Jacenty Dędek: Miasto na miarę człowieka

[2024-05-04 09:28:06]

Mój projekt to rodzaj buntu wobec niezauważania przez media ogólnopolskie mniejszych ośrodków, obrzeży i tego wszystkiego, co sprawiłoby wysiłek zastanowienia się nad losem przynajmniej kilkunastu milionów Polaków. Jesteśmy obok, a nie istniejemy w szerszej debacie o społeczeństwie – mówi Jacenty Dędek, fotograf, autor poświęconego Częstochowie cyklu „Credo”.

Jakub Szafrański: Pracując nad poprzednim projektem, Portretem prowincji, zjeździł pan cały kraj. Nie tylko wsie, ale również stolice regionów. Co wyróżnia Częstochowę na tle innych miast czy miejscowości?

Jacenty Dędek: Podczas pracy nad Portretem prowincji odwiedziliśmy z żoną kilkaset miejscowości poniżej 30 tys. mieszkańców. Jeszcze w trakcie trwania tego projektu zacząłem pracę nad innym, dotyczącym większych miast, między innymi tych, które były stolicami województw do reformy administracyjnej w 1999 roku.

Na ich tle moje miasto wyróżnia się wielkością. Obecnie ma prawie 200 tys. mieszkańców, podobnie jak Radom. Ćwierć wieku temu przestaliśmy być stolicą województwa i była to dla Częstochowy prawdziwa degradacja. W porównaniu z miastami takimi jak Kielce czy Opole (118 tys. mieszkańców) widać wyraźnie, jak zaczęliśmy odstawać w dynamice rozwoju.

Co straciła wówczas Częstochowa?

Jesteśmy teraz miastem na prawach powiatu, więc na pewno jakąś sprawczość decydowania o własnych problemach i mniejsze możliwości pozyskiwania funduszy dzielonych na szczeblu wojewódzkim. Urzędy przeniosły się do Katowic, u nas zostały delegatury. Oczywistym jest też, że największe inwestycje ściągają miasta wojewódzkie. To wszystko nałożyło się na kłopoty, które zaczęły się wcześniej.

Do lat 90. byliśmy dużym ośrodkiem włókienniczym, obok Łodzi i Bielska-Białej, ale w pierwszych latach transformacji ustrojowej wszystkie zakłady z tej branży przestały działać, po niektórych nie ma już śladu. W dawnych halach Częstochowskich Zakładów Przemysłu Lniarskiego „Warta” mieszczą się różne hurtownie, po sąsiedzku zamiast papierni istniejącej od 1867 roku stoi dziś duża galeria handlowa. Nieodległa Przędzalnia Czesankowa „Elanex” w najlepszych latach zatrudniała ok. 3 tys. pracowników, zatrzymała produkcję w 2003 roku. Dziś ten wielki kompleks stoi w ruinie. W przyzakładowym budynku funkcjonuje schronisko dla bezdomnych, a w kilku halach działają małe firmy. W Hucie Częstochowa w latach 80. pracowało ponad 13 tys. osób (dziś 973), była trzecią co do wielkości hutą w Polsce. Włókiennictwo i hutnictwo nadawało charakter miastu, myślę, że nasza tożsamość w dużej części się na nich opierała.

Czy ta tożsamość ma wpływ na decyzje polityczne, na wybory ról społecznych lub światopogląd? Czy jest jakiś problem społeczny, który nurtuje większość mieszkańców tego miasta?

Częstochowa nie ma tak określonej i silnej tożsamości, jak np. Śląsk, do którego administracyjnie należymy i – niestety – jesteśmy jego peryferiami. Jest tu klasztor jasnogórski, ale nie można powiedzieć, że miasto ma charakter klerykalny. Choć Jasna Góra jest dużym ośrodkiem pątniczym i Częstochowa jest z niej znana, to życie miasta toczy się gdzie indziej, a wakacyjny ruch pielgrzymkowy nadaje miastu specyficzny koloryt.

