odrodzenia, a SLD będzie szczęśliwie, jeżeli uda mu się przekroczyć osiem procent poparcia. Mamy przed sobą kolejne cztery lata prawicowej dominacji, z oficjalną partią lewicową jako żałosnym kadłubkiem, pozbawionym wybitniejszych indywidualności i możliwości oddziaływania.
Obecne SLD jest skończone. Jedyne co nam pozostaje, to pogrzebać trupa, aby nie zatruwał powietrza. Jako były już wyborca tej partii nie widzę sensu w reanimowaniu na siłę marnie frabowanej kukły.
Aby móc faktycznie zacząć budować autentyczną lewicę w Polsce, trzeba najpierw zakopać trupy z szafy.
Wykonywałem rozkazy, ale to tajemnicaStarałem się patrzeć na sprawy pragmatycznie. Byłem, rzecz jasna, świadom, jak wiele brakuje Sojuszowi do europejskiego modelu lewicy demokratycznej. Pełno w nim było starego aparatczykowstwa, ledwie maskowanej nomenklatury, bezmyślnego zadurzenia ogłupiającym neoliberalnym klimatem lat dziewięćdziesiątych. SLD było zdecydowanie bardziej wspólnotą życiorysów, niż formacją ideową: związkiem ludzi ancien regime'u, starających się z gorliwością neofitów zaprezentować się bardziej prawicowo (pardon, o ile się nie mylę, oficjalnymi terminami były "nowoczesność" i "trzecia droga") niż reprezentanci przeciwnego spektrum.
Mimo to nadal popierałem SLD, ponieważ była to jedyna znacząca formacja, w której mogli działać ludzie o takim formacie jak choćby Izabella Sierakowska, Piotr Gadzinowski czy, potem, Izabela Jaruga-Nowacka. Mówiąc dosadnie, SLD było kompostem, w którym można było od czasu do czasu odnaleźć prawdziwe perły. Partie jawnie prawicowe dla wyborcy o moich poglądach z definicji były stuprocentowym kompostem politycznym.
Długo żywiłem nadzieję, że wraz ze wchodzeniem w dojrzałość mojej generacji, ludzi wychowanych już w III RP i nie obciążonych bagażem przeszłości, wciąż odgrywającym na polskiej scenie politycznej rolę decydującą, zmienić się będzie musiała też parlamentarna lewica.
Wybory prezydenckie w 2010 roku wydawały się początkiem upragnionych zmian. Kiedy Grzegorz Napieralski przystępował do udziału w mocno przyśpieszonej imprezie, najczęstszą reakcją był, w najlepszym wypadku, pełen politowania uśmieszek. Napieralski nie był w żadnym razie kandydatem idealnym, ale dokonał nie lada sztuki. Jego wynik, a zatem wynik SLD, mógł prezentować się średnio pod względem matematycznym, ale niestrudzona kampania przynajmniej częściowo przełamała czarno- (PiS) biały (PO) schemat myślenia społeczeństwa, którego lewicowa część długo nie widziała alternatywy poza wyborem między przysłowiowymi dżumą a cholerą. Wyłom został dokonany.
Wydawało się, że przed SLD roztaczają się piękne perspektywy. Polacy byli coraz bardziej znużeni POPiSowym status quo, a sama parlamentarna lewica zaczynała wreszcie się otwierać na nową generację i jej idee, odgrywające w kampanii bardzo istotną rolę. Oczywiście, proces tego rodzaju musiałby być stopniowy i wiele wody upłynęłoby w Wiśle, ale od czegoś trzeba przecież zacząć.
Napieralski i jego sojusznicy okazali się prawdziwymi artystami, reanimując SLD i kierując je na nowy szlak. Niestety, okazali się jeszcze większymi artystami, marnując wielką szansę.
Sam przewodniczący, upojony sukcesem, okazał się kiepskim wyrazicielem tych, którzy uwierzyli, że poprowadzi SLD ku modelowi skutecznej europejskiej lewicy. Mimo akcentowanej młodości i braku historycznego obciążenia, pod ostentacyjnie noszoną maską cały czas kryła się kwintesencja starego systemu.
Napieralski okazał się typowym aparatczykiem, który, gdyby nie łaska późnego urodzenia, z powodzeniem mógłby spędzać dni na wycinaniu konkurentów w KC, od czasu do czasu dla odmiany powtarzając publicznie frazesy, w które sam nie wierzy.
Aparat jest ważny, panie przewodniczący. Co do tego zgoda. Nie da się utrzymać w poważnej polityce bez posiadania silnych struktur. Jednak aparat to nie wszystko.
Kiedy wycina się wartościowych kandydatów z list, kandydatów mogących przemówić do zdezorientowanych lewicowych wyborców, aby upchnąć miernych, ale wiernych z aparatu, coś jest nie tak.
Kiedy w dobie kryzysu gospodarczego i ogólnego zmęczenia prawicowymi rządami partia lewicowa nie jest w stanie zaprezentować alternatywy, coś jest nie tak.
Kiedy przewodniczący ostrzy sobie zęby na fotel wicepremiera u boku pana Tuska, zamiast uczciwie postarać się wykorzystać rzadką okazję, coś jest nie tak.
Kiedy tacy ludzie, jak Izabella Sierakowska skłaniają się do kandydowania z list PO, coś jest nie tak.
Wielka szansa została zmarnowana. Tegoroczne wybory parlamentarne nie będą następnym etapem odrodzenia, a SLD będzie szczęśliwie, jeżeli uda mu się przekroczyć osiem procent poparcia. Mamy przed sobą kolejne cztery lata prawicowej dominacji, z oficjalną partią lewicową jako żałosnym kadłubkiem, pozbawionym wybitniejszych indywidualności i możliwości oddziaływania.
Obecne SLD jest skończone. Jedyne co nam pozostaje, to pogrzebać trupa, aby nie zatruwał powietrza. Jako były już wyborca tej partii nie widzę sensu w reanimowaniu na siłę marnie frabowanej kukły.
Aby móc faktycznie zacząć budować autentyczną lewicę w Polsce, trzeba najpierw zakopać trupy z szafy.
2011-05-31 21:37:15
- Oskarżony Miller, w świetle przedstawionych w ciągu roku postępowania dowodów wynika niezbicie, iż oskarżony wydał zgodę na funkcjonowanie tajnego więzienia CIA w Polsce, w którym dopuszczano się łamania praw człowieka i prawa międzynarodowego. Co więcej, oskarżony świadomie współdziałał w dalszym wspieraniu tego procederu i ukrywaniu faktów przed opinią publiczną polską i międzynarodową. Czy oskarżony chce coś powiedzieć na swoją obronę?
- Wysoki sądzie, wykonywałem tylko rozkazy.
Taka odpowiedź na pewno nie padłaby na ewentualnym procesie byłego premiera, choć, można zaryzykować śmiało stwierdzenie, byłaby szczerą prawdą. Jakże bowiem oczekiwać od niegdysiejszego szefa władzy wykonawczej przyznania się do gorliwego spełniania kryminalnych życzeń Wielkiego Brata. Należałoby zatem spodziewać się, że oskarżony przed sądem Leszek Miller przybrałby taką samą linię obrony, jaką od dłuższego czasu praktykuje przed sądem opinii publicznej.
- Wysoki sądzie, nie mogę złamać tajemnicy państwowej. A tak w ogóle wysoki sąd jest nieodpowiedzialny, gdyż w ogóle zajmując się tą sprawą naraża Polskę na poważne zagrożenie.
Czego jak czego, ale umiejętności niezapominania języka w gębie nie sposób odmówić dawnemu „kanclerzowi”. Tak samo zresztą jak, mimo rozmaitych błędów i nietrafionych kalkulacji, inteligencji.
Bardzo wątpię, czy Miller choć na chwilę uwierzył w to, czym tak hojnie raczy dziennikarzy. On doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji.
Sytuacja zaś jest taka, panie premierze, że aktywne zaangażowanie pańskiego rządu we wspomaganie mniej oficjalnej części tak zwanej „wojny z terroryzmem” od kilku lat było powszechnie wiadome, lub co najmniej, nasuwające się samo. Także tym, przed których reakcją chce pan rzekomo ochronić nasz kraj. Oficjalne wnioski i wskazanie bezpośrednio odpowiedzialnych pomocników oprawców z CIA, niezależnie od pozycji w hierarchii, nic w tym wypadku nie zmieni.
Ale może zmienić coś innego. W tym wypadku dla nas na lepsze. I tak zapracował pan bardzo ciężko na zbrukanie opinii Polski. Ukrywanie prawdy nie pomoże nam oczyścić się z tego brudu. W oczach opinii światowej możemy się zrehabilitować tylko biorąc pełną odpowiedzialność i uderzając ręką w piersi.
Ale oczywiście tego pan nie chce. W końcu takie oczyszczenie się Polski wymagałoby napiętnowania pana jako winnego. A nie sądzę, aby swoją i tak mocno nadwyrężoną reputację i obciążoną kartotekę utożsamiał pan z bezpieczeństwem Polski. To by była megalomania, o którą osoby z pana inteligencją bym nie posądzał.
Szkoda tylko, że bardzo nie chce pan pamiętać, iż władza równa się odpowiedzialności, także za swoje czyny. Ale któż chciałby pamiętać o konsekwencjach czy interesie kraju?
Na granicy polsko-prawdziwopolskiej- Wysoki sądzie, wykonywałem tylko rozkazy.
Taka odpowiedź na pewno nie padłaby na ewentualnym procesie byłego premiera, choć, można zaryzykować śmiało stwierdzenie, byłaby szczerą prawdą. Jakże bowiem oczekiwać od niegdysiejszego szefa władzy wykonawczej przyznania się do gorliwego spełniania kryminalnych życzeń Wielkiego Brata. Należałoby zatem spodziewać się, że oskarżony przed sądem Leszek Miller przybrałby taką samą linię obrony, jaką od dłuższego czasu praktykuje przed sądem opinii publicznej.
- Wysoki sądzie, nie mogę złamać tajemnicy państwowej. A tak w ogóle wysoki sąd jest nieodpowiedzialny, gdyż w ogóle zajmując się tą sprawą naraża Polskę na poważne zagrożenie.
Czego jak czego, ale umiejętności niezapominania języka w gębie nie sposób odmówić dawnemu „kanclerzowi”. Tak samo zresztą jak, mimo rozmaitych błędów i nietrafionych kalkulacji, inteligencji.
Bardzo wątpię, czy Miller choć na chwilę uwierzył w to, czym tak hojnie raczy dziennikarzy. On doskonale zdaje sobie sprawę z sytuacji.
Sytuacja zaś jest taka, panie premierze, że aktywne zaangażowanie pańskiego rządu we wspomaganie mniej oficjalnej części tak zwanej „wojny z terroryzmem” od kilku lat było powszechnie wiadome, lub co najmniej, nasuwające się samo. Także tym, przed których reakcją chce pan rzekomo ochronić nasz kraj. Oficjalne wnioski i wskazanie bezpośrednio odpowiedzialnych pomocników oprawców z CIA, niezależnie od pozycji w hierarchii, nic w tym wypadku nie zmieni.
Ale może zmienić coś innego. W tym wypadku dla nas na lepsze. I tak zapracował pan bardzo ciężko na zbrukanie opinii Polski. Ukrywanie prawdy nie pomoże nam oczyścić się z tego brudu. W oczach opinii światowej możemy się zrehabilitować tylko biorąc pełną odpowiedzialność i uderzając ręką w piersi.
Ale oczywiście tego pan nie chce. W końcu takie oczyszczenie się Polski wymagałoby napiętnowania pana jako winnego. A nie sądzę, aby swoją i tak mocno nadwyrężoną reputację i obciążoną kartotekę utożsamiał pan z bezpieczeństwem Polski. To by była megalomania, o którą osoby z pana inteligencją bym nie posądzał.
Szkoda tylko, że bardzo nie chce pan pamiętać, iż władza równa się odpowiedzialności, także za swoje czyny. Ale któż chciałby pamiętać o konsekwencjach czy interesie kraju?
2011-04-16 00:13:21
Politycy, dziennikarze i wszelkiej maści tęgie głowy od miesięcy zamartwiają się, jak by tu wreszcie ulżyć przepracowanym – po dziesiątym każdego miesiąca – pracownikom stołecznych służb porządkowych i miejskiego zakładu oczyszczania. Jakiż to wariantów już nie rozważano. Jakich to rozwiązań nie proponowano.
Niestety wychodzi na to, iż najlepsze z możliwych rozwiązań zdołało póki co, nie wiedzieć czemu, zupełnie umknąć ich uwadze. A nie wymagałoby wiele. Wystarczyłby drobny gest dobrej woli ze strony władz Najjaśniejszej, polegający na zrzeczeniu się władzy nad pewnym kawałkiem Warszawy. Tu przecież, jak twierdzą uparcie sprawcy comiesięcznego bałaganu, znajduje się prawdziwa wolna Polska. Czemuż więc Rzeczpospolita nie miałaby pójść im na rękę i uznać suwerenność owej Prawdziwej Polski? Zadowoliłoby to niemal wszystkich żywo tematem zainteresowanych.
Zadowolony byłby Jarosław Kaczyński. Jako uznany prezydent Prawdziwej Polski mógłby na terytorium swego kraju, obejmującego dawny Pałac Prezydencki, zrobić to wszystko, co by zrobił, gdyby przez czysty przypadek nie przegrał ostatnich wyborów. Mógłby postawić tyle pomników, ile by się tylko zmieściło. Mógłby sprawować należną mu władzę na własnym niepodległym terytorium.
Zadowoleni byliby jego zwolennicy, zarówno ci, którzy zdecydowaliby się na zamieszkanie w Prawdziwej Polsce, jak i ci, którzy ze względów obiektywnych musieliby zostać w naszym okropnym kondominium. Ci ostatni przynajmniej mieliby tę pocieszającą świadomość, że gdzieś tam jest Prawdziwa Polska, do której można wzdychać.
Zadowolony byłby pan prezydent Komorowski, który przecież tak lubi Belweder. Nikt by mu już głowy nie zawracał nudnymi pytaniami, kiedy zechce się przenieść na Krakowskie.
Zadowolone byłby warszawskie służby miejskie. Koniec z ustawianiem i pilnowaniem, czy to na mrozie, czy w upale, barierek. Koniec z wywożeniem zniczy i zeskrobywaniem z chodnika roztopionego wosku.
Zadowolona byłaby mocno zredukowana i pozbawiona perspektyw, z uwagi na naszą obecność w strefie Schengen, służba graniczna. W końcu ktoś będzie musiał pilnować granicy RP z Prawdziwą Polską.
Zadowoleni byliby urzędnicy MSZ. Ileż to nowych etatów można stworzyć aby zająć się wydawaniem wiz oraz wymienianiem obelżywych not protestacyjnych.
Zadowoleni byliby turyści. Wszak granica państwowa w samym centrum Warszawy to ciekawsza i, nie ukrywajmy, trwalsza atrakcja niż krzyż. Rzym ma Watykan, to czemu Warszawa miałaby być gorsza?
Zadowoleni byliby mieszkańcy śródmieścia, którzy mogliby bez problemu przemieszczać się tym odcinkiem komunikacyjnym przez wszystkie dni w miesiącu.
Wśród bardzo nielicznych niezadowolonych byłaby chyba tylko telewizja, pozbawiona malowniczych relacji, oraz premier Tusk, któremu trudno by było straszyć do poduszki społeczeństwo opozycją, która dostała własny kraj i, w związku z tym, tego już mieć nie może.
