
2012-02-04 14:09:56
Zima, tak sroga jak ta, przynosząc w tym roku śmierć w wyniku zamarznięcia już kilkudziesięciu osób, ukazuje kruchość człowieka wobec sił natury, ale czy nie również kruchość systemu społecznego? Czy ludzie, którzy zamarzli będąc na zewnątrz lub w źle ogrzanych kryjówkach byli ofiarami tylko mrozu czy też społecznych sytuacji, które sprawiły, że w jego obliczu pozostali bezradni i bezbronni?
Owych sytuacji nie da się może wyłącznie wyprowadzić z ogólnych cech szeroko rozumianego systemu społecznego, ale tym bardziej nie należy też sprowadzać ich do kwestii wyłącznie jednostkowych. Cokolwiek doprowadziło do tego, że ci ludzie stali się bezdomnymi i nie potrafili w porę z tej bezdomności się wydostać, trzeba się zastanowić jakie szanse dała im rzeczywistość by uniknąć śmierci na skutek zamarznięcia.
Co w tej sprawie robi miasto?
Weźmy na przykład Warszawę – jedno z największych skupisk bezdomnych w kraju, gdzie w porze zimowej przybywa tu wielu bezdomnych także z innych części Polski. Czy możemy mówić w tym kontekście o spójnej polityce publicznej na rzecz pomocy bezdomnym? W pewnym sensie tak. Polityka ta prowadzona jest dwoma zasadniczymi kanałami. Jednym z nich jest działalność Straży Miejskiej, o charakterze głównie informacyjno-interwencyjnym. Drugim zaś działalność szeregu organizacji III sektora, zarówno lokalnych ( Stowarzyszenie Otwarte Drzwi czy funkcjonujący w ramach KMPS ośrodek Łazarz w Ursusie) jak i tych o ogólnokrajowym zasięgu ( np.Monar-Markot, Caritas czy Towarzystwo Brata Alberta) mających tu swoje oddziały. Ich działania stanowią zarówno wsparcie doraźne ( żywność, ubiór, nocleg) jak i bardziej długoterminowe, w tym takie które by było nastawione na wyciągnięcie tych ludzi z bezdomności ( np. w ramach programów terapeutycznych, odwykowych i aktywizacyjnych). Organizacje te są w dużej mierze finansowane w ramach wieloletnich umów przez miasto ( rocznie wydaje na to około 8 mln złotych), które samo nie prowadzi ośrodków. Podstawowa odpowiedzialność za finansowanie zostaje po stronie władz publicznych, choć nie jest to wystarczające źródło, a poszczególne organizacje poszukują także innych źródeł. Przerzucenie jednak świadczenia wsparcia dla bezdomnych na organizacje trzeciego sektora może grozić rozproszeniem odpowiedzialności i brakiem koordynacji, co utrudniałoby realizację strategii na rzecz wychodzenia z bezdomności. Okazuje się jednak, że współpraca i koordynacja jest możliwa. Od 1991 roku działa Warszawska Rada Opiekuńcza dla bezdomnych, w skład której wchodzą przedstawiciele wspomnianych organizacji oraz przedstawiciele urzędu Miasta. Jest to najstarsza miejska platforma o charakterze inicjatywno-doradczym w zakresie przeciwdziałania bezdomności. Oprócz tego ważną inicjatywą i to o charakterze ponadlokalnym jest współpraca największych i najbardziej zasłużonych organizacji działających na polu walki z bezdomnością przy opracowywaniu Gminnego Standardu Wychodzenia z Bezdomności, który będzie mógł być zastosowany w różnych społecznościach. Można więc powiedzieć, że istnieje pewna prowadzona systematycznie polityka pomocy osobom bezdomnym w Warszawie, choć w większości nie jest ona świadczona bezpośrednio przez publiczne służby socjalne.
Co z tego mają bezdomni?
Co jednak z tego wynika dla samych bezdomnych w Warszawie? Co zawiera infrastruktura wsparcia? Na stronie Straży Miejskiej w Warszawie możemy poczytać iż na terenie miasta działa 19 placówek noclegowych: 2 noclegownie ( 500 miejsc) i 17 schronisk (923 miejsca), a także 32 miejsca w mieszkaniach treningowych. Łącznie to daje około 1500 miejsc. Oprócz tego istnieją dwie ogrzewalnie ( dla 60 osób) a także punkty w których wydawane są posiłki ( 9 jadłodajni – 3000 posiłków dziennie) oraz 19 magazynów do dystrybucji odzieży i żywności.[1] Jak na liczbę bezdomnych szacowaną na około 5 tys. w województwie mazowieckim ( z czego 2/ 3 w Warszawie), infrastruktura ta nie jest w stanie wszystkim zapewnić noclegu w okresie zimowym. Niepokoi dość mała liczba placówek „ nisko-progowych” jak ogrzewalnie, w których mogą przebywać w czas mrozu także osoby nie spełniające kryterium trzeźwości, branego pod uwagę przy dostępie do schronisk i noclegowni. Rozbudowa tego typu pomieszczeń jest jedną z rekomendacji opracowania ‘’Rekomendacja dla ogólnopolskiego modelu pomocy społecznej osobom bezdomnym w okresie zimowym’’[2] jakie ongiś na zlecenie MPiPS przygotowało Towarzystwo Brata Alberta. Szerzej pisałem o tym tu:[3]
Dużo czy mało?
Czy to wszystko co się robi w tej sprawie to dużo? W stosunku do potrzeb – z pewnością nie. Ale czy w relacji do realnych możliwości? Trudno powiedzieć. Zależy to po pierwsze od poziomu odpowiedzialności jaki przypiszemy wspólnocie ( i jej poszczególnym instytucjom) za wsparcie najsłabszych w sytuacjach krytycznych. Po drugie zależy to od diagnozy tego jak dużo powinniśmy łożyć na ten cel w porównaniu z tym co potrzebujemy by sfinansować inne – nieraz również społeczne – potrzeby. Np. żyjemy w obliczu ryzyka likwidacji licznych placówek szkolnych a także deficytu żłobków i przedszkoli. Brak zapewnienia tych potrzeb opiekuńczo-edukacyjnych może zwiększyć podatność na społeczną marginalizację części rodzin, a to w dalszej perspektywie poszerzyć grono osób zagrożonych wykluczeniem mieszkaniowym. Oczywiście nie należy uciekać się do diabelskiej alternatywy: albo bezdomni albo edukacja dzieci. Możemy wszak rezygnować z innych działań, np. z zagranicznych interwencji a oszczędzone w ten sposób środki przeznaczyć na subwencję na przedszkola dla samorządów, w kieszeniach, których dzięki temu zostałoby może nieco więcej funduszy, w tym na pomoc bezdomnych. Ale to wymagałoby zmian priorytetów na poziomie centralnym. Obecnie samorządy mają ograniczone pole manewru i muszą często wybierać między jednym celem społecznym a drugim. To co w owym politycznym rachunku trzeba uwzględnić na pewno to patrzenie na te różne społeczne potrzeby jako system naczyń połączonych. Niedostateczne wsparcie rodzin w zakresie opieki i edukacji może skutkować dezaktywizacją i dalej wykluczeniem, łącznie z najcięższą jego postacią jaką jest bezdomność. Z tym ostatnim trzeba więc walczyć tylko gdy już ono nastąpi, ale też podejmować działania zmniejszające prawdopodobieństwo jego zaistnienia, a więc stosować prewencję. Działający wśród warszawskich bezdomnych, ks. Tadeusz Paleczny parę lat temu mówił, że ta jego długotrwała działalność przynosi siłą rzeczy mizerne rezultaty, skoro żyjemy w społeczeństwie o 20% bezrobociu. Dziś bezrobocie jest znacznie mniejsze, ale w związku z kryzysem a także brakiem perspektyw emigracji do innych krajów ( gdzie też jest recesja) wzrosnąć, a w parze z tym także skala wykluczenia i bezdomności. Jednocześnie tym których to dotknie będzie coraz trudniej pomóc, bowiem w realiach kryzysowych będzie mniej na to środków. Tkwi w tym tragiczny paradoks, że w okresach kiedy jest najwięcej potrzebujących, jednocześnie jest najmniej zasobów by to im pomóc. Obok sytuacji na rynku pracy ramy dla problemu bezdomności wyznacza także prowadzona przez miasto polityka mieszkaniowa. Tu już sporo zależy od władz lokalnych, a te często nie traktują tego zadania – co mogą potwierdzić organizacje broniące praw lokatorów – jako priorytet.
Nie tylko interwencja
Tak jak gerontologowie zalecają przechodzenie od polityki wyłącznie wobec osób starszych do szerszej polityki wobec starości, tak w omawianym zakresie należałoby mówić o przechodzeniu do polityki wobec bezdomnych do polityki wobec bezdomności, której wsparcie obecnych bezdomnych było jedynie częścią. Taka polityka powinna zawierać elementy prewencji, interwencji oraz re-integracji.
Nieraz wskazywaną słabością polityki wobec bezdomnych ( a także polityki społecznej ogólnie) w Polsce jest jej głównie interwencyjny charakter. Rzecz w tym, że bez tych dwóch pozostałych elementów, nawet skuteczna interwencja nie będzie możliwa. Jeśli nie ograniczy się osób wpadających w bezdomność ( prewencja) ani nie zwiększy tych wychodzących z niej ( reintegracja), ich liczba będzie na tyle ogromna, że podejmowane strategie interwencji nie będą zaspokoić podstawowych potrzeb wszystkich przedstawicieli tej grupy, którzy zgłoszą się o wsparcie. Obecna sytuacja bezdomnych w Warszawie niestety ilustruje ten problem.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] http://www.strazmiejska.kei.pl/start/3243-09112011-pomoc-dla-bezdomnych-.html
[2] http://www.bratalbert.org.pl/portal/images/PDF/rekomendacja_zima.pdf
[3] http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/541794,s-chronienie-przed-zima.html
ZimaOwych sytuacji nie da się może wyłącznie wyprowadzić z ogólnych cech szeroko rozumianego systemu społecznego, ale tym bardziej nie należy też sprowadzać ich do kwestii wyłącznie jednostkowych. Cokolwiek doprowadziło do tego, że ci ludzie stali się bezdomnymi i nie potrafili w porę z tej bezdomności się wydostać, trzeba się zastanowić jakie szanse dała im rzeczywistość by uniknąć śmierci na skutek zamarznięcia.
Co w tej sprawie robi miasto?
Weźmy na przykład Warszawę – jedno z największych skupisk bezdomnych w kraju, gdzie w porze zimowej przybywa tu wielu bezdomnych także z innych części Polski. Czy możemy mówić w tym kontekście o spójnej polityce publicznej na rzecz pomocy bezdomnym? W pewnym sensie tak. Polityka ta prowadzona jest dwoma zasadniczymi kanałami. Jednym z nich jest działalność Straży Miejskiej, o charakterze głównie informacyjno-interwencyjnym. Drugim zaś działalność szeregu organizacji III sektora, zarówno lokalnych ( Stowarzyszenie Otwarte Drzwi czy funkcjonujący w ramach KMPS ośrodek Łazarz w Ursusie) jak i tych o ogólnokrajowym zasięgu ( np.Monar-Markot, Caritas czy Towarzystwo Brata Alberta) mających tu swoje oddziały. Ich działania stanowią zarówno wsparcie doraźne ( żywność, ubiór, nocleg) jak i bardziej długoterminowe, w tym takie które by było nastawione na wyciągnięcie tych ludzi z bezdomności ( np. w ramach programów terapeutycznych, odwykowych i aktywizacyjnych). Organizacje te są w dużej mierze finansowane w ramach wieloletnich umów przez miasto ( rocznie wydaje na to około 8 mln złotych), które samo nie prowadzi ośrodków. Podstawowa odpowiedzialność za finansowanie zostaje po stronie władz publicznych, choć nie jest to wystarczające źródło, a poszczególne organizacje poszukują także innych źródeł. Przerzucenie jednak świadczenia wsparcia dla bezdomnych na organizacje trzeciego sektora może grozić rozproszeniem odpowiedzialności i brakiem koordynacji, co utrudniałoby realizację strategii na rzecz wychodzenia z bezdomności. Okazuje się jednak, że współpraca i koordynacja jest możliwa. Od 1991 roku działa Warszawska Rada Opiekuńcza dla bezdomnych, w skład której wchodzą przedstawiciele wspomnianych organizacji oraz przedstawiciele urzędu Miasta. Jest to najstarsza miejska platforma o charakterze inicjatywno-doradczym w zakresie przeciwdziałania bezdomności. Oprócz tego ważną inicjatywą i to o charakterze ponadlokalnym jest współpraca największych i najbardziej zasłużonych organizacji działających na polu walki z bezdomnością przy opracowywaniu Gminnego Standardu Wychodzenia z Bezdomności, który będzie mógł być zastosowany w różnych społecznościach. Można więc powiedzieć, że istnieje pewna prowadzona systematycznie polityka pomocy osobom bezdomnym w Warszawie, choć w większości nie jest ona świadczona bezpośrednio przez publiczne służby socjalne.
