
2011-12-01 10:46:49
Kryzys ekonomiczny - kryzys demokratycznych instytucji
Globalny kryzys ekonomiczny to przede wszystkim kryzys demokracji i jej instytucji, które nie są dziś w stanie kontrolować w imieniu obywateli procesów gospodarczych, rynków finansowych, transakcji kapitałowych. Państwa narodowe okazały się bezradne wobec praktyk kasynowego kapitalizmu. Jak pisze Zygmunt Bauman, ich rola polega dziś jedynie na kuszeniu wędrującego ponad państwowymi granicami kapitału niskimi podatkami i jeszcze niższymi standardami pracy. Odpowiedzią na kryzys powinno być budowanie globalnych instytucji, które posiadałaby demokratyczną legitymację do kontrolowania i korygowania procesów gospodarczych.
Sikorskiego dojrzewanie do federalizmu
Wystąpienie Radosława Sikorskiego w Niemieckim Towarzystwie Polityki Zagranicznej 28 listopada br. zostało odebrane jako apel o budowę europejskiej federacji. Warto przypomnieć, że jeszcze kilka lat temu Sikorski był członkiem rządu Prawa i Sprawiedliwości, który odrzucał jakiekolwiek projekty zmierzające do federalnego modelu UE. Dla polityków PiS bowiem silnie zintegrowany politycznie projekt europejski to coś sztucznego. Przeciwstawiają go państwu narodowemu, które traktują jako zjawisko nie wytworzone przez ludzi, lecz jako byt naturalny, odrębny i samoistny. Tymczasem Sikorski mówi o tworzeniu europejskiej tożsamości w oparciu o demokratyczne instytucje i polityczną wspólnotę Europejczyków. Dla PiS Unia to przede wszystkim obszar realizacji interesów narodowych, w którym Niemcy dążą do osiągnięcia pozycji dominującej, co, oczywiście, zagraża suwerenności Polski. Z kolei Sikorski domaga się od Niemiec większej aktywności i determinacji w wypełnianiu roli europejskiego lidera.
Nic zatem dziwnego, że reakcją polityków PiS na berlińskie wystąpienie Sikorskiego jest wniosek o odwołane go z funkcji ministra. Będziemy więc w ciągu najbliższych dni świadkami oskarżeń o zdradę narodową i rozdzierania szat w obronie rzekomo zagrożonej suwerenności Polski. Spór ten zapewne odciągnie uwagę od innych fragmentów wystąpienia Sikorskiego. A są one – paradoksalnie – wymierzone przeciwko zintegrowanemu modelowi europejskiemu.
Dyscyplina finansowa - jedyne zadanie dla instytucji UE?
Polski minister spraw zagranicznych upomniał się w Berlinie o wzmocnienie roli Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Uważna lektura wystąpienia Sikorskiego pozwala stwierdzić, że dla polityka PO główną rolą (jedyną opisaną w jego wystąpieniu) unijnych instytucji powinno być dbanie o finansową dyscyplinę państw członkowskich. „Tożsamość narodowa, religia, styl życia, moralność publiczna i stawki podatku dochodowego od osób prawnych i podatku VAT oraz wszystko to, co za tym idzie, powinny zawsze pozostać w gestii państw. Nasza jedność nie ucierpi na różnicach w godzinach pracy lub zapisach prawa rodzinnego.” – zastrzegł w swym przemówieniu Sikorski.
Co to w praktyce oznacza?
Oznacza to odrzucenie uniwersalnej koncepcji praw jednostki. Za słowami „tożsamość narodowa, religia, styl życia, moralność publiczna” kryje się sprzeciw wobec uznania za uniwersalne praw osób homoseksualnych do niedyskryminacji i życia w sformalizowanych związkach, praw kobiet do decydowania o własnym macierzyństwie. To także odrzucenie jako uniwersalnej zasady postulatu światopoglądowej neutralności państwa. Federalna Europa według pomysłu Sikorskiego nie będzie wspólnotą polityczną otwartą na mniejszości seksualne czy wyznaniowe oraz kobiety. Będzie to także Europa nieprzyjazna pracownikom.
Przeciwko Europie socjalnej
Sikorski jest przeciwnikiem harmonizacji podatków i ujednolicaniu praw pracowniczych w skali kontynentu. Wspiera zatem politykę opartą na dumpingu socjalnym ze strony państw, w których podatki i standardy pracy są niskie. Jest to oczywiście w interesie Polski (ale nie polskich obywateli), która przeznacza w skali UE najmniejsze środki w stosunku do PKB na edukację, badania naukowe i rozwój. Polska gospodarka nie jest innowacyjna, dlatego na europejskim rynku może konkurować jedynie niskimi kosztami pracy. Polacy są najdłużej pracującymi obywatelami UE, zaś zarabiają najmniej. Liczba osób zatrudnionych w naszym kraju na tzw. elastycznych warunkach i umowach czasowych należy do najwyższych na kontynencie.
Brak harmonizacji podatkowej i ujednolicenia standardów pracy nie poprawi sytuacji polskich pracowników. Pogorszy za to warunki pracy Europejczyków w innych krajach, zwłaszcza tych bogatszych. W ramach Unii będzie trwał między poszczególnymi państwami wyścig na obniżanie podatków i praw socjalnych, by utrzymać miejsca pracy.
