Magdalena Grochowska: Lulek część 2

[2017-03-25 11:35:24]

Przewracał się na naszych oczach człowiek nasycony zaszczytami po gardło, nie budzący zaufania ani współczucia

Ostatnie piętro wieżowca Prudential przy warszawskim placu Napoleona. Sufit szklany. W bibliotece wisi obraz mędrca o twarzy pełnej spokoju. Schiller zajmuje to wytworne studio w lecie 1939 roku. Mieszka sam. Z żoną Ewą Kuncewicz są już tylko przyjaciółmi.

Jesienią występuje do władz okupacyjnych, wraz ze Stefanem Jaraczem i Karolem Adwentowiczem, o pozwolenie na otwarcie teatru. - Całkowita naiwność - stwierdził Bohdan Korzeniewski. - Oparta na doświadczeniach z poprzedniego pobytu Niemców w Warszawie, kiedy gubernator Beseler pozwolił otworzyć Uniwersytet Warszawski.

Niechętnie wychodzi z domu. Rano pisze: partytury reżyserskie dramatów romantycznych, nowe opracowania misteriów, szkice o teatrze. Wieczorem schodzi do kawiarni Sztuka w suterenie Prudentialu. Po kawie zasiada do fortepianu.

Ukrywa starannie ręce

Ewa Kuncewicz nie może dobudzić Schillera (miała klucz do jego mieszkania). Przy tapczanie leży słoik po tabletkach; teraz Ewa rozumie i biegnie po lekarza.

Trzecia próba samobójcza, lato 1941 roku. Po powrocie z Oświęcimia.

W marcu tego roku zastrzelono Igo Syma, aktora, który był niemieckim agentem i werbował aktorów do antypolskiego filmu "Heimkehr". Ludzie teatru spodziewali się represji.

Kiedy Wacław Zagórski, działacz pepeesowski i żołnierz AK, namawia Schillera i Jaracza, by zniknęli - kryjówki już przygotowano - odmawiają. Bo ich twarze są zbyt znane. Schiller czeka na aresztowanie w Prudentialu, Jaracz u siebie, na Powiślu. Schillera zabierają 15 marca, Jaracza parę dni później.

"Gdy zjawił się na Pawiaku, od razu jaśniej zrobiło się w celi" - pisze Schiller. W 1932 roku, pod wspólną dyrekcją w Ateneum, ich kłótnie artystyczne uniemożliwiały próby, w końcu poróżnili się o pieniądze. W Oświęcimiu dają wspólnie tajne koncerty recytatorskie.

Schiller wyładowuje cement. "Dla człowieka, który nie potrafił przyszyć sobie guzika (...) - pisze Wacław Zagórski - była to ciężka próba". Dotkliwie pobity. Choruje na przepuklinę. Przebiera jarzyny w kartoflarni - rękami przywykłymi do klawiszy fortepianu. Przynajmniej może siedzieć.

Dostał papier i kredki. Rysuje i radzi z Jaraczem o architekturze teatru. Oświęcim ich ostatecznie pojednał.

"Wlekliśmy - ja i on - jakąś taczkę przy zupełnym wycieńczeniu fizycznym - pisze Jaracz. I padliśmy obaj - bezsilni starcy. I zaczęliśmy się dźwigać, pomagając jeden drugiemu. I uścisnęły się ręce nasze (...). Już nigdy waśni".

Gdy Jaracz umierał na gruźlicę tuż po wojnie, żegnał się w liście-testamencie z Schillerem: "Kłaniam się i Tobie (...), wspaniały i śmiały inscenizatorze". Potem Schiller napisał piękny esej o przyjacielu, nazwał go buntownikiem i marzycielem.

Dwanaście tysięcy złotych kosztowało wykupienie Schillera z obozu. Siostra Anna Jackowska sprzedała klejnoty. Artysta wraca do domu 27 maja 1941 roku. Z rozedmą płuc, przepukliną, bez zębów. "Zobaczyłam (...) twarz żółtą, jakby z wosku - wspomina Ewa Kuncewicz - po której spływały łzy na czarną, franciszkańską brodę". Zalękniony, mówi z trudem, ukrywa starannie sine ręce, często płacze.

Von czy de

"W momencie załamania psychicznego na drzwiach swego mieszkania w drapaczu przy pl. Napoleona umieścił własnoręcznie pisany szyldzik »Leon von Schildenfeld Schiller«, co osobiście sprawdziłem". To fragment oświadczenia Janusza Strachockiego do Zarządu Głównego ZASP, lipiec 1946 roku. Przed wojną Strachocki grał we Lwowie Konrada w "Dziadach" Schillera.

Granatowy policjant każe Schillerowi wejść do bramy. Rok 1940; artyście towarzyszy aktorka Jadwiga Gosławska. - Pan jest Żydem - policjant żąda okupu.

Nie był Żydem. Pochodził ze spolonizowanej, katolickiej rodziny austriackiej. Pokazuje papiery, w których napisano, że jego przodek dostał szlachectwo od cesarzowej Marii Teresy. Wyszli. "Ale odtąd - pisze Jadwiga Gosławska - na drzwiach miał wizytówkę: Leon de Schildenfeld Schiller". "Von" czy "de" - będzie to przedmiotem powojennego sporu.

W marcu 1947 roku zbiera się Sąd Obywatelski pod przewodnictwem Stanisława Lorentza. Zeznania świadków w sprawie wizytówki są sprzeczne. Sąd uniewinnia Schillera.

Ale oskarżenia o "nieobywatelskie zachowanie" będą powracać.

A choć jej ptasznik daje dość żywności

Po powrocie Schillera z obozu prawie co tydzień zbiera się w Prudentialu Tajna Rada Teatralna. Bohdan Korzeniewski, Edmund Wierciński, Adwentowicz, Andrzej Pronaszko, czasem ciężko chory Jaracz. Pracują nad koncepcją teatru powojennego. Schiller marzy o teatrze monumentalnym, o nowoczesnej scenie dla mas. Loże bez jedwabnych obić. Miejsca nienumerowane. Obok pisarza siedzi tkaczka.

Podczas imienin u Wacława Zagórskiego na szarym papierze okrywającym stolik Schiller szkicuje odbudowany gmach Teatru Wielkiego. Jego ściana od ulicy Trębackiej będzie się otwierała na ogromną widownię pod gołym niebem, pięćdziesiąt tysięcy widzów!

Schiller chce przywitać niepodległość montażem fragmentów literatury romantycznej. Zmienia zdanie: pokaże historię polskiej demokracji od Sejmu Czteroletniego. Latem 1943 r. analizuje "Akropolis" Stanisława Wyspiańskiego. Szesnaście stron prologu napisał już Czesław Miłosz, scenografię robi Pronaszko, muzykę komponuje Roman Palester.

Jak naprawdę przywitał Polskę swoich marzeń?