Co z tego mają bezdomni?
Co jednak z tego wynika dla samych bezdomnych w Warszawie? Co zawiera infrastruktura wsparcia? Na stronie Straży Miejskiej w Warszawie możemy poczytać iż na terenie miasta działa 19 placówek noclegowych: 2 noclegownie ( 500 miejsc) i 17 schronisk (923 miejsca), a także 32 miejsca w mieszkaniach treningowych. Łącznie to daje około 1500 miejsc. Oprócz tego istnieją dwie ogrzewalnie ( dla 60 osób) a także punkty w których wydawane są posiłki ( 9 jadłodajni – 3000 posiłków dziennie) oraz 19 magazynów do dystrybucji odzieży i żywności.[1] Jak na liczbę bezdomnych szacowaną na około 5 tys. w województwie mazowieckim ( z czego 2/ 3 w Warszawie), infrastruktura ta nie jest w stanie wszystkim zapewnić noclegu w okresie zimowym. Niepokoi dość mała liczba placówek „ nisko-progowych” jak ogrzewalnie, w których mogą przebywać w czas mrozu także osoby nie spełniające kryterium trzeźwości, branego pod uwagę przy dostępie do schronisk i noclegowni. Rozbudowa tego typu pomieszczeń jest jedną z rekomendacji opracowania ‘’Rekomendacja dla ogólnopolskiego modelu pomocy społecznej osobom bezdomnym w okresie zimowym’’[2] jakie ongiś na zlecenie MPiPS przygotowało Towarzystwo Brata Alberta. Szerzej pisałem o tym tu:[3]
Dużo czy mało?
Czy to wszystko co się robi w tej sprawie to dużo? W stosunku do potrzeb – z pewnością nie. Ale czy w relacji do realnych możliwości? Trudno powiedzieć. Zależy to po pierwsze od poziomu odpowiedzialności jaki przypiszemy wspólnocie ( i jej poszczególnym instytucjom) za wsparcie najsłabszych w sytuacjach krytycznych. Po drugie zależy to od diagnozy tego jak dużo powinniśmy łożyć na ten cel w porównaniu z tym co potrzebujemy by sfinansować inne – nieraz również społeczne – potrzeby. Np. żyjemy w obliczu ryzyka likwidacji licznych placówek szkolnych a także deficytu żłobków i przedszkoli. Brak zapewnienia tych potrzeb opiekuńczo-edukacyjnych może zwiększyć podatność na społeczną marginalizację części rodzin, a to w dalszej perspektywie poszerzyć grono osób zagrożonych wykluczeniem mieszkaniowym. Oczywiście nie należy uciekać się do diabelskiej alternatywy: albo bezdomni albo edukacja dzieci. Możemy wszak rezygnować z innych działań, np. z zagranicznych interwencji a oszczędzone w ten sposób środki przeznaczyć na subwencję na przedszkola dla samorządów, w kieszeniach, których dzięki temu zostałoby może nieco więcej funduszy, w tym na pomoc bezdomnych. Ale to wymagałoby zmian priorytetów na poziomie centralnym. Obecnie samorządy mają ograniczone pole manewru i muszą często wybierać między jednym celem społecznym a drugim. To co w owym politycznym rachunku trzeba uwzględnić na pewno to patrzenie na te różne społeczne potrzeby jako system naczyń połączonych. Niedostateczne wsparcie rodzin w zakresie opieki i edukacji może skutkować dezaktywizacją i dalej wykluczeniem, łącznie z najcięższą jego postacią jaką jest bezdomność. Z tym ostatnim trzeba więc walczyć tylko gdy już ono nastąpi, ale też podejmować działania zmniejszające prawdopodobieństwo jego zaistnienia, a więc stosować prewencję. Działający wśród warszawskich bezdomnych, ks. Tadeusz Paleczny parę lat temu mówił, że ta jego długotrwała działalność przynosi siłą rzeczy mizerne rezultaty, skoro żyjemy w społeczeństwie o 20% bezrobociu. Dziś bezrobocie jest znacznie mniejsze, ale w związku z kryzysem a także brakiem perspektyw emigracji do innych krajów ( gdzie też jest recesja) wzrosnąć, a w parze z tym także skala wykluczenia i bezdomności. Jednocześnie tym których to dotknie będzie coraz trudniej pomóc, bowiem w realiach kryzysowych będzie mniej na to środków. Tkwi w tym tragiczny paradoks, że w okresach kiedy jest najwięcej potrzebujących, jednocześnie jest najmniej zasobów by to im pomóc. Obok sytuacji na rynku pracy ramy dla problemu bezdomności wyznacza także prowadzona przez miasto polityka mieszkaniowa. Tu już sporo zależy od władz lokalnych, a te często nie traktują tego zadania – co mogą potwierdzić organizacje broniące praw lokatorów – jako priorytet.
Nie tylko interwencja
Tak jak gerontologowie zalecają przechodzenie od polityki wyłącznie wobec osób starszych do szerszej polityki wobec starości, tak w omawianym zakresie należałoby mówić o przechodzeniu do polityki wobec bezdomnych do polityki wobec bezdomności, której wsparcie obecnych bezdomnych było jedynie częścią. Taka polityka powinna zawierać elementy prewencji, interwencji oraz re-integracji.
Nieraz wskazywaną słabością polityki wobec bezdomnych ( a także polityki społecznej ogólnie) w Polsce jest jej głównie interwencyjny charakter. Rzecz w tym, że bez tych dwóch pozostałych elementów, nawet skuteczna interwencja nie będzie możliwa. Jeśli nie ograniczy się osób wpadających w bezdomność ( prewencja) ani nie zwiększy tych wychodzących z niej ( reintegracja), ich liczba będzie na tyle ogromna, że podejmowane strategie interwencji nie będą zaspokoić podstawowych potrzeb wszystkich przedstawicieli tej grupy, którzy zgłoszą się o wsparcie. Obecna sytuacja bezdomnych w Warszawie niestety ilustruje ten problem.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] http://www.strazmiejska.kei.pl/start/3243-09112011-pomoc-dla-bezdomnych-.html
[2] http://www.bratalbert.org.pl/portal/images/PDF/rekomendacja_zima.pdf
[3] http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/541794,s-chronienie-przed-zima.html
2012-02-03 15:57:29
napierw wygoniła z ogrodniczych działek
a następnie z mrocznych piwnic
kolejne nomadyczne gromady
co bez historii i histerii przemieszczają
się, zaludniając kolejne warstwy dna.
W białych rękawiczkach zimy
z dyskrecją godną siły wyższej
tylnymi drzwiami dokonano tej eksmisji
bezosobowo, nieludzko. Bez nikogo
kto by miał odwagę przyjąć na swe piersi
poparzenia wybuchem ich żalu czy gniewu.
Kolejni wykolejeni w kolejce po zupę
na kości do kości marzną przeraźliwie
Tak że nie da się nawet na chwilę utrzymać
parującej cieczy, by nie wylać jej na siebie.
Lecz czy to trzęsienie ziemi jak tamto wylanie
z pracy, kiedy jeszcze się o coś walczyło
więcej niż miejsce w kolejce po plastikową,
jednorazową miskę – jedyną nadzieję?
Jednak bronię WOŚPa następnie z mrocznych piwnic
kolejne nomadyczne gromady
co bez historii i histerii przemieszczają
się, zaludniając kolejne warstwy dna.
W białych rękawiczkach zimy
z dyskrecją godną siły wyższej
tylnymi drzwiami dokonano tej eksmisji
bezosobowo, nieludzko. Bez nikogo
kto by miał odwagę przyjąć na swe piersi
poparzenia wybuchem ich żalu czy gniewu.
Kolejni wykolejeni w kolejce po zupę
na kości do kości marzną przeraźliwie
Tak że nie da się nawet na chwilę utrzymać
parującej cieczy, by nie wylać jej na siebie.
Lecz czy to trzęsienie ziemi jak tamto wylanie
z pracy, kiedy jeszcze się o coś walczyło
więcej niż miejsce w kolejce po plastikową,
jednorazową miskę – jedyną nadzieję?
2012-01-10 18:06:50
Wielka Orkiestra zagrała kolejny raz. Nie zabrakło też krytycznych głosów. Zresztą i z lewej strony i prawej. 20 edycja to dobry moment do refleksji nad tym społecznym fenomenem.
Nie byłem aktywnym uczestnikiem WOŚP i to nie tylko dlatego, że musiałem przeprowadzić zajęcia w ramach własnej działalności społecznej tego dnia, ale głównie dlatego, że trochę męczy mnie festynowy charakter przedsięwzięcia ( choć szanuję potrzebę innych brania w tym udziału, także z pobudek integracyjno-rekreacyjnych). Tym niemniej staję w obronie tego wydarzenia także przed krytykami z lewej strony, których argumenty w tej kwestii nie są całkiem bezzasadne. Częściowo swój pogląd ten temat wyraziłem przed rokiem we wpisie ” Orkiestra pod ostrzałem” będącym polemiką z tekstem Łukasza Foltyna. Tym razem chciałbym spojrzeć na WOŚP z perspektywy wielosektorowości w polityce społecznej. To właśnie przyjęcie tej perspektywy każde mi spoglądać jednak przychylnym okiem na inicjatywę Owsiaka.
Podstawowy argument krytyczny jest taki, że zbiórka pieniędzy na sprzęt medyczny wyręcza państwo w zakresie jego powinności lub przykrywa jego nieudolność w tym względzie. Widzę to nieco inaczej. Na pierwszy z argumentów odpowiedziałbym, że nie tyle wyręcza co uzupełnia, na drugi zaś –że nie przykrywa nieudolności państwa ale wręcz je ujawnia czy też przypomina o nich.
Od welfare state ku welfare pluralism
Każda polityka, w tym zdrowotna i społeczna, dokonuje się w warunkach ograniczoności zasobów. Nie ma takiego bytu państwowego, który byłby wszechmogący jeśli chodzi o finansowanie nie tylko dowolnej puli potrzeb, ale nawet tej istniejącej we współczesnych społeczeństwach. Potrzeby te rosną. Zwłaszcza widać to właśnie na przykładzie służby zdrowia- co wiąże się z nieuchronnym procesem wzrostu liczby osób starszych w społeczeństwie a także postępem technicznym w medycynie i idącym za tym w parze wzrostem oczekiwań. Wobec owej ograniczoności środków w domenie publicznej ( przy czym pamiętajmy, że ich wielkość jak i alokacja nie są wartością stałą) należy zastanowić się jak zoptymalizować pozyskiwanie i wykorzystywanie dostępnych zasobów. Wydaje się, że korzystną formułą zwłaszcza w dobie trudnościbudżetowych i presji rynku finansowych na cięcia publiczne jest rozłożenie ciężaru zaspokajania potrzeb na różne sektory ( przy czym w mojej opinii duża część tej odpowiedzialności powinna spoczywać nadal na instytucjach publicznych).
W analizach przemian polityki społecznej w ostatnich dekadach coraz częściej uwzględnia się jej wielosektorowy charakter, a nie wiąże się tylko wyłącznie z państwem. Także w Polsce nie brakuje tego typu analiz, a ostatnie lata przyniosły także rodzime modele teoretyczne wielosektorowej polityki społecznej ( choćby koncepcja „ stokrotki dobrobytu” autorstwa M.Grewińskiego[1]) dające narzędzia analityczne tej coraz bardziej złożonej konfiguracji instytucjonalnej.