Wybiórczy federalizm
Unia według recepty Sikorskiego to zatem kontynent redukcji praw socjalnych oraz upowszechnienia elastycznych form zatrudnienia, na którym instytucje europejskie powołane są przede wszystkim do dyscyplinowania państw narodowych w kwestii deficytów budżetowych. Europejska solidarność zaś, to nie dbanie o socjalne bezpieczeństwo wszystkich obywateli UE poprzez podnoszenie standardów, lecz zapewnienie dopływu do Polski brukselskich funduszy na inwestycje infrastrukturalne, które pozwoliły nam zachować niezłą koniunkturę w trakcie kryzysu.
Berlińskie wystąpienie ministra Sikorskiego daje odpowiedź, dlaczego do dziś Polska nie ratyfikowała w całości Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej.
2011-02-17 15:35:22
Dlaczego?
O tym piszę na łamach "Rzeczpospolitej":
http://www.rp.pl/artykul/9157,610542-Syska--Lewico--nie-idz--z-Platforma.html
2011-02-06 19:18:03
Komunizm był zniewoleniem narodów, był złem, któremu Zachód się poddawał poprzez próby racjonalizacji komunizmu. Reagan rzucił wyzwanie takiemu myśleniu przede wszystkim na poziomie moralnym w imię ideologii wolności – dodał prof. Bryk.
Środowiska polskiej prawicy od kilku dni hucznie obchodzą jubileusz nieżyjącego przywódcy Stanów Zjednoczonych.Upadek komunizmu ma trzech bohaterów: Jana Pawła II, Ronalda Reagana i zrodzony na początku lat 80. ruch Solidarności. Pamięć o Reaganie jest wręcz naszym moralnym zobowiązaniem wobec człowieka, któremu tyle zawdzięczamy. To Reagan w czasach, gdy wolny świat pogodził się z dwubiegunowym układem i nie dopuszczał nawet myśli, że komunizm może upaść, wypowiedział temu systemowi wojnę, uważając, że komunizm jest moralnie zły - mówił PAP jeden z inicjatorów akcji „Ofensywa wolności” Tomasz Balon - Mroczka.
W programie obchodów, oprócz konferencji, znalazły się także happeningi i msze w kościołach.
Ja także postanowiłem „uczcić” tę rocznicę. Nadrobiłem część moich filmowych zaległości i obejrzałem m.in. obraz Kena Loacha z 1996 roku pt.„Carla’s song”.Ten przejmujący dramat znakomicie pokazuje, w jaki sposób Ronald Reagan realizował swoją politykę na „poziomie moralnym”. Wspierane przez amerykański rząd oddziały Contras walczyły z rządem sandinistów, którzy śmieli obalić brutalną dyktaturę Somozy (wspieraną przez USA, a jakże!) oraz próbowali przeprowadzić reformę rolną i nauczyć Nikaraguańczyków pisać i czytać. W wyniku wojny wywołanej z inspiracji USA zginęło około 50 tysięcy ludzi. Przeszkoleni przez CIA tzw. „żołnierze wolności” palili szkoły i szpitale, gwałcili i torturowali ludzi sprzyjających rządowi sandinistów.
Nikaragua, Honduras, Salwador, Grenada, Haiti, Filipiny – to kolejne (niektóre) przykłady, gdzie za pomocą tortur, szwadronów śmierci, egzekucji, wyzysku i strachu administracja Ronalda Reagana podejmowała „na poziomie moralnym wyzwanie w imię ideologii wolności”.
Dzisiejsza gloryfikacja byłego prezydenta USA pokazuje, że tożsamością polskiej prawicy jest przede wszystkim antykomunizm, zaś wartości demokratyczne i prawa człowieka pozostają jej ideowo obce . W imię owego antykomunizmu hołubione są – inne niż radziecki – autorytaryzmy i totalitaryzmy.
W imię antykomunizmu byli działacze „Solidarności” oddają cześć najbardziej antyzwiązkowemu i antypracowniczemu – obok Margaret Thatcher – przywódcy świata zachodniego drugiej połowy XX wieku.
Polskie obchody setnej rocznicy urodzin Ronalda Reagana są zbeszczeszczeniem pamięci o setkach tysięcy ofiar latynoamerykańskich dyktatur, zgwałconych kobietach, torturowanych dysydentach, dzieciach siłą wcielanych do salwadorskiej armii, podeptanej ludzkiej godności.
2010-12-01 19:02:07
Oto komunikat prasowy sztabu Lubińskiego:
Dzisiaj, 1 grudnia 2010 roku, do Prokuratury Rejonowej w Wałbrzychu zostało skierowane doniesienie o popełnieniu przestępstwa polegającego na korupcji politycznej.
Sprawa dotyczy rozmowy, jaka odbyła się 30 listopada 2010 roku między Romanem Ludwiczukiem, pełnomocnikiem wyborczym oraz senatorem PO z okręgu wałbrzyskiego i Longinem Rosiakiem, radnym Powiatu Wałbrzyskiego. Podczas rozmowy senator zaproponował radnemu stanowisko wicestarosty wałbrzyskiego, a jego żonie pracę w jednej ze spółek miejskich. W zamian Longin Rosiak miał wycofać się z prowadzenia kampanii wyborczej Mirosława Lubińskiego. Podczas wcześniejszej, sobotniej rozmowy, Roman Ludwiczuk zaproponował także wakacje na Dominikanie, na które Rosiak miał wyjechać z żoną przed II turą wyborów prezydenckich w Wałbrzychu.