Najistotniejszy w rozwoju miasta nie był jednak klasztor, tylko położenie na szlaku kolei warszawsko-wiedeńskiej i związany z tym rozwój przemysłu. Kiedy rozmawia się z mieszkańcami, często pojawia się wątek, że miasto się kurczy, młodzi wyjeżdżają na studia i nie wracają, a częstochowskie uczelnie kształcą ludzi, którzy nie znajdują tu pracy. Tak dużego miasta nie udźwignie drobny biznes. To trudniejszy czas na ściągnięcie inwestorów, ale bez nich Częstochowa będzie wyludniającym się miastem emerytów.

Na zdjęciach nie potrafię odnaleźć klasy wyższej. Ludzi bogatych, uprzywilejowanych, ich domów lub jakiejś reprezentacji.

Dla wyjaśnienia kontekstu powiem najkrócej, że cykl Credo opowiada o „swoim” miejscu i ludziach, którzy to miejsce tworzą. To opowieść o tym, co jest wokół mnie, wokół nas. Każdy przecież ma jakieś swoje miejsce, czy jest z Warszawy, Pelplina, Wieliczki czy Zagórek. Dom, ulica, dzielnica, miasto. Albo wieś, przysiółek, kolonia. To, skąd jesteśmy, ale też z jakiej rodziny, jakiego środowiska, ma olbrzymi wpływ na nasze życie, pozytywny lub nie. I nad tym się zastanawiam, jak przenikają się te obszary, jak tworzymy miejsce, a ono zagnieżdża się w nas. Jak ludzie, pojedynczo lub jako społeczność, budują nas albo odbierają szanse na godne życie.


Jest to projekt osobisty, więc nie staram się tworzyć obiektywnego obrazu miasta, w którym po równo będą reprezentowani zarówno przedstawiciele elity, jak i nienależący do klasy średniej. Dlaczego miałbym pokazywać bogatych i uprzywilejowanych? Dla nich ciągle znajduje się miejsce w mediach, ich mieszkania na fotografiach w kolorowych magazynach mają stymulować konsumpcję i być wyznacznikiem estetyki dla aspirujących. Ten świat jest pokazywany, ma swoich odbiorców. Ja chcę dokumentować i zapisać to, co jest udziałem ludzi takich jak ja.

Mój projekt to również rodzaj buntu wobec niezauważania przez media ogólnopolskie mniejszych ośrodków, obrzeży i tego wszystkiego, co sprawiłoby wysiłek zastanowienia się nad losem przynajmniej kilkunastu milionów Polaków. Jesteśmy obok, a nie istniejemy w szerszej debacie o społeczeństwie, jej ton nadaje ze stolicy elita, która jest głównie zainteresowana własnymi problemami, nie ma wielkiej potrzeby zauważania kogokolwiek innego.

Przy okazji nowych książek czy filmów dostrzega się jakiś wątek społeczny, ale na dłuższą metę prawie nikogo on nie obchodzi. Od lat jest to widoczne w wyższościowym tonie wobec peryferii, w pogardzie i lekceważeniu wszystkiego, co nie jest średnioklasowe albo aspirujące. Przy okazji wyborów ta wyższość wybucha ze zdwojoną siłą. Podziały polityczne bardzo namąciły w głowach ludzi.

Jak częstochowianie rozumieją sukces? Czy w trakcie rozmów poznał pan kogoś, kto z zadowoleniem i satysfakcją wyrażał się tak o życiu własnym, jak i kondycji miasta?

Wśród moich bohaterów jest wielu ludzi szczęśliwych, są tacy, którzy osiągnęli życiowe sukcesy na różnym polu – wychowawczym, artystycznym czy sportowym – i takie losy pojawią się w tekstach, te osoby są także na portretach. Czy to widać na zdjęciach? Nie wiem. Może to kwestia uważnego spojrzenia albo dookreślenia definicji tego „sukcesu”.