Przechodzenie od modelu welfare state ku welfare pluralizm wydaje się tendencją nieuchronną i w moim odczuciu niekoniecznie negatywną. Nie zwalnia to jednak od politycznej dyskusji na temat tego jak duży powinien być udział poszczególnych sektorów oraz jakie powiązania między nimi ( pod tym kątem warto zastanowić się nie tylko jakie środki pozyskuje WOŚP, ale też jak przebiegają relacje jej organizatorów z władzą publiczną – zarówno szpitalami jak i samym ministerstwem – o czym Owsiak wspomniał w wywiadzie dla minionego Przeglądu). Jeśli więc mamy do czynienia z dziejową koniecznością zmierzania ku wielosektorowej polityki społecznej, to tylko jeśli chodzi o ogólne ramy. W nich natomiast nadal musi się dokonywać polityczny wybór.
Dlaczego ewolucja w kierunku wielosektorowości nie napawa mnie grozą w odróżnieniu od wielu kolegów którzy pozostali na stanowisku klasycznie etatystycznym. Otóż dlatego, że włączenie pozapublicznych podmiotów w realizację celów polityki społecznej, pozwala na zaspokojenie większej puli potrzeb lub też zaspokojenie dotychczasowych potrzeb w większym zakresie niż wówczas gdyby robiło to tylko państwo, nawet takie które posiadałoby i przeznaczałoby większe środki na cele społeczne i gospodarowałoby nimi racjonalniej niż obecnie.Jakikolwiek byłby poziom zaspokojenia potrzeb zdrowotnych przy pomocy publicznej służby zdrowia, dodatkowe środki by się przydały. W tym wypadku tym bardziej – wychodząc z propaństwowych pozycji – nie ma powodu do obaw, zważywszy, że środki pozyskane podczas WOŚP nie zasilają konkurencyjnego dla publicznego systemu świadczenia usług zdrowotnych, tylko wzmacniają finansowo potencjał publicznej służby zdrowia w realizacji jej misji.
„Uspołecznić” politykę społeczną
Ponadto włączenie trzeciego sektora w działania polityki publicznej może być sposobem „ uspołecznienia” polityki społecznej, poszerzenia wpływu obywateli na sytuację społeczną. WOŚP do pewnego stopnia też to dotyczy, choć ze względu na charakter przedsięwzięcia w nieco mniejszym stopniu niż innych form oddolnej działalności społecznej. Znacznie większy potencjał niesie obecność podmiotów gospodarki społecznej, które działają w sposób nie-jednorazowy, tylko systematycznie realizują dobra publiczne. Nawet jeśli chodzi o działalność wolontaryjną, znacznie bardziej pożądany z punktu widzenia i otoczenia i samych osób w nim uczestniczących, jest wolontariat długookresowy, w którym uczestnicy przez dłuższy czas stykają się z danym problemem. WOŚP – mimo towarzyszącej jej pop-kulturowej otoczce – na tle większości działań III sektora ma jednak odcień tradycyjnie filantropijny, co jest jej słabością z punktu widzenia budowania trwalszych podstaw pod zintegrowane społeczeństwo obywatelskie. Jednocześnie wpisuje się – niestety-w polską tradycję, w której bardziej widoczne są wielkie, spektakularne zrywy niż spokojna systematyczna praca organiczna. Więcej tu romantyzmu niż pozytywizmu, nad czym nieco ubolewam. Jednak jakby nie patrzeć kultura narodowego zrywu akurat w kontekście WOŚP przynosi przynajmniej wymierne, materialne efekty. Może nieszczególnie wielkie na tle budżetu służby zdrowia, a tym bardziej potrzeb, ale pożyteczne.
Jeśli miałbym uzasadnić swój sceptycyzm wobec gloryfikowania WOŚP, to nie dlatego, że jest to poza-publiczny sposób łatania dziur w polityce społecznej, ale dlatego, że w ramach III do którego WOŚP przynależy, istnieją działania znacznie bardziej progresywne, bazujące nie tylko na odświętnej filantropii ale na długotrwałym mierzeniu się ze społecznymi problemami.
Owa rezerwa wobec WOŚP nie powinna przesłaniać dwóch korzyści jakie niesie ta inicjatywa, a tym bardziej wieloktorowość w polityce społecznej. Pierwszą z nich jest możliwość zwiększenia poziomu zaspokojenia potrzeb zdrowotnychi społecznych, zarowno w wymiarze przedmiotowym jak i podmiotowym. Drugą zaś częściowe włączenie obywatelii ( przynajmniej tych, którzy zbierają pieniądze, a w mniejszym stopniu tych, którzy je dają). w działanie na rzecz dobra wspólnego, w proces redystrybucji środków, choć tu istotnie inicjatywa ma ta znacznie mniejszy potencjał niż inicjatywy społeczne o charakterze rzeczniczym lub przyczyniące się do produkcji i świadczenia określonych społecznych dóbr i usług, a nie tylko pośredniczące w ich dystrybucji.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] M.Grewiński, Wielosektorowa polityki społecznej, Warszawa 2009
Systemowe odrzucenie ( nie tylko) w ŚwiętaNie byłem aktywnym uczestnikiem WOŚP i to nie tylko dlatego, że musiałem przeprowadzić zajęcia w ramach własnej działalności społecznej tego dnia, ale głównie dlatego, że trochę męczy mnie festynowy charakter przedsięwzięcia ( choć szanuję potrzebę innych brania w tym udziału, także z pobudek integracyjno-rekreacyjnych). Tym niemniej staję w obronie tego wydarzenia także przed krytykami z lewej strony, których argumenty w tej kwestii nie są całkiem bezzasadne. Częściowo swój pogląd ten temat wyraziłem przed rokiem we wpisie ” Orkiestra pod ostrzałem” będącym polemiką z tekstem Łukasza Foltyna. Tym razem chciałbym spojrzeć na WOŚP z perspektywy wielosektorowości w polityce społecznej. To właśnie przyjęcie tej perspektywy każde mi spoglądać jednak przychylnym okiem na inicjatywę Owsiaka.
Podstawowy argument krytyczny jest taki, że zbiórka pieniędzy na sprzęt medyczny wyręcza państwo w zakresie jego powinności lub przykrywa jego nieudolność w tym względzie. Widzę to nieco inaczej. Na pierwszy z argumentów odpowiedziałbym, że nie tyle wyręcza co uzupełnia, na drugi zaś –że nie przykrywa nieudolności państwa ale wręcz je ujawnia czy też przypomina o nich.
Od welfare state ku welfare pluralism
Każda polityka, w tym zdrowotna i społeczna, dokonuje się w warunkach ograniczoności zasobów. Nie ma takiego bytu państwowego, który byłby wszechmogący jeśli chodzi o finansowanie nie tylko dowolnej puli potrzeb, ale nawet tej istniejącej we współczesnych społeczeństwach. Potrzeby te rosną. Zwłaszcza widać to właśnie na przykładzie służby zdrowia- co wiąże się z nieuchronnym procesem wzrostu liczby osób starszych w społeczeństwie a także postępem technicznym w medycynie i idącym za tym w parze wzrostem oczekiwań. Wobec owej ograniczoności środków w domenie publicznej ( przy czym pamiętajmy, że ich wielkość jak i alokacja nie są wartością stałą) należy zastanowić się jak zoptymalizować pozyskiwanie i wykorzystywanie dostępnych zasobów. Wydaje się, że korzystną formułą zwłaszcza w dobie trudnościbudżetowych i presji rynku finansowych na cięcia publiczne jest rozłożenie ciężaru zaspokajania potrzeb na różne sektory ( przy czym w mojej opinii duża część tej odpowiedzialności powinna spoczywać nadal na instytucjach publicznych).
W analizach przemian polityki społecznej w ostatnich dekadach coraz częściej uwzględnia się jej wielosektorowy charakter, a nie wiąże się tylko wyłącznie z państwem. Także w Polsce nie brakuje tego typu analiz, a ostatnie lata przyniosły także rodzime modele teoretyczne wielosektorowej polityki społecznej ( choćby koncepcja „ stokrotki dobrobytu” autorstwa M.Grewińskiego[1]) dające narzędzia analityczne tej coraz bardziej złożonej konfiguracji instytucjonalnej.
Przechodzenie od modelu welfare state ku welfare pluralizm wydaje się tendencją nieuchronną i w moim odczuciu niekoniecznie negatywną. Nie zwalnia to jednak od politycznej dyskusji na temat tego jak duży powinien być udział poszczególnych sektorów oraz jakie powiązania między nimi ( pod tym kątem warto zastanowić się nie tylko jakie środki pozyskuje WOŚP, ale też jak przebiegają relacje jej organizatorów z władzą publiczną – zarówno szpitalami jak i samym ministerstwem – o czym Owsiak wspomniał w wywiadzie dla minionego Przeglądu). Jeśli więc mamy do czynienia z dziejową koniecznością zmierzania ku wielosektorowej polityki społecznej, to tylko jeśli chodzi o ogólne ramy. W nich natomiast nadal musi się dokonywać polityczny wybór.
Dlaczego ewolucja w kierunku wielosektorowości nie napawa mnie grozą w odróżnieniu od wielu kolegów którzy pozostali na stanowisku klasycznie etatystycznym. Otóż dlatego, że włączenie pozapublicznych podmiotów w realizację celów polityki społecznej, pozwala na zaspokojenie większej puli potrzeb lub też zaspokojenie dotychczasowych potrzeb w większym zakresie niż wówczas gdyby robiło to tylko państwo, nawet takie które posiadałoby i przeznaczałoby większe środki na cele społeczne i gospodarowałoby nimi racjonalniej niż obecnie.Jakikolwiek byłby poziom zaspokojenia potrzeb zdrowotnych przy pomocy publicznej służby zdrowia, dodatkowe środki by się przydały. W tym wypadku tym bardziej – wychodząc z propaństwowych pozycji – nie ma powodu do obaw, zważywszy, że środki pozyskane podczas WOŚP nie zasilają konkurencyjnego dla publicznego systemu świadczenia usług zdrowotnych, tylko wzmacniają finansowo potencjał publicznej służby zdrowia w realizacji jej misji.
„Uspołecznić” politykę społeczną
Ponadto włączenie trzeciego sektora w działania polityki publicznej może być sposobem „ uspołecznienia” polityki społecznej, poszerzenia wpływu obywateli na sytuację społeczną. WOŚP do pewnego stopnia też to dotyczy, choć ze względu na charakter przedsięwzięcia w nieco mniejszym stopniu niż innych form oddolnej działalności społecznej. Znacznie większy potencjał niesie obecność podmiotów gospodarki społecznej, które działają w sposób nie-jednorazowy, tylko systematycznie realizują dobra publiczne. Nawet jeśli chodzi o działalność wolontaryjną, znacznie bardziej pożądany z punktu widzenia i otoczenia i samych osób w nim uczestniczących, jest wolontariat długookresowy, w którym uczestnicy przez dłuższy czas stykają się z danym problemem. WOŚP – mimo towarzyszącej jej pop-kulturowej otoczce – na tle większości działań III sektora ma jednak odcień tradycyjnie filantropijny, co jest jej słabością z punktu widzenia budowania trwalszych podstaw pod zintegrowane społeczeństwo obywatelskie. Jednocześnie wpisuje się – niestety-w polską tradycję, w której bardziej widoczne są wielkie, spektakularne zrywy niż spokojna systematyczna praca organiczna. Więcej tu romantyzmu niż pozytywizmu, nad czym nieco ubolewam. Jednak jakby nie patrzeć kultura narodowego zrywu akurat w kontekście WOŚP przynosi przynajmniej wymierne, materialne efekty. Może nieszczególnie wielkie na tle budżetu służby zdrowia, a tym bardziej potrzeb, ale pożyteczne.
Jeśli miałbym uzasadnić swój sceptycyzm wobec gloryfikowania WOŚP, to nie dlatego, że jest to poza-publiczny sposób łatania dziur w polityce społecznej, ale dlatego, że w ramach III do którego WOŚP przynależy, istnieją działania znacznie bardziej progresywne, bazujące nie tylko na odświętnej filantropii ale na długotrwałym mierzeniu się ze społecznymi problemami.