Podczas rozmowy, w sprawie której zostało skierowane do prokuratury doniesienie, Senator PO obraża znanych polityków: marszałka sejmu Grzegorza Schetynę, byłego sekretarza generalnego SLD Marka Dyducha oraz Anna Zalewską posłankę PiS.
Zdradza także, że w najbliższym czasie wałbrzyskie PO zerwie zawartą w poniedziałek 29 listopada koalicje PO-SLD.
Rozmowa dotyczyła także kulisów tworzenia koalicji PO z SLD w Wałbrzychu, podziału stanowisk w starostwie i spółkach, kupowania mediów oraz tworzonej w 2006 roku koalicji POPiS.
Nagranie można pobrać ze strony miroslawlubinski.pl. Taśma została skierowana dziś do prokuratury.
Ze stenogramem całej rozmowy mozna zapoznać się tutaj: www.syska.salon24.pl
2010-11-28 18:22:00
Niepartyjni prezydenci?
Po roku 1989 polska scena partyjna charakteryzowała się dużą niestabilnością. Zarejestrowanych było kilkaset partii politycznych. Kolejne formacje powstawały, inne zamierały, część w wyniku wewnętrznych konfliktów ulegała podziałom. Zjawiska te dotyczyły przede wszystkim ugrupowań prawicowych. Stabilnymi elementami sceny partyjnej był SLD oraz PSL.
Ponadto stronnictwa prawicowe (ale także Unia Demokratyczna/Unia Wolności) nie posiadały szeroko rozbudowanej bazy członkowskiej i materialnej. Ich struktury lokalne były rachityczne.
Konsekwencją tego stanu rzeczy było tworzenie na poziomie samorządowym reprezentacji, których nazwa nie nawiązywała do partyjnych szyldów, a ich skład personalny szedł czasem w poprzek krajowych podziałów na prawicy.
W 2002 roku PO i PiS były jeszcze w trakcie budowania swych struktur (w Europie Środkowo - Wschodniej po 89 r. regułą jest, że partie buduje się "od góry" - wszystko zaczyna się od reprezentacji parlamentarnej na poziomie krajowym).
W wielu miastach wystartowali tzw. niezależni kandydaci na prezydenta wystawieni przez niepartyjne komitety lub popierani przez PO - PiS (vide: Wrocław). Ich wyborczy sukces był możliwy tylko dzięki wsparciu głównych formacji prawicowych, które nie tylko nie wystawiły kontrkandydatów, ale także aktywnie włączyły się w kampanię. (Z analogiczną sytuacją mieliśmy do czynienia z lewicowym kandydatem na prezydenta Krakowa).
Gdyby osiem lat temu owi kandydaci nie mieli wsparcia partii politycznych (część z nich zresztą nawet do nich należała), ich wyborczy sukces (a w konsekwencji reelekcje w 2006 i 2010 r.) byłby bardzo wątpliwy.
Kres partyjniactwa?
Po zwycięskich wyborach zaczyna sie proces uniezależniania prezydenta od partyjnego zaplecza. Oczywiście, na początku pierwszej kadencji jego gabinet jest okupowany przez lokalnych liderów partyjnych, którzy chcą współtworzyć politykę personalną w ratuszu. Na etatach wiceprezydentów trzeba zatrudnić partyjnych nominatów (nota bene: funkcja wiceprezydenta jest obecnie kuriozalna - jest to po prostu pracownik urzędu, a nie osoba pochodząca z demokratycznego wyboru).
Prezydent miasta ma znakomite narzędzia do uniezależnienia się od niedawnych protektorów i budowy własnej quasi-partii.
Po pierwsze, sprawowanie funkcji powoduje, że staje się samodzielnym liderem politycznym. Dystansując się od partii zyskuje przychylność lokalnych mediów oraz - w konsekwencji - opinii publicznej.
Po drugie, setki miejsc pracy w urzędzie i podległych miastu spółkach oraz fundusze na promocję, naukę, kulturę i rozrywkę pozwalają stworzyć swoisty system klientelistyczny. Pracownicy urzędu, członkowie rad nadzorczych miejskich spółek, biznesmeni, artyści i działacze ngo's - beneficjenci publicznych funduszy - staną się potem nowym, politycznym zapleczem urzędującego prezydenta.
Kolejnym etapem budowania własnej quasi-partii jest wystawienie własnego komitetu w wyborach do rady miejskiej, którego listy zapełnią osoby, których mowa akapit wyżej.
W trakcie kampanii wyborczej urzędujący prezydent może wykorzystać do promocji publiczne środki. To w ostatnich latach dość popularna praktyka w Polsce. I nie ma tu podziału na prezydentów "partyjnych" i "niepartyjnych".
W minionych wyborach mogliśmy np. na Dolnym Śląsku oglądać, jak zarówno prezydent "partyjny", jak i "bezpartyjny", za olbrzymie pieniądze publiczne prowadzą (słabo)zakamuflowaną, billboardową kampanię wyborczą.
Dość powszechną praktyką jest nagromadzenie w okresie przedwyborczym okazji do przecięcia wstęgi lub otwarcia dużej imprezy kulturalnej.
"Niepartyjni" prezydenci budują swoje polityczne zaplecze korzystając pełnymi garściami ze znanego zestawu "partyjniackich" praktyk. Czyniąc to, nie są skrępowani żadnymi więzami partyjnymi (partie to jednak ciała kolegialne, gdzie wiele rzeczy trzeba negocjować,). Sami rozdają karty.
Apolityczny polityk?