Pod koniec grudnia 1945 roku jedzie nocnym pociągiem Kraków - Łódź, ma objąć Teatr Wojska Polskiego w Łodzi. Dzień wcześniej wrócił do kraju z oflagu w Niemczech. Spotyka w pociągu Romana Palestra.

"Kiedy zaczął mówić o swoich pierwszych wrażeniach z kontaktu z komunistami, nie mogłem powstrzymać śmiechu - pisze Palester. Obraz (...) naiwnego, romantycznego rewolucjonisty. Jego zachwyty i superlatywy były tak dziecinne". Kończą podróż w atmosferze lodowatej.

Dopiero jesienią 1946 roku Schiller wystawia swoje pierwsze wielkie widowisko - "Krakowiaków i Górali" Wojciecha Bogusławskiego. Z prologiem i epilogiem, które dopisał własnoręcznie pod presją władz. Pierwsze zdanie prologu brzmi: "Rodacy, w 1946 roku nową oddychający wolnością".

Przed premierą Schiller podchodzi za kulisami do Kazimierza Dejmka, który gra zbójnika. - Kolego Dejmek, z okazji premiery uczyniliśmy ślub - Schiller lubił używać liczby mnogiej - iż pozyskamy dla naszej partii nowego członka. Proponuję wam wstąpienie do PPR.

Dejmek bąka, że na komunistę się nie nadaje. Schiller odbiera to jako afront. Na najbliższym zebraniu partii szydzi z postawy młodego aktora. (W 1949 roku Dejmek założy, wraz z Grupą Młodych Aktorów, Teatr Nowy w Łodzi. Zadeklarują kolektywną pracę w duchu marksizmu. Wystawią zaraz produkcyjniak "Brygada szlifierza Karhana").

Jest w "Krakowiakach" scena, w której aktorka śpiewa: "Płacze w klateczce więziona ptaszyna, / że była wolną sobie przypomina. / A choć jej ptasznik daje dość żywności, / wzdycha do wolności". Schiller każe aktorce śpiewać wprost do publiczności. Cenzor żąda, by śpiewała w bok, w prawą kulisę.

Esencja teatru

Kobieta w białym kołnierzyku, która na fotografii z 1942 roku idzie ulicą Świętokrzyską obok Schillera, to aktorka Zula Dywińska, piękna Żydówka. Łączy ich romans. Schiller nie wie, że Dywińska jest związana z agentem niemieckim. Daje jej nocleg w Prudentialu, bywają w lokalach. Nieszczęśliwie zbiega się to z wpadkami w otoczeniu Schillera. Narodowe Siły Zbrojne wydają na artystę wyrok śmierci.

Bohdan Korzeniewski pakuje mu walizeczkę i wyprawia go do księdza nad Bugiem. Do czasu powstania Schiller prawie nie pokazuje się w Warszawie, przebywa głównie w Henrykowie u sióstr samarytanek.

Przełożoną zgromadzenia, siostrę Benignę, znał sprzed wojny. To dawna aktorka, Stanisława Umińska. W 1924 roku zastrzeliła w Paryżu ukochanego mężczyznę; był beznadziejnie chory. Uniewinniona. Wstąpiła do zakonu.

Jesienią 1942 roku zaprosiła Schillera, by zorganizował przedstawienie w zakładzie wychowawczym, który siostry prowadziły w Henrykowie. Wystawił tam "Pastorałkę".

Siedzą w ławkach Miłosz, Jerzy Andrzejewski, Wierciński, Korzeniewski, Witold Lutosławski, zakonnice. Matka Boska ma mały, mysi głosik - tak ją zapamiętał Miłosz; aniołowie mają ogolone głowy; dziewczęta niedawno wyszły z więzienia.

"Dławiło mnie w gardle ze wzruszenia - pisze Miłosz. Uczestniczyłem w misterium, równocześnie odsłaniającym esencję teatru. Tą esencją jest chyba ludzka możność bycia kim innym (...). Czystość i świętość Matki Boskiej były najniewątpliwiej jej własne, tej dziewczynki-aktorki, choć zarazem była ona kimś innym i ta inna sprzedawała się niedawno niemieckim żołnierzom".

Potem Schiller wystawił w Henrykowie misterium "Wielkanoc".

Ardalion

Schiller i klasztor. Czerwony teatr i katolicka msza. Trzy żony i wiele kobiet w jego życiu, i pokorna modlitwa. Komunizm i Bóg. Ta dwoistość budziła zdumienie, niesmak, niedowierzanie, posądzenia o obłudę i ironiczne uśmieszki.

Roman Palester: "Czyż człowiek, który (...) poruszał się swobodnie (...) na przestrzeni od dramatu greckiego do surrealizmu, mógł się zmieścić na wąskiej, karkołomnej ścieżynce ortodoksji leninowskiej?".

Przed wojną, w dniu wieczystych zaślubin siostry Benigny, pisał do niej: "Mówiłem do aktorów, że teatr musi się odrodzić z Ducha. I dziś nie cofam tych słów, choć twierdzę, że nie może być obojętny na krzywdy i zbrodnie, które mogą i muszą być pokonane tu. Dokądkolwiek zaprowadzi mnie ta walka, nie zapomnę tego, co budowało moją duszę, co łączyło mnie nierozerwalnym węzłem ze śp. Matką moją i Jej światem, co żyje we mnie i silnym, wyraźnym głosem przemawia, gdy mogę dać się porwać tajemniczemu pięknu (...) lub liturgii Kościoła".

- W młodości zerwał z tradycyjną religijnością - mówi prof. Edward Krasiński - ale młodopolski mistycyzm tkwił w nim głęboko. Sztuka Schillera wykraczała poza krąg doczesności i stawiała podniosłe pytania.

Z Oświęcimia wrócił przemieniony. Teraz przystępuje regularnie do komunii. Nad łóżkiem wiesza ryngraf z domu rodziców.

Chce tworzyć wielki teatr chrześcijański, sięgać do katolickich wątków hagiograficznych, do śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

Po przedstawieniu w Henrykowie pisze do siostry Benigny: "Nie umiem myśleć kategoriami mistycznymi tak, aby się one na wartości ludzkie, ziemskie - osobiste i społeczne - nie transponowały".

O czym były jego długie rozmowy z księdzem Henrykiem Nowackim z Niegowa, gdy się tam ukrywał; z księdzem Janem Zieją i z siostrą Benigną; z księżmi marianami na Bielanach, u których bywał przed powstaniem? Miłosz pisze, że Schiller wymyka się zobaczeniu; swoje tajemnice zabrał ze sobą.

"Niezależnie od swego antyklerykalizmu, nabytego za młodu w klerykalnym Krakowie - stwierdza poeta - ten człowiek olśniewający erudycją był dostatecznie bogaty, żeby zawsze przebywać na kilku poziomach równocześnie, godząc swoją rewolucyjność z sekretnym doświadczeniem religijnym. (...) Wyczuwałem u Schillera dużą wewnętrzną koncentrację, jakiś rdzeń nie odsłaniany nikomu, jak to bywa u ludzi o skłonnościach mistyków".