Owa rezerwa wobec WOŚP nie powinna przesłaniać dwóch korzyści jakie niesie ta inicjatywa, a tym bardziej wieloktorowość w polityce społecznej. Pierwszą z nich jest możliwość zwiększenia poziomu zaspokojenia potrzeb zdrowotnychi społecznych, zarowno w wymiarze przedmiotowym jak i podmiotowym. Drugą zaś częściowe włączenie obywatelii ( przynajmniej tych, którzy zbierają pieniądze, a w mniejszym stopniu tych, którzy je dają). w działanie na rzecz dobra wspólnego, w proces redystrybucji środków, choć tu istotnie inicjatywa ma ta znacznie mniejszy potencjał niż inicjatywy społeczne o charakterze rzeczniczym lub przyczyniące się do produkcji i świadczenia określonych społecznych dóbr i usług, a nie tylko pośredniczące w ich dystrybucji.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] M.Grewiński, Wielosektorowa polityki społecznej, Warszawa 2009
2011-12-24 20:53:11
Święta to nie dla wszystkich czas rodzinnego ciepła i radości. Nie doświadcza tego spora część osób wykluczonych, a zwłaszcza tych których komponentem wykluczenia jest osamotnienie. Najczęściej narażone są na to osoby starsze, szczególnie gdy ich samodzielność jest ograniczona. Wówczas trudno im nawet skorzystać z jakiejkolwiek oferty spędzenia czasu poza miejscem swego pustego mieszkania.
Okazuje się jednak, że nawet tam gdzie starsze, niesamodzielne osoby mają rodziny, nieraz dochodzi do pozbywania się tych osób na czas świąteczny. W dziesiejszej Gazecie Wyborczej dostępny jest artykuł „ Babcię i dziadka oddam na święta”[1], w którym opisane jest jak część rodzin zostawia, nieraz przed samą Wigilią, swych starszych krewnych, w szpitalach i nie spieszy się by ich odebrać. Osobiście dziwi mnie to od strony psychologicznej – skoro ktoś decyduje się na opiekę przez cały rok, dlaczego miałby akurat w okresie świątecznym, który raczej prowokuje do odruchów serca, to zmienić? Łatwiej sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś oddał starszego krewnego do domu opieki, ale właśnie na święta brał go do siebie. Jednak z wypowiedzi cytowanych w artykule pielęgniarek i lekarzy wynika, że zjawisko to nie jest marginalne i z roku na rok przybiera na sile. Prowokuje to też do pytań bardziej ogólnej natury, także politycznej.
Jedni będą widzieć w tym demaskację „prawdziwej natury” tradycyjnego familio-centrycznego społeczeństwa inni, raczej obwinią za ten stan rzeczy współczesne trendy uderzające w tradycyjny ład społeczny oparty na międzygeneracyjnych powinnościach – jak indywidualizm, hedonizm i sekularyzację. Tych sporów się nie rozstrzygnie, tym bardziej że polska kultura jest obecnie mocno hybrydalna – jest w niej i tradycja i to co powstaje w kontrze do niej. Artykuł jednak – podobnie jak zapewne refleksja większości czytelników – zatrzymał się na ocenie jednostek, które się tego dopuszczają i ewentualnie na tej podstawie ocenie społeczeństwa en masse. Tymczasem równie wiele o naszej wspólnocie mówi nie to co robią jej członkowie prywatnie, ale to w jakim żyją ładzie i na ile go kontestują. Problem z odrzuceniem seniorów to nie tylko kwestia działań poszczególnych rodzin, ale także organizacji systemu społeczno-instytucjonalnego. Oczywiście konfiguracja instytucjonalna nie może zastąpić odpowiedzialności jaka towarzyszy indywidualnym wyborom, ale określa ramy w jakich te wybory się dokonują a docelowo powinna sprzyjać działaniom społecznie pożądanym a zniechęcać do działań społecznie i moralnie niewłaściwych. Niestety nie możemy powiedzieć tego o polskim systemie opieki.
Pozbywanie się odpowiedzialności za dobrostan niedołężnych osób starszych nie jest tylko udziałem niektórych rodzin i to od święta do święta. Państwo polskie wyzbywa się tej odpowiedzialności od lat i to przez cały rok – nie zapewniając prawie wsparcia rodzinom, w których przebywa osoba niesamodzielna. Uderza przede wszystkim brak łatwo dostępnej opieki wytchnieniowej – czyli zapewnienia przez gminę opieki na pewien czas, gdy opiekun chce wyjechać by odpocząć czy podreperować zdrowie. Z kolei usługi opiekuńcze, o które można się postarać aplikując o to do Ośrodka Pomocy Społecznej, zazwyczaj wykluczają z dostępu osoby, które na co dzień żyją wraz z rodziną, którą jest w stanie sprawować opiekę.
Przerzucenie przez wspólnotę całej odpowiedzialności na rodzinę, sprawia, że jej członkowie czują się ponadprzeciętnie przeciążeni ową sytuacją i tym bardziej skłonni do skorzystania z możliwości przerzucenia obciążeń – choćby tymczasowo – na instytucje publiczne. W tym wypadku służbę zdrowia.
Tak oto widzimy jak mało solidarnie zorganizowany system stymuluje przerzucanie między sobą przez różnych aktorów kosztów opieki. Tu mamy do czynienia z kosztem w postaci wysiłku i czasu, ale praktyka przerzucania kosztów często dotyczy także finansowania, co pokazuje senacki raport pod red. M.Augustyna „ Zielona Księga Opieki Długoterminowej”. Wszystko to prowadzi do zaniku w systemie opieki – podmiotowości osób najsłabszych – świadczeniobiorców. Nie chodzi tylko o podmiotowość czynną, zgodnie z której mieliby oni daleko idącą sprawczość w decydowaniu o formie i miejscu spędzania czasu, ale nawet bierną podmiotowość, która polegałaby na gwarancji przebywania w godnych warunkach, a nie bycia traktowanym niemal jak przedmiot i to niechciany
Jeśli państwo tego nie ureguluje, skala tego zjawiska będzie rosła. Zapotrzebowanie na opiekę będzie coraz bardziej powszechne i długotrwałe, a rodzina bez wsparcia państwa nie będzie w stanie tego udźwignąć, w efekcie czego sprawowanie opieki będzie uchodziło za coraz bardziej uciążliwe. A to uderzy zarówno w dobrostan opiekuna jak i podopiecznego. A także więzi między nimi.
Oprócz tego duża część owych „ oszczędności” na wparciu opiekuna, na jakie krótkowzrocznie dotąd pozwala sobie władza publiczna i tak z powrotem wróci w kierunku państwa jako dodatkowy koszt. Wspominane „przechowywanie” osób starszych w szpitalach na czas świąt jest tego jaskrawym przykładem. Służba zdrowia będzie stanowiła zbiornik do którego spłyną koszty owego zaniechania na innych polach o czym pisałem szerzej w tekście „ Służba zdrowia w chorym systemie”[2]. Opisana więc w artykule poruszająca praktyka może być wstępem nie tylko do refleksji nad moralną kondycją polskiego społeczeństwa, ale także do debaty nad przyszłością służby zdrowia w warunkach postępującego starzenia się społeczeństwa.
Z jednej strony będzie ona ponosić koszty realnie rosnących potrzeb zdrowotnych, z drugiej strony – jeśli nie usprawnimy systemu wsparcia i opieki poza sektorem zdrowotnym – także koszty błędów w innych obszarach. Pierwszą grupę kosztów możemy tylko częściowo ograniczyć ( np. poprzez upowszechnianie mądrze prowadzonej profilaktyki zdrowotnej), gdyż są one zakorzenione w potrzebach wynikających z biologicznej kondycji człowieka. Druga grupa kosztów jakie ponosi służbie zdrowia może i powinna być ograniczona, gdyż są one zakorzenione w określonym układzie stosunków społecznych , na który składają się zarówno źle zorganizowane struktury jak i idące z nimi w parze coraz bardziej wątpliwe działania.
Szanse na integrację uczniów szkół specjalnychOkazuje się jednak, że nawet tam gdzie starsze, niesamodzielne osoby mają rodziny, nieraz dochodzi do pozbywania się tych osób na czas świąteczny. W dziesiejszej Gazecie Wyborczej dostępny jest artykuł „ Babcię i dziadka oddam na święta”[1], w którym opisane jest jak część rodzin zostawia, nieraz przed samą Wigilią, swych starszych krewnych, w szpitalach i nie spieszy się by ich odebrać. Osobiście dziwi mnie to od strony psychologicznej – skoro ktoś decyduje się na opiekę przez cały rok, dlaczego miałby akurat w okresie świątecznym, który raczej prowokuje do odruchów serca, to zmienić? Łatwiej sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś oddał starszego krewnego do domu opieki, ale właśnie na święta brał go do siebie. Jednak z wypowiedzi cytowanych w artykule pielęgniarek i lekarzy wynika, że zjawisko to nie jest marginalne i z roku na rok przybiera na sile. Prowokuje to też do pytań bardziej ogólnej natury, także politycznej.
Jedni będą widzieć w tym demaskację „prawdziwej natury” tradycyjnego familio-centrycznego społeczeństwa inni, raczej obwinią za ten stan rzeczy współczesne trendy uderzające w tradycyjny ład społeczny oparty na międzygeneracyjnych powinnościach – jak indywidualizm, hedonizm i sekularyzację. Tych sporów się nie rozstrzygnie, tym bardziej że polska kultura jest obecnie mocno hybrydalna – jest w niej i tradycja i to co powstaje w kontrze do niej. Artykuł jednak – podobnie jak zapewne refleksja większości czytelników – zatrzymał się na ocenie jednostek, które się tego dopuszczają i ewentualnie na tej podstawie ocenie społeczeństwa en masse. Tymczasem równie wiele o naszej wspólnocie mówi nie to co robią jej członkowie prywatnie, ale to w jakim żyją ładzie i na ile go kontestują. Problem z odrzuceniem seniorów to nie tylko kwestia działań poszczególnych rodzin, ale także organizacji systemu społeczno-instytucjonalnego. Oczywiście konfiguracja instytucjonalna nie może zastąpić odpowiedzialności jaka towarzyszy indywidualnym wyborom, ale określa ramy w jakich te wybory się dokonują a docelowo powinna sprzyjać działaniom społecznie pożądanym a zniechęcać do działań społecznie i moralnie niewłaściwych. Niestety nie możemy powiedzieć tego o polskim systemie opieki.
Pozbywanie się odpowiedzialności za dobrostan niedołężnych osób starszych nie jest tylko udziałem niektórych rodzin i to od święta do święta. Państwo polskie wyzbywa się tej odpowiedzialności od lat i to przez cały rok – nie zapewniając prawie wsparcia rodzinom, w których przebywa osoba niesamodzielna. Uderza przede wszystkim brak łatwo dostępnej opieki wytchnieniowej – czyli zapewnienia przez gminę opieki na pewien czas, gdy opiekun chce wyjechać by odpocząć czy podreperować zdrowie. Z kolei usługi opiekuńcze, o które można się postarać aplikując o to do Ośrodka Pomocy Społecznej, zazwyczaj wykluczają z dostępu osoby, które na co dzień żyją wraz z rodziną, którą jest w stanie sprawować opiekę.
Przerzucenie przez wspólnotę całej odpowiedzialności na rodzinę, sprawia, że jej członkowie czują się ponadprzeciętnie przeciążeni ową sytuacją i tym bardziej skłonni do skorzystania z możliwości przerzucenia obciążeń – choćby tymczasowo – na instytucje publiczne. W tym wypadku służbę zdrowia.
Tak oto widzimy jak mało solidarnie zorganizowany system stymuluje przerzucanie między sobą przez różnych aktorów kosztów opieki. Tu mamy do czynienia z kosztem w postaci wysiłku i czasu, ale praktyka przerzucania kosztów często dotyczy także finansowania, co pokazuje senacki raport pod red. M.Augustyna „ Zielona Księga Opieki Długoterminowej”. Wszystko to prowadzi do zaniku w systemie opieki – podmiotowości osób najsłabszych – świadczeniobiorców. Nie chodzi tylko o podmiotowość czynną, zgodnie z której mieliby oni daleko idącą sprawczość w decydowaniu o formie i miejscu spędzania czasu, ale nawet bierną podmiotowość, która polegałaby na gwarancji przebywania w godnych warunkach, a nie bycia traktowanym niemal jak przedmiot i to niechciany
Jeśli państwo tego nie ureguluje, skala tego zjawiska będzie rosła. Zapotrzebowanie na opiekę będzie coraz bardziej powszechne i długotrwałe, a rodzina bez wsparcia państwa nie będzie w stanie tego udźwignąć, w efekcie czego sprawowanie opieki będzie uchodziło za coraz bardziej uciążliwe. A to uderzy zarówno w dobrostan opiekuna jak i podopiecznego. A także więzi między nimi.