Prezydent miasta to polityk. Budowa przedszkoli, remonty dróg, rozwój kultury i oświaty - to polityka. Istotą demokratycznej polityki jest spór dotyczący celów i środków. Dlatego ludzie grupują się w partie, gdzie łączy ich (mniej lub bardziej) jakiś wspólny pogląd, idea, wizja. Także na poziomie samorządowym.
Przedszkole prywatne czy publiczne? Edukacja nastawiona na inkluzję społeczną czy na szlifowanie talentów? Przestrzeń miejska ogólnodostępna czy skomercjalizowana? To wszystko polityczne wybory, przed którymi stają samorządowcy.
W dużych miastach głosując na poszczególne partie przynajmniej częściowo wiemy lub domyślamy się, za jakimi koncepcjami się one opowiadają. W przypadku "niepartyjnych komitetów prezydenckich", które grupują na swoich listach miejskich urzędników, lokalnych celebrytów, znanych sportowców, artystów i politycznych rozbitków od lewa do prawa, określenie ich programowo - ideowego spoiwa jest bardzo trudne.
Silne umocowanie ustrojowe prezydenta miasta powoduje deficyt możliwości społecznej kontroli. Procedura odwołania prezydenta w drodze referendum jest niezwykle trudna (choć ,jak pokazały przykłady Łodzi i Częstochowy, nie niemożliwa). W krajach Europy Zachodniej stałą kontrolę nad prezydentem sprawują partie, z których dany prezydent się wywodzi. Partia musi bowiem dbać o swój wizerunek. Prezydent ma zaś świadomość, że reprezentuje członków, sympatyków i wyborców danej formacji. W systemie, gdzie silne są partie, prezydent miasta nie trzyma się kurczowo swojego stołka, gdy prokuratura stawia mu zarzuty, a media rozpisują się o kolejnych aferach w ratuszu.
Słabość czy siła lokalnej demokracji?
W przeciwieństwie do dominującego tonu medialnych komentarzy nie uważam, że kolejne reelekcje "niepartyjnych" prezydentów miast to triumf lokalnych demokracji. Widzę w tym raczej słabość demokracji i jej głównych aktorów - partii politycznych.
"Niepartyjni" prezydenci zawdzięczają swoje sukcesy najpierw partiom, które osiem lat temu postanowiły pomóc w ich wyborze.
Kolejne reelekcje zawdzięczają zbudowanym przez siebie quasi-partiom, które - w przeciwieństwie do tych prawdziwych - nie zostały stworzone w oparciu o wspólne idee i programy. Są daleko mniej demokratyczne (nie mają sformalizowanych organów kolegialnych, zaś same zbudowane są wokół jednej osoby - urzędującego prezydenta) i nie podlegają stałej społecznej kontroli (w przeciwieństwie do trwałych parti mają raczej charakter efemeryczny, zaś słabość mediów lokalnych powoduje, że to partie głownego nurtu są w centrum zainteresowania).
Owe quasi-partie prezydenckie bardziej zatem przypominają quasi-oligarchie niż podmioty demokratycznej polityki.
Silna demokracja lokalna powinna charakteryzować się sporem na polityczne programy, przejrzystością procesu podejmowania decyzji oraz stałą, obywatelską kontrolą.
Czy sukcesy "niepartyjnych" prezydentów zbliżają nas do takiego modelu? Nie sądzę. Niestety, partie polityczne w obecnym kształcie organizacyjnym, programowym i personalnym także nie stanowią przekonywującej alternatywy.
2010-04-13 22:44:04
Niezależnie od motywacji wydaje się oczywiste, że decyzja o pochowaniu Pierwszej Pary na Wawelu nie upowszechni tego mitu wśród społeczeństwa. Gwałtowne reakcje pokazują, że możemy spodziewać się raczej ostrej polaryzacji obozów.
Reakcje te pokazują też pewien paradoks. Wśród osób skrzykujących sms-ami i mailami na dzisiejszą, krakowską demonstrację przeciwko pochówkowi byli ludzie określający się mianem lewicy. To rzecz zadziwiająca, że w awangardzie obrońców świętości wawelskiej katedry i obrońców czci monarchów ("nie godzi się, by prezydent spoczął obok królów") znalazły się osoby na co dzień deklarujące postępowy światopogląd i dystans do narodowych mitologii i tradycji.
2010-04-13 17:03:49
Wrocławska prapremiera „Doktryny szoku” nie odbyła się. Wszystko jednak wskazuje na to, że będziemy mieć doktrynę szoku. Bez cudzysłowu. W całej Polsce.
Sobotnia katastrofa, w której zginęło wielu czołowych polskich polityków i szefów instytucji publicznych może diametralnie zmienić sytuację gospodarczo-polityczną kraju. Najprawdopodobniej wzmocni ona pozycję Platformy Obywatelskiej a także ustali bardziej liberalny kierunek zmian w Polsce - już zapowiada specjalizująca się w sprawach gospodarczych agencja Bloomberg, którą cytuje portal TVN 24.
Inwestorzy postrzegali prezydenta Kaczyńskiego i prezesa Skrzypka, jako wrogie postacie. W czasie spotkań z klientami wielu z nich uważało, że były to główne siły blokujące reformy rynkowe w Polsce - komentuje Preston Keat, dyrektor Eurasia Group, londyńskiej firmy konsultingowej zajmującej się kalkulowaniem ryzyka.