- Koturnowy mistycyzm, bigoteria - kpią w Warszawie. Marian Wyrzykowski, przedwojenny Kordian Schillera, notuje w dzienniku w marcu 1944 roku: "To dziwne, jak to ludzie w pewnym wieku wpadają w tę gorączkę religijną".

Ulica Piwna, 25 czerwca 1944 roku, w świetlicy księża, zakonnice i "panie typu dewocyjnego", jak pisze Wyrzykowski. Zasłuchali się w recytacje hymnów religijnych, wśród wykonawców Schiller. Tego dnia został oblatem benedyktyńskim. Oblat to świecki, który przestrzega zakonnych reguł. Przybrał imię Ardalion; tak nazywał się rzymski aktor umęczony za wiarę.

Bodaj w wiejskiej chałupie

Powstanie zaskakuje go w Prudentialu. Prowadzi próby brygady teatralnej AK, która wieczorami występuje dla żołnierzy w piwnicach. W połowie września Schiller patrzy z ulicy Świętokrzyskiej, jak płonie Prudential. I jego rękopisy, i bezcenny księgozbiór.

Po kapitulacji wychodzi z Warszawy szosą na Ożarów, z batalionem Wacława Zagórskiego.

List z oflagu VII A w Murnau, Bawaria, do siostrzenicy, Ireny Fischerowej: "Pracuję tu (...) w studio aktorsko-reżyserskim i w ruchu filozoficzno-katolickim. Ale - ale błagam o pomoc (...). Konieczne: kasza, fasola lub groch, (...) ręcznik, szczotka i ściereczka do mycia...".

Ktoś zapamiętał, że Schiller nie podzielił się jedzeniem.

List do siostry, Anny Jackowskiej, grudzień 1944 roku: "Dręczy mnie niepokój o Ewę Kuncewicz. Nigdy, nawet w momencie rozłąki, nie była mi obojętna (...). Piszę artykuły, mam wykłady i lekcje".

Ewa przebywała w jednym z obozów w Niemczech; pozostanie na emigracji.

Schiller do siostry, 25 maja 1945 roku: "Gdyby czołgi amerykańskie spóźniły się o pół godziny, byliby nas Niemcy wymordowali do jednego. (...) Dusząc się od płaczu, pobiegłem do pustej kaplicy".

Mówili, że schronił się w kaplicy, bo było to najbezpieczniejsze miejsce w całym obozie - daleko od szosy i w piwnicy.

W czerwcu objął w Lingen, na pograniczu niemiecko-holenderskim, kierownictwo teatru zorganizowanego przez polską YMCA (Young Men's Christian Association). Nazwał go Teatr Ludowy im. Bogusławskiego. Zadbał o demokrację: wszyscy dostają identyczne gaże, wszystkie nazwiska - aktorów i fryzjerów - drukuje się identyczną czcionką, reżysera pomija się na afiszu. Barbara Fijewska, choreograf Schillerowskiego "Kramu z piosenkami", który wystawili w Lingen, opowiada: - Atmosfera się psuła. Część zespołu chciała wracać do Polski, inni chcieli pozostać na Zachodzie. Rozrzucano ulotki agitujące nas do zaniechania powrotu.

Schiller w liście do polskiej ambasady w Paryżu, Lingen, październik 1945 roku: "Robi się wszystko, by »ducha repatriacji« osłabić. (...) Śpieszno mi oddać całe swoje siły sprawie uludowienia mieszczańskich scen naszych".

I do siostry: "Tęsknię nieopisanie za suchym polskim chlebem i izbą bodaj w chałupie wiejskiej".

Wyjechał do Polski w grudniu 1945 roku, z dwunastoma aktorami.

Szekspir się myli

- Władzy się podobało, że ma to wielkie nazwisko do wykorzystania - mówi Anna Chojnacka z Instytutu Sztuki PAN (opracowała do druku teksty powojenne Schillera). - A on się na to zgadzał.

Jego stanowiska: dyrektor Teatru Wojska Polskiego - z dwiema scenami w Łodzi i jedną warszawską; rektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i dziekan Wydziału Reżyserii; przewodniczący Centralnego Sądu Weryfikacyjnego ZASP-u II instancji; członek PPR; od stycznia 1947 roku poseł; potem delegat na Kongres Zjednoczeniowy PPS i PPR. Na posiedzeniach przemawia pierwszy po ministrze kultury.

Przedwojenny baron teatralny, który jeszcze niedawno trząsł warszawskimi scenami, Arnold Szyfman, słucha uważnie, jak Schiller kreśli zadania teatru polskiego.

Intelektualiści mają wykazać taki hart i entuzjazm, jaki co dzień okazują bracia nasi robotnicy i chłopi. Aktorzy muszą zmienić swą mieszczańsko-kapitalistyczną mentalność. Studentów należy zaznajomić z zadaniami politycznymi teatru, zbliżyć do mas pracowniczych. Teatrami powinni kierować nie tylko fachowcy, lecz także ideolodzy. Ponieważ masy mogą sztuki nie zrozumieć, należy ją komentować przed widowiskiem lub w przerwie.

W dniu referendum, w czerwcu 1946 roku, ukazuje się w "Głosie Ludu" tekst Schillera "Nie wolno być kołtunem - kiedy się jest inteligentem"; agituje do głosowania "trzy razy tak".

Na wykładzie w Centralnej Szkole Partyjnej w Łodzi: "Od dawna czuję się komunistą". To mówi towarzysz. Do siostry w tym samym czasie: "Nic się w moim stosunku do Kościoła Duchowego, do Wiecznie Żywego Pana i Boga mojego nie zmieniło. ON jest moją »ucieczką i obroną«". To pisze brat Ardalion.

Czyta Szekspira studentom. Gdy dochodzi do słów: "Lecz ród twój podły mimo nauk moich" - przerywa. - Szekspir się myli - mówi. - Otoczenie i wychowanie decydują, grzechów dziedzicznych nie ma.

"Poddawał Szekspira optymistycznej korekturze. Czy sam wierzył w swoje poprawki? Nie wiem. Ja po raz pierwszy mu nie wierzyłem" - wyznaje uczeń Schillera Erwin Axer.

Mieszkał w Łodzi z Ireną Filozofówną. Wykładała psychologię w łódzkiej PWST. Interesująca twarz, chłodna, nieprzystępna. Przy bliższym poznaniu - życzliwa. Pomagała ludziom dzięki swoim przedwojennym znajomościom z komunistami. Ich związek zaczął się tuż przed wojną, gdy pracowali w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej. W 1940 roku Irena trafiła do warszawskiego getta. Wyprowadzona w lecie 1942 roku. Jako Maria Korzyniewska zamieszkała przy Złotej 38. Tam ją widywał Schiller.