Problem Libii (jeszcze raz)Niestety wychodzi na to, iż najlepsze z możliwych rozwiązań zdołało póki co, nie wiedzieć czemu, zupełnie umknąć ich uwadze. A nie wymagałoby wiele. Wystarczyłby drobny gest dobrej woli ze strony władz Najjaśniejszej, polegający na zrzeczeniu się władzy nad pewnym kawałkiem Warszawy. Tu przecież, jak twierdzą uparcie sprawcy comiesięcznego bałaganu, znajduje się prawdziwa wolna Polska. Czemuż więc Rzeczpospolita nie miałaby pójść im na rękę i uznać suwerenność owej Prawdziwej Polski? Zadowoliłoby to niemal wszystkich żywo tematem zainteresowanych.
Zadowolony byłby Jarosław Kaczyński. Jako uznany prezydent Prawdziwej Polski mógłby na terytorium swego kraju, obejmującego dawny Pałac Prezydencki, zrobić to wszystko, co by zrobił, gdyby przez czysty przypadek nie przegrał ostatnich wyborów. Mógłby postawić tyle pomników, ile by się tylko zmieściło. Mógłby sprawować należną mu władzę na własnym niepodległym terytorium.
Zadowoleni byliby jego zwolennicy, zarówno ci, którzy zdecydowaliby się na zamieszkanie w Prawdziwej Polsce, jak i ci, którzy ze względów obiektywnych musieliby zostać w naszym okropnym kondominium. Ci ostatni przynajmniej mieliby tę pocieszającą świadomość, że gdzieś tam jest Prawdziwa Polska, do której można wzdychać.
Zadowolony byłby pan prezydent Komorowski, który przecież tak lubi Belweder. Nikt by mu już głowy nie zawracał nudnymi pytaniami, kiedy zechce się przenieść na Krakowskie.
Zadowolone byłby warszawskie służby miejskie. Koniec z ustawianiem i pilnowaniem, czy to na mrozie, czy w upale, barierek. Koniec z wywożeniem zniczy i zeskrobywaniem z chodnika roztopionego wosku.
Zadowolona byłaby mocno zredukowana i pozbawiona perspektyw, z uwagi na naszą obecność w strefie Schengen, służba graniczna. W końcu ktoś będzie musiał pilnować granicy RP z Prawdziwą Polską.
Zadowoleni byliby urzędnicy MSZ. Ileż to nowych etatów można stworzyć aby zająć się wydawaniem wiz oraz wymienianiem obelżywych not protestacyjnych.
Zadowoleni byliby turyści. Wszak granica państwowa w samym centrum Warszawy to ciekawsza i, nie ukrywajmy, trwalsza atrakcja niż krzyż. Rzym ma Watykan, to czemu Warszawa miałaby być gorsza?
Zadowoleni byliby mieszkańcy śródmieścia, którzy mogliby bez problemu przemieszczać się tym odcinkiem komunikacyjnym przez wszystkie dni w miesiącu.
Wśród bardzo nielicznych niezadowolonych byłaby chyba tylko telewizja, pozbawiona malowniczych relacji, oraz premier Tusk, któremu trudno by było straszyć do poduszki społeczeństwo opozycją, która dostała własny kraj i, w związku z tym, tego już mieć nie może.
2011-03-25 00:00:17
Od razu chciałbym zaznaczyć, iż nie jestem przeciwny idei ograniczonej interwencji zbrojnej w Libii pod auspicjami Organizacji Narodów Zjednoczonych. Koniec końców działania rozjemcze, prowadzone z całym uznaniem dla prawa międzynarodowego, są jednym z głównych celów ONZ.
Tym natomiast, co budzi mój sprzeciw, jest sposób, w jaki od samego początku do tej operacji się zabrano, oraz, co najważniejsze, możliwe konsekwencje, tak krótko jak i długoterminowe.
Idealnym wyjściem z sytuacji byłoby wymuszenie przerwania ognia pomiędzy siłami reżimu a opozycją i tym samym powstrzymanie rozlewu krwi. Wszak ustanowienie strefy zakazu lotów miało, przynajmniej w założeniu, służyć ochronie ludności cywilnej. Aż strach pomyśleć, jakież to dantejskie sceny byśmy oglądali, gdyby Kadafi wkroczył do Bengazi.
Niestety, już na samym starcie operacja zmieniła charakter. Z czyjej winy, będziemy mogli z całą pewnością osądzić po czasie. Nie zmienia to jednak faktu, iż sprawy przybrały bardzo, ale to bardzo, niepokojący obrót.
Jasnym jest, że zamiast wymuszenia przerwania walk i chronienia ludności cywilnej przed dostaniem się w dwa ognie, „Świt Odysei” stał się operacją czysto wojenną. Zmagania, zamiast ustawać, tylko ulegają dalszej eskalacji, a wszyscy doskonale wiemy z licznych przykładów historycznych, że na pewnym etapie eskalacja wymyka się jej twórcom z rąk.
Trzeba pamiętać, iż pomimo bardzo spontanicznego początku powstania, obecny konflikt coraz bardziej przebiega wzdłuż linii podziałów plemienno-terytorialnych: bardzo ważny czynnik, którego zachodni decydenci zdają się kompletnie nie dostrzegać. Tymczasem Libia należy do tych krajów arabskich, w których więzi plemienne pozostają najsilniejsze. Wiele w tym winy samego Kadafiego, który podsycał te podziały dla własnych celów przez ostatnie czterdzieści lat, zrywając z polityką obalonego króla Idrisa, zmierzającą do budowy jednego społeczeństwa. Obecnie rebelia jest coraz bardziej związana z plemionami wschodnimi, podczas gdy Kadafi wciąż ma swoich zwolenników na zachodzie. Dla wielu Libijczyków, po obu stronach, problemem istotniejszym, niż sam Kadafi czy jego konkurenci do władzy: to stare podziały. I ten sam problem pozostanie, gdy albo pułkownik, albo przywódcy opozycji zejdą, w mniej lub bardziej dramatyczny sposób, ze sceny.
Libia jest ponadto jednym z najjaskrawszych przykładów tworzenia sztucznych granic w Afryce przez dawnych kolonizatorów. Podziały ogniskują się na granicach dawnych emiratów, z których scalono współczesne państwo. Opozycja panuje w Cyrenajce, historycznym bastionie obalonej dynastii As-Sannusi, podczas gdy Kadafii trzyma się mocno w Trypolitanii.
Najrozsądniejszą rzeczą, jaką powinna była zrobić koalicja to bardzo ograniczone działania zbrojne, stopujące walki i umożliwiające samym Libijczykom załatwienie spraw w ich własnym kraju. Spraw, których nikt nie rozumie lepiej niż oni sami i które bezpośrednio ich dotyczą.
Nie widzę za bardzo, co dobrego może wyniknąć z eskalacji i deklarowania się po jednej ze stron w wojnie domowej, co może tylko spotęgować mocno zakorzenione w libijskiej pustyni problemy.
Mocarstwowa wojenka dokonana pod pretekstem rzekomej obrony ich praw jest ostatnią rzeczą, jakiej Libijczycy potrzebują.
Tak by było, czyli Polska wyzwala LibięTym natomiast, co budzi mój sprzeciw, jest sposób, w jaki od samego początku do tej operacji się zabrano, oraz, co najważniejsze, możliwe konsekwencje, tak krótko jak i długoterminowe.
Idealnym wyjściem z sytuacji byłoby wymuszenie przerwania ognia pomiędzy siłami reżimu a opozycją i tym samym powstrzymanie rozlewu krwi. Wszak ustanowienie strefy zakazu lotów miało, przynajmniej w założeniu, służyć ochronie ludności cywilnej. Aż strach pomyśleć, jakież to dantejskie sceny byśmy oglądali, gdyby Kadafi wkroczył do Bengazi.
Niestety, już na samym starcie operacja zmieniła charakter. Z czyjej winy, będziemy mogli z całą pewnością osądzić po czasie. Nie zmienia to jednak faktu, iż sprawy przybrały bardzo, ale to bardzo, niepokojący obrót.
Jasnym jest, że zamiast wymuszenia przerwania walk i chronienia ludności cywilnej przed dostaniem się w dwa ognie, „Świt Odysei” stał się operacją czysto wojenną. Zmagania, zamiast ustawać, tylko ulegają dalszej eskalacji, a wszyscy doskonale wiemy z licznych przykładów historycznych, że na pewnym etapie eskalacja wymyka się jej twórcom z rąk.
Trzeba pamiętać, iż pomimo bardzo spontanicznego początku powstania, obecny konflikt coraz bardziej przebiega wzdłuż linii podziałów plemienno-terytorialnych: bardzo ważny czynnik, którego zachodni decydenci zdają się kompletnie nie dostrzegać. Tymczasem Libia należy do tych krajów arabskich, w których więzi plemienne pozostają najsilniejsze. Wiele w tym winy samego Kadafiego, który podsycał te podziały dla własnych celów przez ostatnie czterdzieści lat, zrywając z polityką obalonego króla Idrisa, zmierzającą do budowy jednego społeczeństwa. Obecnie rebelia jest coraz bardziej związana z plemionami wschodnimi, podczas gdy Kadafi wciąż ma swoich zwolenników na zachodzie. Dla wielu Libijczyków, po obu stronach, problemem istotniejszym, niż sam Kadafi czy jego konkurenci do władzy: to stare podziały. I ten sam problem pozostanie, gdy albo pułkownik, albo przywódcy opozycji zejdą, w mniej lub bardziej dramatyczny sposób, ze sceny.
Libia jest ponadto jednym z najjaskrawszych przykładów tworzenia sztucznych granic w Afryce przez dawnych kolonizatorów. Podziały ogniskują się na granicach dawnych emiratów, z których scalono współczesne państwo. Opozycja panuje w Cyrenajce, historycznym bastionie obalonej dynastii As-Sannusi, podczas gdy Kadafii trzyma się mocno w Trypolitanii.
Najrozsądniejszą rzeczą, jaką powinna była zrobić koalicja to bardzo ograniczone działania zbrojne, stopujące walki i umożliwiające samym Libijczykom załatwienie spraw w ich własnym kraju. Spraw, których nikt nie rozumie lepiej niż oni sami i które bezpośrednio ich dotyczą.
Nie widzę za bardzo, co dobrego może wyniknąć z eskalacji i deklarowania się po jednej ze stron w wojnie domowej, co może tylko spotęgować mocno zakorzenione w libijskiej pustyni problemy.
Mocarstwowa wojenka dokonana pod pretekstem rzekomej obrony ich praw jest ostatnią rzeczą, jakiej Libijczycy potrzebują.
2011-03-22 23:51:06
Dobry wieczór państwu, Kamil Durczok, zaczynamy FAKTY.
Premier Leszek Miller poinformował o, podjętej w porozumieniu z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, decyzji rządu wysłania kontyngentu sił lotniczych do Libii. Polskie myśliwce F-16 dołączą do międzynarodowej koalicji, ustanawiającej strefę zakazu lotów.
W wydanym specjalnym oświadczeniu prezydent Kwaśniewski podkreślił, iż udział w operacji „Świt Odysei” leży nie tylko w interesie państwa, ale stanowi mocny dowód długich tradycji niezłomnej solidarności Polski z jej sojusznikami.
Minister obrony Jerzy Szmajdziński zapewnił, że polskie myśliwce dołączą do operacji jak najszybciej, gdy tylko osiągnięte zostanie porozumienie ze stroną amerykańską w sprawie pomocy w przesunięciu jednostek w rejon Morza Śródziemnego, gdzie już znajduje się okręt wsparcia, ORP Xawery Czernicki.
Minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz ostro skrytykował „kapitulancką”, jak określił postawę Rosji, krytykującą działania koalicji. W wywiadzie udzielonym „The New York Times” Cimoszewicz stanowczo podkreślił, że skandaliczne wypowiedzi polityków rosyjskich, w szczególności premiera Władimira Putina, nie osłabią naszej determinacji.
Oddajemy głos naszym ekspertom.
Wybitny ekspert nr 1: Nasz udział w operacji w Libii jest konieczny dla zapewnienia bezpieczeństwa Polski. Okazując naszym atlantyckim sojusznikom pełną solidarność możemy być pewni, że będą pamiętać o obronie naszego kraju w przyszłości.
Wybitny ekspert nr 2: Biorąc pod uwagę nasze długoletnie doskonałe relacje z Libią, przede wszystkim ekonomiczne, Polska stanie się bardzo ważnym graczem w odbudowie kraju po wyzwoleniu. Polskie przedsiębiorstwa, a w konsekwencji cała nasza gospodarka, ogromnie zyskają na tym przedsięwzięciu.
Wybitny ekspert nr 3: Operacja w Libii stanowi doskonałą okazję do modernizacji polskiej armii. Już teraz dysponujemy supernowoczesnymi myśliwcami wielozadaniowymi F-16, które tak znakomicie spisują się na misji. Jestem przekonany, że nasi zachodni sojusznicy, przede wszystkim Stany Zjednoczone, doceniają nasz ważny wkład w walkę z terrorystyczną dyktaturą Kadafiego i rozumieją potrzebę dalszego dozbrajania wartościowego partnera.
Wybitny ekspert nr 4: Polski wkład w wyzwalanie Libii stanowi wzruszający przykład naszego głębokiego przywiązania do takich wartości, jak wolność i demokracja.
Wybitny ekspert nr 5: Dzięki swej niezłomnej postawie i zaangażowaniu w operację w Libii, Polska wyrasta na naturalnego lidera w Europie Środkowo-Wschodniej.
Wybitny ekspert nr 6: Naturalnie. Chciałbym jeszcze dodać, że Polska wyrosła również na moralnego lidera, godnie odpowiadając na aroganckie zarzuty Rosji, pokazuje tym samym właściwy kierunek wahającym się sąsiadom.
Wybitny ekspert nr 7: W związku z rosnącą pozycją naszego kraju w NATO, naturalnym będzie przyjęcie pewnych zobowiązań. Polska jest na tyle silna, aby brać ważny udział w dalszych, możliwych fazach wyzwalania Libii. Niewykluczone iż nasze, bogate w doświadczenia z Afganistanu i Iraku, wojsko przejmie odpowiedzialność za bezpieczeństwo w którejś z libijskich prowincji, na przykład Fezzan czy nawet Trypolitanii. Trudno byłoby o lepsze potwierdzenie rosnącej roli Polski w globalnej wojnie z terrorem.
Wybitny ekspert nr 8: Zgadzam się z panem w zupełności. Zresztą minister Szmajdziński wspominał o naszej gotowości do podjęcia się takiej misji. Przy ostrożnej postawie sojuszników widać, że Polska już przejęła inicjatywę.
Ciężki przypadek LibiiPremier Leszek Miller poinformował o, podjętej w porozumieniu z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, decyzji rządu wysłania kontyngentu sił lotniczych do Libii. Polskie myśliwce F-16 dołączą do międzynarodowej koalicji, ustanawiającej strefę zakazu lotów.
W wydanym specjalnym oświadczeniu prezydent Kwaśniewski podkreślił, iż udział w operacji „Świt Odysei” leży nie tylko w interesie państwa, ale stanowi mocny dowód długich tradycji niezłomnej solidarności Polski z jej sojusznikami.
Minister obrony Jerzy Szmajdziński zapewnił, że polskie myśliwce dołączą do operacji jak najszybciej, gdy tylko osiągnięte zostanie porozumienie ze stroną amerykańską w sprawie pomocy w przesunięciu jednostek w rejon Morza Śródziemnego, gdzie już znajduje się okręt wsparcia, ORP Xawery Czernicki.
Minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz ostro skrytykował „kapitulancką”, jak określił postawę Rosji, krytykującą działania koalicji. W wywiadzie udzielonym „The New York Times” Cimoszewicz stanowczo podkreślił, że skandaliczne wypowiedzi polityków rosyjskich, w szczególności premiera Władimira Putina, nie osłabią naszej determinacji.
Oddajemy głos naszym ekspertom.