Bloomberg w swej analizie przypomina, że prezydent Lech Kaczyński blokował rządowe zmiany w ochronie zdrowia i systemie emerytalnym.
Peter Attard Montallo z Nomury dodaje z kolei, że - zakładając zwycięstwo Komorowskiego w wyborach prezydenckich - bardzo prawdopodobne jest, że władza skupi się całkowicie w ręku Platformy Obywatelskiej co najmniej do wyborów parlamentarnych w 2011 roku. - To powinno przyspieszyć program prywatyzacji, a także wspomóc uchwalenie ustaw i reformy fiskalnej przed rozpoczęciem kampanii wyborczej w przyszłym roku - powiedział Bloombergowi Montallo.
Według rynkowych analityków przeszkodą dla liberalnych, „koniecznych reform” był też Sławomir Skrzpek, szef NBP, który także zginął pod Smoleńskiem. Już kilka godzin po katastrofie Witold Gadomski na łamach internetowego wydania „Gazety Wyborczej” domagał się od Bronisława Komorowskiego szybkiej nominacji nowego prezesa banku centralnego. Już rozpoczęły się spekulacje dotyczące ewentualnego następcy Skrzypka. Pojawiają się nazwiska m.in. Jana Krzysztofa Bieleckiego, Dariusza Rosatiego, Jerzego Hausnera, a nawet Leszka Balcerowicza.
Izabela Jaruga – Nowacka powiedziała kiedyś: „czas zdefiniować lewicę prosto: ma stanąć po stronie mrówek, a nie mrówkojadów.”
Wszystko wskazuje na to, że mrówkojady będą chciały wykorzystać szok, jaki pojawił się w mrowisku. Kto stanie w obronie mrówek?
2010-04-05 14:22:28
Cały wywiad tutaj:
http://wyborcza.pl/1,75478,7722760,Lewica_na_Kaczynskiego___.html?as=1&startsz=x
2010-03-31 16:08:44
- Nie chcą się asymilować. Nie mają nic wspólnego z wartościami wyznawanymi przez naszą cywilizację. Wszyscy, którzy wysadzili się w środkach komunikacji zbiorowej w ostatnich latach to byli muzułmanie - przekonywał w Radiu Wrocław Patryk Wild, szef klubu Dolny Śląsk XXI w sejmiku. - To brzmi jak propaganda III Rzeszy. Problemem nie jest islam, a fundamentalizm religijny, także chrześcijański - ripostował oburzony Michał Syska z "Krytyki Politycznej".
- Zachód prezentuje wyższy poziom kulturowy. Chciałbym, żeby nasi goście wyznawali wartości dominujące w naszej kulturze, chociażby szacunek dla kobiet - argumentował Patryk Wild, na co dzień wiceprezes wrocławskiego MPK.
- To kulturowy rasizm - odpowiadał mu Michał Syska. - Ubolewam, że jest pan radnym sejmiku. Wstydzę się, że jest pan urzędnikiem we Wrocławiu.
Obaj rozmawiali o islamie w programie Kontra Radia Wrocław. Posłuchaj ich gorącej dyskusji (prowadzi Łukasz Medeksza):
http://www.prw.pl/articles/view/15887/czy-to-rasizm-europa-ma-wyzsza-kulture-niz-islam-uwaza-szef-klubu-dolny-slask-xxi-posluchaj
2009-12-17 15:42:31
Wczoraj odbyła się debata (choć już przed jej rozpoczęciem dyrektor zapowiedział, że swej decyzji nie zmieni: krzyże w salach pozostaną).
W roli "obrońców krzyża" i rzekomo zagrożonego chrześcijaństwa występowali Tomasz Terlikowski (publicysta związany z prasą prawicową i katolicką), dr Łukasz Nysler, filozof, nawrócony na katolicyzm były lewicowy wolnomyśliciel (publikujący niegdyś m.in. w "Bez Dogmatu") oraz ks. Wojciech Zięba, katecheta z XIV LO. I ten ostatni stał się "gwiazdą" popołudnia, próbując w żenujący sposób zdyskredytować trójkę odważnych uczniów.
Oto relacje:
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,7373397,Miala_byc_debata_o_krzyzach_w_szkole__wyszlo_show.html
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,7369798,Zakonczyla_sie_debata_w_XIV_LO_we_Wroclawiu__WIDEO_.html
2009-12-08 18:29:51
Ale to wydarzyło się w Polsce, więc zapewne należy interpretować to wydarzenie dosłownie.
O czym piszę? O tym (video):
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/10,88292,7343096,Krucjata_przed_GW.html
Stowarzyszenie "Krucjata - Młodzi w życiu publicznym" wydało też oświadczenie, w którym czytamy m.in.: "Z oburzeniem przyjmujemy postulat usunięcia krzyży z polskich szkół. Krzyż jest nie tylko symbolem cierpienia, które nasz Pan poniósł dla naszego zbawienia; nie tylko symbolem Bożej miłości do ludzi. (...) W dawnych wiekach nikomu ten symbol nie przeszkadzał. - choć i wtedy wśród nauczanych zdarzali się przecież ludzie dalecy od chrześcijaństwa".
Czy krzyż rzeczywiście był w przeszłości symbolem miłości wśród nauczanych dalekich od chrześcijaństwa? Czy był nim dla ofiar wypraw krzyżowych (krucjat), wojen religijnych i związanych z nimi prześladowań? Czy ludzie, którzy nazywają swoją organizację "Krucjata" to najlepsi propagatorzy miłości bliźniego?