Ich córka Anna urodziła się w kwietniu 1945 roku w obozie Zeithain nad Łabą, dokąd Irenę wywieziono po powstaniu. Schiller ożeni się z Ireną Filozofówną w grudniu 1949 roku.

- Ortodoksyjna, wierząca komunistka - mówi prof. Edward Krasiński. - Pod koniec życia Schillera, kiedy kompletnie zdezorientowany zawisł w próżni, była zasłoną, która oddzielała go od rzeczywistości. Ochraniała go - jak wartownik i cenzor.

Zamiast chleba z boczkiem - rodzynki

Scenę Poetycką przy Teatrze Wojska Polskiego otwiera w lutym 1946 roku Edmund Wierciński. Jego "Elektra" Jeana Giraudoux wywołuje burzę. Sztuka w antycznych dekoracjach, lecz o wymowie współczesnej - wspominał Bohdan Korzeniewski, kierownik literacki Sceny Poetyckiej. Oto dokonano zbrodni, a bogowie, zamiast ukarać złoczyńców, karzą miasto sprawiedliwe.

- Przyjęto ją jako apoteozę AK i Powstania Warszawskiego - wspomina Sabina Nowicka, wówczas dyrektor administracyjny teatru Schillera. - Kiedy ministerstwo zdjęło sztukę z afisza i kazało zamknąć Scenę, Schiller jej nie obronił.

Czterdzieści cztery przedstawienia idą przy pełnej sali. Przychodzą robotnicy. Część drzemie, a część siedzi urzeczona. Krytycy wysoko oceniają artyzm inscenizacji, ale zarzucają jej reakcyjność.

Adam Ważyk: poczucie tragizmu właściwe jest klasom upadającym, zwycięski proletariat żyje optymizmem rewolucji. Andrzej Stawar: skrajny estetyzm i "określone treści".

W marcu, w Klubie Pickwicka w hotelu Savoy, odbywa się dyskusja - sąd nad "Elektrą" Wiercińskiego. Środowisko "Kuźnicy" atakuje: to paczka UNRRA - zamiast chleba z boczkiem - rodzynki. Postacie, które powinny być potępione, w koncepcji reżysera cieszą się sympatią. Wieloznaczność moralna.

Co na to Schiller? Po premierze gratulował Wiercińskiemu. Teraz mówi: "Nie umiemy zagrać Giraudoux tak jak trzeba (...). Mamy chaos, bezplanowość, dużo się robi głupstw...".

"Jego sumienie artysty ustąpiło przed »sumieniem partyjnym«" - pisze Korzeniewski.

Roman Palester, twórca muzyki do "Elektry": "Nie ukrywał, że był promotorem tej decyzji ministerialnej i tłumaczył nam szeroko o konieczności »zaangażowania« teatru i (...) wytępienia wszelkich »smaczków« poetyckich".

- My, młodzi rewolucjoniści teatralni, przyznawaliśmy Schillerowi słuszność - opowiada Kazimierz Dejmek, aktor Teatru Wojska Polskiego - że te wszystkie mistycyzmy Wiercińskiego należy zlikwidować.

Co na to Wierciński, aktor w "Dziadach" Schillera i jego współpracownik w Tajnej Radzie Teatralnej?

Ten człowiek skromny, powściągliwy i zamknięty, nie dotknięty cynizmem, w Klubie Pickwicka mówi jedno zdanie: że wypowiedział się poprzez swoją sztukę. Potem milczy.

- Postać kryształowa - mówi aktorka Nina Andrycz - ale kryształ nie potrafi wybaczać. Widział słabości Schillera i nim pogardzał.

Polski będzie zatruty

Ich losy boleśnie się splatały do ostatnich dni Schillera.

Kiedy Janusz Strachocki - a po nim dwie gazety - oskarża reżysera o kolaborację z Niemcami, Schiller prosi Wiercińskiego, by został jego świadkiem w sądzie w sprawie o oszczerstwo. Aktor odmawia. Czy w odwecie za likwidację Sceny Poetyckiej? Czy z powodu wątpliwości co do wywieszki na drzwiach w Prudentialu?

Latem 1949 roku rozmawiają w Tuszynku, gdzie Wierciński leczy się w sanatorium. Schiller obejmuje właśnie Teatr Polski w Warszawie po usuniętym Szyfmanie i namawia Wiercińskiego do współpracy. Powołuje się na wspólną przeszłość. Kusi mieszkaniem w "zdrowej miejscowości" podwarszawskiej i "specjalną samochodową komunikacją". Ale Wierciński jest sceptyczny.

Analizuje w punktach korzyści i straty: inni reżyserzy będą w Polskim jedynie wypełniać luki, bo Schillera obchodzą tylko jego własne inscenizacje. "Nie ufam mu (...), bywał często wobec mnie nielojalny (...). Politycznie jestem wobec niego bezbronny". Punkt siódmy dotyczy atmosfery w teatrze: będzie zatruta. Nadmiar posiedzeń i zebrań, manifestacje programowe, walka, intrygi, obozy. Odmawia.

Będzie w Polskim tak, jak przewidział Wierciński.

Po jednym sezonie Schiller tonie, jest w niełasce partii. W 1950 roku odbierają mu Polski, szkołę teatralną i odstawiają na boczny tor do Instytutu Sztuki. - Schillera mamy już z głowy - oświadcza ówczesny szef resortu kultury Włodzimierz Sokorski. I wtedy Wierciński - jedyny ze środowiska - okazuje przychylność artyście. Jako dziekan wydziału reżyserskiego szkoły warszawskiej proponuje mu wykłady.

Lojalność wyjątkowa w teatrze - ocenił Korzeniewski. Ta sama rzeczywistość, która Schillera moralnie niszczyła, Wiercińskiego umacniała.

Foyer Teatru Polskiego, 29 marca 1954 roku. Nad trumną, całą w orderach i kwiatach od partii, stoi Edmund Wierciński. Żegna Schillera: "Ze sztuką niby z sercem, trzeba jak z ptaszyną... trzeba pomaleńku".

Angielkami, jednym haustem

- Przychodził za kulisy niezadowolony: "Co oni tak długo grają?" - opowiada Lech Ordon, wówczas początkujący aktor w Teatrze Wojska Polskiego. - Chciał już iść z aktorami do knajpy, bo był żarłok. Stawiał wszystkim. Kasyno Aktorów, Klub Pickwicka, Mokka, Tabarin. Na olbrzymich półmiskach leżą rulony szynki i kwaszona kapusta. Bo on sobie wmówił, że się nie tyje, jak się zagryza kapustą. Wódeczkę pił angielkami, jednym haustem.

Siada do pianina i pięknym barytonem śpiewa repertuar Zielonego Balonika. Czarujący jak w czasach, gdy nosił młodopolską pelerynę.

Kazimierz Dejmek: - Dorożkarz mówi do mnie: "Nie napiłby się pan? Bo z Lulkiem to prawie co noc pijemy". Zawiózł mnie do meliny na Narutowicza. Piwnica, a za zasłonami z worków dziwki. Myśmy po bankiecie szli do baru na dworcu Łódź Fabryczna, a on tutaj znikał.