Znajomi z obszaru kultury ostatnio zachwycają się bohaterem filmu Perfect Days, rozpływają nad sensem życia, delektują i cmokają. A czy potrafią dostrzec kogoś takiego wokół siebie? Czy widzą, kto sprząta klatki schodowe ich bloków, żeby odrobić dług za niezapłacony czynsz? Czy może ta polska ziemia jest zbyt zwyczajna, a ludzie banalni? To nie Nowy Jork, Paryż ani Tokio.

Nie umiem patrzeć na ludzi tylko przez pryzmat osiągnięć. To przecież dużo bardziej złożone. Sukcesem określamy popularność, bycie przebojowym, bogatym, ale tak pojmowane szczęście i wynikające z niego profity nie są udziałem wszystkich.

Jak pan ocenia kondycję miasta? Na zdjęciach widzę głównie teraźniejszość w dialogu z przeszłością. Co z przyszłością? Czy są jakieś charakterystyczne perspektywy dla miasta?

Satysfakcję mają pewnie ludzie w jakikolwiek sposób związani z władzą, może pracownicy miejskich instytucji, ale większość mieszkańców zdaje sobie sprawę z tego, że dla młodzieży to miejsce nie jest atrakcyjne, sporo naszych młodych rozmówców zamierza stąd wyjechać. Nie powstaje tu wiele nowych miejsc pracy, jak wobec tego mówić o perspektywach? To zadziwiające, ale taki ośrodek włókienniczy, jakim była Częstochowa, nie ma nawet izby pamięci poświęconej temu przemysłowi. Sprzedano maszyny, nie zadbano o obiekty, pozostałości fabryk są w ruinie. Nie wyciągamy wniosków z kataklizmu, jakim było zamknięcie zakładów włókienniczych.

Perspektywy miasta w mojej ocenie to tabula rasa. Zdanie mieszkańców nikogo specjalnie nie interesuje. W ostatnich wyborach samorządowych dla startujących do Rady Miasta Częstochowy priorytetami były lepsza i przyjaźniejsza komunikacja, ścieżki rowerowe, tereny zielone, większa oferta kulturalna i wreszcie lepsza praca, tylko bez żadnych konkretów. Zwykły slogan, niczym niepoparty, bo doradczynie zawodowe w urzędzie pracy przyznają, że tak źle z ofertami dawno nie było.

Na moich fotografiach, wśród wielu innych, widać też pozostałości dawnych zakładów albo dzielnice, na które nie ma pomysłu. To są obrazy współczesności. Nie pokazuję turystycznych atrakcji ani zabytków, których zresztą nie ma zbyt wiele. Interesuje mnie codzienność miasta, jego zwykłe sprawy, które jednocześnie są sprawami wielkimi, bo praca pozwala żyć. A jak się żyje bez pracy? Żeby się o tym przekonać, wystarczy choćby odrobina uważności. Każdego dnia spotykam osoby bezdomne, prawie we wszystkich częściach miasta. Byłem też w wielu jednoizbowych mieszkaniach – sypialnia, kuchnia, łazienka razem.

Czy ludziom ze zdjęć o coś chodzi? Czy mówią o jakichś ambicjach? Przecież jest demokracja i liberalizm, człowiek ma wpływ na swoje życie i na życie społeczności. Czy w Częstochowie można to jakoś poczuć lub zaobserwować?

Każdemu chodzi o to samo, „żeby jakoś dychać, jakoś żyć”, że zacytuję naszego bohatera z Portretu prowincji. To był prosty człowiek, który miał za sobą czterdzieści lat ciężkiej pracy.

Czy żeby żyć, koniecznie trzeba mieć ambicje zostania wielkim reżyserem, autorem powieści, aktorem albo redaktorem w jakimś tygodniku czy w telewizji? Tylko wtedy się liczymy?