2009-12-08 10:22:00
Jednocześnie zaproponował zorganizowanie w szkole otwartej debaty. Spotkanie ma odbyć 16 grudnia.
Przypomnijmy, że pierwotnie dyrektor, w reakcji na otrzymaną petycję trójki uczniów, chciał, aby krzyż wisiał jedynie w sali, gdzie odbywa się katecheza.
Decyzja dyrektora wzbudziła wątpliwości autorów petycji, konstytucjonalistów oraz wrocławskich dziennikarzy. Z komentarzami do niej można zapoznać się tutaj:
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,7338393,Jednak_w__czternastce__krzyze_zostaja_na_scianach.html
2009-12-06 19:51:58
W rozmowie z duchownym moją uwagę zwrócił następujący fragment: „Przychodzą licealiści, absolwenci i pytają: «Proszę księdza, co robimy? Jak reagujemy?»”. Ktoś tam nawet zażartował: «To my im teraz pokażemy, wtłuczemy im!»”.
W dalszej części tekstu ksiądz Wojciech Zięba mówi, że stara się tonować nastroje i troska się o wspomnianą o trójkę: "Przestrzegam i nawołuję do opamiętania. Słyszałem na temat tej trójki już tyle krytycznych uwag od innych uczniów, że dziś staję w ich obronie".
Sądzę, że wspomniany duchowny przeżywa w tej chwili swoją największą klęskę wychowawczą i ewngalizacyjną. Musi bronić trzech osób, które upomnieły się jedynie o przestrzeganie polskiej konstytucji. Musi ich bronić przed atakami osób, swoich wychowanków, którym wydaje się, że bronią religii. Religii rzekomo opartej na miłości wobec bliźniego...
P.S. Polecam:
http://www.krytykapolityczna.pl/Wywiady/Rudnicki-Klebaniuk-Spor-o-krzyze-czyli-walka-o-pryncypia/menu-id-77.html
2009-12-04 13:34:58
sekretariat@lo14.wroc.pl
Tymczasem na łamach dzisiejszej "Gazety Wrocławskiej" prof. Ryszard Legutko, eurodeputowany PiS i były minister edukacji (sic!), stwierdza, że "smarkacze" z XIV LO powinni zostać ukarani. Oto cały wywiad:
http://www.gazetawroclawska.pl/opinie/193911,o-szkolne-krzyze-ten-boj,id,t.html#pzw_27361
W tej samej gazecie tłumaczę, na czym polega szkoła neutralna światopoglądowo:
http://www.gazetawroclawska.pl/opinie/193912,jestem-zwolennikiem-szkoly-neutralnej-swiatopogladowo,id,t.html
2009-12-02 16:27:13
Treść ich listu zamieściłem na swoim blogu na portalu dolnoslazacy.pl:
http://syska.dolnyslask24.info/2088,uczniowie_z_wroclawskiej_14_ki_chca_szkoly_neutralnej_swiatopogladowo.html
Temat podchwyciły wrocławskie media. O sprawie piszą dziś m.in. "Gazeta Wyborcza - Wrocław" i "Gazeta Wrocławska". Kilka dzisiejszych audycji poświęciło sprawie Radio Wrocław.
Dziś rano byłem gościem tej rozgłośni, gdzie z prawicowym blogerem sprzeczałem się o świeckość szkoły. Całej audycji można wysłuchać tutaj:
http://www.prw.pl/articles/view/14250/wroclaw-nie-chca-krzyza-w-sali-lekcyjnej-slusznie-posluchaj
2009-08-11 22:40:25
Rząd Donalda Tuska dość chaotycznie szuka oszczędności budżetowych. Sławomir Piechota, wrocławski poseł PO i szef sejmowej komisji polityki społecznej, znalazł kolejny obszar, w którym można zredukować publiczne wydatki. Przekonał już swych partyjnych kolegów do pomysłu likwidacji 37-proc. ulgi studenckiej na przejazdy pociągami i autobusami PKS.
Projekt ten nie jest jednak uzasadniany trudną sytuacją budżetu, lecz niesprawiedliwością dotychczasowych regulacji. "Mój syn, który w tym roku zaczyna studia, żadnej zniżki nie powinien dostawać. Bo rodziców stać, aby mu zapłacić za dojazd. Co innego pracownica mego biura, która ma dziewięcioro rodzeństwa. Jej zniżka się należy" - tłumaczy poseł Piechota ("Gazeta", 27 lipca 2009). Pomysłowi likwidacji ulg dla wszystkich studentów przyklaskuje niezawodny Jeremi Mordasewicz z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan" (jednej z najbardziej roszczeniowych grup lobbingowych), który nie chce, by podatnicy zrzucali się na przejazdy dla bogatych żaków.
Argumenty Piechoty i Mordasewicza wydają się na pierwszy rzut oka racjonalne. Wszak kierowanie publicznej pomocy finansowej do najbardziej potrzebujących wydaje się rozwiązaniem słusznym i, co najważniejsze, sprawiedliwym. Postaram się jednak wykazać, że przytoczone powyżej poglądy są neoliberalnym populizmem mającym zdobyć społeczną przychylność dla rozwiązań, które przyczynią się do wzrostu nierówności i będą stanowić poważne obciążenie dla budżetu państwa.