Prof. Rena Tomaszewska, przed wojną studentka Schillera, wykładała grę aktorską w warszawskiej PWST: - Pamiętam przyjęcie, podczas którego aktorka zaczęła się rozbierać. Schiller lubił przyglądać się bagienku; patrzeć, jak ludzie się świnią. Jadą do Czechosłowacji z przedstawieniem "Krakowiacy i Górale", rok 1947. - Schiller w salonce - opowiada Lech Ordon - miał tam połcie mięsiw i skrzynki wódki. Pod drzwiami kolejeczka aktorów; albo zapraszał, albo nie. W każdym mieście wita nas orkiestra, wieczorem bankiet. To był triumfalny pochód Schillera i jego inscenizacji.

Łódź do 1949 roku - najlepszy okres w jego powojennej twórczości. Realizuje "Burzę" Szekspira, "Celestynę" Fernando de Rojasa, "Igraszki z diabłem" Jana Drdy.

Kazimierz Dejmek: - Był naszym idolem. Ale im bardziej go wielbiliśmy, tym bardziej zaczęliśmy się przeciwko niemu buntować. Drażniły nas te jego estetyzmy i poezjowanie. Podglądałem próby "Celestyny" i byłem pod wrażeniem tego pięknego spektaklu. Ale myśmy wtedy zaczęli się domagać teatru antymieszczańskiego, a przedstawienia Schillera zaliczaliśmy do sztuki mieszczańskiej.

Dwa lata po premierze "Celestyny" Dejmek i aktorzy Nowego będą w łódzkiej fabryce Wifama podpatrywać pracę szlifierza.

Kiedy w 1949 roku Schiller proponuje młodym angaże w Teatrze Polskim, wszyscy mu odmawiają.

Głupi, naprawdę wierzył

Cenzor mówi, że bohater pozytywny nie może pić wódki. Trwa próba "Bankietu" Kazimierza Korcellego, rok 1949. Schiller zmienia całą kwestię - teraz bohater pije kawę.

"Kram z piosenkami" - Schillerowski wybór śpiewek żołnierskich, starej Warszawy, cyganerii krakowskiej - spotyka się z zarzutami: upodobanie do staroświecczyzny i drobnomieszczaństwa.

- Wprowadził konferansjerkę - wspomina Sabina Nowicka - aktorów w czerwonych krawatach.

Dopisał też scenę finałową - "Krakowiaczek robociarski". Młodzież w drelichach idzie ku widowni ze śpiewem: "Posłał precz robotnik / franta fabrykanta / na trawkę zieloną / wyciął mu kuranta".

Wystawia "Kram" w 1949 roku jako przedstawienie dyplomowe studentów łódzkiej PWST. Chce powtórzyć spektakl w Polskim, ale Sokorski mówi, że to nieobyczajna sztuka.

Pragnął się przysłużyć partii z jakimś masochizmem, wspomina Korzeniewski, lecz im był gorliwszy, tym bardziej partia mu nie ufała. Erwin Axer tak go wtedy widział: bije fontanna; gdy ręka ją tłumi, strumień się rozpryskuje na boki; ręka się cofa, strumień strzela w górę. Przelewał się z koryta nowych czasów, niesforny był, nieprzewidywalny, choć przesadnie układny. Wciąż plecie o teatrze robotniczym. Ale gdy na posiedzeniu Rady Teatralnej Jan Nepomucen Miller mówi, że w teatrach robotniczych Szekspira grać nie należy, bo jest pełen "ujemnych uczuć" - Schiller żarliwie broni wielkiej poezji.

"Kuźnica" skreśla mu w 1947 roku we wspomnieniu o Juliuszu Osterwie wszystkie fragmenty o religijności przyjaciela. - Nie mieli prawa! - jest naiwnie zdumiony.

"Lulek naprawdę wierzył w swej fantastycznej głupocie politycznej - pisał Jan Lechoń w dzienniku w 1949 roku - że idzie jakiś nowy, lepszy świat".

Zdaniami pełnymi wtrąceń i dygresji, urywanymi nagle, snuł dalekosiężne plany. Zagramy widowisko monumentalne, jakie się jeszcze nikomu nie śniło... Wiemy, co Wyspiański... Państwo znają, oczywiście... Zasypywał aparatczyków memoriałami na kilkanaście stron - projektami "awangardy demokratycznej sztuki teatralnej". Drażnił ich, nie rozumieli jego języka, bo dzieliła ich od niego przepaść intelektualna. I on ich nie rozumiał.

- Pamiętali mu, że przed wojną odszczekał komunistyczną ulotkę pokojową - mówi prof. Rena Tomaszewska - i nie darowali mu tego. A on się ich bał. Wielki i mały jednocześnie.

Jesienią 1947 roku "Kuźnica" atakuje Schillera. Ostatni sezon w Teatrze Wojska Polskiego nieudany - stwierdza Juliusz Żuławski - repertuar eklektyczny, chaotyczny i nie dość dydaktyczny; trzeba cofnąć artyście kredyt zaufania. W tym samym czasie gazety podchwytują oskarżenia Strachockiego, jakoby Schiller kolaborował podczas wojny.

Po powrocie artysty z tournee po Czechosłowacji wzywa go wiceminister kultury Leon Kruczkowski. Rozmowa ma ton nagany.

Zasiedzieli się z Axerem w Mokce. Schiller patrzy na zegarek: - Dziś na przedstawieniu będzie premier, pójdziemy zobaczyć. Tego wieczoru grają "Krakowiaków i Górali". Gdy Schiller wszedł do dyrekcyjnej loży, aktorka śpiewała właśnie: "Serce nie sługa, nie zna, co to pany...". Popatrzył na łysinę Józefa Cyrankiewicza, na zasłuchaną widownię i mruknął do Axera: - Kurwa, o Polsce śpiewa.

Jak Rejent z Cześnikiem

Kiedy w Lingen dostaje od Arnolda Szyfmana zaproszenie do współpracy w Teatrze Polskim, mówi z ironią: list miłosny... Szyfman pisze pojednawczo: nawet najlepsze małżeństwa rozchodzą się i schodzą. "O urazach jakichkolwiek nie może być mowy". Schiller odpowiada wymijająco.

Pod koniec 1946 roku atakuje Szyfmana na konferencji prasowej: sztuki, które wystawia, "nie reprezentują polskich ideałów teatralnych". Gazety przypisują Schillerowi taką opinię o Polskim: "to skandal i śmietnik". Szyfman notuje: "Teraz koniec. (...) Nie żądałem przyjaźni, nie żądałem lojalności, miałem prawo żądać zwykłej przyzwoitości". Lęka się wpływów Schillera i jego "karty przynależności partyjnej". Warszawa już plotkuje, że to ostatni sezon Szyfmana. I że - jako sanacyjny baron teatralny - nie ma szans w starciu z Schillerem.