Nie każdy może trafić do mediów ani stać się sławnym, to wypadkowa wielu czynników, pochodzenia społecznego, edukacji, środowiska, kapitału relacyjnego, który zapewnili rodzice.

Liberalne hasła w rodzaju „każdy kowalem własnego losu” czy „wystarczy się postarać” to zwykłe uproszczenia i bajki dla naiwnych. I to one pozbawiły nas w dużej mierze wrażliwości i odpowiedzialności za los innych.

Czy można być ciekawym historii każdej z tych osób? Czy któryś z tych kadrów ma zapaść w pamięć, czy działają wyłącznie jako zbiór?

Niedawno w rozmowie o Credo powiedziałem, że chcę opowiadać o czymś powszechnym, może z daleka pospolitym, ale jednak szczególnym, wyrazistym i osobnym, jeśli się temu przyjrzeć z bliska. Historie ludzi są zawsze bardzo ciekawe, poznajemy ich, zaczynamy rozumieć motywacje, możliwości, dostrzegamy, że nie wszystko dzieje się jak w romantycznych komediach, bo czasem dramat goni dramat. Jeśli umie się słuchać, patrzeć i łączyć wątki, to można zebrać niezwykłe historie.

Fotografia to medium, którego używam do opowiadania o tym, co uważam za istotne. I traktuję zdjęcia jak zdania w tekście. One nie muszą być błyskotliwe, one mają być szczere, prawdziwe, mają się łączyć z sobą i tworzyć szerszą opowieść. Pracuję nad dokumentem, który jest też zapisem czasu, w którym żyjemy. Dzięki takiemu zbiorowi ocalamy pamięć o wielu naszych bohaterach, o nas samych, to dowody na istnienie. Kilka miesięcy temu zmarł mój kolega Jurek, miał pięćdziesiąt trzy lata. Cieszył się, kiedy portretowałem go w 2022 roku, miał świadomość, że tworzymy historię, jakkolwiek górnolotnie to brzmi.

Czy takie nagromadzenie wizerunków/bohaterów odkrywa przed panem jakieś wnioski co do natury krajan? Czy może właśnie o to chodzi, że ludzie są, jacy są, i na tym można budować: wszyscy jesteśmy tacy sami. To nas zobowiązuje do wzajemnego szacunku. No i właśnie: czy chodzi o szacunek, empatię, zrozumienie?

Z jednej strony pokazuję ludzi osobnych, żyjących własnym życiem, a z drugiej cały czas pamiętam, że jednak tworzymy wielki organizm – społeczeństwo. I ta historia jest opowieścią o nas wszystkich, ale mówi też o nierówności w reprezentowaniu, o niezauważeniu, o braku odpowiedzialności za najsłabszych. Po otrzymaniu literackiego Nobla przez Olgę Tokarczuk w 2018 roku wielką karierę zrobiło u nas słowo czułość, ale ja nie bardzo wierzę w elitarne i klasośrednie opowieści o czułości i wrażliwości. Jeśli już, dotyczą prawie wyłącznie przedstawicieli własnych środowisk.

Pan w pewnym momencie dokonał wyboru i nie wyjechał z Częstochowy. Czy to dobre miejsce do życia?

Lubię Częstochowę, często mówię o niej, że to miasto na miarę człowieka. Nie jest zbyt duże, wszędzie jest stosunkowo blisko, bez użycia samochodu czy komunikacji miejskiej mogę w ciągu 25 minut znaleźć się w centrum. Rowerem dojazd zająłby kilkanaście minut. Miasto jest dobrze położone i świetnie skomunikowane z resztą Polski. Kilkanaście kilometrów stąd zaczyna się Jura Krakowsko-Częstochowska, są tu wspaniałe i piękne miejsca do wypoczynku, również aktywnego.