Wybitny ekspert nr 1: Nasz udział w operacji w Libii jest konieczny dla zapewnienia bezpieczeństwa Polski. Okazując naszym atlantyckim sojusznikom pełną solidarność możemy być pewni, że będą pamiętać o obronie naszego kraju w przyszłości.
Wybitny ekspert nr 2: Biorąc pod uwagę nasze długoletnie doskonałe relacje z Libią, przede wszystkim ekonomiczne, Polska stanie się bardzo ważnym graczem w odbudowie kraju po wyzwoleniu. Polskie przedsiębiorstwa, a w konsekwencji cała nasza gospodarka, ogromnie zyskają na tym przedsięwzięciu.
Wybitny ekspert nr 3: Operacja w Libii stanowi doskonałą okazję do modernizacji polskiej armii. Już teraz dysponujemy supernowoczesnymi myśliwcami wielozadaniowymi F-16, które tak znakomicie spisują się na misji. Jestem przekonany, że nasi zachodni sojusznicy, przede wszystkim Stany Zjednoczone, doceniają nasz ważny wkład w walkę z terrorystyczną dyktaturą Kadafiego i rozumieją potrzebę dalszego dozbrajania wartościowego partnera.
Wybitny ekspert nr 4: Polski wkład w wyzwalanie Libii stanowi wzruszający przykład naszego głębokiego przywiązania do takich wartości, jak wolność i demokracja.
Wybitny ekspert nr 5: Dzięki swej niezłomnej postawie i zaangażowaniu w operację w Libii, Polska wyrasta na naturalnego lidera w Europie Środkowo-Wschodniej.
Wybitny ekspert nr 6: Naturalnie. Chciałbym jeszcze dodać, że Polska wyrosła również na moralnego lidera, godnie odpowiadając na aroganckie zarzuty Rosji, pokazuje tym samym właściwy kierunek wahającym się sąsiadom.
Wybitny ekspert nr 7: W związku z rosnącą pozycją naszego kraju w NATO, naturalnym będzie przyjęcie pewnych zobowiązań. Polska jest na tyle silna, aby brać ważny udział w dalszych, możliwych fazach wyzwalania Libii. Niewykluczone iż nasze, bogate w doświadczenia z Afganistanu i Iraku, wojsko przejmie odpowiedzialność za bezpieczeństwo w którejś z libijskich prowincji, na przykład Fezzan czy nawet Trypolitanii. Trudno byłoby o lepsze potwierdzenie rosnącej roli Polski w globalnej wojnie z terrorem.
Wybitny ekspert nr 8: Zgadzam się z panem w zupełności. Zresztą minister Szmajdziński wspominał o naszej gotowości do podjęcia się takiej misji. Przy ostrożnej postawie sojuszników widać, że Polska już przejęła inicjatywę.
2011-02-23 01:19:42
Nie da się zaprzeczyć, iż obecne dramatyczne wydarzenia w Libii są rezultatem tej samej fali, która, wpierw wezbrawszy w Tunezji, rozlała się szeroko po całym świecie arabskim, po drodze obalając Mubaraka w sąsiednim Egipcie i podmywając kilka innych tronów.
Zarazem należy zachować bardzo daleko idącą ostrożność w wyszukiwaniu łatwych analogii pomiędzy sytuacją w Egipcie czy Tunezji, a Libią, której przypadek jest zaprawdę unikalny.
Przede wszystkim, Zin Al-Abidin Ben Ali jak i Hosni Mubarak mogli co najwyżej pomarzyć o stopniu władzy, jaki jest udziałem pułkownika Kaddafiego, czy latach, nazwijmy to, jego praktyki. Kaddafi miał ich ponad czterdzieści na przekształcenie Libii, a nawet więcej: na stworzenie własnego systemu, w którym każda nitka władzy znajduje się w jego rękach. Nie było to tylko kwestią czasu, jakim dysponował. Do przechwycenia władzy w kraju wystarczyło swego czasu zajęcie radiostacji i naczelnego dowództwa przez małą grupkę oficerów. Przez następne dekady Kaddafi po prostu pracowicie wypełnił próżnię instytucjonalną młodego, słabego państwa tak, aby nic nie mogło odbyć się bez niego. Ani obaleni przywódcy, ani ci, którzy obecnie mają pełne powody do zaniepokojenia, jak choćby Emir Bahrajnu czy Baszar Al-Assad w Syrii, nie mieli tak sprzyjających warunków. Każdy z nich przejął już ustanowiony system i żaden, pomimo niewątpliwie dyktatorskiego charakteru rządów, żaden nie był aż w takim stopniu jednowładcą. Przypomnijmy, że w Egipcie to silna i, jak się okazało, niezależna w momencie kryzysu, armia postanowiła nie stawać po stronie satrapy.
Innym zasadniczym elementem jest kwestia istnienia, czy też braku, opozycji. Jak pokazały wydarzenia w Egipcie, kraju o wiele ludniejszym i, chociażby przez to, dużo trudniejszym do kontroli, opozycja mogła się sprawnie, mimo wieloletnich utrudnień ze strony odpowiednich służb oraz wewnętrznej niejednolitości, zorganizować wokół wspólnego celu obalenia dyktatora. W Libii, kraju o nieporównywanie silniejszym systemie kontroli społecznej (już przy pierwszych niepokojących sygnałach dochodzących z Tunisu, Kaddafi wyłączył sieć telefonów komórkowych), opozycja jako organizacja jest znikoma, albo koncentruje się na emigracji.
Oczywiście, nie oznacza to bynajmniej, że to, co się obecnie dzieje w Libii, nie jest wyrazem ogromnego buntu społecznego. Tak, możemy mówić wręcz o narodowym powstaniu i trudno się doprawdy dziwić tysiącom demonstrantów, którzy wreszcie postanowili powiedzieć „dość!”
Niestety, inaczej niż w Egipcie, nie możemy mieć większej nadziei na nadanie powstaniu, niezbędnej do dalszego działania organizacji, ani też liczyć na przychylność ze strony pewnych elementów rządowych. Kaddafi zdaje sobie z tego sprawę i jest przekonany, że o ile tłum jako taki nie zmiecie go z tronu, to nie ma nikogo innego zagrożenia. Wie też zarazem, że musi utrzymać się za wszelką cenę, bo w przeciwnym razie marny jego los w konfrontacji z masami.
Przypadek Libii jest unikalny: unikalnie dramatyczny. Jeżeli istnieje odpowiedź na pytanie, jak załatwić sprawy, wychodząc naprzeciw słusznym żądaniom zdesperowanych mas i unikając kompletnej masakry, to nie można w jej poszukiwaniu bezmyślnie się sugerować przykładem np. Egiptu, tylko starać się zrozumieć specyfikę kraju niemal od podstaw stworzonego przez człowieka, który teraz wysyła myśliwce przeciwko swemu ludowi. A to wszelkie przewidywania są bardzo trudne i nie napawają optymizmem.
Wredny dyktator ucieka z zawsze wiernego KairuZarazem należy zachować bardzo daleko idącą ostrożność w wyszukiwaniu łatwych analogii pomiędzy sytuacją w Egipcie czy Tunezji, a Libią, której przypadek jest zaprawdę unikalny.
Przede wszystkim, Zin Al-Abidin Ben Ali jak i Hosni Mubarak mogli co najwyżej pomarzyć o stopniu władzy, jaki jest udziałem pułkownika Kaddafiego, czy latach, nazwijmy to, jego praktyki. Kaddafi miał ich ponad czterdzieści na przekształcenie Libii, a nawet więcej: na stworzenie własnego systemu, w którym każda nitka władzy znajduje się w jego rękach. Nie było to tylko kwestią czasu, jakim dysponował. Do przechwycenia władzy w kraju wystarczyło swego czasu zajęcie radiostacji i naczelnego dowództwa przez małą grupkę oficerów. Przez następne dekady Kaddafi po prostu pracowicie wypełnił próżnię instytucjonalną młodego, słabego państwa tak, aby nic nie mogło odbyć się bez niego. Ani obaleni przywódcy, ani ci, którzy obecnie mają pełne powody do zaniepokojenia, jak choćby Emir Bahrajnu czy Baszar Al-Assad w Syrii, nie mieli tak sprzyjających warunków. Każdy z nich przejął już ustanowiony system i żaden, pomimo niewątpliwie dyktatorskiego charakteru rządów, żaden nie był aż w takim stopniu jednowładcą. Przypomnijmy, że w Egipcie to silna i, jak się okazało, niezależna w momencie kryzysu, armia postanowiła nie stawać po stronie satrapy.
Innym zasadniczym elementem jest kwestia istnienia, czy też braku, opozycji. Jak pokazały wydarzenia w Egipcie, kraju o wiele ludniejszym i, chociażby przez to, dużo trudniejszym do kontroli, opozycja mogła się sprawnie, mimo wieloletnich utrudnień ze strony odpowiednich służb oraz wewnętrznej niejednolitości, zorganizować wokół wspólnego celu obalenia dyktatora. W Libii, kraju o nieporównywanie silniejszym systemie kontroli społecznej (już przy pierwszych niepokojących sygnałach dochodzących z Tunisu, Kaddafi wyłączył sieć telefonów komórkowych), opozycja jako organizacja jest znikoma, albo koncentruje się na emigracji.
Oczywiście, nie oznacza to bynajmniej, że to, co się obecnie dzieje w Libii, nie jest wyrazem ogromnego buntu społecznego. Tak, możemy mówić wręcz o narodowym powstaniu i trudno się doprawdy dziwić tysiącom demonstrantów, którzy wreszcie postanowili powiedzieć „dość!”
Niestety, inaczej niż w Egipcie, nie możemy mieć większej nadziei na nadanie powstaniu, niezbędnej do dalszego działania organizacji, ani też liczyć na przychylność ze strony pewnych elementów rządowych. Kaddafi zdaje sobie z tego sprawę i jest przekonany, że o ile tłum jako taki nie zmiecie go z tronu, to nie ma nikogo innego zagrożenia. Wie też zarazem, że musi utrzymać się za wszelką cenę, bo w przeciwnym razie marny jego los w konfrontacji z masami.
Przypadek Libii jest unikalny: unikalnie dramatyczny. Jeżeli istnieje odpowiedź na pytanie, jak załatwić sprawy, wychodząc naprzeciw słusznym żądaniom zdesperowanych mas i unikając kompletnej masakry, to nie można w jej poszukiwaniu bezmyślnie się sugerować przykładem np. Egiptu, tylko starać się zrozumieć specyfikę kraju niemal od podstaw stworzonego przez człowieka, który teraz wysyła myśliwce przeciwko swemu ludowi. A to wszelkie przewidywania są bardzo trudne i nie napawają optymizmem.
2011-02-12 00:06:16
Jeden z najczęściej przywoływanych epizodów sławnych „Stu Dni” dotyczy zmieniających się, w miarę postępów Napoleona, reakcji paryskiej prasy. Zaraz po wylądowaniu wygnańca z Elby, rojalistyczne gazety szydziły z uzurpatora, którego jak zapewniały, wierna armia za parę dni przywiezie Ludwikowi XVIII w złotej klatce. Wkrótce potem, gazety zaczęły, nieco ostrożniej, pisać o „Bonapartem”, już bez szafowania poprzednim epitetem. Gdzieś w połowie drogi imć pan Bonaparte jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeobraził się w druku w „Generała Bonaparte”. Kilka kilometrów dalej był już cesarzem, a gdy wkraczał tryumfalnie do stolicy, te same tytuły lojalnie witały Jego Cesarską Wysokość w „zawsze wiernym Paryżu”.
Prawie dwieście lat później, co uważniejsi (a mam oczywiście na myśli tych, którzy śledzili tematykę zanim jeszcze stała się newsem numer jeden w „Faktach”) mogli zaobserwować podobne wygibasy w zachodnich mediach.
Jeszcze parę miesięcy temu wiodące tytuły pisały z pełną współczucia trwogą o postępującej ciężkiej chorobie wielkiego arabskiego przywódcy, od lat gwarantującego swemu krajowi postęp i stabilizację. Oj, można było się naczytać słów uznania pod adresem tego regionalnego lidera. Oj, mógł wstrząsnąć czytelnikiem dreszcz, gdy rozważano, jak to paskudnie sprawy się potoczą, gdy męża opatrznościowego zabraknie.
Wraz z diametralną zmianą sytuacji w tym odległym kraju, która oczywiście nasze autorytety zgodnie zaskoczyła, na tych samych łamach zaczęły się ostrożne przebąkiwania, iż mąż opatrznościowy może urzęduję już trochę za długo, że może jednak popełnił parę błędów, że może system nie był taki idealny. Że może powinien raz jeszcze wykazać swe znane cechy męża stanu i dobrowolnie ustąpić, aby uniknąć pogorszenia sytuacji, po raz ostatni rozstawiając przedtem figury na szachownicy.
Nie minęło wiele czasu, a te same tytuły zaroiły się od wzmianek o okropnościach wstrętnego reżimu, o których przedtem jakoś nie wiedzieliśmy. Regionalny tygrys, już zdegradowany do roli starszego pana, który nie wie, jak skończyć, teraz stał się krwawym, skorumpowanym dyktatorem, który powinien spieprzać, gdzie pieprz rośnie, bo jak tak można?
Tak, ten sam człowiek, kilka miesięcy temu zwany przez tych samych fachowców wielkim przywódcą, bez którego w regionie obejść się nie można, teraz został ich piórami mianowany żałosnym lokalnym satrapą, którego dosięgnął słuszny gniew ludu, ludu w którego rękach należy zostawić, z całym szacunkiem dla lokalnych uwarunkowań, losy jego kraju.
Nam zaś pozostaje wcale niewesoła refleksja, że większość zachodnich mediów może wie nieco więcej o głębokich przemianach, zachodzących w Egipcie i całym świecie arabskim, a także o roli byłego już prezydenta Hosniego Mubaraka, niż przeciętny turysta - dla którego bliskowschodnia rzeczywistość sprowadza się do sielankowych widoczków kurortów, starannie od skrzeczącej rzeczywistości odgrodzonych. Być może, ale wciąż za mało. Zbyt powolne też są media w wyciąganiu poprawnych wniosków.
"Sieg Heil!" pod szczególną ochronąPrawie dwieście lat później, co uważniejsi (a mam oczywiście na myśli tych, którzy śledzili tematykę zanim jeszcze stała się newsem numer jeden w „Faktach”) mogli zaobserwować podobne wygibasy w zachodnich mediach.
Jeszcze parę miesięcy temu wiodące tytuły pisały z pełną współczucia trwogą o postępującej ciężkiej chorobie wielkiego arabskiego przywódcy, od lat gwarantującego swemu krajowi postęp i stabilizację. Oj, można było się naczytać słów uznania pod adresem tego regionalnego lidera. Oj, mógł wstrząsnąć czytelnikiem dreszcz, gdy rozważano, jak to paskudnie sprawy się potoczą, gdy męża opatrznościowego zabraknie.
Wraz z diametralną zmianą sytuacji w tym odległym kraju, która oczywiście nasze autorytety zgodnie zaskoczyła, na tych samych łamach zaczęły się ostrożne przebąkiwania, iż mąż opatrznościowy może urzęduję już trochę za długo, że może jednak popełnił parę błędów, że może system nie był taki idealny. Że może powinien raz jeszcze wykazać swe znane cechy męża stanu i dobrowolnie ustąpić, aby uniknąć pogorszenia sytuacji, po raz ostatni rozstawiając przedtem figury na szachownicy.
Nie minęło wiele czasu, a te same tytuły zaroiły się od wzmianek o okropnościach wstrętnego reżimu, o których przedtem jakoś nie wiedzieliśmy. Regionalny tygrys, już zdegradowany do roli starszego pana, który nie wie, jak skończyć, teraz stał się krwawym, skorumpowanym dyktatorem, który powinien spieprzać, gdzie pieprz rośnie, bo jak tak można?