Honorują Schillera Państwową Nagrodą Artystyczną, jest początek 1949 roku. Artysta w dziękczynnej przemowie deklaruje, że spełni "choćby najniewdzięczniejsze zadanie" partii.

Wiosną tego roku odwołują Szyfmana. Zanotował: "Myślałem o samobójstwie. (...) Straciłem sens życia". Sześć lat później wróci do Polskiego.

Schiller obejmuje teatr w maju 1949 roku - lecz tylko jako kierownik artystyczny i główny reżyser; dyrektorem jest Stefan Martyka.

Piołunowe zwycięstwo Schillera, mówią historycy teatru. Jednosezonowe.

Podczas obchodów czterdziestolecia Teatru Polskiego, w listopadzie 1953 roku, parter i loże z dostojnikami klaszczą Szyfmanowi. Schiller - w niełasce - będzie nieobecny.

Nie wiadomo, w jakich słowach się jednali. We wrześniu 1953 roku Szyfman po raz pierwszy odwiedził Schillera w jego mieszkaniu przy Puławskiej. Zachował się jego wpis do pamiętnika córki, Anny Schillerówny: "Na pamiątkę (...) pogodzenia... Rejenta z Cześnikiem".

Zachował się też późniejszy o parę dni wpis Schillera do domowej księgi pamiątkowej Szyfmana: "Najpiękniejsze (...) bywają pieśni bez słów. Tylko taką pieśń mógłbym zaśpiewać na cześć (...) zasług Twórcy Teatru Polskiego. Zawdzięczam mu bardzo wiele...".

Wiosną 1954 roku umierający Schiller wzywa Axera do lecznicy. Axer jest świadkiem takiej sceny: Schiller podaje rękę Szyfmanowi, potem kładzie drugą dłoń na jego ręce i trwają tak przez długą chwilę.

Księdza Piotra przeniesiemy

Plany repertuarowe Schillera, w liście do Sokorskiego, maj 1949 roku: "Dziady" Mickiewicza, "Kordian" Słowackiego, "Król Henryk IV" Szekspira. Nie mógł gorzej wybrać. Miesiąc później, na konferencji w Oborach, Sokorski proklamuje realizm socjalistyczny w teatrze.

Memorandum repertuarowe Schillera trafia do wydziału kultury KC PZPR. Maria Czanerle, instruktor teatralny, komentuje na marginesie: "ani słowa o współczesnej dramaturgii radzieckiej".

Schiller wciąż nie pojmuje, że w Oborach wieszczów skreślono.

Rok wcześniej polski teatr planował uczcić 150. rocznicę urodzin Mickiewicza inscenizacją "Dziadów". Schiller miał już gotowy scenariusz - prawie identyczny jak przedwojenny. Andrzej Pronaszko opracował szkice dekoracji i kostiumów. Spektakl miał być wystawiony w Polskim u Szyfmana. W październiku 1948 roku prezydent zwołał w tej sprawie naradę.

Belweder, stół w formie podkowy. Zasiadają prezydent Bolesław Bierut, premier Józef Cyrankiewicz, zastępca kierownika działu propagandy i kultury KC PPR Jerzy Borejsza. Dalej Schiller, Pronaszko, Mieczysław Jastrun, Leon Kruczkowski. Nie ma Szyfmana.

Borejsza czyta fragmenty dramatu, które wzbudzają wątpliwości partii. "Bal u Senatora". Schiller nie chce go wykreślić. Partia każe poniechać symboliki, nie czas na mistycyzmy. Schillerowi kark pąsowieje. Ociera twarz chusteczką i prosi o głos. Trzy krzyże są pomysłem scenograficznym Pronaszki i on jeden może je usunąć. Schiller jest gotowy dodać "scenę balkonową", dopisaną na podstawie życiorysu Mickiewicza - we Florencji poeta przemawia do zrewolucjonizowanego tłumu. Można też przenieść scenę widzenia Księdza Piotra z pierwszego planu na dalszy. - Wiele więcej nie dałoby się chyba zrobić - stwierdza - i nie należy.

Teraz mówi Pronaszko: po zbrodniach w Oświęcimiu trzy krzyże nic nie straciły ze swej aktualności. Ktoś proponuje, by wprowadzić postać "komentatora" - Puszkina. Schiller pali papierosa za papierosem i już do końca milczy.

- Należy odłożyć sprawę inscenizacji na parę miesięcy - Bierut zamyka naradę.

Pronaszko zapamiętał, że Jastrun szepnął mu: - Może zamiast krzyży trzy topole? Po latach Jastrun kategorycznie temu zaprzeczył.

W Polskim Schiller nie wystawił ani jednego dramatu romantycznego. Wciąż upominał się o wieszczów. Z coraz większą gotowością, by przykrawać ich dzieła "stosownie do wymogów ducha czasu" - jak pisał - i wydobywać z nich "rewolucyjne treści".

- Czy zdradził samego siebie? - zastanawia się Anna Chojnacka. - Chciał obronić choć cząstkę romantycznego repertuaru.

Ostatni raz zabrał w tej sprawie głos na plenum zarządu SPATiF-u w czerwcu 1952 roku. Jego referat "Pro domo nostra" uznawany jest za testament artystyczny. Paweł Hoffman, ówczesny kierownik wydziału kultury KC PZPR, wyciął Schillerowi jedną czwartą tekstu.

Nie pozwolono Schillerowi bronić romantyków i Wyspiańskiego. Skreślono akapit o konferencji w Belwederze. O tym, że nawet przed wojną ambasada rosyjska zapraszała "Dziady" do Moskwy. "Nie bali się snadź ani aniołów, ani zjaw zadusznych (...), tym mniej antycarskich wystąpień w scenach więziennych". Wycięto oskarżenie pod adresem funkcjonariuszy kultury o "lenistwo ducha". I ostre zdania końcowe: "Jesteśmy jednak przeciwnikami tworzenia teatru poza naszymi plecami, (...) dyktanda odgórnego w sprawach tak subtelnej natury (...). Parafrazując słowa Wyspiańskiego, ze sztuką, niby ze sercem, »trzeba jak z ptaszyną... trzeba pomaleńku«".

Mistyka, której nie ma

"Opowiadał nam godzinami - wspomina Bohdan Korzeniewski - że można pokazać prawdziwie »Nie-Boską«, wprowadzając całe fragmenty tekstu wzięte skądinąd. Że w ten sposób nie zdradza autora, a wydobywa z jego dzieła to, czego autor sam nie był świadom".

Więc podkreśli się w "Nie-Boskiej" błędy Pankracego jako wodza rewolucji - zapewnia w liście do Ministerstwa Kultury. W trzecim i czwartym akcie główna rola przypadnie masom.

Nowe odczytanie "Wesela" polegałoby na ostrej krytyce ówczesnego społeczeństwa i poglądów politycznych samego autora, "bez uciekania się do środków wulgarnych", zastrzega.