Projekt likwidacji ulg na przejazdy kolejowe i autobusowe dla wszystkich studentów wpisuje się w logikę tzw. selektywnej polityki społecznej państwa. Polega ona na kierowaniu strumienia pomocy publicznej do konkretnych grup wyselekcjonowanych na podstawie ściśle określonych kryteriów (targeted and means-tested benefits). Zwolennicy tego modelu twierdzą, iż jest on bardziej efektywnym i racjonalnym sposobem walki z ubóstwem i nierównościami społecznymi niż system oparty na powszechnych świadczeniach, w którym beneficjentami stają się także osoby dobrze sytuowane.
Podstawą skandynawskich państw dobrobytu jest właśnie zasada uniwersalizmu, według której dostęp do gwarantowanych przez państwo usług nie jest warunkowany kryteriami dochodowymi. Jej zwolennicy twierdzą, że to właśnie na niej oparta polityka społeczna przynosi najlepsze rezultaty. Przybliżmy te argumenty.
System uniwersalny jest bardziej efektywny niż system selektywny. Kierowanie strumienia pomocy do konkretnych grup jest procesem niezwykle pracochłonnym i skomplikowanym. Opracowanie kryteriów przyznawania danych świadczeń oraz weryfikacja uprawnień do ich pobierania wymaga rozbudowy administracyjnego aparatu biurokratycznego i pochłania duże środki finansowe na jego utrzymanie. A przecież głównymi argumentami neoliberałów na rzecz demontażu opiekuńczych funkcji państwa są rzekomy przerost administracji, wszechwładza urzędników i marnowanie publicznego grosza.
Efektem zastosowania zasady selektywizmu jest zazwyczaj pozbawienie świadczeń grup, które wsparcia potrzebują. Bez pomocy pozostają wszyscy ci niezamożni, którzy nie spełniają arbitralnie ustalonych kryteriów (np. zarabiają 100 złotych ponad próg określony przez urzędników), ale nie stać ich na pokrycie kosztów danej usługi z własnej kieszeni.
System uniwersalny nie stygmatyzuje ludzi. Bieda jest czymś wstydliwym dla osób, które jej doświadczają. Często jej najbardziej dotkliwym efektem nie jest brak dostępu do dóbr materialnych, ale odarcie z ludzkiej godności. Selektywny model polityki społecznej tę przykrą dotkliwość potęguje, wymaga bowiem od ludzi ubiegania się o stygmatyzujący status osoby ubogiej. Z kolei mniej zaradni i gorzej wykształceni mogą mieć poważne problemy w odnalezieniu się w biurokratycznej pajęczynie i skutecznym upominaniu się o własne prawa, co w konsekwencji może je pozbawić niezbędnego wsparcia.
System uniwersalny buduje wspólnotę. Idolka wielu polityków polskiej prawicy Margaret Thatcher stwierdziła przed laty, że nie istnieje taki byt jak społeczeństwo - istnieją tylko jednostki. Nordycki model państwa opiekuńczego ufundowany został z kolei na przekonaniu, że jednostki mogą realizować swoją wolność w harmonijnie rozwijającym się społeczeństwie. Badacze fenomenu skandynawskiego "welfare state" wskazują, że to właśnie jego uniwersalny charakter stał się podstawą obywatelskiej i solidarnej wspólnoty (community - building).
To, że wszyscy - niezależne od statusu majątkowego - mogą korzystać z gwarantowanych przez państwo usług publicznych, powoduje zasypywanie podziałów społecznych oraz wspólną troskę o dobro wspólne. Nie powstają getta subsydiowanej przez rząd biedy obok otoczonych murem enklaw bogactwa z prywatnymi szkołami, szpitalami i firmami ochroniarskimi. Bogatsi Norwegowie, Szwedzi czy Finowie nie odwracają się plecami do państwa i nie podważają jego roli w aktywnej polityce na rzecz spójności społecznej. Nie pobierają też świadczeń publicznych kosztem najuboższych, płacą bowiem wyższe podatki niż ci ostatni.
Polityka społeczna w krajach skandynawskich od lat świetnie zdaje egzamin. Zapewnia nie tylko wysoką jakość życia i zmniejsza nierówności, ale także sprzyja rozwojowi nowoczesnej i konkurencyjnej gospodarki, zwiększa zaufanie społeczne i zapobiega korupcji. Nie jest ona - jakby się mogło wydawać - jedynie efektem doktrynerskiej polityki partii socjaldemokratycznych, które od lat zajmują niemal hegemoniczną pozycję w tych państwach. Uniwersalny charakter nordyckiego "welfare state" jest wynikiem kompromisu między różnymi siłami politycznymi i grupami społecznymi, które uznały go za najbardziej efektywny i sprawiedliwy.
Wiara w to, że PO i lobbyści z PKPP Lewiatan porzucą neoliberalne doktrynerstwo, jest zapewne bardzo naiwna. Ale na pewno nie jest naiwna wizja bardziej egalitarnej i solidarnej Polski.
W takiej Polsce zamożny poseł Sławomir Piechota płaciłby wysoki, proporcjonalny do swych zarobków podatek (np. według 40-proc. stawki, którą w prezencie dla najbogatszych zniesiono głosami PO i PiS). Czyniłby to, mając poczucie dobrze spełnionego, obywatelskiego obowiązku. Wiedziałby, że dzięki tej daninie jego pracownica - studentka i jej rodzeństwo zakupią tańsze bilety kolejowe bez wcześniejszej, poniżającej wizyty w pomocy społecznej. Syn posła, który mógłby udać się na wakacje z ową pracownicą, nie czułby dyskomfortu przy kasowym okienku, płacąc za bilet gotówką otrzymaną od ojca, podczas gdy dziewczyna musiałaby okazać kasjerce urzędowe zaświadczenie o ubóstwie. Byłoby sprawiedliwie, efektywnie i godnie.