Tak, ten sam człowiek, kilka miesięcy temu zwany przez tych samych fachowców wielkim przywódcą, bez którego w regionie obejść się nie można, teraz został ich piórami mianowany żałosnym lokalnym satrapą, którego dosięgnął słuszny gniew ludu, ludu w którego rękach należy zostawić, z całym szacunkiem dla lokalnych uwarunkowań, losy jego kraju.
Nam zaś pozostaje wcale niewesoła refleksja, że większość zachodnich mediów może wie nieco więcej o głębokich przemianach, zachodzących w Egipcie i całym świecie arabskim, a także o roli byłego już prezydenta Hosniego Mubaraka, niż przeciętny turysta - dla którego bliskowschodnia rzeczywistość sprowadza się do sielankowych widoczków kurortów, starannie od skrzeczącej rzeczywistości odgrodzonych. Być może, ale wciąż za mało. Zbyt powolne też są media w wyciąganiu poprawnych wniosków.
2010-11-13 01:26:07
Niczego ostatnio tak bardzo nie żałuję, jak tego, iż 11 listopada, z powodu zobowiązań domowych, od których nie mogłem się wymigać, nie poszedłem na kontrmanifestację. Biorąc pod uwagę, co tam się działo i jak antyfaszyści zostali przez państwo potraktowani, powinniśmy byli być tam wszyscy razem.
Cóż, nie poszedłem blokować pogrobowców Romana Dmowskiego, którzy chyba z wrodzonej głupoty regularnie czczą rocznicę przekazania władzy wojskowej niejakiemu brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu którego, jak wiadomo, pan Roman bardzo sobie, z wzajemnością, cenił. Nie poszedłem, ale faszyści przyszli do mnie i pod opiekuńczymi skrzydłami dzielnej policji przemaszerowali ulicą Dobrą na Powiślu, wywrzaskując jakieś idiotyzmy o krwi i narodzie tuż pod moimi oknami.
Przedtem, gdy część z nich zapędziła się na równoległy Solec, miejsce urodzenia, co uważam w tych okolicznościach za szczególnie symboliczne, Mordechaja Anielewicza, można było wyraźnie usłyszeć okrzyki „Sieg Heil”.
Jedna rzecz bardzo mnie nurtuje. Co mamy sądzić o władzach Warszawy, władzach Polski i podległych jej służbach, które dzielnie biły antyfaszystowskich demonstrantów na ulicach, trzymały osoby ściśnięte w kordonie przez godziny, a potem udzielały bardzo mądrych instrukcji, w jaki sposób i w jakich kierunkach mają spieprzać? Tych samych antyfaszystów, którzy zebrali się, aby głośno powiedzieć „nie” neonazistowskim treściom, których propagowanie jest w Polsce zakazane. W Polsce, kraju, gdzie przypomnijmy, uzbrojeni ludzie wykrzykujący „Sieg Heil” zamordowali w czasie okupacji miliony naszych przodków?
Odpowiedź jest prosta. Państwo i jego służby po prostu chroniły biednych neofaszystów, aby spokojnie mogli wyrażać swoją miłość do ojczyzny, skandując staropolskie „Sieg Heil”. A lewacy sami się pobili.
Na pewno neofaszyści szczególnie tę troskę państwa docenią. Jak to już wiele razy w historii bywało.
Wojna mylnie zwana polsko-polskąCóż, nie poszedłem blokować pogrobowców Romana Dmowskiego, którzy chyba z wrodzonej głupoty regularnie czczą rocznicę przekazania władzy wojskowej niejakiemu brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu którego, jak wiadomo, pan Roman bardzo sobie, z wzajemnością, cenił. Nie poszedłem, ale faszyści przyszli do mnie i pod opiekuńczymi skrzydłami dzielnej policji przemaszerowali ulicą Dobrą na Powiślu, wywrzaskując jakieś idiotyzmy o krwi i narodzie tuż pod moimi oknami.
Przedtem, gdy część z nich zapędziła się na równoległy Solec, miejsce urodzenia, co uważam w tych okolicznościach za szczególnie symboliczne, Mordechaja Anielewicza, można było wyraźnie usłyszeć okrzyki „Sieg Heil”.
Jedna rzecz bardzo mnie nurtuje. Co mamy sądzić o władzach Warszawy, władzach Polski i podległych jej służbach, które dzielnie biły antyfaszystowskich demonstrantów na ulicach, trzymały osoby ściśnięte w kordonie przez godziny, a potem udzielały bardzo mądrych instrukcji, w jaki sposób i w jakich kierunkach mają spieprzać? Tych samych antyfaszystów, którzy zebrali się, aby głośno powiedzieć „nie” neonazistowskim treściom, których propagowanie jest w Polsce zakazane. W Polsce, kraju, gdzie przypomnijmy, uzbrojeni ludzie wykrzykujący „Sieg Heil” zamordowali w czasie okupacji miliony naszych przodków?
Odpowiedź jest prosta. Państwo i jego służby po prostu chroniły biednych neofaszystów, aby spokojnie mogli wyrażać swoją miłość do ojczyzny, skandując staropolskie „Sieg Heil”. A lewacy sami się pobili.
Na pewno neofaszyści szczególnie tę troskę państwa docenią. Jak to już wiele razy w historii bywało.
2010-10-31 14:52:19
Oglądając w telewizji transmisję uroczystości pogrzebowych Marka Rosiaka rzecz jasna spodziewałem się pewnego obrotu sprawy, ale i tak to, co tam nastąpiło, przeszło moje oczekiwania.
Jak ostatni głupiec myślałem, że obowiązują jeszcze pewne granice, jakie wyznacza kultura osobista, zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z pożegnaniem człowieka, niezależnie od politycznych kontrowersji towarzyszących temu smutnemu wydarzeniu.
Cóż, nie wiadomo który to już raz, okazało się, że byłem w błędzie.
Pogrzeb z Łodzi, który mógłby być pięknym ostatnim hołdem a także demonstracją spokoju, rychło zamienił się w więc polityczny. Grunt pod gwóźdź programu przygotował biskup Lepa, reklamując, ze swych purpurackich wysokości, telewizję Trwam, ale to jeszcze nic (wciąż nic) w porównaniu z tym, co się zaczęło, gdy głos zabrał Prezes.
Jarosław Kaczyński wygłosił niemal dokładnie takie samo przemówienie, jak na swych ostatnich konferencjach prasowych, z tą tylko różnicą, że uczynił to nie w siedzibie swej partii na Nowogrodzkiej przed zgromadzonymi dziennikarzami, ale podczas uroczystości żałobnych, używając katafalku jako trybuny, przy milczącej, ale wyraźnej akceptacji hierarchów i duchowieństwa.
Pan Prezes, który w dniu tragedii w Łodzi, nawet nie wspomniał nazwiska pana Rosiaka (ciekawe, czy w ogóle je znał i czy w ogóle go to obchodziło), tylko od razu pośpieszył wykorzystać sytuację do podgrzania atmosfery, rzucania oskarżeń i zbijania na tragedii punktów (w końcu taka okazja), nawet w kościele nie mógł się od tego powstrzymać. Owszem, nie raz w historii ludzkości pogrzeby ofiar przeróżnych reżymów były okazją do manifestacji zniewolonych społeczeństw, ale w dzisiejszej Polsce, ani reżymu, ani zniewolenia jakoś nie widać.
Hipokryzja, albo zupełne oderwanie od rzeczywistości, pana Kaczyńskiego przybiera coraz to bardziej zatrważające rozmiary. Tak że naprawdę nie warto już rozwodzić się nad żałośliwością domagania się na prawo i lewo przeprosin przez rekordzistę w obrzucaniu ludzi błotem, ferowania wyroków bez podstaw, a nawet wbrew faktom (lista Ryszarda C., wcześniejsze odwiedziny w innym biurze, wyszukany przez dziennikarzy Rzeczpospolitej fakt, iż zabójca był przedtem namiętnym słuchaczem Radia Maryja). Nie warto wspominać o pouczaniu innych o kulturze osobistej przez człowieka, który wielokrotnie udowodnił, jak bardzo jest na bakier z savoir-vivre. I wreszcie o oburzaniu się byłego premiera - na skutek którego politycznych decyzji zaszczuto na śmierć przeciwniczkę polityczną w nagonce CBA - na rzekome podżeganie do mordu.
To już wszyscy wiemy i chyba nikt, poza coraz węższą grupkę sfanatyzowanych wyznawców prezesa, nie da się na tę tanią, a obrzydliwą demagogię i zakłamanie nabrać.
I bardzo dobrze, gdyby nie to, iż ostateczna konstatacja wcale nie przedstawia się tak różowo.
Niezależnie od tego, jaką strategię obierze, Jarosław Kaczyński, póki będzie aktywny w polityce, a nic niestety nie wskazuje na chęć udania się przez niego na emeryturę, będzie wywierał destrukcyjny wpływ na polską rzeczywistość.
W rzadkich momentach spokoju prezes PiS staje się niebezpiecznie wybieralny. Można sobie łatwo wyobrazić, co by było, gdyby (a był tego bardzo blisko) wygrał przedterminowe wybory prezydenckie, a niebawem poczuł, że maska baranka łagodności zaczyna go uwierać. Pięć kolejnych lat bastionu IV RP na Krakowskim Przedmieściu, spotęgowanego w swej paranoi ostatnimi wydarzeniami.
Gdy zaś zachowuje się jak ostatnio w Łodzi, kiedy to palnął polityczną agitkę nad trumną zabitego Marka Rosiaka, to też nie jest dobrze. Owszem, szanse na powrót do władzy maleją z każdym wypowiedzianym przez niego słowem, a rządząca niegdyś partia coraz bardziej się kurczy do rozmiaru małego zamordystycznego państewka w państwie, parodii „prawowitego rządu najjaśniejszej na wygnaniu”, zbyt słabego, by sięgnąć po więcej, ale na tyle silnego, aby utrzymać się na Wiejskiej, choćby w postaci ogryzka.
I właśnie ten ogryzek jest podstawą sukcesu obecnego rządu Donalda Tuska, o wiele lepiej radzącego sobie z manipulowaniem lękami społecznymi niż jego największa pomoc wyborcza, czyli prezes Kaczyński, który z samobójczą konsekwencją pomaga utrzymać się miernemu rządowi, stałym przypominaniem, że jego rząd był jeszcze gorszy.
Wojna pomiędzy dwoma skłóconymi prawicowymi bliźniakami, mylnie i demagogicznie, zwana „wojną polsko-polską”, nie zakończy się porozumieniem, którego zresztą - we własnym, partyjnym, interesie - nie chcą obie strony konfliktu, w który są na siłę wciągani obywatele zarówno przez polityków z tych opcji, jak i widzące wszystko w kategoriach „PiS-PO, PO-PiS”, media. Pomijając już oczywisty fakt, że Polakom należy się coś więcej, niż ordynarne manipulowanie ich lękami, rzeczywista zmiana i przełamanie impasu, może wyjść spoza tego układu. Musimy jedynie być zdolni, aby wyjrzeć poza ramy narzucane nam z jednej strony przez Radio Maryja, a z drugiej przez TVN.
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...Jak ostatni głupiec myślałem, że obowiązują jeszcze pewne granice, jakie wyznacza kultura osobista, zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z pożegnaniem człowieka, niezależnie od politycznych kontrowersji towarzyszących temu smutnemu wydarzeniu.
Cóż, nie wiadomo który to już raz, okazało się, że byłem w błędzie.
Pogrzeb z Łodzi, który mógłby być pięknym ostatnim hołdem a także demonstracją spokoju, rychło zamienił się w więc polityczny. Grunt pod gwóźdź programu przygotował biskup Lepa, reklamując, ze swych purpurackich wysokości, telewizję Trwam, ale to jeszcze nic (wciąż nic) w porównaniu z tym, co się zaczęło, gdy głos zabrał Prezes.
Jarosław Kaczyński wygłosił niemal dokładnie takie samo przemówienie, jak na swych ostatnich konferencjach prasowych, z tą tylko różnicą, że uczynił to nie w siedzibie swej partii na Nowogrodzkiej przed zgromadzonymi dziennikarzami, ale podczas uroczystości żałobnych, używając katafalku jako trybuny, przy milczącej, ale wyraźnej akceptacji hierarchów i duchowieństwa.
Pan Prezes, który w dniu tragedii w Łodzi, nawet nie wspomniał nazwiska pana Rosiaka (ciekawe, czy w ogóle je znał i czy w ogóle go to obchodziło), tylko od razu pośpieszył wykorzystać sytuację do podgrzania atmosfery, rzucania oskarżeń i zbijania na tragedii punktów (w końcu taka okazja), nawet w kościele nie mógł się od tego powstrzymać. Owszem, nie raz w historii ludzkości pogrzeby ofiar przeróżnych reżymów były okazją do manifestacji zniewolonych społeczeństw, ale w dzisiejszej Polsce, ani reżymu, ani zniewolenia jakoś nie widać.
Hipokryzja, albo zupełne oderwanie od rzeczywistości, pana Kaczyńskiego przybiera coraz to bardziej zatrważające rozmiary. Tak że naprawdę nie warto już rozwodzić się nad żałośliwością domagania się na prawo i lewo przeprosin przez rekordzistę w obrzucaniu ludzi błotem, ferowania wyroków bez podstaw, a nawet wbrew faktom (lista Ryszarda C., wcześniejsze odwiedziny w innym biurze, wyszukany przez dziennikarzy Rzeczpospolitej fakt, iż zabójca był przedtem namiętnym słuchaczem Radia Maryja). Nie warto wspominać o pouczaniu innych o kulturze osobistej przez człowieka, który wielokrotnie udowodnił, jak bardzo jest na bakier z savoir-vivre. I wreszcie o oburzaniu się byłego premiera - na skutek którego politycznych decyzji zaszczuto na śmierć przeciwniczkę polityczną w nagonce CBA - na rzekome podżeganie do mordu.
To już wszyscy wiemy i chyba nikt, poza coraz węższą grupkę sfanatyzowanych wyznawców prezesa, nie da się na tę tanią, a obrzydliwą demagogię i zakłamanie nabrać.
I bardzo dobrze, gdyby nie to, iż ostateczna konstatacja wcale nie przedstawia się tak różowo.
Niezależnie od tego, jaką strategię obierze, Jarosław Kaczyński, póki będzie aktywny w polityce, a nic niestety nie wskazuje na chęć udania się przez niego na emeryturę, będzie wywierał destrukcyjny wpływ na polską rzeczywistość.
W rzadkich momentach spokoju prezes PiS staje się niebezpiecznie wybieralny. Można sobie łatwo wyobrazić, co by było, gdyby (a był tego bardzo blisko) wygrał przedterminowe wybory prezydenckie, a niebawem poczuł, że maska baranka łagodności zaczyna go uwierać. Pięć kolejnych lat bastionu IV RP na Krakowskim Przedmieściu, spotęgowanego w swej paranoi ostatnimi wydarzeniami.
Gdy zaś zachowuje się jak ostatnio w Łodzi, kiedy to palnął polityczną agitkę nad trumną zabitego Marka Rosiaka, to też nie jest dobrze. Owszem, szanse na powrót do władzy maleją z każdym wypowiedzianym przez niego słowem, a rządząca niegdyś partia coraz bardziej się kurczy do rozmiaru małego zamordystycznego państewka w państwie, parodii „prawowitego rządu najjaśniejszej na wygnaniu”, zbyt słabego, by sięgnąć po więcej, ale na tyle silnego, aby utrzymać się na Wiejskiej, choćby w postaci ogryzka.
I właśnie ten ogryzek jest podstawą sukcesu obecnego rządu Donalda Tuska, o wiele lepiej radzącego sobie z manipulowaniem lękami społecznymi niż jego największa pomoc wyborcza, czyli prezes Kaczyński, który z samobójczą konsekwencją pomaga utrzymać się miernemu rządowi, stałym przypominaniem, że jego rząd był jeszcze gorszy.