Oprócz tego duża część owych „ oszczędności” na wparciu opiekuna, na jakie krótkowzrocznie dotąd pozwala sobie władza publiczna i tak z powrotem wróci w kierunku państwa jako dodatkowy koszt. Wspominane „przechowywanie” osób starszych w szpitalach na czas świąt jest tego jaskrawym przykładem. Służba zdrowia będzie stanowiła zbiornik do którego spłyną koszty owego zaniechania na innych polach o czym pisałem szerzej w tekście „ Służba zdrowia w chorym systemie”[2]. Opisana więc w artykule poruszająca praktyka może być wstępem nie tylko do refleksji nad moralną kondycją polskiego społeczeństwa, ale także do debaty nad przyszłością służby zdrowia w warunkach postępującego starzenia się społeczeństwa.
Z jednej strony będzie ona ponosić koszty realnie rosnących potrzeb zdrowotnych, z drugiej strony – jeśli nie usprawnimy systemu wsparcia i opieki poza sektorem zdrowotnym – także koszty błędów w innych obszarach. Pierwszą grupę kosztów możemy tylko częściowo ograniczyć ( np. poprzez upowszechnianie mądrze prowadzonej profilaktyki zdrowotnej), gdyż są one zakorzenione w potrzebach wynikających z biologicznej kondycji człowieka. Druga grupa kosztów jakie ponosi służbie zdrowia może i powinna być ograniczona, gdyż są one zakorzenione w określonym układzie stosunków społecznych , na który składają się zarówno źle zorganizowane struktury jak i idące z nimi w parze coraz bardziej wątpliwe działania.
2011-12-04 20:02:59
Edukacja integracyjna jest często rozumiana jako włączenie dzieci niepełnosprawnych do głównego nurtu nauczania i wychowania wraz z innymi dziećmi, a nie pozostawianie ich osobnym segmencie szkolnictwa specjalnego. Integracja jest tu zaprzeczeniem segregacji. Choć na gruncie pedagogiki społecznej edukację integracyjną rozpatruje się na wielu płaszczyznach ( por. D. Al-Khamisy, Edukacja przedszkolna a integracja społeczna, Warszawa 2006, s 114-118 ) najczęstsze rozumienie tego pojęcia jest takie jak wyżej. W praktyce polskiej polityki oświatowej ową integracyjność wyraża tendencja do umieszczania coraz więcej dzieci niepełnosprawnych w segmencie integracyjnym i włączającym, przy jednoczesnym ograniczaniu liczby dzieci uczących się w szkołach specjalnych. Niezależnie na ile uważamy ten kierunek za słuszny ( moim zdaniem taki jest, pod warunkiem, że zastosowane będą z rozmysłem i wyczuciem odpowiednie narzędzia – w klasie integracyjnej służy temu np. dodatkowa obecność pedagoga specjalnego obok nauczyciela przedmiotu) warto pamiętać, że do pewnego stopnia integracja powinna być stosowana także wobec dzieci, które nadal zostaną – choćby ze względu na poziom i rodzaj niepełnosprawności – poza systemem powszechnym, w szkołach specjalnych.
Sam dotychczas bardziej zajmowałem się sytuacją dzieci niepełnosprawnych w ogólnodostępnym i integracyjnym systemie kształcenia, jednak społecznie uzasadnione jest przekroczenie tego horyzontu i podjęcie działań na rzecz włączenia w procesy integracyjne także tych, którzy na co dzień uczą się w szkołach specjalnych, z dala od możliwości kontaktu z pełnosprawnymi rówieśnikami. Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w tego typu praktyce w jednej ze szkół specjalnych. Doświadczenie to natchnęło mnie ku kilku refleksjom systemowym. Ale najpierw opis przypadku.
Integracja bez interakcji
Integracja polegała na tym, że do szkoły specjalnej, gdzie uczą się dzieci o zróżnicowanym poziomie niepełnosprawności intelektualnej przybyła grupa uczniów, na oko w wieku gimnazjalnym czy z pierwszych klas szkoły średniej, wyselekcjonowana przez fundację zajmującą się integracją przez sport i kulturę. Integracja polegała na tym, że dzieci otrzymały arkusze papieru, z których mieli odrysowywać z matrycy a następnie kolorować motyle, a ich część miała być powielona na szkolnej ścianie. Pomysł jak najbardziej trafny. Tyle, że w praktyce ujawniły się słabości. Na kilkunastoosobową grupę gości przypadła tylko trójka dzieci ze szkoły, która była gospodarzem. Uczniowie ci usiedli z brzegu w swoim gronie, a reszta w małych grupkach w innych częściach korytarza. Słowem: nawet podczas zajęć z integracji doszło do samorzutnej dezintegracji w przestrzeni, w której zetknęły się dzieci. Uczniowie ze szkoły specjalnej pracowali de facto osobno i osobno uczniowie z zewnątrz. Poza tym każdy pracował sam, ewentualnie w parach. Efektem był niemal zanik interakcji między obydwoma grupami, która mogłaby właśnie stanowić instrument integracyjny.
Gdy nauczycielka która zaprosiła mnie do pomocy tego dnia, powiedziała, że tak właśnie wygląda źle zorganizowana integracja, powiedziałem to pani z Fundacji która przywiozła młodzież i zasugerowałem, że może wystarczyło jednak jakoś dzieci wymieszać ze sobą, by przez ten krótki czas się choć trochę poznały. Ona od razu skoczyła do swoich podopiecznych i zasugerowała, żeby ci którzy skończyli, przysiedli się do uczniów ze szkoły specjalnej i wraz z nimi malowali na wspólnym kartonie. Tak też się stało – część młodzież pracowała obok siebie, zawiązały się między innymi rozmowy itp. Nie wiem czy jestem dość wnikliwym obserwatorem, ale wydaje mi się, że wzajemny stosunek dzieci z obydwu grup był życzliwy i integracja, choćby krótkotrwała, była możliwa.
Jednocześnie jej potencjał wciąż był ograniczony. Pierwszym ogranicznikiem był czas – czy w ciągu godziny zajęć można się poznać, zrozumieć? Raczej nie. Drugim ogranicznikiem było to, że dzieci z jednej grupy było kilka razy więcej niż z drugiej, przez co część była wykluczona z bezpośredniej możliwości integracji.
Do czego należałoby dążyć?
Moim zdaniem:
po pierwsze – do tego by od początku dzieci ze sobą były wymieszane i angażowane do tych samych, wspólnych zadań.
Pod drugie, dobrze byłoby aby były to zadania zespołowe, ale z jednej strony do wykonania w małych zespołach ( duża grupa może nie sprzyjać bardziej osobowym relacjom), a z drugiej – by nie były zbyt trudne ( by każdy mógł je z grubsza wykonać i nikt nie czuł się gorszy),
Po trzecie, dobrze byłoby gdyby liczba dzieci z dwóch szkół była w miarę symetryczna, by każdy mógł uczestniczyć w bezpośredniej integracji;
Po czwarte, by spotkania odbywały się nie jednorazowo, ale co najmniej kilka razy – wówczas jest szansa na stworzenie nieco trwalszej więzi między jednostkami.
Po piąte, ważna wydaje się integracja nie tyle w czasie pracy ( czyli w przypadku dzieci – w czasie nauki) tylko w czasie wolnym, a więc na przykład wówczas gdy dzieci jedzą razem posiłki czy oddają się rozrywce. Duże pole działania dają wspólne wyjazdy, ale takie rozwiązanie choć pożyteczne wymaga dużych nakładów czasowych, ludzkich, finansowych i organizacyjnych, więc trudno prawdopodobnie je zastosować na skalę systemową.
Integracja, która by wychodziła w kierunku dzieci ze szkół specjalnych niestety nie jest wciąż popularna, a nawet istniejące inicjatywy – jak ta, której przypadek opisałem powyżej, często nie spełniają wspomnianych warunków powodzenia.
Obok powyższych uwag szczegółowych, warto na koniec dodać dwie ogólne.
1) Edukacja integracyjna powinna być zjawiskiem nie tylko wewnątrzszkolnym, ale także międzyszkolnym. Dzięki temu możliwa będzie włączenie w proces integracyjny dzieci i młodzież, które uczą się w szkołach specjalnych. Integracja wiąże się z filozofią inkluzywnego ładu społecznego, a więc powinna ze swej istoty nie wykluczać dzieci ze względu na typ szkoły do jakiej uczęszczają. Każdy chętny powinien mieć możliwość udziału w niej.
2) Integracja uczniów powinna zachodzić także w przestrzeni pozaszkolnej, a przynajmniej w czasie pozalekcyjnym. Być może w tym celu warto wykorzystać w większym niż dotąd stopniu powstałe w minionym roku rządowe „ Orliki” a także mające powstawać na dużą skalę w czasie rządów bieżącej kadencji „ Świetliki”?
Mity o ubezpieczeniu pielęgnacyjnymSam dotychczas bardziej zajmowałem się sytuacją dzieci niepełnosprawnych w ogólnodostępnym i integracyjnym systemie kształcenia, jednak społecznie uzasadnione jest przekroczenie tego horyzontu i podjęcie działań na rzecz włączenia w procesy integracyjne także tych, którzy na co dzień uczą się w szkołach specjalnych, z dala od możliwości kontaktu z pełnosprawnymi rówieśnikami. Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w tego typu praktyce w jednej ze szkół specjalnych. Doświadczenie to natchnęło mnie ku kilku refleksjom systemowym. Ale najpierw opis przypadku.
Integracja bez interakcji
Integracja polegała na tym, że do szkoły specjalnej, gdzie uczą się dzieci o zróżnicowanym poziomie niepełnosprawności intelektualnej przybyła grupa uczniów, na oko w wieku gimnazjalnym czy z pierwszych klas szkoły średniej, wyselekcjonowana przez fundację zajmującą się integracją przez sport i kulturę. Integracja polegała na tym, że dzieci otrzymały arkusze papieru, z których mieli odrysowywać z matrycy a następnie kolorować motyle, a ich część miała być powielona na szkolnej ścianie. Pomysł jak najbardziej trafny. Tyle, że w praktyce ujawniły się słabości. Na kilkunastoosobową grupę gości przypadła tylko trójka dzieci ze szkoły, która była gospodarzem. Uczniowie ci usiedli z brzegu w swoim gronie, a reszta w małych grupkach w innych częściach korytarza. Słowem: nawet podczas zajęć z integracji doszło do samorzutnej dezintegracji w przestrzeni, w której zetknęły się dzieci. Uczniowie ze szkoły specjalnej pracowali de facto osobno i osobno uczniowie z zewnątrz. Poza tym każdy pracował sam, ewentualnie w parach. Efektem był niemal zanik interakcji między obydwoma grupami, która mogłaby właśnie stanowić instrument integracyjny.
Gdy nauczycielka która zaprosiła mnie do pomocy tego dnia, powiedziała, że tak właśnie wygląda źle zorganizowana integracja, powiedziałem to pani z Fundacji która przywiozła młodzież i zasugerowałem, że może wystarczyło jednak jakoś dzieci wymieszać ze sobą, by przez ten krótki czas się choć trochę poznały. Ona od razu skoczyła do swoich podopiecznych i zasugerowała, żeby ci którzy skończyli, przysiedli się do uczniów ze szkoły specjalnej i wraz z nimi malowali na wspólnym kartonie. Tak też się stało – część młodzież pracowała obok siebie, zawiązały się między innymi rozmowy itp. Nie wiem czy jestem dość wnikliwym obserwatorem, ale wydaje mi się, że wzajemny stosunek dzieci z obydwu grup był życzliwy i integracja, choćby krótkotrwała, była możliwa.
Jednocześnie jej potencjał wciąż był ograniczony. Pierwszym ogranicznikiem był czas – czy w ciągu godziny zajęć można się poznać, zrozumieć? Raczej nie. Drugim ogranicznikiem było to, że dzieci z jednej grupy było kilka razy więcej niż z drugiej, przez co część była wykluczona z bezpośredniej możliwości integracji.
Do czego należałoby dążyć?
Moim zdaniem:
po pierwsze – do tego by od początku dzieci ze sobą były wymieszane i angażowane do tych samych, wspólnych zadań.
Pod drugie, dobrze byłoby aby były to zadania zespołowe, ale z jednej strony do wykonania w małych zespołach ( duża grupa może nie sprzyjać bardziej osobowym relacjom), a z drugiej – by nie były zbyt trudne ( by każdy mógł je z grubsza wykonać i nikt nie czuł się gorszy),
Po trzecie, dobrze byłoby gdyby liczba dzieci z dwóch szkół była w miarę symetryczna, by każdy mógł uczestniczyć w bezpośredniej integracji;
Po czwarte, by spotkania odbywały się nie jednorazowo, ale co najmniej kilka razy – wówczas jest szansa na stworzenie nieco trwalszej więzi między jednostkami.