Brakuje jednak nowych inwestycji i nie chodzi mi o kolejnego dewelopera budującego apartamentowiec, chodzi o przemysł, o nowe miejsca pracy. Powiedziałbym, że to idealna lokalizacja dla sporego biznesu, mamy wyższe uczelnie, dwie specjalne strefy ekonomiczne, ale w tej materii niewiele się dzieje. W jakimś sensie dokonałem wyboru, zostałem tutaj. Po części to mój własny wybór, po części splot okoliczności – odkupiłem stary i zniszczony rodzinny dom, z którym mam od lat masę pracy. Więc jestem tutaj, jestem stąd i opisuję ten swój świat i ludzi wokół mnie.

I z drugiej strony: czy zostając w Częstochowie, z czegoś pan zrezygnował? Czy Częstochowa ma jakiś szklany sufit, pułap, do którego można dotrzeć? Może ktoś z rozmówców o tym wspominał.

Zacznę od siebie. Tak, zostając tu, nie mogłem zajmować się tym, co kocham, czyli dokumentem, w takim wymiarze, w jakim mógłbym to robić. W Polsce jest wiele tematów ważnych, wartych podjęcia działań. Z perspektywy stolicy łatwiejsze byłoby pozyskanie środków na ich realizację, prościej byłoby mi pracować nad nimi i z centrum docierać do odbiorców. Widzę, jak działają twórcy z Warszawy, ile zawdzięczają osobistym kontaktom. Doskonale to zrozumiałem przy publikacji Portretu prowincji, kiedy częstą odpowiedzią było milczenie. Teraz, przy Credo, jest dokładnie tak samo. To przecież duże dokumentalne projekty, a gdyby nie stypendia Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego może wcale nie zacząłbym nad nimi pracować. Pozastypendialne okresy pracy finansowałem już z własnych środków.

Jeśli chodzi o moje bycie w Częstochowie, to w ogóle nie myślę o szklanym suficie, bo ja tu prawie nie funkcjonuję jako dokumentalista. Wykonuję usługi – zdjęcia do katalogów, ofert, na strony internetowe. Dokumentem zajmuję się w czasie wolnym. Po prostu robię swoje i tyle. Staram się żyć możliwie najlepiej i cieszyć każdym dniem z najbliższymi.

Czy coś hamuje i odbiera szanse? Zacytuję zdanie z usłyszane w jednej z instytucji: „Tu nie ma przypadkowej zbieżności nazwisk”. Muszę mówić coś więcej? Możemy rozmawiać o standardach, transparentności, przyzwoitości, ale im jestem starszy, tym bardziej dostrzegam rozdźwięk między deklaracjami a rzeczywistością. Wielu naszych młodych rozmówców wspominało o wyjeździe i to jest smutne zjawisko. Widzą się w dużych ośrodkach albo za granicą, tam upatrują większych szans dla siebie.

Co by sprawiło, że ludziom w mieście żyłoby się lepiej?

Dynamika rozwoju zależna jest od zamożności mieszkańców, więc powtórzę raz jeszcze – miejsca pracy. To one będą magnesem i zatrzymają młodych, nie tylko najlepszych, najbardziej wykształconych, ale i pozwolą się utrzymać specjalistom czy pracownikom produkcji. Same uczelnie nie wystarczą, bo ich absolwenci i tak znajdą lepsze miejsca dla siebie niż Częstochowa.

Delokalizacja urzędów centralnych to też jest jakieś rozwiązanie wspierające mniejsze ośrodki.

Przez trzy dziesięciolecia pozwalano na zatrudnianie na umowy o dzieło, na zlecenie, to i dziś ma się świetnie. W oparciu o ten system funkcjonują całe branże, mijają lata, jak o przyszłości mogą myśleć ludzie dojrzali? Z czego będą żyć? Więc już nie na poziomie lokalnym, a centralnym, ważne jest myślenie o emeryturach obywatelskich.

Wracając do miasta, od lat brakuje na nie pomysłu. Jakoś jest, bo jakoś musi być, ale lepsze drogi (i kumulujący się miejski dług, który na koniec 2024 roku ma wynieść ponad 925 mln) to nie jest rozwiązanie wszystkich problemów.