Wojna pomiędzy dwoma skłóconymi prawicowymi bliźniakami, mylnie i demagogicznie, zwana „wojną polsko-polską”, nie zakończy się porozumieniem, którego zresztą - we własnym, partyjnym, interesie - nie chcą obie strony konfliktu, w który są na siłę wciągani obywatele zarówno przez polityków z tych opcji, jak i widzące wszystko w kategoriach „PiS-PO, PO-PiS”, media. Pomijając już oczywisty fakt, że Polakom należy się coś więcej, niż ordynarne manipulowanie ich lękami, rzeczywista zmiana i przełamanie impasu, może wyjść spoza tego układu. Musimy jedynie być zdolni, aby wyjrzeć poza ramy narzucane nam z jednej strony przez Radio Maryja, a z drugiej przez TVN.
2010-10-15 23:16:06
Imię: Bronisław Maria.
Nazwisko: Komorowski.
Wiek: 58 lat.
Pseudonim: Hrabia.
Znaki szczególne: Wąsy.
Ostatnio zamieszkały: Warszawa.
Ostatnio wykonywany zawód: Marszałek Sejmu, Tymczasowo Wykonujący Obowiązki Prezydenta RP.
Data zaginięcia: 6 sierpnia 2010, zaraz po objęciu nowej posady.
Ostatnio widziany: Jak wsiadał do samolotu do Rzymu. Przedtem przelotnie dostrzeżony na Westerplatte.
Poszukiwany w celu: Spłacenia zaciągniętych wobec poszukujących długów.
Dostarczyć: Żywego (poprzedni poszukiwany, już po swej śmierci, spowodował kosztowny paraliż ruchu na Krakowskim Przedmieściu i władze Miasta St. Warszawy proszą, aby unikać powrótki z rozrywki.)
Adres kontaktowy poszukujących: Obywatele RP, Polska.
Dołączona notatka od poszukujących: Jak już pan się odnajdzie, czeka pana sporo bieżącej i zaległej roboty. Klucze do biura do odbioru u pani Marty.
Nie w moim imieniu, KrzyżacyNazwisko: Komorowski.
Wiek: 58 lat.
Pseudonim: Hrabia.
Znaki szczególne: Wąsy.
Ostatnio zamieszkały: Warszawa.
Ostatnio wykonywany zawód: Marszałek Sejmu, Tymczasowo Wykonujący Obowiązki Prezydenta RP.
Data zaginięcia: 6 sierpnia 2010, zaraz po objęciu nowej posady.
Ostatnio widziany: Jak wsiadał do samolotu do Rzymu. Przedtem przelotnie dostrzeżony na Westerplatte.
Poszukiwany w celu: Spłacenia zaciągniętych wobec poszukujących długów.
Dostarczyć: Żywego (poprzedni poszukiwany, już po swej śmierci, spowodował kosztowny paraliż ruchu na Krakowskim Przedmieściu i władze Miasta St. Warszawy proszą, aby unikać powrótki z rozrywki.)
Adres kontaktowy poszukujących: Obywatele RP, Polska.
Dołączona notatka od poszukujących: Jak już pan się odnajdzie, czeka pana sporo bieżącej i zaległej roboty. Klucze do biura do odbioru u pani Marty.
2010-08-13 23:34:24
Doskonale pamiętam, co robiłem 10 kwietnia. Ledwie zdążyłem dojść na Uniwersytet gdzie, mimo soboty, mieliśmy mieć zajęcia, gdy potwierdzono tragiczną wiadomość. Co prawda przed samym wyjściem (a mieszkam dosłownie dziesięć minut drogi piechotą od kampusu) usłyszałem w telewizji o jakiś problemach z samolotem, ale nie wiedząc nic więcej wziąłem to za jakąś awarię przy lądowaniu.
Gdy już wszystko stało się jasne, o zajęciach nie było nawet mowy, toteż, w połowie wciąż nie wierząc, a w połowie przytłoczeni strasznymi wiadomościami, poszliśmy do kawiarni, aby przy kawie jakoś to wszystko ogarnąć. A potem, zupełnie spontanicznie ruszyliśmy pod Pałac Prezydencki, zapalić znicz i złożyć kwiaty.
Wśród ofiar katastrofy były osoby, z którymi się zgadzałem albo nie, wobec których żywiłem szacunek lub niespecjalnie. Tych opinii nie zmieniłem, ale w obliczu wielkiej tragedii, której wymiar daleko wykraczał poza polityczne sympatie i antypatie, ten znicz i te kwiaty to było to co wydało mi się wtedy właściwe. Przez krótki czas - dopóki pewna wiadoma grupa nie zawłaszczyła katastrofy do swoich własnych celów, dzieląc ofiary na lepsze i gorsze - społeczeństwo doświadczyło smutnego piękna połączenia się w żałobie, niezależnie od barw partyjnych.
Oczywiście, ani trochę nie żałuję, iż w tych dniach byłem wśród milionów obywateli Rzeczpospolitej, dających wyraz swym uczuciom na Krakowskim Przedmieściu, które stało się tym symbolicznym miejscem w Warszawie, niezależnie od tego, jak kto oceniał zmarłego prezydenta.
I tym bardziej jest mi przykro, gdy grupka fanatyków oraz ich polityczni mocodawcy ośmielają się twierdzić, iż te miliony Polaków poprzez swą obecność w dniach żałoby wybrały teren Pałacu Prezydenckiego jako miejsce, gdzie ma być na stałe ustawiony krzyż albo pomnik.
Doprawdy? Osobiście ani przez moment mi to nie przeszło przez myśl, bo zresztą trudno było o to w takiej chwili. A gdyby nawet przyszło, to owszem, uważam że tragedia smoleńska i jej wszystkie ofiary powinny być godnie upamiętniona, ale w odpowiedni sposób i w odpowiednim miejscu. Na pewno nie poprzez zamienienie urzędu głowy państwa w mauzoleom. Po pierwsze: to zwyczajnie nie uchodzi, a po drugie: jak wiemy z naszych historycznych doświadczeń takie działanie nigdy nie przynosiło nic dobrego.
To samo zresztą się tyczy komentarzy, jakoby ci wszyscy zgromadzeni oddawali hołd prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, wielkiego, niedocenionego męża stanu. Moja opinia o prezydenturze Kaczyńskiego niezmienne była negatywna, a moja obecność pod pałacem nie była wyrazem akceptacji dla sposobu w jaki Lech Kaczyński sprawował urząd.
Jest coś obrzydliwego w cynicznej, naciąganej interpretacji obecności tłumów po 10 kwietnia w tym miejscu przez polityków PiS-u oraz krzyżowych terrorystów. Jako jeden z tysięcy, które przyszły pod pałac nie życzę sobie, aby mnie w to wciągano tak samo jak nie życzy sobie tego przytłaczająca większość obywateli, w tym bez wątpienia większość tych, którzy pod pałac przyszli.
Nie w moim imieniu. Sądzę, że wyrażam nie tylko swoje odczucia. Niech krzyżacy mówią w swoim imieniu, bo do mówienia za innych nie mają prawa.
"Kompromisy" po polskuGdy już wszystko stało się jasne, o zajęciach nie było nawet mowy, toteż, w połowie wciąż nie wierząc, a w połowie przytłoczeni strasznymi wiadomościami, poszliśmy do kawiarni, aby przy kawie jakoś to wszystko ogarnąć. A potem, zupełnie spontanicznie ruszyliśmy pod Pałac Prezydencki, zapalić znicz i złożyć kwiaty.
Wśród ofiar katastrofy były osoby, z którymi się zgadzałem albo nie, wobec których żywiłem szacunek lub niespecjalnie. Tych opinii nie zmieniłem, ale w obliczu wielkiej tragedii, której wymiar daleko wykraczał poza polityczne sympatie i antypatie, ten znicz i te kwiaty to było to co wydało mi się wtedy właściwe. Przez krótki czas - dopóki pewna wiadoma grupa nie zawłaszczyła katastrofy do swoich własnych celów, dzieląc ofiary na lepsze i gorsze - społeczeństwo doświadczyło smutnego piękna połączenia się w żałobie, niezależnie od barw partyjnych.
Oczywiście, ani trochę nie żałuję, iż w tych dniach byłem wśród milionów obywateli Rzeczpospolitej, dających wyraz swym uczuciom na Krakowskim Przedmieściu, które stało się tym symbolicznym miejscem w Warszawie, niezależnie od tego, jak kto oceniał zmarłego prezydenta.
I tym bardziej jest mi przykro, gdy grupka fanatyków oraz ich polityczni mocodawcy ośmielają się twierdzić, iż te miliony Polaków poprzez swą obecność w dniach żałoby wybrały teren Pałacu Prezydenckiego jako miejsce, gdzie ma być na stałe ustawiony krzyż albo pomnik.
Doprawdy? Osobiście ani przez moment mi to nie przeszło przez myśl, bo zresztą trudno było o to w takiej chwili. A gdyby nawet przyszło, to owszem, uważam że tragedia smoleńska i jej wszystkie ofiary powinny być godnie upamiętniona, ale w odpowiedni sposób i w odpowiednim miejscu. Na pewno nie poprzez zamienienie urzędu głowy państwa w mauzoleom. Po pierwsze: to zwyczajnie nie uchodzi, a po drugie: jak wiemy z naszych historycznych doświadczeń takie działanie nigdy nie przynosiło nic dobrego.
To samo zresztą się tyczy komentarzy, jakoby ci wszyscy zgromadzeni oddawali hołd prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, wielkiego, niedocenionego męża stanu. Moja opinia o prezydenturze Kaczyńskiego niezmienne była negatywna, a moja obecność pod pałacem nie była wyrazem akceptacji dla sposobu w jaki Lech Kaczyński sprawował urząd.
Jest coś obrzydliwego w cynicznej, naciąganej interpretacji obecności tłumów po 10 kwietnia w tym miejscu przez polityków PiS-u oraz krzyżowych terrorystów. Jako jeden z tysięcy, które przyszły pod pałac nie życzę sobie, aby mnie w to wciągano tak samo jak nie życzy sobie tego przytłaczająca większość obywateli, w tym bez wątpienia większość tych, którzy pod pałac przyszli.
Nie w moim imieniu. Sądzę, że wyrażam nie tylko swoje odczucia. Niech krzyżacy mówią w swoim imieniu, bo do mówienia za innych nie mają prawa.
2010-08-03 22:45:45
Kompromis. Jedno z najczęściej przywoływanych słów w kontekście dzisiejszej iście dantejskiej zadymy, bo jakże nazwać inaczej tę sytuację, na Krakowskim Przedmieściu.
Nałogowi zwolennicy kompromisu w polskim stylu, potępiając rzecz jasna zachowania samozwańczych obrońców krzyża, dalej zdają się szukać w nim jedynego rozwiązania tej bardzo przykrej i bardzo groźnej sytuacji.
A przecież miało być tak pięknie… Przecież państwo, w osobie Kancelarii Prezydenta, kościół, reprezentowany przez Kurię warszawską jak i harcerze poszli na kompromis i wystarczyło się tylko tego trzymać. Zgodnie z naszymi długimi tradycjami „kompromisów” państwa z kościołem katolickim.
Ale czym jest kompromis? Normalnie jest to porozumienie, w którym obie strony zobowiązują się, z zachowaniem pełnego szacunku i równorzędności dla praw strony przeciwnej, do rezygnacji z czegoś, ale i zyskują w zamian.
Definicja nie za bardzo pasująca do stosunków państwo-kościół w III RP, prawda? W kraju nad Wisłą „kompromis” nader przypomina sytuację, w której jedna ze stron, za nic mając zasadę wzajemnego szacunku, dostaje praktycznie wszystko, co chce, a druga kapituluje na całej linii, pozornie zachowując twarz. Zachowanie twarzy wygląda przy tym ni mniej, ni więcej „dajesz wszystko, co masz, ale gacie ci dla ozdoby zostawię”. Która strona zachowuje takie pozory, a która bierze resztę, tego chyba tłumaczyć nie trzeba.
Czy za normalny kompromis można uznać sytuację, kiedy aby usunąć symbol religijny z terenu Pałacu Prezydenckiego, Kancelaria, będąca organem państwowym, musi przedtem ubłagać zgodę kurii, która w świetle prawa i konstytucji nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia?
Ale jak tu się dziwić. Taki sam „kompromis” osiągano już w wielu sprawach, choćby aborcji, kiedy to kościół też dostał prawie wszystko, a obywatele stracili prawie wszystkie prawa, ostając się z resztami dla zachowania pozorów, które i tak często nie bywają za wiele warte.
Hipokryzją jest zwalanie przez nałogowych zwolenników kompromisów a la Najjaśniejsza Rzeczpospolita całej winy na sfanatyzowany tłumek. Nie mielibyśmy teraz problemu, gdyby nie chore stosunki państwo-kościół, którym dzisiejsi krytycy zawsze przyklaskiwali i w których umacnianiu tak ochoczo brali udział.
Ale oczywiście, jak zawsze kowal zawinił, a Cygana powiesil. W końcu trzeba dbać o zachowanie pozorów.
Pamięci Państwa Polskiego (1918-2010)?Nałogowi zwolennicy kompromisu w polskim stylu, potępiając rzecz jasna zachowania samozwańczych obrońców krzyża, dalej zdają się szukać w nim jedynego rozwiązania tej bardzo przykrej i bardzo groźnej sytuacji.
A przecież miało być tak pięknie… Przecież państwo, w osobie Kancelarii Prezydenta, kościół, reprezentowany przez Kurię warszawską jak i harcerze poszli na kompromis i wystarczyło się tylko tego trzymać. Zgodnie z naszymi długimi tradycjami „kompromisów” państwa z kościołem katolickim.
Ale czym jest kompromis? Normalnie jest to porozumienie, w którym obie strony zobowiązują się, z zachowaniem pełnego szacunku i równorzędności dla praw strony przeciwnej, do rezygnacji z czegoś, ale i zyskują w zamian.
Definicja nie za bardzo pasująca do stosunków państwo-kościół w III RP, prawda? W kraju nad Wisłą „kompromis” nader przypomina sytuację, w której jedna ze stron, za nic mając zasadę wzajemnego szacunku, dostaje praktycznie wszystko, co chce, a druga kapituluje na całej linii, pozornie zachowując twarz. Zachowanie twarzy wygląda przy tym ni mniej, ni więcej „dajesz wszystko, co masz, ale gacie ci dla ozdoby zostawię”. Która strona zachowuje takie pozory, a która bierze resztę, tego chyba tłumaczyć nie trzeba.
Czy za normalny kompromis można uznać sytuację, kiedy aby usunąć symbol religijny z terenu Pałacu Prezydenckiego, Kancelaria, będąca organem państwowym, musi przedtem ubłagać zgodę kurii, która w świetle prawa i konstytucji nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia?
Ale jak tu się dziwić. Taki sam „kompromis” osiągano już w wielu sprawach, choćby aborcji, kiedy to kościół też dostał prawie wszystko, a obywatele stracili prawie wszystkie prawa, ostając się z resztami dla zachowania pozorów, które i tak często nie bywają za wiele warte.
Hipokryzją jest zwalanie przez nałogowych zwolenników kompromisów a la Najjaśniejsza Rzeczpospolita całej winy na sfanatyzowany tłumek. Nie mielibyśmy teraz problemu, gdyby nie chore stosunki państwo-kościół, którym dzisiejsi krytycy zawsze przyklaskiwali i w których umacnianiu tak ochoczo brali udział.
Ale oczywiście, jak zawsze kowal zawinił, a Cygana powiesil. W końcu trzeba dbać o zachowanie pozorów.