Po piąte, ważna wydaje się integracja nie tyle w czasie pracy ( czyli w przypadku dzieci – w czasie nauki) tylko w czasie wolnym, a więc na przykład wówczas gdy dzieci jedzą razem posiłki czy oddają się rozrywce. Duże pole działania dają wspólne wyjazdy, ale takie rozwiązanie choć pożyteczne wymaga dużych nakładów czasowych, ludzkich, finansowych i organizacyjnych, więc trudno prawdopodobnie je zastosować na skalę systemową.
Integracja, która by wychodziła w kierunku dzieci ze szkół specjalnych niestety nie jest wciąż popularna, a nawet istniejące inicjatywy – jak ta, której przypadek opisałem powyżej, często nie spełniają wspomnianych warunków powodzenia.
Obok powyższych uwag szczegółowych, warto na koniec dodać dwie ogólne.
1) Edukacja integracyjna powinna być zjawiskiem nie tylko wewnątrzszkolnym, ale także międzyszkolnym. Dzięki temu możliwa będzie włączenie w proces integracyjny dzieci i młodzież, które uczą się w szkołach specjalnych. Integracja wiąże się z filozofią inkluzywnego ładu społecznego, a więc powinna ze swej istoty nie wykluczać dzieci ze względu na typ szkoły do jakiej uczęszczają. Każdy chętny powinien mieć możliwość udziału w niej.
2) Integracja uczniów powinna zachodzić także w przestrzeni pozaszkolnej, a przynajmniej w czasie pozalekcyjnym. Być może w tym celu warto wykorzystać w większym niż dotąd stopniu powstałe w minionym roku rządowe „ Orliki” a także mające powstawać na dużą skalę w czasie rządów bieżącej kadencji „ Świetliki”?
2011-12-04 01:31:43
Polską debatę publiczną czeka prędzej czy później debata nad zabezpieczeniem społecznym osób w wieku sędziwym, których dotknie ryzyko niesamodzielności. Jedną z cieszących się przychylnością części polskich ekspertów propozycji rozwiązania tego problemu – jeśli chodzi o finansowanie – jest wprowadzenie powszechnego społecznego ubezpieczenia pielęgnacyjnego, wzorem niektórych innych państw ( np. Niemiec). W Polsce ta debata się niemal nie toczy, wobec czego na szczególną uwagę zasługują wszelkie pojedyncze komentarze na ten temat, które pojawiają się w głównym nurcie. Niestety nieraz zdradzają one oznaki niewłaściwego zrozumienia koncepcji ubezpieczenia pielęgnacyjnego jak i społecznych oraz ekonomicznych skutków jego ewentualnego wprowadzenia.
Jednym z nich jest wypowiedź prof. Ireny Wóycickiej, głównego doradcy Prezydenta RP ds. społecznych. W wywiadzie udzielonym Piotrowi Pacewiczowi ( GW, 16 listopada 2011) na pytanie o sugestię Michała Boniego by wprowadzić składkę pielęgnacyjną, odpowiada ona:
„ Nie jestem entuzjastką tego rozwiązania, jest kosztowne, uruchamia machinę biurokratyczną. Pomysł składki, jaką mam płacić, to ponadto zły sygnał, że przyszłość to moja sprawa. Odpowiedziałabym się raczej za rozwiązaniem mieszanym: opieka to odpowiedzialność i osoby starszej i jej rodziny, i społeczności lokalnej, i państwa. Stawiałabym nie na nowy rynek usług dla starszych, ale na wsparcie dla działań lokalnych, takich jak świetlice, usługi domowe, pielęgnacyjne. Ustawa żłobkowa stworzyła nianię, można by wprowadzić opiekunkę osób starszych ludzi’’
Wypowiedź ta niestety reprodukuje bezpośrednio i pośrednio szereg mitów na temat ubezpieczenia pielęgnacyjnego, które mogą się udzielić niezaangażowanym w tematykę czytelnikom, zwłaszcza, że ową myśl wyraża autorytet w dziedzinie polityki społecznej ( także dla mnie). Warto antycypując debatę na ten temat w przyszłości, już teraz rozbroić owe nie mających empirycznych podstaw obawy przed wprowadzeniem tego rozwiązania do polskiego ustawodawstwa socjalnego.
I
Mit 1: Wprowadzenie indywidualnie płaconej składki pielęgnacyjnej to droga do nadmiernej indywidualizacji ryzyka niesamodzielności.
Faktycznie: rozwiązanie to daje szanse na poszerzenie solidarności społecznej wobec osób dotkniętych ryzykiem niesamodzielności czy niedołęstwa starczego.
Reprodukcja fałszywego mitu jest już zawarta w samych słowach prowadzącego wywiad Pacewicza, gdy mówi „ Minister Boni zaproponował składkę pielęgnacyjną, czyli każdy zbiera sobie kapitał na przyszłą niesprawność’’. Otóż, po pierwsze, o ile mi wiadomo, w planach rządzącej partii przewidziana na 2012 tzw. ”ustawa pielęgnacyjna” ma przynieść wiele zmian ( np. bon opiekuńczy) , ale akurat jeszcze nie ubezpieczenie pielęgnacyjne, które przewiedziane jest ( w myśl Zielonej Księgi Opieki Długoterminowej)[1] dopiero na kolejną fazę reformy w 2020 po tym jak zostaną uporządkowane i skoordynowane dotychczasowe regulacje i usprawnione orzecznictwo o niesamodzielności. Pomysł składki pielęgnacyjnej to raczej kwestia nieco dalszej przyszłości. Po drugie i ważniejsze nie jest do końca tak, jak twierdzi prof. Wóycicka, że „ Pomysł składki jaką mam płacić, to ponadto zły sygnał, że przyszłość to moja sprawa”, a już na pewno nie zwiększa to prywatnej odpowiedzialności za ryzyko niesamodzielności względem obecnego status quo.
Wprowadzenie powszechnych ubezpieczeń społecznych z tytułu różnych ryzyk socjalnych już u swej historycznej genezy, a także w ramach ich historycznego rozwoju, zwiększało solidarność społeczną, sprawiając, że jednostka nimi objęta ( a z czasem ubezpieczenia te były coraz bardziej powszechne) w obliczu sytuacji trudnych sytuacji życiowych nie pozostawała skazana na siebie i tylko swoje bądź rodzinne zasoby pochodzące z aktualnej pracy ani zgromadzonych prywatnie oszczędności. W okresie powojennym wraz z przechodzeniem od systemu kapitałowego ku repartycyjnemu i wprowadzeniu coraz silniejszego elementu redystrybucji system zabezpieczenia społecznego realizował coraz mocniej zasadę solidarności zarówno między-klasowej jak i międzygeneracyjnej. Faktycznie, w ostatnich dekadach ( co w Polsce zmaterializowało się z ponadprzeciętną siłą) system emerytalny zaczął podlegać pod wpływem zmian demograficznych, klimatu ideowego i układu sił ekonomicznych temu co dr Marek Rymsza określa desolidaryzacją[2]. W Polsce widać to w szczególnie wyraźnie, gdyż w nowym systemie po reformie z 1999 zaczęto eliminować komponent redystrybucyjny. Stąd też skojarzenia mechanizmu składkowego z indywidualizacją ryzyka nie jest w polskich realiach bez podstaw. Jednak nie jest to zależność konieczna. Dyskusja nad tym na ile ubezpieczenie pielęgnacyjne działałoby na zasadach repartycyjnych czy kapitałowych i jak silny byłby tu element redystrybucyjny jest dopiero przed nami. Dwie rzeczy jednak wydają się pewne.
Po pierwsze nie ma żadnego liczącego się projektu by ubezpieczenie pielęgnacyjne zastąpiło istniejące budżetowe finansowanie. Raczej postuluje się uzupełnienie istniejącej puli o dodatkowe środki, które otrzymywalibyśmy ze składek i w stopniu mniej lub bardziej ekwiwalentnym do wkładu byłyby one wypłacane osobom, które je wpłacały, w sytuacji zaistnienia tego ryzyka.
Po drugie, mówienie o zwiększeniu indywidualizacji ryzyka w obliczu ryzyka niesamodzielności w polskich realiach brzmi groteskowo, skoro system już teraz jest skrajnie zindywidualizowany i podlegający daleko idącej familizacji. Podaż instytucji publicznej opieki jest ograniczona, a możliwość skorzystania z prywatnych form jest dla wielu osób niezamożnych niedostępna. Te osoby niesamodzielne często z własnej kieszeni opłacają opiekuna na czarno lub są pielęgnowane przez członków rodziny, którzy nie dostają z tego tytułu wsparcia. Chyba, że zrezygnują z pracy- wówczas przysługuje im niewysokie świadczenie pielęgnacyjne ( 520 złotych). Sprzyja ona jednak dezaktywizacji opiekuna, co ekonomicznie nie wydaje się korzystne ani w ujęciu makro ani z punktu widzenia jednostki. System więc już jest zindywidualizowany i to w złym sensie tego słowa. Jednostka często zostaje zdana na własne zasoby zarówno finansowe jak i rodzinne, co w sytuacji gdy są one – często nie z winy jednostki – niewielkie, nie daje realnego pola wyboru i szans na zaspokojenie potrzeb na zagwarantowanym, choćby niewysokim, poziomie.
Kończąc ten wątek warto pochylić się nad niezgodą prof. Wóycickiej wobec tego że „ przyszłość to nasza sprawa”. Otóż, problem w tym, że poniekąd nie możemy – i nie powinniśmy – od tego uciekać. Pytanie jest inne: czy przeszłość to tylko nasza sprawa czy też nasza i wspólnoty. Nie chodzi o to by zastąpić indywidualną odpowiedzialność odpowiedzialnością za nas ze strony innych, ale o to by problem odpowiedzialności za sytuację w czasie starości rozłożyć między nas samych, a otoczenie, zarówno to bliższe ( rodzina, przyjaciele, wspólnota sąsiedzka) jak i dalsze ( instytucje państwowe i samorządowe), w sytuacji, gdy nasze własne zasoby nie pozwalają nam zaspokoić podstawowych potrzeb.
II
Mit 2. Wprowadzenie składki pielęgnacyjnej wprowadzi dodatkowy koszt i zwiększy machinę biurokratyczną.
Faktycznie: łączne koszty na opiekę długoterminową muszę wzrosnąć tak czy inaczej, natomiast ubezpieczenie pielęgnacyjne może – wraz z innymi działaniami – zmniejszyć koszty biurokratyczne.
Wzrost kosztów opieki długoterminowej w Polsce wydaje się nieuchronny i to w nieodległej przyszłości. Wiąże się to zarówno ze zmianami jakościowymi ( nowe, coraz droższe technologie medyczne i standardy opiekuńcze, rosnące oczekiwania co o jakości) jak i ilościowymi ( coraz więcej osób w wieku podeszłym). W naszym kraju, gdzie wydatki publiczne n opiekę długoterminową – według wyliczeń prof. Błędowskiego z SGH[3] – są znacznie niższe niż średnia unijna, wzrost nakładów w takiej czy innej postaci wydaje się nieuchronny. Tym bardziej, że niebawem czeka nas wejście w wiek sędziwy pokolenia powojennego wyżu. Powinniśmy to przyjąć do wiadomości i zapytać raczej o to w jaki sposób sprawiedliwie, a jednocześnie ekonomicznie racjonalnie te nakłady spożytkować by nie prowadzić do niekontrolowanego rozrostu procedur i kosztów biurokratycznych, a także by trafnie, bez marnotrawstwa, zaadresować istniejące potrzeby
Owe konieczne koszty mogą być wprawdzie zwiększone w oparciu o finansowanie budżetowe ( i dodatkową współ-płatność czy dobrowolne do-ubezpieczenie) ale w obliczu trudności systemu finansów publicznych jest to droga karkołomna, skutkująca koniecznością szukania ogromnych oszczędności w innych częściach budżetu lub podniesienia podatków. Z kolei wprowadzenie powszechnego ubezpieczenia pielęgnacyjnego pozwalałoby – zachowując zręby solidarności – zabezpieczyć finanse publiczne przed drastycznym wzrostem wydatków.