Kiedy upubliczniłem prezentację z Credo, usłyszałem pojedyncze głosy, że Częstochowa już tak nie wygląda, a przecież te wszystkie fotografie powstały na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Są tu podwórka z centrum, ulice Starego Miasta, dawniejsze przyzakładowe dzielnice mieszkaniowe, wciąż niszczejące i niezagospodarowane obiekty przemysłowe. Wystarczy przez miasto przejść piechotą, żeby to wszystko zauważyć. Mój dokumentalny projekt nie daje odpowiedzi na pytanie: „Co sprawiłoby, żeby ludziom żyło się lepiej?”, on jedynie pokazuje, jak jest, jak rzeczy wyglądają. Jeśli pobudzi do refleksji czy stawiania pytań, to spełni swoje zadanie.

**

Jacenty Dędek – fotograf niezależny, dokumentalista. Publikował m.in. w „National Geographic Polska”, „Dużym Formacie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Polityce”, „Przekroju”, „Newsweeku”, „Wprost”, „Die Zeit”. W ostatnich latach najchętniej pracuje nad własnymi tematami. Najbardziej interesują go rzeczy zwykłe, dziejące się na marginesie głównych wydarzeń, ale zawsze blisko człowieka.

Tekst pochodzi ze strony internetowej Krytyki Politycznej.


fot. Waldemar Chamala


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:



76 LAT KATASTROFY - ZATRZYMAĆ LUDOBÓJSTWO W STREFIE GAZY!
Warszawa, plac Zamkowy
12 maja (niedziela), godz. 13.00
Socialists/communists in Krakow?
Krakow
Przyjdź na Weekend Antykapitalizmu 2024 – 24-26 maja w Warszawie
Warszawa, ul. Długa 29, I piętro, sala 116 (blisko stacji metra Ratusz)
24-26 maja
Poszukuję
Partia lewicowa na symulatorze politycznym
Discord
Teraz
Historia Czerwona
Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca

Więcej ogłoszeń...


24 czerwca:

1793 - Rewolucyjny Konwent uchwalił konstytucję Republiki Francuskiej gwarantującą po raz pierwszy w historii powszechne prawo wyborcze.

1821 - Wojska Simóna Bolívara zwyciężyły w bitwie o Carabobo, będącej ostatecznym rozstrzygnięciem wojny o niepodległość Wenezueli.

1901 - Otwarto pierwszą wystawę prac Pabla Picassa, hiszpańskiego malarza przez lata związanego z lewicą.

1902 - Urodziła się Lidia Ciołkoszowa, działaczka PPS, historyczka. Żona Adama Ciołkosza. Od 1979 przewodnicząca PPS na obczyźnie, od 1990 honorowa przewodniczaca PPS w kraju.

1905 - W Warszawie PPS zorganizowała powszechny strajk solidarności z robotnikami Łodzi.

1905 - Zmarł Kazimierz Kelles-Krauz, filozof, socjolog, publicysta, pedagog; działacz i teoretyk Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich, później Polskiej Partii Socjalistycznej.

1944 - Na stacji kolejowej Ryczów k. Wadowic zginął w walce z Niemcami Adam Rysiewicz, sekretarz OKR (WRN) Kraków.

1945 - W Paryżu powstał Komitet Sekcji Odrodzonej PPS.

1957 - Tajni agenci dominikańskiego dyktatora Rafaela Trujillo przeprowadzili nieudany zamach na centrolewicowego prezydenta Wenezueli Rómulo Betancourta, co wywołało międzynarodowy skandal.

1960 - Patrice Lumumba został pierwszym premierem Demokratycznej Republiki Konga.

1961 - Urodziła się Rebecca Solnit, amerykańska eseistka, aktywistka i historyczka.


?
Lewica.pl na Facebooku