Do "Dziadów" można dołączyć fragmenty "Trybuny Ludów" Mickiewicza, aby uwypuklić postępowe treści.

Już po wyrzuceniu z teatru, na kursie SPATiF-u w 1953 roku, pokajał się za błędy, które - jak twierdził - popełnił w przedwojennych "Dziadach". W scenie z duchami niepotrzebnie posłużył się dymem i światłami. "Dziś tego byśmy nie znieśli. Natomiast zgadzamy się, że autor ma prawo sięgać do wierzeń ludowych czy do wierzeń katolickich i przez to wypowiadać głęboko postępowe myśli". Błędem było oświetlenie Gustawa "specjalnym światłem". "Wtedy podkreślałem jakąś mistykę, której nie ma". Błędem było ograniczenie scen realistycznych w więzieniu. Krzyż i ksiądz pod krzyżem. "To, co ja robiłem ze względów estetycznych, może mieć swoją złą wymowę polityczną. Trzeba znaleźć inne rozwiązanie".

Mówi prof. Edward Krasiński: - Może to lepiej, że nie pozwolono mu wystawiać repertuaru romantycznego. Z tych scenariuszy, jakie oglądałem, skreśleń, dopisków, fragmentów muzycznych - "na barykady ludu roboczy" - wynika, że byłby to tragiczny zmierzch Schillera.

W 1953 roku ministerstwo rozpisało konkurs na inscenizację "Dziadów". Zaprosiło do udziału dziewiętnaście osób: krytyków literackich, poetów, polonistów, reżysera świeżo po dyplomie... Pominięto Wilama Horzycę, Andrzeja Pronaszkę. Zapytano Schillera, czy pragnie wziąć udział w konkursie indywidualnie, czy też wspólnie z wybranym mickiewiczologiem. Nie odpowiedział.

Odsunięty od teatru wyreżyserował dwie opery Moniuszki.

Libretto "Hrabiny" (1951) potraktował swobodnie. Dobudował obrazy rewolucji francuskiej. "Halkę" (1953) ujął "w ramach sprzeczności klasowych". Wspominał reżyser Aleksander Bardini: "Biedna Halka, latyfundysta Janusz, chłopi biedniacy prawie w łachmanach, wrogie pomruki górali przy wyjściu państwa z kościoła". Po premierze zadzwonił do Sokorskiego wściekły Cyrankiewicz. - Co ten Schiller wyprawia! Przecież górale mają takie piękne stroje ludowe, a tu na scenie łachmany!

I łzy gorzkie padły na mą pelerynę

Atmosfera w Polskim jest nie do zniesienia. W zespole intrygi, podział na aktorów warszawskich i tych, którzy przyjechali z Schillerem z Łodzi. Chaos, zamęt, smród, pisze Jan Kreczmar z grupy warszawskiej.

Koło partyjne - z malarzem z dekoratorni na czele - nakazuje czujność. Upomina Schillera, że nie przychodzi na zebrania. Schiller inspiruje tematy szkoleń ideologicznych: błędy titoizmu, błędy PPS, podstawowe prace Lenina.

Odpowiada na skargi i zażalenia. Władysław Godik zauważa, że zegar w sztuce "Ostatnie dni", naprawiany w pierwszej odsłonie, wciąż pokazuje tę samą godzinę. Schiller: w poetycko-realistycznym utworze Bułhakowa nie jest ważne, czy zegar chodzi. I poirytowany: "mógł to być stary rupieć, którego dobrym prawem było psuć się nieustannie...".

Było w nim coś z człowieka tonącego - wspomina Korzeniewski - który chce złapać powietrze.

W Polskim odbywają się akademie: ku czci Stalina, w rocznicę śmierci Lenina, Marchlewskiego, z okazji miesiąca przyjaźni polsko-radzieckiej... W poselstwie radzieckim Schiller wręcza ambasadorowi Lebiediewowi fotografie wystawionych w Polskim sztuk radzieckich. Album oprawiono w jedwab i złoto.

Czy jest w tym zamęcie miejsce na sztukę?

Jesienią 1949 roku Schiller wystawia "Na dnie" Maksyma Gorkiego. Korzeniewski mówi, że przedstawienie miało znamiona dawnej wielkości Schillera i przyczyniło się do jego upadku. Lęk umierającej prostytutki był lękiem metafizycznym. Źli bohaterowie byli po prostu nieszczęśliwcami. Porażka - orzeka partyjny krytyk Roman Szydłowski w "Trybunie Ludu". Teraz Schiller się upokarza: pan redaktor mógłby pomóc zespołowi w zrozumieniu utworu zgodnie z marksizmem i leninizmem. Specjalnie dla redaktora Schiller organizuje próbę, w niedzielę o jedenastej. Będzie oczekiwał cennych wskazówek dotyczących reżyserii.

Po premierze sztuki "Bóg, cesarz i chłop" (1950) węgierskiego komunisty Juliusza Haya Szyfman notuje: "Lichota pierwszej klasy". Partia każe Schillerowi poprawić inscenizację, żeby widz lepiej uchwycił ideologię utworu.

- Wykańczali go - mówi prof. Rena Tomaszewska.

Przed realizacją "Pociągu pancernego" Wsiewołoda Iwanowa Schiller usiłuje się dowiedzieć, jak tę sztukę zrobiono w Moskwie, że podobała się Stalinowi. Przed wystawieniem "Tai Yang budzi się" niemieckiego komunisty Fryderyka Wolfa jedzie z Niną Andrycz do Łodzi, by zapoznać się z pracą tkaczek.

- Coś w nim pękło; zagubił się, zatracił - mówi Nina Andrycz.

W jego "Kramie z piosenkami" jest ballada, którą szczególnie lubił. Opowieść o starej pelerynie; handlarz dziś nią pomiata i wszyscy z niej drwią. "A jam chciał raz w głodzie, dla chlebnych rozkoszy, / Jak Judasz ją sprzedać za trzydzieści groszy". Peleryna symbolizuje w piosence sztukę. "Lecz gdy handlarz rzekł mi, że na czapki potnie / Z łap mu ją wyrwałem, besztając stokrotnie. / Wziąłem ja na ręce, tuląc jak dziecinę, / I łzy gorzkie padły na mą pelerynę".

Nie będę pił ich kawy!

"Przewracał się na naszych oczach człowiek nasycony zaszczytami po gardło, nie budzący zaufania ani współczucia" - mówi Korzeniewski.

W archiwach nie zachował się ani jeden ciepły list, ani jedno słowo wsparcia czy sprzeciwu.

- Siłą napędową tej nagonki partyjnej byli nasi starsi koledzy z Teatru Polskiego - mówi Dejmek - to oni wdeptywali go w błoto.

Nina Andrycz: - Kiedy go zdymisjonowano, Jan Kreczmar, Elżbieta Barszczewska, Marian Wyrzykowski odetchnęli z ulgą, że pozbywają się człowieka, który sieje zamęt i kładzie teatr. Marzyliśmy, żeby wrócił Szyfman.