Co do kosztów biurokratycznych również bezpodstawne jest przypuszczenie, że wzrosną one wraz z powołaniem ubezpieczenia pielęgnacyjnego. Tego typu koszty zwykle pojawiają się tam gdzie system jest mało przejrzysty, chaotyczny i rozproszony. Taki problem mamy w obecnym systemie gdzie opieka długoterminowa jest świadczona na podstawie wielu nieskoordynowanych ze sobą aktów prawnych przez nietworzące wspólnej struktury instytucji ( głównie w ramach służby zdrowia i pomocy społecznej). Powołanie osobnego funduszu opiekuńczego, do którego spływały środki pochodzące ze składek byłoby krokiem ku nadania opiece długoterminowej większej transparentności i tym samym uniknięcie budowania podglebia pod dalszy rozrost biurokracji.
III
Mit 3. Wprowadzenie powszechnego ubezpieczenia pielęgnacyjnego może prowadzić do wyparcia tradycyjnych podmiotów na których spoczywa opieka – rodziny, wspólnot lokalnych, kręgów sąsiedzkich oraz oddolnych organizacji pozarządowych.
Faktycznie: Ubezpieczenie ( czy szerzej: zabezpieczenie) pielęgnacyjne nie stoi w sprzeczności ze świadczeniem funkcji opiekuńczych przez podmioty z najbliższego otoczenia, które dotąd się tym zajmowały. Wręcz przeciwnie może ułatwić im realizację dotychczasowych funkcji.
Zarzuty o pogwałcenie zasady subsydiarności a także niszczenie oddolnej, naturalnej solidarności między ludźmi za sprawą odgórnego obligatoryjnego mechanizmu ubezpieczeniowego, były stawiane nieraz przez przeciwników publicznego systemu zabezpieczenia społecznego np. w kontekście systemu emerytalnego i jego wpływu na solidarność międzypokoleniową w obrębie rodziny. Teraz podobne zarzuty mogą być kierowane wobec zwolenników wprowadzenia ubezpieczenia pielęgnacyjnego a w Polsce grunt pod tego typu retorykę jest dobrze przygotowany za sprawą niewielkiego zaufania do instytucji publicznych, zwłaszcza centralnych ( niski poziom pionowego kapitału społecznego – linking social capital) i jednocześnie dość wysokiego poziomu kapitału społecznego w wymiarze rodzinno-sąsiedzkim ( relatywnie duże zasoby wiążącego kapitału społecznego – bonding social capital).
Nie wchodząc w źródła tych zakorzenionych w społecznej mentalności przekonań i możliwości ich zmiany, warto w odniesieniu do kwestii ubezpieczenia pielęgnacyjnego zaznaczyć, że jego wprowadzenie nie koliduje ( a na pewno nie musi kolidować) ze sprawnym funkcjonowaniem w sferze opieki instytucji lokalnych, społecznych i rodzinnych. Rozwiązanie to, którego podstawą jest wprowadzenie powszechnej składki gromadzonej następnie w specjalnym funduszu, jest raczej formułą pozyskiwania i gromadzenia środków na opiekę długoterminową, a nie sposobu ich wydatkowania. Samo wprowadzenie ubezpieczenia pielęgnacyjnego nie determinuje tego w jaki sposób środki z niego zostaną wydane. Mogą one pójść na zwiększone wsparcie na opiekunów nieformalnych, na wspomożenie samorządów w organizacji usług opiekuńczych, zarówno stacjonarnych jak i środowiskowych, mogą też być w części przekazywane akredytowanym organizacjom społecznym, które działają w tym obszarze. Wszystkie sugerowane przez prof. Wóycicką instrumenty, w tym – działająca na podobnym zasadach co niania zatrudniona mocy ustawy żłobkowej – jak najbardziej mogą znaleźć w systemie, w którym środki pochodziłyby w części z ubezpieczenia pielęgnacyjnego. Wreszcie mogą one zostać przekazane bezpośrednio do osoby potrzebującej lub ich bliskich na zasadzie specjalnego bonu ( czeku) pielęgnacyjnego tak by sami bezpośrednio zainteresowani spożytkowali go na opiekę zgodnie z własnymi potrzebami i preferencjami. Ta ostatnia forma jest właśnie proponowana wraz z ubezpieczeniem pielęgnacyjnym ( które miałoby wejść w życie w przyszłości) przez ekspertów pod przewodnictwem senatora Mieczysława Augustyna. Dzięki stworzeniu mechanizmu wspólnotowego pozyskiwania i zgromadzenia minimalnych środków na wypadek niesamodzielności, na którą nie wszyscy zawczasu zdążą się finansowo przygotować ( a też nie wszyscy korzystając z bieżących dochodów są w stanie to uczynić) możliwe jest zapewnienie podmiotom świadczącym opiekę w ramach różnych sektorów większą stabilność funkcjonowania.
.
***
Zainspirowany do owej polemiki słowami Pani minister mam wrażenie, że spór nie dotyczy kwestii fundamentalnych, choć one się pojawiają w dyskusji. Niżej podpisany, podobnie jak prof. Wóycicka i zapewne większość osób, którym zależy na roztropnym zmierzeniu się z coraz bardziej naglącym wyzwaniem demograficznym ( czego wzrost liczby niesamodzielnych jest jednym z symptomów) łączy przekonanie, że należy szukać kompromisu między indywidualną ( oraz rodzinną) odpowiedzialnością a społeczną solidarnością, a także chęć realizacji tego kompromisu przy racjonalnym (w dłuższej perspektywie) wykorzystaniu zasobów. Część różnic w ocenie rozwiązania jakim jest ubezpieczenie pielęgnacyjne może wynikać z nie do końca adekwatnego do rzeczywistości rozumienia tego instrumentu i spodziewanych konsekwencji jego wprowadzenia.
Mam nadzieję, że udało mi się przynajmniej częściowo przekonać czytelników, że postulat wprowadzenia ubezpieczenia pielęgnacyjnego, nie niesie za sobą wszystkich zagrożeń, które mu się przypisuje, a zawiera za to pewien potencjał korzyści rozpatrywanych zarówno z perspektywy ekonomicznej racjonalności jak i społecznej użyteczności. Przede wszystkim wydaje się, że należy porzucić dwa biegunowe zarzuty jakie kieruje się wobec tego rozwiązania. Z jednej strony nie prowadzi on do desolidaryzacji i nadmiernej indywidualizacji ryzyka niesamodzielności, z drugiej strony nie przekreśla on indywidualnej podmiotowości przyszłego i obecnego świadczeniobiorcy oraz oddolnej solidarności ludzi wolnych.
Raff
p.s: Dokładniej z poglądami ekspertów, w tym prof. Wóycickiej, na temat opieki nad osobami niesamodzielnymi, będzie można zapoznać się już w środę podczas organizowanej przez Instytut Polityki Społecznej UW polsko-francuskiej konferencji na ten temat. Informacje dostępne tu: http://www.ips.uw.edu.pl/pliki/tymczasowe/seminar-pol_fr-program-20111207.pdf
--------------------------------------------------------------------------------
[1] M.Augustyn, Opieka Długoterminowa w Polsce. Opis, diagnoza, rekomendacje, Warszawa 2009.
http://boris.home.pl/new_mfsds.boris.org.pl/img/zielona_ksiega_3.pdf
[2] M.Rymsza, Redystrybucyjna i więziotwórcza funkcja ubezpieczenia społecznego a ewolucja systemu emerytalnego w Polsce w: red.J.Hrynkiewicz, Ubezpieczenie społeczne w Polsce, 10 lat reformowania, Warszawa 2011
[3] P. Błędowski, Finansowanie Opieki Długoterminowej w Polsce, w:red.M.Augustyn, Opieka Długoterminowa w Polsce. Opis, diagnoza, rekomendacje, Warszawa 2009.s.137-150
Bez ulgi po exposeJednym z nich jest wypowiedź prof. Ireny Wóycickiej, głównego doradcy Prezydenta RP ds. społecznych. W wywiadzie udzielonym Piotrowi Pacewiczowi ( GW, 16 listopada 2011) na pytanie o sugestię Michała Boniego by wprowadzić składkę pielęgnacyjną, odpowiada ona:
„ Nie jestem entuzjastką tego rozwiązania, jest kosztowne, uruchamia machinę biurokratyczną. Pomysł składki, jaką mam płacić, to ponadto zły sygnał, że przyszłość to moja sprawa. Odpowiedziałabym się raczej za rozwiązaniem mieszanym: opieka to odpowiedzialność i osoby starszej i jej rodziny, i społeczności lokalnej, i państwa. Stawiałabym nie na nowy rynek usług dla starszych, ale na wsparcie dla działań lokalnych, takich jak świetlice, usługi domowe, pielęgnacyjne. Ustawa żłobkowa stworzyła nianię, można by wprowadzić opiekunkę osób starszych ludzi’’
Wypowiedź ta niestety reprodukuje bezpośrednio i pośrednio szereg mitów na temat ubezpieczenia pielęgnacyjnego, które mogą się udzielić niezaangażowanym w tematykę czytelnikom, zwłaszcza, że ową myśl wyraża autorytet w dziedzinie polityki społecznej ( także dla mnie). Warto antycypując debatę na ten temat w przyszłości, już teraz rozbroić owe nie mających empirycznych podstaw obawy przed wprowadzeniem tego rozwiązania do polskiego ustawodawstwa socjalnego.
I
Mit 1: Wprowadzenie indywidualnie płaconej składki pielęgnacyjnej to droga do nadmiernej indywidualizacji ryzyka niesamodzielności.
Faktycznie: rozwiązanie to daje szanse na poszerzenie solidarności społecznej wobec osób dotkniętych ryzykiem niesamodzielności czy niedołęstwa starczego.
Reprodukcja fałszywego mitu jest już zawarta w samych słowach prowadzącego wywiad Pacewicza, gdy mówi „ Minister Boni zaproponował składkę pielęgnacyjną, czyli każdy zbiera sobie kapitał na przyszłą niesprawność’’. Otóż, po pierwsze, o ile mi wiadomo, w planach rządzącej partii przewidziana na 2012 tzw. ”ustawa pielęgnacyjna” ma przynieść wiele zmian ( np. bon opiekuńczy) , ale akurat jeszcze nie ubezpieczenie pielęgnacyjne, które przewiedziane jest ( w myśl Zielonej Księgi Opieki Długoterminowej)[1] dopiero na kolejną fazę reformy w 2020 po tym jak zostaną uporządkowane i skoordynowane dotychczasowe regulacje i usprawnione orzecznictwo o niesamodzielności. Pomysł składki pielęgnacyjnej to raczej kwestia nieco dalszej przyszłości. Po drugie i ważniejsze nie jest do końca tak, jak twierdzi prof. Wóycicka, że „ Pomysł składki jaką mam płacić, to ponadto zły sygnał, że przyszłość to moja sprawa”, a już na pewno nie zwiększa to prywatnej odpowiedzialności za ryzyko niesamodzielności względem obecnego status quo.
Wprowadzenie powszechnych ubezpieczeń społecznych z tytułu różnych ryzyk socjalnych już u swej historycznej genezy, a także w ramach ich historycznego rozwoju, zwiększało solidarność społeczną, sprawiając, że jednostka nimi objęta ( a z czasem ubezpieczenia te były coraz bardziej powszechne) w obliczu sytuacji trudnych sytuacji życiowych nie pozostawała skazana na siebie i tylko swoje bądź rodzinne zasoby pochodzące z aktualnej pracy ani zgromadzonych prywatnie oszczędności. W okresie powojennym wraz z przechodzeniem od systemu kapitałowego ku repartycyjnemu i wprowadzeniu coraz silniejszego elementu redystrybucji system zabezpieczenia społecznego realizował coraz mocniej zasadę solidarności zarówno między-klasowej jak i międzygeneracyjnej. Faktycznie, w ostatnich dekadach ( co w Polsce zmaterializowało się z ponadprzeciętną siłą) system emerytalny zaczął podlegać pod wpływem zmian demograficznych, klimatu ideowego i układu sił ekonomicznych temu co dr Marek Rymsza określa desolidaryzacją[2]. W Polsce widać to w szczególnie wyraźnie, gdyż w nowym systemie po reformie z 1999 zaczęto eliminować komponent redystrybucyjny. Stąd też skojarzenia mechanizmu składkowego z indywidualizacją ryzyka nie jest w polskich realiach bez podstaw. Jednak nie jest to zależność konieczna. Dyskusja nad tym na ile ubezpieczenie pielęgnacyjne działałoby na zasadach repartycyjnych czy kapitałowych i jak silny byłby tu element redystrybucyjny jest dopiero przed nami. Dwie rzeczy jednak wydają się pewne.