Michał Syska
Powyższy artykuł ukazał się w "Gazecie Wyborczej" 7 sierpnia br.
2009-07-31 18:24:15
Zachęcam do lektury całego artykułu:
http://www.rp.pl/artykul/9157,341269_Syska__Platforma_przeciwko_konstytucji.html
2009-07-07 20:47:12
[...]populistycznych wypowiedzi, choćby premiera o kastrowaniu pedofilów, było w najnowszej historii dużo. (...) te słowa na pewno odbierają partii wizerunek reformatorski, modernizacyjny. - mówił Olechowski o przyczynach swego odejścia z PO, a ja zastanawiałem, gdzie już podobny kawałek czytałem.
Poszperałem i znalazłem.
"Dziennik" z 25 października 2008 roku:
Robert Mazurek: Jak pana słucham, to pana nic nie różni od Platformy.
Dariusz Rosati: To wina obłości Platformy Obywatelskiej, bo mnie z nimi różni bardzo wiele. Ja nie uważam, że pedofile nie są ludźmi.
Jak widać kwestia jednej, wielce niefortunnej wypowiedzi Donalda Tuska staje się główną osią sporu, wokół której tworzone są alternatywne wobec PO formacje polityczne.
Trzeba jednak zaznaczyć, że Olechowskiemu nie podobają się jeszcze inne deklaracje polityków Platformy. We wspomnianym wywiadzie dla "Gazety" mówi: A były też wypowiedzi o karze śmierci czy posiadaniu broni.
Nie chcę jednak uwierzyć, że poglądy ministra Czumy na kwestię posiadania przez obywateli broni palnej były dla Olechowskiego tak istotną i drażniącą kwestią.
Andrzej Olechowski zadeklarował współpracę ze Stronnictwem Demokratycznym Pawła Piskorskiego. We władzach tego grupowania zasiada majętny adwokat Robert Smoktunowicz - jeden z najbardziej znanych lobbistów na rzecz liberalizacji przepisów dotyczących posiadania broni. Ba, jako senator Najjaśniejszej Rzeczypospolitej mec. Smoktunowicz napisał nawet projekt stosownej ustawy. A więc uczynił więcej niż Czuma czy jakikolwiek inny polityk PO w tej materii!
Robert Smoktunowcz był w 2000 roku pełnomocnikiem Komitetu Wyborczego Andrzeja Olechowskiego, założycielem Platformy Obywatelskiej i pełnomocnikem jej komitetu w wyborach w roku 2001.
Andrzej Olechowski nie zna poglądów swojego dobrego znajomego? A może po prostu ściemnia?
Jak Państwo obstawiają?
2009-07-01 11:21:17
Z całym dokumentem można zapoznać się tutaj:
http://www.sdpl.wroclaw.pl/dokumenty/analiza2009.pdf
2008-12-15 22:14:04
Według polityków PO ta argumentacja nie ma zastosowania do zaaplikowanej przez nich obniżki podatków i składki rentowej, która będzie kosztować budżet 39 mld złotych. Wszystko to w czasie, gdy w Europie zaczyna dominować pogląd, że receptą na kryzys i spowolnienie gospodarcze powinny być inwestycje publiczne finansowane z państwowego budżetu. W związku z tym nikt w europejskich stolicach nawet nie rozważa obniżek podatków.
W kontekście prezentu PO i PiS (przypomnijmy, że Platforma jest tu wykonawcą planu rządu Jarosława Kaczyńskiego)dla najbogatszych Polaków najciekawsze są opinie na temat konsekwencji zmian podatkowych.
Dyżurny ekspert ekonomiczny Ryszard Petru uważa, że obniżka pobudzi konsumpcję. Na co podatnicy wydadzą pozostawione w ich kieszeniach pieniądze? "Przede wszystkim na dobra trwałego użytku ponieważ najwięcej z reformy podatkowej skorzystają lepiej zarabiający. Zatem będą wydawać je raczej na meble czy telewizory LCD, a nie na żywność." - odpowiada Petru na łamach "The Wall Street Journal".
Argumentacji tej nie podziela prof. Jerzy Osiatyński, który w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" stwierdza: "Obniżka podatków dotyczy w dużej mierze osób najlepiej zarabiających. A oni je przede wszystkim zainwestują w papiery wartościowe albo wydadzą za granicą. Nie wierzę w pobudzenie przez nich konsumpcji w Polsce. Za to cała operacja jest bardzo kosztowna dla budżetu. Gdyby podatki obniżono osobom mniej zamożnym, to być może dałoby to pozytywny efekt."
Ale obniżka podatków najbogatszym nie ma wcale służyć pobudzeniu konsumpcji, w co naiwnie wierzą (?) Ryszard Petru czy rozmówczynie prof. Osiatyńskiego: Dominika Wielowieyska i Agata Nowakowska. Minister finansów Jacek Rostowski powiedział wszak na łamach "The Wall Street Journal", że nie obchodzi go, co zrobią ludzie z pieniędzmi zaoszczędzonymi na obniżce podatków.
Bo obniżka podatków dla najbogatszych jest dobrem samym w sobie, którego nie można przeliczać na pieniądze! Bo neoliberalizm to religia! Amen!