2010-08-03 18:13:42
Czy możemy jeszcze w ogóle mówić o Państwie Polskim?
Głupie pytanie, prawda? Przecież Państwo, jak możemy często zaobserwować, funkcjonuje, ma się doskonale i nieraz potrafi zaznaczyć swoją obecność.
Państwo zademonstruje nam w pełni swoje możliwości, gdy trzeba, na przykład, rozpędzić pielęgniarki pod Urzędem Rady Ministrów. W pełni staje na wysokości zadania, gdy przyjdzie zakończyć happening wyznawców Spaghetti pod Pałacem Prezydenckim. Na to Państwu zawsze starcza siły, determinacji i „odwagi”.
Oczywiście, dla Państwa i jego organów nigdy nie było trudne rozprawienie się z protestującymi związkowcami, studentami, uczniami, lokatorami etc. etc.
Jednak, gdy przychodzi rozprawić się z rozfanatyzowaną grupką, uzbrojoną nie w zrozumiałe i usprawiedliwione postulaty, ale krzyż, sprawa przestaje być prosta, łatwa i przyjemna.
Okazuje się, że podpierając się pewnymi symbolami, można dowolnie długo trzymać w szachu bezradne, formalnie świeckie i demokratyczne Państwo Polskie, którego instrumenty nagle stają się całkowicie bezużyteczne a jedyne, co jego przedstawiciele mogą z tym fantem zrobić, to położyć pokornie uszy po sobie.
Jak zatem możemy mówić o funkcjonującym Państwie, kiedy rozhisteryzowana garstka naszych rodzimych talibów, podjudzana z pełną premedytacją przez jedną z partii politycznych, może praktycznie okupować siedzibę najwyższego urzędu, którego jednym z konstytucyjnych obowiązków jest stanie na straży laickiej Konstytucji, a ci, do których zapewnienie przestrzegania prawa należy, panicznie boją się wypełnić swoje, zdawać by się mogło oczywiste i nie podlegające dyskusji, obowiązki?
Co warte jest Państwo, które bezczynnie przygląda się łamaniu prawa jak i ducha Konstytucji przez fanatyczny tłumek, dając tym samym przykład, że można zrobić praktycznie wszystko, bez żadnych konsekwencji, o ile tylko robi się to w określony sposób?
Cóż, nie dziwi mnie absolutnie oczywista bierność przedstawicieli Kurii, którzy po kilku okrzykach usunęli się, podkasując sutanny, nic tak naprawdę na awanturze nie tracąc. To samo można powiedzieć o prasprawcach kryzysu, czyli bezmyślnych harcerzach.
Jednakże istnieją pewne wymagania wobec przedstawicieli Państwa, bo i inna jest skala odpowiedzialności, jak i wyższa cena do zapłacenia, gdy ponoszą sromotną klęskę. Gdy zawodzą, nic już nie stoi na drodze temu, abyśmy za parę lat mogli powiedzieć, że oto dnia 3 sierpnia, 2010, na Krakowskim Przedmieściu, oficjalnie stwierdzono zgon Państwa Polskiego, od lat toczonego groźną chorobą, a które z determinacją godną samobójcy odmawiało przyjmowania leków.
Za kilka dni sprawa krzyża może się zakończyć a emocje opaść. Ale co z tego? Co z tego, skoro Państwo po raz kolejny pokazało swą totalną impotencję? A czy jest lepsza zachęta dla określonych sił do dalszych tego typu działań?
I nie łudźmy się, że sprawa rozejdzie się po kościach. Po czymś takim będzie tylko gorzej.
Dziś jaśniej niż kiedykolwiek zobaczyli słabość państwa i nie zawahają się, aby w przyszłości wykorzystywać ją jeszcze bardziej. Oni się nie cofną, a obojętność tylko ich rozzuchwali.
A czy Państwo prawa i obywateli to przetrzyma? To, co dzisiaj widzieliśmy nie napawa optymizmem.
To nie brak mechanizmów jest problemem. Tu chodzi o brak poczucia odpowiedzialności i odwagi.
Gdy tych zupełnie zabraknie w momentach podobnych kryzysów, będziemy mogli tylko powiedzieć: Pamięci Państwa Polskiego, niech spoczywa w pokoju.
Drobiazgi, które przemilczano w sprawie krzyżaGłupie pytanie, prawda? Przecież Państwo, jak możemy często zaobserwować, funkcjonuje, ma się doskonale i nieraz potrafi zaznaczyć swoją obecność.
Państwo zademonstruje nam w pełni swoje możliwości, gdy trzeba, na przykład, rozpędzić pielęgniarki pod Urzędem Rady Ministrów. W pełni staje na wysokości zadania, gdy przyjdzie zakończyć happening wyznawców Spaghetti pod Pałacem Prezydenckim. Na to Państwu zawsze starcza siły, determinacji i „odwagi”.
Oczywiście, dla Państwa i jego organów nigdy nie było trudne rozprawienie się z protestującymi związkowcami, studentami, uczniami, lokatorami etc. etc.
Jednak, gdy przychodzi rozprawić się z rozfanatyzowaną grupką, uzbrojoną nie w zrozumiałe i usprawiedliwione postulaty, ale krzyż, sprawa przestaje być prosta, łatwa i przyjemna.
Okazuje się, że podpierając się pewnymi symbolami, można dowolnie długo trzymać w szachu bezradne, formalnie świeckie i demokratyczne Państwo Polskie, którego instrumenty nagle stają się całkowicie bezużyteczne a jedyne, co jego przedstawiciele mogą z tym fantem zrobić, to położyć pokornie uszy po sobie.
Jak zatem możemy mówić o funkcjonującym Państwie, kiedy rozhisteryzowana garstka naszych rodzimych talibów, podjudzana z pełną premedytacją przez jedną z partii politycznych, może praktycznie okupować siedzibę najwyższego urzędu, którego jednym z konstytucyjnych obowiązków jest stanie na straży laickiej Konstytucji, a ci, do których zapewnienie przestrzegania prawa należy, panicznie boją się wypełnić swoje, zdawać by się mogło oczywiste i nie podlegające dyskusji, obowiązki?
Co warte jest Państwo, które bezczynnie przygląda się łamaniu prawa jak i ducha Konstytucji przez fanatyczny tłumek, dając tym samym przykład, że można zrobić praktycznie wszystko, bez żadnych konsekwencji, o ile tylko robi się to w określony sposób?
Cóż, nie dziwi mnie absolutnie oczywista bierność przedstawicieli Kurii, którzy po kilku okrzykach usunęli się, podkasując sutanny, nic tak naprawdę na awanturze nie tracąc. To samo można powiedzieć o prasprawcach kryzysu, czyli bezmyślnych harcerzach.
Jednakże istnieją pewne wymagania wobec przedstawicieli Państwa, bo i inna jest skala odpowiedzialności, jak i wyższa cena do zapłacenia, gdy ponoszą sromotną klęskę. Gdy zawodzą, nic już nie stoi na drodze temu, abyśmy za parę lat mogli powiedzieć, że oto dnia 3 sierpnia, 2010, na Krakowskim Przedmieściu, oficjalnie stwierdzono zgon Państwa Polskiego, od lat toczonego groźną chorobą, a które z determinacją godną samobójcy odmawiało przyjmowania leków.
Za kilka dni sprawa krzyża może się zakończyć a emocje opaść. Ale co z tego? Co z tego, skoro Państwo po raz kolejny pokazało swą totalną impotencję? A czy jest lepsza zachęta dla określonych sił do dalszych tego typu działań?
I nie łudźmy się, że sprawa rozejdzie się po kościach. Po czymś takim będzie tylko gorzej.
Dziś jaśniej niż kiedykolwiek zobaczyli słabość państwa i nie zawahają się, aby w przyszłości wykorzystywać ją jeszcze bardziej. Oni się nie cofną, a obojętność tylko ich rozzuchwali.
A czy Państwo prawa i obywateli to przetrzyma? To, co dzisiaj widzieliśmy nie napawa optymizmem.
To nie brak mechanizmów jest problemem. Tu chodzi o brak poczucia odpowiedzialności i odwagi.
Gdy tych zupełnie zabraknie w momentach podobnych kryzysów, będziemy mogli tylko powiedzieć: Pamięci Państwa Polskiego, niech spoczywa w pokoju.
2010-08-03 01:28:35
Sprawa wydaje się zupełnie jasna.
Oto grupa oszołomów, wspierana przez wiadome siły polityczne, bezczelnie zawłaszczyła sobie krzyż, spontanicznie ustawiony przez dzielnych harcerzy pod Pałacem Prezydenckim w dniach powszechnej żałoby. Banda wspomnianych oszołomów używa teraz szlachetnego symbolu religijnego niczym pistoletu przystawionego do skroni opinii publicznej. Bo przecież jak to ruszyć święty symbol? Ich cel jest prosty: obok manifestowania swego fanatyzmu, zamienienie pałacu, mimo demokratycznej zmiany ekipy, w ośrodek niekończącego się politycznego kotła, katalizatora atmosfery paranoi i histerii, wiadomo w czyim interesie.
Obrzydliwe? I to jeszcze jak. I byłoby bardzo dobrze, gdyby zainteresowane strony, czyli harcerze, kościół i Kancelaria Prezydenta RP, doszły w tej sprawie do porozumienia, aby kłopot, znaczy krzyż, z tego miejsca usunąć.
Tak, byłoby bardzo dobrze i tak właśnie się stało. Jest tylko parę drobiazgów, o których w całej historii zapomnieliśmy lub które, bardziej lub mniej świadomie, mainstreamowe media, przemilczają.
Przede wszystkim krzyż w ogóle nie powinien być postawiony w tym miejscu i ogólna atmosfera żałoby wcale nie usprawiedliwia spontanicznego wyczynu harcerzy.
Pałac Prezydencki nie jest, jakby tego niektórzy pragnęli, żadnym sanktuarium. Jest budynkiem państwowym. Nawet więcej: siedzibą urzędu, niezależnie od tego, kto go w danej chwili piastuje, najwyższego przedstawiciela państwa, strażnika konstytucji. Zaś konstytucja RP wyraźnie zaznacza świecki charakter Rzeczpospolitej. Z punktu widzenia ducha jak i jej litery sprawa jest jasna (choć, jak to często bywa z praktyką, niestety dobrze wszyscy wiemy).
Symbole religijne, a zwłaszcza faworyzowanie jednych nad drugimi, nie mają tam zwyczajnie racji bytu.
I wszystko w sprawie jego przeniesienia byłoby teraz w porządku, gdyby nie kilka drobiazgów.
Na przykład, że ten krzyż, jaskrawa kpina ze świeckiego charakteru państwa, stał tak długo i że stał w ogóle.
A także, co jest nie mniej uderzające, hipokryzja wielu zwolenników jego przeniesienia, którzy normalnie nie mieliby nic przeciwko tej bezczelnej klerykalizacji, gdyby nie stała się narzędziem walki między skłóconymi prawicowymi braćmi.
Tak, są pewne drobiazgi, na zapomnienie których nie możemy sobie pozwalać.
Rok czterech prezydentówOto grupa oszołomów, wspierana przez wiadome siły polityczne, bezczelnie zawłaszczyła sobie krzyż, spontanicznie ustawiony przez dzielnych harcerzy pod Pałacem Prezydenckim w dniach powszechnej żałoby. Banda wspomnianych oszołomów używa teraz szlachetnego symbolu religijnego niczym pistoletu przystawionego do skroni opinii publicznej. Bo przecież jak to ruszyć święty symbol? Ich cel jest prosty: obok manifestowania swego fanatyzmu, zamienienie pałacu, mimo demokratycznej zmiany ekipy, w ośrodek niekończącego się politycznego kotła, katalizatora atmosfery paranoi i histerii, wiadomo w czyim interesie.
Obrzydliwe? I to jeszcze jak. I byłoby bardzo dobrze, gdyby zainteresowane strony, czyli harcerze, kościół i Kancelaria Prezydenta RP, doszły w tej sprawie do porozumienia, aby kłopot, znaczy krzyż, z tego miejsca usunąć.
Tak, byłoby bardzo dobrze i tak właśnie się stało. Jest tylko parę drobiazgów, o których w całej historii zapomnieliśmy lub które, bardziej lub mniej świadomie, mainstreamowe media, przemilczają.
Przede wszystkim krzyż w ogóle nie powinien być postawiony w tym miejscu i ogólna atmosfera żałoby wcale nie usprawiedliwia spontanicznego wyczynu harcerzy.
Pałac Prezydencki nie jest, jakby tego niektórzy pragnęli, żadnym sanktuarium. Jest budynkiem państwowym. Nawet więcej: siedzibą urzędu, niezależnie od tego, kto go w danej chwili piastuje, najwyższego przedstawiciela państwa, strażnika konstytucji. Zaś konstytucja RP wyraźnie zaznacza świecki charakter Rzeczpospolitej. Z punktu widzenia ducha jak i jej litery sprawa jest jasna (choć, jak to często bywa z praktyką, niestety dobrze wszyscy wiemy).
Symbole religijne, a zwłaszcza faworyzowanie jednych nad drugimi, nie mają tam zwyczajnie racji bytu.
I wszystko w sprawie jego przeniesienia byłoby teraz w porządku, gdyby nie kilka drobiazgów.
Na przykład, że ten krzyż, jaskrawa kpina ze świeckiego charakteru państwa, stał tak długo i że stał w ogóle.
A także, co jest nie mniej uderzające, hipokryzja wielu zwolenników jego przeniesienia, którzy normalnie nie mieliby nic przeciwko tej bezczelnej klerykalizacji, gdyby nie stała się narzędziem walki między skłóconymi prawicowymi braćmi.
Tak, są pewne drobiazgi, na zapomnienie których nie możemy sobie pozwalać.
2010-07-07 03:45:24
Ze zdumieniem przyjąłem decyzję Bronisława Komorowskiego, teraz już prezydenta-elekta RP, o wczesnym złożeniu mandatu posła.
Złożenie tegoż mandatu pociąga za sobą opróżnienie urzędu marszałka Sejmu a także zaprzestanie pełnienia obowiązków prezydenta.
Cóż, w pełni rozumiem konieczność, przynajmniej formalnej, ponadpartyjności urzędu, jaki Komorowski ma niebawem formalnie objąć, a trudno o bardziej partyjne stanowiska niż poseł czy nawet marszałek. Rozumiem też i respektuję chęć do zaczerpnięcia ostatnich chwil spokoju. Można będzie jeszcze jako tako odetchnąć, rzecz jasna poza przygotowaniami do uroczystego ślubowania.
Jednakże decyzja nie wydaje się zbyt odpowiedzialna, a już na pewno sensowna. Pan Komorowski ciężar prezydentury wziął na siebie już w kwietniu, gdy zgodnie z konstytucją przejął, tymczasowo, funkcję głowy państwa. Cóż więc stoi na przeszkodzie, by wypełniał ją dalej, skoro i tak ma przed sobą całe pięć lat na urzędzie?
A tymczasem 2010 będzie rokiem czterech prezydentów. Najpierw oczywiście był Lech Kaczyński, a następnie Komorowski, jako pełniący obowiązki.
Sejm nie będzie mógł wybrać następcy marszałka przed czwartkiem, a zatem na jeden dzień głową państwa zostanie marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. A potem, do sierpnia, nowy marszałek Sejmu, którym już na pewno zostanie bohater wciąż niewyjaśnionej afery hazardowej Grzegorz Schetyna.
Karuzela prezydentów i p.o. prezydentów nie wydaje się przeszkodą na drodze normalnego funkcjonowania państwa, ale z drugiej strony można zapytać: po co ten cały korowód?
Trudny, przykry, ale konieczny, wybórZłożenie tegoż mandatu pociąga za sobą opróżnienie urzędu marszałka Sejmu a także zaprzestanie pełnienia obowiązków prezydenta.