W kwietniu 1950 roku usunięto go ze stanowiska rektora szkoły aktorskiej. Studenci, w obecności Sokorskiego, zawyli z radości. Gdy statystowali w Polskim, Schiller wrzeszczał, że obiad dla nich ważniejszy niż sztuka. Nie znosili go.

Mówi prof. Rena Tomaszewska: - W rektoracie Sokorski częstował kawą. Schiller odsunął gwałtownie filiżankę i mruknął do mnie: nie będę pił ich kawy!

We wrześniu zdymisjonowano go w Polskim. Wyrzykowski zanotował w dzienniku: "Nareszcie teatr zacznie jechać właściwym torem".

Jeszcze się żałośnie bronił. W długim liście do Sokorskiego prosił o wyjaśnienie, jakie "nieujawnione zarzuty" ma wobec niego partia, przywoływał swoje zasługi i ordery, i upominał się o auto służbowe.

Nie umiał zachować twarzy, gdy go upokarzano - stwierdza Korzeniewski. Nie miał cnoty męstwa i dlatego uległ stalinizmowi. Trzymał się za blisko władzy i to go zniszczyło. "Przy swojej niezmiennie przenikliwej inteligencji (...) nie umiał znajdować w życiu prawdziwych wartości. Znajdował je w sztuce, dopóki posiadał choć trochę swobody".

Mawiał w tamtym czasie: - Myśmy upaństwowili fabryki, myśmy rozdali ziemię chłopom, myśmy mnie wyrzucili z teatru.

Dali mu kierownictwo SPATiF-u i sekcji teatru Państwowego Instytutu Sztuki. Tam założył i redagował do śmierci "Pamiętnik Teatralny" poświęcony historii i krytyce teatru.

Opowiada prof. Barbara Król-Kaczorowska, wówczas współpracownica Schillera w PIS: - Odsunięty od teatru wyznaczył sobie nowe zadanie - opracować historię teatru polskiego. Wprost rzucił się na ten problem, zebrania sekcji trwały sześć, siedem godzin i często przenosił je do domu. Po ukazaniu się pierwszego rocznika "Pamiętnika Teatralnego" władza zaatakowała Schillera, że jego pismo to "archiwalizm, elitaryzm i eklektyzm". Wtedy to były groźne zarzuty. A Schiller milczał i pracował.

Kreślił rozległe plany badań, które były realizowane po jego śmierci. Dziś teatrolodzy uważają, że to Schiller stworzył podwaliny nowoczesnej nauki o teatrze w Polsce, a jego "Pamiętnik" uznają za jeden z najlepszych na świecie periodyków poświęconych historii teatru.

Około czwartej po południu siadał w holu Instytutu przy Długiej i czekał na służbowy samochód z Teatru Polskiego. Miał chore nogi, transport do domu obiecał mu Sokorski. Czasem czekał dwie godziny. Czasem samochód nie przyjeżdżał.

Raz Sokorski zaprosił Schillera na konferencję do ministerstwa. - Teraz im wygarnę! - powiedział w Instytucie. Gdy wrócił, zapytali: - Wygarnął im pan? Skinął głową. - Co pan powiedział? Chwilę milczał. - Przecież nawet kawy nie tknąłem.

W marcu 1954 roku Schiller został delegatem z Łodzi na II Zjazd PZPR. Już umierający podyktował w lecznicy list do redakcji łódzkiego "Głosu Robotniczego": "Zapomina się jednak często o macierzyńskiej dobroci Partii (...). Takiej dobroci, takiej czułości doznawałem ze strony naszej ukochanej Partii".

Jan Lechoń zanotował, że ten list "utonie w morzu ohydy", a po Schillerze zostanie tylko to, co zrobił w teatrze.

Krzyżyk

Zaziębił się w Krakowie, podczas konferencji poświęconej Matejce. Do lecznicy ktoś mu przyniósł srebrny krzyżyk. Schiller przycisnął go do ust i schował w portfelu.

Nie opierał się chorobie i śmierci. Po wielkopańsku umierał. Siedział w fotelu, okryty pledem. "Głowa jego mocno się zmieniła - pisze Erwin Axer. Z mięsistej, okrągłej twarzy starego fauna stała się twarzą średniowiecznego mnicha - ascety. Wielkie, wspaniałe oczy były jeszcze większe, a nos cienki i garbaty (...) dawał świadectwo mistycznej duszy tyle lat ukrywanej w bryle nieforemnego ciała".

Magdalena Grochowska




Korzystałam m.in. z książek: "Ostatni romantyk sceny polskiej", oprac. Jerzy Timoszewicz; "Ćwiczenia pamięci" Erwina Axera; "Spotkania ze swoimi" Tymona Terleckiego; "Sława i infamia. Z Bohdanem Korzeniewskim rozmawia Małgorzata Szejnert"; "Teatr ogromny", oprac. Zbigniew Raszewski; "Leon Schiller" Edwarda Csato; "Leon Schiller w Teatrze Polskim 1917-1952" Edwarda Krasińskiego; "»Dziady« w inscenizacji Leona Schillera" Jerzego Timoszewicza



Tekst pochodzi z książki Magdaleny Grochowskiej "Wytrąceni z milczenia", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013


fot. Wikimedia Commons


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Aktywiści miejscy - czyli kto?
Katowice, ul. Andrzeja 13/1
1 czerwca (czwartek), godz. 18.00-20.00
Nowa Lewica, nowa nadzieja?
Warszawa, państwomiasto, ul. Andersa 29
29 maja (pon.), godz. 18.00-20.30
MOST PRZEZ POKOLENIA
do 14 maja 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

27 maja:

1525 - Po torturach ścięto Thomasa Münzera, przywódcę powstania chłopskiego w Niemczech, przez Marksa nazywanego "prekursorem komunizmu".

1797 - Zginął François Babeuf, radykalny polityk francuski z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej, teoretyk wczesnego komunizmu.

1906 - Urodził się Buddhadasa Bhikkhu, tajski mnich buddyjski, twórca idei "Oświeconego Społeczeństwa" i socjalizmu dhammicznego.

1919 - M. Niedziałkowski zgłosił w Sejmie w imieniu Związku Polskich Posłów Socjalistycznych projekt konstytucji, określający reformy ustrojowe, mające umożliwić przejście od kapitalizmu do socjalizmu drogą parlamentarną.

1964 - Zmarł Jawaharlal Nehru, indyjski mąż stanu, przywódca socjalistycznego skrzydła Indyjskiego Kongresu Narodowego w okresie walki o niepodległość, premier Indii.

1989 - W Lublinie utworzono Tymczasowy Komitet Krajowy PPS z Grzegorzem Ilką na czele.

2002 - Péter Medgyessy z Węgierskiej Partii Socjalistycznej został premierem Węgier.


 
Lewica.pl na Facebooku