Cóż, w pełni rozumiem konieczność, przynajmniej formalnej, ponadpartyjności urzędu, jaki Komorowski ma niebawem formalnie objąć, a trudno o bardziej partyjne stanowiska niż poseł czy nawet marszałek. Rozumiem też i respektuję chęć do zaczerpnięcia ostatnich chwil spokoju. Można będzie jeszcze jako tako odetchnąć, rzecz jasna poza przygotowaniami do uroczystego ślubowania.
Jednakże decyzja nie wydaje się zbyt odpowiedzialna, a już na pewno sensowna. Pan Komorowski ciężar prezydentury wziął na siebie już w kwietniu, gdy zgodnie z konstytucją przejął, tymczasowo, funkcję głowy państwa. Cóż więc stoi na przeszkodzie, by wypełniał ją dalej, skoro i tak ma przed sobą całe pięć lat na urzędzie?
A tymczasem 2010 będzie rokiem czterech prezydentów. Najpierw oczywiście był Lech Kaczyński, a następnie Komorowski, jako pełniący obowiązki.
Sejm nie będzie mógł wybrać następcy marszałka przed czwartkiem, a zatem na jeden dzień głową państwa zostanie marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. A potem, do sierpnia, nowy marszałek Sejmu, którym już na pewno zostanie bohater wciąż niewyjaśnionej afery hazardowej Grzegorz Schetyna.
Karuzela prezydentów i p.o. prezydentów nie wydaje się przeszkodą na drodze normalnego funkcjonowania państwa, ale z drugiej strony można zapytać: po co ten cały korowód?
2010-06-30 01:59:50
Jedno wiemy już na pewno, nawet jeżeli nie stanowiło to ani przez moment zaskoczenia: następnym prezydentem RP zostanie przedstawiciel opcji prawicowej.
Zresztą, jak tu oczekiwać niespodzianki, tym bardziej, że ostatnie dramatyczne, aczkolwiek rzec by można, „ponadpartyjne”, wydarzenia tylko umocniły sztuczny, ale póki co wciąż mocno się trzymający, podział sceny politycznej przede wszystkim na dwie bliźniacze, choć skłócone, formacje.
Z kolei przed lewicą parlamentarną, bo o tej pozaparlamentarnej niestety nawet nie ma co mówić, mimo wyraźnych oznak odrodzenia wciąż jeszcze bardzo wiele, zarówno pracy, jak i zwykłego zastanowienia się nad samą sobą, nim odzyska dawną pozycję.
Ale co, w trudnej chwili obecnej, mają zrobić wyborcy lewicowi? Trudno od nas wymagać entuzjazmu z perspektywy wyboru pomiędzy Bronisławem Komorowski a Jarosławem Kaczyński. Entuzjazm to zresztą za wiele powiedziane, bo niby czemu lewicowy elektorat miałby chcieć w ogóle wybierać między przysłowiowymi „dżumą i cholerą”?
Jak tu się dziwić, że wielu z nas odczuwa bardzo silną pokusę, by raz jeszcze odrzucić formułę takiego wyboru, poprzez pozostanie w domach bądź oddanie głosu nieważnego.
Osobiście nie zgadzam się z tym podejściem. Łatwo jest obrazić się na rzeczywistość i uzyskać pozorny spokój sumienia, które wybór rzekomego „mniejszego zła” (a w istocie to i tak wszystko jedno, nie ma to żadnego znaczenia itd.) mógłby naruszyć.
Jednakże dokonywanie takich przykrych, trudnych, nie satysfakcjonujących z zasady wyborów jest też wyborem realnym i koniecznym.
Bądźmy szczerzy, takie są mechanizmy demokracji i pluralizmu. Mój kandydat (i moja opcja polityczna) pomimo znakomitego wyniku nie przeszedł w skutek tych procesów do drugiej tury.
Jestem bardzo zadowolony z wyniku Grzegorza Napieralskiego. Choć wielu tego nie zauważa, jego sukces ma o wiele więcej wymiarów, niż odnotowują to, postawione już wobec faktów dokonanych, media. Niesamowitym skok poparcia pomimo wszelkich przeciwności, jak brak czasu, ograniczoność środków, osamotnienie często wśród własnych kolegów, zwiększyły szanse lewicy na przyszłość, a także pokazały już teraz, że należy się z nią liczyć. Wystarczy tylko obejrzeć niektóre stacje telewizyjne, jeszcze parę tygodni temu ośmieszające kampanię, gdzie SLD bywa teraz traktowane niemal na równi z Platformą i PiS-em. Ludzie już dostrzegli, że odbudowa jest możliwa.
Ale nie tylko to mnie cieszy. Cieszę się, że udało się dzięki temu naruszyć, do niedawna uznawany za monolit, podział wszystkiego między dwóch prawicowych bliźniaków. Monopol jest bliski przełamania. Zabrzmi to pewnie górnolotnie, ale w wyborach, które były o włos od zamienienia się w referendum, Grzegorz Napieralski i jego wyborcy uratowali prawdziwą swobodę wyboru i pokazali widoczną alternatywę, co dodatkowo napawa mnie optymizmem na przyszłość.
Zgadzam się też z decyzją przewodniczącego, aby w drugiej turze nie udzielać wskazania na żadnego z dwóch rywalizujących konserwatystów. Po świeżym sukcesie lewica nie powinna się w to wpisywać i jako formacja, i jako opcja ideologiczna.
Jednak niezależnie od tego nie powinniśmy 4 lipca spocząć na laurach, wybierając złudny urok pozostania w urojonych wieżach z kości słoniowej.
Nie będę mógł wybrać tym razem swego reprezentanta ideologicznego. To się w demokracji zdarza, nie tylko zresztą nam. A nie stać nas na luksus udawania, że to, kto zostanie następnym prezydentem RP, nie ma żadnego znaczenia. Nie stać nas tak samo na naiwne twierdzenia, jakoby obaj kandydaci byli tak samo źli. Na jednego albo drugiego będziemy skazani przez następne pięć lat, a akcje, jakie podejmie on po zameldowaniu się na Krakowskim Przedmieściu, będą nas wszystkich dotykać i oburzanie się na formułę „mniejszego zła” nic a nic w tym przedmiocie nie zmieni.
W niedzielę, z ciężkim sercem ale jednak oddam głos na Bronisława Komorowskiego. W pierwszej turze swoim skromnym głosem wspomogłem dzieło odbudowy lewicy i odrzucenia układu dwubiegunowego. Tym bardziej nie chcę w drugiej pomagać architektom niesławnej IV RP w powrocie do władzy.
Nie bądźmy dziećmi i nie dajmy wziąć się na lep bajeczek o „solidarnej Polsce”, serwowanych nam hojnie przez prezesa, który jako premier prowadził wcale nie mniej, a miejscami nawet bardziej, neoliberalną politykę od obecnie panujących. Nie dajmy się nabrać na rzekomą przemianę Jarosława Kaczyńskiego, a nawet gdyby była prawdziwa, pamiętajmy, że jego zaplecze polityczne wcale się nie zmieniło, i że polityk musi się ze swym zapleczem liczyć. Nie możemy zaryzykować powrotu partii podziałów, nienawiści i inwigilacji do władzy.
Wybór między mniejszym złem a większym jest jak najbardziej realny i trzeba go dokonać. Zwłaszcza, że udając, że nas to nie obchodzi ani nie dotyczy, oszukujemy samych siebie. Zostając 4 lipca w domu oszukujemy się podwójnie: unikając wyboru podświadomie wybieramy większe zło.
Mam mnóstwo zastrzeżeń do Komorowskiego i całej Platformy Obywatelskiej. Ale nie aż tyle, co do strony przeciwnej, która już pokazała co potrafi. A to, co potrafi jest po prostu dla nas wszystkich gorsze, niż obecny rząd.
Nie zapomniałem kto był zawsze celem numer jeden dla PiSowskiej inkwizycji i nie będę ryzykował, wierząc w „zmianę”.
Tym razem nie udało się wygrać naszej opcji. Cóż, życie toczy się dalej, będzie jeszcze wiele okazji, by zagłosować z pełnym przekonaniem i prawdziwymi widokami na sukces. Może za pięć lat, może już za rok. Do tego czasu musimy umocnić ostatnie zdobycze.
Ale też nie zapominać o tym, co nam grozi do tego czasu, jeżeli teraz wybierzemy (bądź nie wybierzemy) źle.
A kończąc optymistyczną nutą, pełnia władzy zużywa rządzących. A to dotknie prędzej czy później także PO.
Nauki z debaty prezydenckiejZresztą, jak tu oczekiwać niespodzianki, tym bardziej, że ostatnie dramatyczne, aczkolwiek rzec by można, „ponadpartyjne”, wydarzenia tylko umocniły sztuczny, ale póki co wciąż mocno się trzymający, podział sceny politycznej przede wszystkim na dwie bliźniacze, choć skłócone, formacje.
Z kolei przed lewicą parlamentarną, bo o tej pozaparlamentarnej niestety nawet nie ma co mówić, mimo wyraźnych oznak odrodzenia wciąż jeszcze bardzo wiele, zarówno pracy, jak i zwykłego zastanowienia się nad samą sobą, nim odzyska dawną pozycję.
Ale co, w trudnej chwili obecnej, mają zrobić wyborcy lewicowi? Trudno od nas wymagać entuzjazmu z perspektywy wyboru pomiędzy Bronisławem Komorowski a Jarosławem Kaczyński. Entuzjazm to zresztą za wiele powiedziane, bo niby czemu lewicowy elektorat miałby chcieć w ogóle wybierać między przysłowiowymi „dżumą i cholerą”?
Jak tu się dziwić, że wielu z nas odczuwa bardzo silną pokusę, by raz jeszcze odrzucić formułę takiego wyboru, poprzez pozostanie w domach bądź oddanie głosu nieważnego.
Osobiście nie zgadzam się z tym podejściem. Łatwo jest obrazić się na rzeczywistość i uzyskać pozorny spokój sumienia, które wybór rzekomego „mniejszego zła” (a w istocie to i tak wszystko jedno, nie ma to żadnego znaczenia itd.) mógłby naruszyć.
Jednakże dokonywanie takich przykrych, trudnych, nie satysfakcjonujących z zasady wyborów jest też wyborem realnym i koniecznym.
Bądźmy szczerzy, takie są mechanizmy demokracji i pluralizmu. Mój kandydat (i moja opcja polityczna) pomimo znakomitego wyniku nie przeszedł w skutek tych procesów do drugiej tury.
Jestem bardzo zadowolony z wyniku Grzegorza Napieralskiego. Choć wielu tego nie zauważa, jego sukces ma o wiele więcej wymiarów, niż odnotowują to, postawione już wobec faktów dokonanych, media. Niesamowitym skok poparcia pomimo wszelkich przeciwności, jak brak czasu, ograniczoność środków, osamotnienie często wśród własnych kolegów, zwiększyły szanse lewicy na przyszłość, a także pokazały już teraz, że należy się z nią liczyć. Wystarczy tylko obejrzeć niektóre stacje telewizyjne, jeszcze parę tygodni temu ośmieszające kampanię, gdzie SLD bywa teraz traktowane niemal na równi z Platformą i PiS-em. Ludzie już dostrzegli, że odbudowa jest możliwa.
Ale nie tylko to mnie cieszy. Cieszę się, że udało się dzięki temu naruszyć, do niedawna uznawany za monolit, podział wszystkiego między dwóch prawicowych bliźniaków. Monopol jest bliski przełamania. Zabrzmi to pewnie górnolotnie, ale w wyborach, które były o włos od zamienienia się w referendum, Grzegorz Napieralski i jego wyborcy uratowali prawdziwą swobodę wyboru i pokazali widoczną alternatywę, co dodatkowo napawa mnie optymizmem na przyszłość.
Zgadzam się też z decyzją przewodniczącego, aby w drugiej turze nie udzielać wskazania na żadnego z dwóch rywalizujących konserwatystów. Po świeżym sukcesie lewica nie powinna się w to wpisywać i jako formacja, i jako opcja ideologiczna.
Jednak niezależnie od tego nie powinniśmy 4 lipca spocząć na laurach, wybierając złudny urok pozostania w urojonych wieżach z kości słoniowej.
Nie będę mógł wybrać tym razem swego reprezentanta ideologicznego. To się w demokracji zdarza, nie tylko zresztą nam. A nie stać nas na luksus udawania, że to, kto zostanie następnym prezydentem RP, nie ma żadnego znaczenia. Nie stać nas tak samo na naiwne twierdzenia, jakoby obaj kandydaci byli tak samo źli. Na jednego albo drugiego będziemy skazani przez następne pięć lat, a akcje, jakie podejmie on po zameldowaniu się na Krakowskim Przedmieściu, będą nas wszystkich dotykać i oburzanie się na formułę „mniejszego zła” nic a nic w tym przedmiocie nie zmieni.
W niedzielę, z ciężkim sercem ale jednak oddam głos na Bronisława Komorowskiego. W pierwszej turze swoim skromnym głosem wspomogłem dzieło odbudowy lewicy i odrzucenia układu dwubiegunowego. Tym bardziej nie chcę w drugiej pomagać architektom niesławnej IV RP w powrocie do władzy.
Nie bądźmy dziećmi i nie dajmy wziąć się na lep bajeczek o „solidarnej Polsce”, serwowanych nam hojnie przez prezesa, który jako premier prowadził wcale nie mniej, a miejscami nawet bardziej, neoliberalną politykę od obecnie panujących. Nie dajmy się nabrać na rzekomą przemianę Jarosława Kaczyńskiego, a nawet gdyby była prawdziwa, pamiętajmy, że jego zaplecze polityczne wcale się nie zmieniło, i że polityk musi się ze swym zapleczem liczyć. Nie możemy zaryzykować powrotu partii podziałów, nienawiści i inwigilacji do władzy.
Wybór między mniejszym złem a większym jest jak najbardziej realny i trzeba go dokonać. Zwłaszcza, że udając, że nas to nie obchodzi ani nie dotyczy, oszukujemy samych siebie. Zostając 4 lipca w domu oszukujemy się podwójnie: unikając wyboru podświadomie wybieramy większe zło.
Mam mnóstwo zastrzeżeń do Komorowskiego i całej Platformy Obywatelskiej. Ale nie aż tyle, co do strony przeciwnej, która już pokazała co potrafi. A to, co potrafi jest po prostu dla nas wszystkich gorsze, niż obecny rząd.
Nie zapomniałem kto był zawsze celem numer jeden dla PiSowskiej inkwizycji i nie będę ryzykował, wierząc w „zmianę”.
Tym razem nie udało się wygrać naszej opcji. Cóż, życie toczy się dalej, będzie jeszcze wiele okazji, by zagłosować z pełnym przekonaniem i prawdziwymi widokami na sukces. Może za pięć lat, może już za rok. Do tego czasu musimy umocnić ostatnie zdobycze.
Ale też nie zapominać o tym, co nam grozi do tego czasu, jeżeli teraz wybierzemy (bądź nie wybierzemy) źle.
A kończąc optymistyczną nutą, pełnia władzy zużywa rządzących. A to dotknie prędzej czy później także PO.
2010-06-28 01:53:39
Nie spodziewałem się, że oglądanie debaty pomiędzy Bronisławem Komorowskim i Jarosławem Kaczyńskim będzie aż tak pouczającym przeżyciem.
Ludzie nigdy nie przestaną nas zaskakiwać, a najbardziej chyba tempo ich przemian. Przecież tak niedawno były premier odkrył swoją lewicowość, a także uświadomił sobie, a przy okazji i nam wszystkim, iż postkomunizm, ten upiór, którym wytrwale straszono małe i te nieco większe dzieci do poduszki, był tylko historycznym złudzeniem, które rozwiało się wraz z pamiętnym lądowaniem we mgle.
Ale któż mógłby przypuszczać, że Jarosław Kaczyński jest człowiekiem o tak renesansowych poglądach, że potrafi w ciągu dwóch minut połączyć lewicowość z liberalizmem, wychwalając „kapitalizm”?
Co zaś się tyczy poprawek wprowadzonych do słownika, bo i tu przejawiła się renesansowość zdolności prezesa, to najwyraźniej wcześniej eksponowany termin „wykształciuch” został raz na zawsze zastąpiony pojęciem „intligiencji”. Geografem prezes też okazał się zawołanym, odkrywając miasto zwane Czikago.
Także marszałkowi Komorowskiemu należą się na tym polu słowa uznania. Za co? A chociażby za udowodnienie nam wszystkim raz na zawsze, że kraj, w którym żyjemy, bynajmniej nie nazywa się „Grecja”, ale „Polska”. Ministerstwo Edukacji już powinno pomyśleć nad wprowadzeniem stosownych zmian do atlasów z przyszłym roku, aby uczniowie wiedzieli do jakiego kraju wrócili z wakacji.
Marszałek rozproszył też obawy związane ze słowem „liberalizm”, które wcale nie oznacza rozpasanego wolnego rynku lecz wolność w innym tego słowa znaczeniu (pokrewnego „solidarności”). W ogóle Komorowski zaskoczył nas wszystkim swoim przychylnym podejściem do zwiększonych wydatków budżetowych. Tak, i któż teraz będzie twierdził, że PO to rozbudowane przedłużenie KLD?
Ale, jak wszyscy doskonale wiemy, najważniejsze są te nauki, które możemy wykorzystać we własnych sprawach.
Otóż następnym razem, gdy zapętlę się na egzaminie ustnym z historii Islamu wystarczy, że zrobię poważną minę i powiem „jestem katolikiem”. Na to nie ma żadnego argumentu, a czy chodzi o in vitro, czy arabską nazwę jednego z filarów Islamu, to wszystko detale.
Parodia demokracji i zdrowego rozsądku w wykonaniu Waldemara KuczyńskiegoLudzie nigdy nie przestaną nas zaskakiwać, a najbardziej chyba tempo ich przemian. Przecież tak niedawno były premier odkrył swoją lewicowość, a także uświadomił sobie, a przy okazji i nam wszystkim, iż postkomunizm, ten upiór, którym wytrwale straszono małe i te nieco większe dzieci do poduszki, był tylko historycznym złudzeniem, które rozwiało się wraz z pamiętnym lądowaniem we mgle.
Ale któż mógłby przypuszczać, że Jarosław Kaczyński jest człowiekiem o tak renesansowych poglądach, że potrafi w ciągu dwóch minut połączyć lewicowość z liberalizmem, wychwalając „kapitalizm”?
Co zaś się tyczy poprawek wprowadzonych do słownika, bo i tu przejawiła się renesansowość zdolności prezesa, to najwyraźniej wcześniej eksponowany termin „wykształciuch” został raz na zawsze zastąpiony pojęciem „intligiencji”. Geografem prezes też okazał się zawołanym, odkrywając miasto zwane Czikago.
Także marszałkowi Komorowskiemu należą się na tym polu słowa uznania. Za co? A chociażby za udowodnienie nam wszystkim raz na zawsze, że kraj, w którym żyjemy, bynajmniej nie nazywa się „Grecja”, ale „Polska”. Ministerstwo Edukacji już powinno pomyśleć nad wprowadzeniem stosownych zmian do atlasów z przyszłym roku, aby uczniowie wiedzieli do jakiego kraju wrócili z wakacji.
Marszałek rozproszył też obawy związane ze słowem „liberalizm”, które wcale nie oznacza rozpasanego wolnego rynku lecz wolność w innym tego słowa znaczeniu (pokrewnego „solidarności”). W ogóle Komorowski zaskoczył nas wszystkim swoim przychylnym podejściem do zwiększonych wydatków budżetowych. Tak, i któż teraz będzie twierdził, że PO to rozbudowane przedłużenie KLD?
Ale, jak wszyscy doskonale wiemy, najważniejsze są te nauki, które możemy wykorzystać we własnych sprawach.
Otóż następnym razem, gdy zapętlę się na egzaminie ustnym z historii Islamu wystarczy, że zrobię poważną minę i powiem „jestem katolikiem”. Na to nie ma żadnego argumentu, a czy chodzi o in vitro, czy arabską nazwę jednego z filarów Islamu, to wszystko detale.
2010-06-13 03:40:58
W jednym z ostatnich numerów „Gazety Wyborczej” ukazał się (z doczepionym przez redakcję wiele mówiącym podtytułem „Jak głosować 20 czerwca”) dramatyczny, wręcz patetyczny apel Waldemara Kuczyńskiego, aby prezydenta wyłonić już w pierwszej turze.
Śmiało postawioną tezę autor uzasadnia jednym argumentem, że, a mianowicie, uniknięcie dogrywki pomoże ustrzec nasz kraj przed pogłębieniem się i tak już bardzo drastycznych, z czym akurat polemizować trudno, podziałów.
Jakie rozwiązanie proponuje pan Kuczyński? Bardzo proste: zamiast głosować na kandydatów, których wizję lub politykę popieramy, powinniśmy poprzeć tylko tych, którym sondaże zapewniają wejście do drugiej tury. Były minister przypomina życzliwie czytelnikom, że przecież i tak wyniki pierwszej tury zostały rozstrzygnięte na długo przed głosowaniem, więc po co to przeciągać?
Brzmi prosto i pięknie, czyż nie? Skoro sondaże zadecydowały za ciebie, to po co masz się fatygować do urny, by dopełniać nudnego i nikomu niepotrzebnego rytuału prawdziwego wyboru? Właściwie rezygnacja z tego to twój obywatelski obowiązek: ignorując go, przyłożysz tylko rękę do popełnienia zbrodni umacniania podziałów.
Skoro już pan Kuczyński był łaskaw zaprezentować nam gotowe rozwiązanie, chciałbym się bardzo dowiedzieć, czy uważa adresatów swego apelu za skończonych idiotów, czy też sam nie zdaje sobie sprawy z faktu, że jego rzekome argumenty stanowią jedną wielką logiczną porażkę.
Łatwo domyśleć się intencji pana Kuczyńskiego. Wszak dla jego kandydata sprowadzenie wszystkiego wyłącznie do pojedynku dwóch sondażowych gigantów to wariant idealny. Mało brakowało, a przyznałby się, że najlepiej to by było w ogóle zaprowadzić takie rozwiązanie na stałe, skoro sondaże potwierdzają tylko jego wymarzony schemat.
Pan Kuczyński zapomniał, lub też woli nie pamiętać, że pluralizm jest nie tylko nieodłącznym elementem demokracji, ale też, że Polska nie jest krajem dwupartyjnym, a niezależnie od obecnie miłościwie nam panującej układanki, wykazuje wiele pod tym względem dynamizmu. Swego czasu wróżono nam (sondaże, sondaże, sondaże!) długą dominację SLD pod rządami Leszka Millera, tak jak ledwie parę lat wcześniej panowanie zjednoczonej wokół loga AWS prawicy. Wtedy również starano się sprowadzić sprawy tylko do jednej z dwóch opcji, bo przecież i tak nie ma co marnować głosu na mniejsze formacje. A tymczasem AWS już nie ma, a przed SLD jeszcze bardzo wiele pracy, by choćby zbliżyć się do wyników z 2001.
Nie ma się co dziwić powtarzaniu od lat tych samych andronów, choć w odniesieniu do innych etykietek. W interesie każdego obozu jest umocnienie, - przede wszystkim psychologiczne - swej z natury rzeczy chwiejnej pozycji. Są jednak granice hipokryzji, a te pan Kuczyński wyraźnie przekroczył.
O kabaret ociera się przedstawianie, w imię uniknięcia podziałów, wyboru pomiędzy dwiema formacjami, które właśnie z generowania podziałów uczyniły swoiste wyznanie wiary. PiS na tle ideologicznym i historycznym, zaś PO, mimo zamiłowania do uprawiania modnej ostatnio „postpolityki”, jako partia o korzeniach i profilu liberalnym, na tle klasowym i ekonomicznym.
Zawężenie wyboru oznacza też ustanowienie nowego podziału: na tych dwóch sondażowych gigantów, między którymi, jak „w rodzinie”, wszystko się będzie rozstrzygać, i pozostałych, którzy winni zrezygnować ze swych idei i dążeń do ich realizacji, posłusznie akceptując i podpisując się pod narzuconym schematem.
Jak zwykłe wykluczenie milionów wyborców, odbieranie im prawa do rzetelnego wyboru, ma służyć niwelacji podziałów, doprawdy nie rozumiem.
Tak samo, nie jestem w stanie pojąć, jak pan Kuczyński chce tego dokonać, sprowadzając wszystko, od samego początku, do wyboru między jedną a drugą stroną, czyniąc z elekcji jedynie narzędzie do wykopywania i umacniania rowu.
Pluralizm jest nie tylko nieodłączną cechą demokracji. Jest też mechanizmem chroniącym nas przed redukcją do roli bezmyślnych pacynek, których cała swoboda ruchu sprowadza się do tego, czy wkręci śrubkę po lewej, czy może tę po prawej, co z demokracją ma niewiele wspólnego.
Niezależnie od wyboru, jakiego będę musiał mniej lub bardziej niechętnie dokonać w czasie balotażu, mam prawo jak i zamiar oddać 20 czerwca głos na kandydata, który odpowiada najbardziej moim przekonaniom. Druga tura jest tylko mechanizmem pomocniczym, gdyby jedna z wizji nie zwyciężyła już w pierwszej. A wybory to pojedynek wizji, które powinny być różne i sobie równe, jeżeli mamy mówić o prawdziwej, świadomej decyzji.
Wolę świadomy wybór, a potem ewentualne zastanawianie się nad mniejszym złem, jeżeli moja opcja, niestety, w uczciwej konkurencji nie uzyska wystarczającego poparcia, niż potulne statystowanie w spektaklu, w którym wyniki sondażowe, rzecz zresztą zmienna, mają stanowić ścisłe instrukcje obsługi urny.
Na szczęście krótka, ale jakże barwna, historia III RP już nie raz udowodniła bezsens takich pomysłów, jak i nietrwałość proponowanego modelu parodii demokracji.
Śmiało postawioną tezę autor uzasadnia jednym argumentem, że, a mianowicie, uniknięcie dogrywki pomoże ustrzec nasz kraj przed pogłębieniem się i tak już bardzo drastycznych, z czym akurat polemizować trudno, podziałów.
Jakie rozwiązanie proponuje pan Kuczyński? Bardzo proste: zamiast głosować na kandydatów, których wizję lub politykę popieramy, powinniśmy poprzeć tylko tych, którym sondaże zapewniają wejście do drugiej tury. Były minister przypomina życzliwie czytelnikom, że przecież i tak wyniki pierwszej tury zostały rozstrzygnięte na długo przed głosowaniem, więc po co to przeciągać?
Brzmi prosto i pięknie, czyż nie? Skoro sondaże zadecydowały za ciebie, to po co masz się fatygować do urny, by dopełniać nudnego i nikomu niepotrzebnego rytuału prawdziwego wyboru? Właściwie rezygnacja z tego to twój obywatelski obowiązek: ignorując go, przyłożysz tylko rękę do popełnienia zbrodni umacniania podziałów.
Skoro już pan Kuczyński był łaskaw zaprezentować nam gotowe rozwiązanie, chciałbym się bardzo dowiedzieć, czy uważa adresatów swego apelu za skończonych idiotów, czy też sam nie zdaje sobie sprawy z faktu, że jego rzekome argumenty stanowią jedną wielką logiczną porażkę.
Łatwo domyśleć się intencji pana Kuczyńskiego. Wszak dla jego kandydata sprowadzenie wszystkiego wyłącznie do pojedynku dwóch sondażowych gigantów to wariant idealny. Mało brakowało, a przyznałby się, że najlepiej to by było w ogóle zaprowadzić takie rozwiązanie na stałe, skoro sondaże potwierdzają tylko jego wymarzony schemat.
Pan Kuczyński zapomniał, lub też woli nie pamiętać, że pluralizm jest nie tylko nieodłącznym elementem demokracji, ale też, że Polska nie jest krajem dwupartyjnym, a niezależnie od obecnie miłościwie nam panującej układanki, wykazuje wiele pod tym względem dynamizmu. Swego czasu wróżono nam (sondaże, sondaże, sondaże!) długą dominację SLD pod rządami Leszka Millera, tak jak ledwie parę lat wcześniej panowanie zjednoczonej wokół loga AWS prawicy. Wtedy również starano się sprowadzić sprawy tylko do jednej z dwóch opcji, bo przecież i tak nie ma co marnować głosu na mniejsze formacje. A tymczasem AWS już nie ma, a przed SLD jeszcze bardzo wiele pracy, by choćby zbliżyć się do wyników z 2001.
Nie ma się co dziwić powtarzaniu od lat tych samych andronów, choć w odniesieniu do innych etykietek. W interesie każdego obozu jest umocnienie, - przede wszystkim psychologiczne - swej z natury rzeczy chwiejnej pozycji. Są jednak granice hipokryzji, a te pan Kuczyński wyraźnie przekroczył.
O kabaret ociera się przedstawianie, w imię uniknięcia podziałów, wyboru pomiędzy dwiema formacjami, które właśnie z generowania podziałów uczyniły swoiste wyznanie wiary. PiS na tle ideologicznym i historycznym, zaś PO, mimo zamiłowania do uprawiania modnej ostatnio „postpolityki”, jako partia o korzeniach i profilu liberalnym, na tle klasowym i ekonomicznym.
Zawężenie wyboru oznacza też ustanowienie nowego podziału: na tych dwóch sondażowych gigantów, między którymi, jak „w rodzinie”, wszystko się będzie rozstrzygać, i pozostałych, którzy winni zrezygnować ze swych idei i dążeń do ich realizacji, posłusznie akceptując i podpisując się pod narzuconym schematem.
Jak zwykłe wykluczenie milionów wyborców, odbieranie im prawa do rzetelnego wyboru, ma służyć niwelacji podziałów, doprawdy nie rozumiem.
Tak samo, nie jestem w stanie pojąć, jak pan Kuczyński chce tego dokonać, sprowadzając wszystko, od samego początku, do wyboru między jedną a drugą stroną, czyniąc z elekcji jedynie narzędzie do wykopywania i umacniania rowu.
Pluralizm jest nie tylko nieodłączną cechą demokracji. Jest też mechanizmem chroniącym nas przed redukcją do roli bezmyślnych pacynek, których cała swoboda ruchu sprowadza się do tego, czy wkręci śrubkę po lewej, czy może tę po prawej, co z demokracją ma niewiele wspólnego.
Niezależnie od wyboru, jakiego będę musiał mniej lub bardziej niechętnie dokonać w czasie balotażu, mam prawo jak i zamiar oddać 20 czerwca głos na kandydata, który odpowiada najbardziej moim przekonaniom. Druga tura jest tylko mechanizmem pomocniczym, gdyby jedna z wizji nie zwyciężyła już w pierwszej. A wybory to pojedynek wizji, które powinny być różne i sobie równe, jeżeli mamy mówić o prawdziwej, świadomej decyzji.
Wolę świadomy wybór, a potem ewentualne zastanawianie się nad mniejszym złem, jeżeli moja opcja, niestety, w uczciwej konkurencji nie uzyska wystarczającego poparcia, niż potulne statystowanie w spektaklu, w którym wyniki sondażowe, rzecz zresztą zmienna, mają stanowić ścisłe instrukcje obsługi urny.
Na szczęście krótka, ale jakże barwna, historia III RP już nie raz udowodniła bezsens takich pomysłów, jak i nietrwałość proponowanego modelu parodii demokracji.