Po pierwsze nie ma żadnego liczącego się projektu by ubezpieczenie pielęgnacyjne zastąpiło istniejące budżetowe finansowanie. Raczej postuluje się uzupełnienie istniejącej puli o dodatkowe środki, które otrzymywalibyśmy ze składek i w stopniu mniej lub bardziej ekwiwalentnym do wkładu byłyby one wypłacane osobom, które je wpłacały, w sytuacji zaistnienia tego ryzyka.
Po drugie, mówienie o zwiększeniu indywidualizacji ryzyka w obliczu ryzyka niesamodzielności w polskich realiach brzmi groteskowo, skoro system już teraz jest skrajnie zindywidualizowany i podlegający daleko idącej familizacji. Podaż instytucji publicznej opieki jest ograniczona, a możliwość skorzystania z prywatnych form jest dla wielu osób niezamożnych niedostępna. Te osoby niesamodzielne często z własnej kieszeni opłacają opiekuna na czarno lub są pielęgnowane przez członków rodziny, którzy nie dostają z tego tytułu wsparcia. Chyba, że zrezygnują z pracy- wówczas przysługuje im niewysokie świadczenie pielęgnacyjne ( 520 złotych). Sprzyja ona jednak dezaktywizacji opiekuna, co ekonomicznie nie wydaje się korzystne ani w ujęciu makro ani z punktu widzenia jednostki. System więc już jest zindywidualizowany i to w złym sensie tego słowa. Jednostka często zostaje zdana na własne zasoby zarówno finansowe jak i rodzinne, co w sytuacji gdy są one – często nie z winy jednostki – niewielkie, nie daje realnego pola wyboru i szans na zaspokojenie potrzeb na zagwarantowanym, choćby niewysokim, poziomie.
Kończąc ten wątek warto pochylić się nad niezgodą prof. Wóycickiej wobec tego że „ przyszłość to nasza sprawa”. Otóż, problem w tym, że poniekąd nie możemy – i nie powinniśmy – od tego uciekać. Pytanie jest inne: czy przeszłość to tylko nasza sprawa czy też nasza i wspólnoty. Nie chodzi o to by zastąpić indywidualną odpowiedzialność odpowiedzialnością za nas ze strony innych, ale o to by problem odpowiedzialności za sytuację w czasie starości rozłożyć między nas samych, a otoczenie, zarówno to bliższe ( rodzina, przyjaciele, wspólnota sąsiedzka) jak i dalsze ( instytucje państwowe i samorządowe), w sytuacji, gdy nasze własne zasoby nie pozwalają nam zaspokoić podstawowych potrzeb.
II
Mit 2. Wprowadzenie składki pielęgnacyjnej wprowadzi dodatkowy koszt i zwiększy machinę biurokratyczną.
Faktycznie: łączne koszty na opiekę długoterminową muszę wzrosnąć tak czy inaczej, natomiast ubezpieczenie pielęgnacyjne może – wraz z innymi działaniami – zmniejszyć koszty biurokratyczne.
Wzrost kosztów opieki długoterminowej w Polsce wydaje się nieuchronny i to w nieodległej przyszłości. Wiąże się to zarówno ze zmianami jakościowymi ( nowe, coraz droższe technologie medyczne i standardy opiekuńcze, rosnące oczekiwania co o jakości) jak i ilościowymi ( coraz więcej osób w wieku podeszłym). W naszym kraju, gdzie wydatki publiczne n opiekę długoterminową – według wyliczeń prof. Błędowskiego z SGH[3] – są znacznie niższe niż średnia unijna, wzrost nakładów w takiej czy innej postaci wydaje się nieuchronny. Tym bardziej, że niebawem czeka nas wejście w wiek sędziwy pokolenia powojennego wyżu. Powinniśmy to przyjąć do wiadomości i zapytać raczej o to w jaki sposób sprawiedliwie, a jednocześnie ekonomicznie racjonalnie te nakłady spożytkować by nie prowadzić do niekontrolowanego rozrostu procedur i kosztów biurokratycznych, a także by trafnie, bez marnotrawstwa, zaadresować istniejące potrzeby
Owe konieczne koszty mogą być wprawdzie zwiększone w oparciu o finansowanie budżetowe ( i dodatkową współ-płatność czy dobrowolne do-ubezpieczenie) ale w obliczu trudności systemu finansów publicznych jest to droga karkołomna, skutkująca koniecznością szukania ogromnych oszczędności w innych częściach budżetu lub podniesienia podatków. Z kolei wprowadzenie powszechnego ubezpieczenia pielęgnacyjnego pozwalałoby – zachowując zręby solidarności – zabezpieczyć finanse publiczne przed drastycznym wzrostem wydatków.
Co do kosztów biurokratycznych również bezpodstawne jest przypuszczenie, że wzrosną one wraz z powołaniem ubezpieczenia pielęgnacyjnego. Tego typu koszty zwykle pojawiają się tam gdzie system jest mało przejrzysty, chaotyczny i rozproszony. Taki problem mamy w obecnym systemie gdzie opieka długoterminowa jest świadczona na podstawie wielu nieskoordynowanych ze sobą aktów prawnych przez nietworzące wspólnej struktury instytucji ( głównie w ramach służby zdrowia i pomocy społecznej). Powołanie osobnego funduszu opiekuńczego, do którego spływały środki pochodzące ze składek byłoby krokiem ku nadania opiece długoterminowej większej transparentności i tym samym uniknięcie budowania podglebia pod dalszy rozrost biurokracji.
III
Mit 3. Wprowadzenie powszechnego ubezpieczenia pielęgnacyjnego może prowadzić do wyparcia tradycyjnych podmiotów na których spoczywa opieka – rodziny, wspólnot lokalnych, kręgów sąsiedzkich oraz oddolnych organizacji pozarządowych.
Faktycznie: Ubezpieczenie ( czy szerzej: zabezpieczenie) pielęgnacyjne nie stoi w sprzeczności ze świadczeniem funkcji opiekuńczych przez podmioty z najbliższego otoczenia, które dotąd się tym zajmowały. Wręcz przeciwnie może ułatwić im realizację dotychczasowych funkcji.
Zarzuty o pogwałcenie zasady subsydiarności a także niszczenie oddolnej, naturalnej solidarności między ludźmi za sprawą odgórnego obligatoryjnego mechanizmu ubezpieczeniowego, były stawiane nieraz przez przeciwników publicznego systemu zabezpieczenia społecznego np. w kontekście systemu emerytalnego i jego wpływu na solidarność międzypokoleniową w obrębie rodziny. Teraz podobne zarzuty mogą być kierowane wobec zwolenników wprowadzenia ubezpieczenia pielęgnacyjnego a w Polsce grunt pod tego typu retorykę jest dobrze przygotowany za sprawą niewielkiego zaufania do instytucji publicznych, zwłaszcza centralnych ( niski poziom pionowego kapitału społecznego – linking social capital) i jednocześnie dość wysokiego poziomu kapitału społecznego w wymiarze rodzinno-sąsiedzkim ( relatywnie duże zasoby wiążącego kapitału społecznego – bonding social capital).
Nie wchodząc w źródła tych zakorzenionych w społecznej mentalności przekonań i możliwości ich zmiany, warto w odniesieniu do kwestii ubezpieczenia pielęgnacyjnego zaznaczyć, że jego wprowadzenie nie koliduje ( a na pewno nie musi kolidować) ze sprawnym funkcjonowaniem w sferze opieki instytucji lokalnych, społecznych i rodzinnych. Rozwiązanie to, którego podstawą jest wprowadzenie powszechnej składki gromadzonej następnie w specjalnym funduszu, jest raczej formułą pozyskiwania i gromadzenia środków na opiekę długoterminową, a nie sposobu ich wydatkowania. Samo wprowadzenie ubezpieczenia pielęgnacyjnego nie determinuje tego w jaki sposób środki z niego zostaną wydane. Mogą one pójść na zwiększone wsparcie na opiekunów nieformalnych, na wspomożenie samorządów w organizacji usług opiekuńczych, zarówno stacjonarnych jak i środowiskowych, mogą też być w części przekazywane akredytowanym organizacjom społecznym, które działają w tym obszarze. Wszystkie sugerowane przez prof. Wóycicką instrumenty, w tym – działająca na podobnym zasadach co niania zatrudniona mocy ustawy żłobkowej – jak najbardziej mogą znaleźć w systemie, w którym środki pochodziłyby w części z ubezpieczenia pielęgnacyjnego. Wreszcie mogą one zostać przekazane bezpośrednio do osoby potrzebującej lub ich bliskich na zasadzie specjalnego bonu ( czeku) pielęgnacyjnego tak by sami bezpośrednio zainteresowani spożytkowali go na opiekę zgodnie z własnymi potrzebami i preferencjami. Ta ostatnia forma jest właśnie proponowana wraz z ubezpieczeniem pielęgnacyjnym ( które miałoby wejść w życie w przyszłości) przez ekspertów pod przewodnictwem senatora Mieczysława Augustyna. Dzięki stworzeniu mechanizmu wspólnotowego pozyskiwania i zgromadzenia minimalnych środków na wypadek niesamodzielności, na którą nie wszyscy zawczasu zdążą się finansowo przygotować ( a też nie wszyscy korzystając z bieżących dochodów są w stanie to uczynić) możliwe jest zapewnienie podmiotom świadczącym opiekę w ramach różnych sektorów większą stabilność funkcjonowania.
.
***
Zainspirowany do owej polemiki słowami Pani minister mam wrażenie, że spór nie dotyczy kwestii fundamentalnych, choć one się pojawiają w dyskusji. Niżej podpisany, podobnie jak prof. Wóycicka i zapewne większość osób, którym zależy na roztropnym zmierzeniu się z coraz bardziej naglącym wyzwaniem demograficznym ( czego wzrost liczby niesamodzielnych jest jednym z symptomów) łączy przekonanie, że należy szukać kompromisu między indywidualną ( oraz rodzinną) odpowiedzialnością a społeczną solidarnością, a także chęć realizacji tego kompromisu przy racjonalnym (w dłuższej perspektywie) wykorzystaniu zasobów. Część różnic w ocenie rozwiązania jakim jest ubezpieczenie pielęgnacyjne może wynikać z nie do końca adekwatnego do rzeczywistości rozumienia tego instrumentu i spodziewanych konsekwencji jego wprowadzenia.
Mam nadzieję, że udało mi się przynajmniej częściowo przekonać czytelników, że postulat wprowadzenia ubezpieczenia pielęgnacyjnego, nie niesie za sobą wszystkich zagrożeń, które mu się przypisuje, a zawiera za to pewien potencjał korzyści rozpatrywanych zarówno z perspektywy ekonomicznej racjonalności jak i społecznej użyteczności. Przede wszystkim wydaje się, że należy porzucić dwa biegunowe zarzuty jakie kieruje się wobec tego rozwiązania. Z jednej strony nie prowadzi on do desolidaryzacji i nadmiernej indywidualizacji ryzyka niesamodzielności, z drugiej strony nie przekreśla on indywidualnej podmiotowości przyszłego i obecnego świadczeniobiorcy oraz oddolnej solidarności ludzi wolnych.
Raff
p.s: Dokładniej z poglądami ekspertów, w tym prof. Wóycickiej, na temat opieki nad osobami niesamodzielnymi, będzie można zapoznać się już w środę podczas organizowanej przez Instytut Polityki Społecznej UW polsko-francuskiej konferencji na ten temat. Informacje dostępne tu: http://www.ips.uw.edu.pl/pliki/tymczasowe/seminar-pol_fr-program-20111207.pdf
--------------------------------------------------------------------------------
[1] M.Augustyn, Opieka Długoterminowa w Polsce. Opis, diagnoza, rekomendacje, Warszawa 2009.
http://boris.home.pl/new_mfsds.boris.org.pl/img/zielona_ksiega_3.pdf
[2] M.Rymsza, Redystrybucyjna i więziotwórcza funkcja ubezpieczenia społecznego a ewolucja systemu emerytalnego w Polsce w: red.J.Hrynkiewicz, Ubezpieczenie społeczne w Polsce, 10 lat reformowania, Warszawa 2011
[3] P. Błędowski, Finansowanie Opieki Długoterminowej w Polsce, w:red.M.Augustyn, Opieka Długoterminowa w Polsce. Opis, diagnoza, rekomendacje, Warszawa 2009.s.137-150
2011-11-20 13:59:59
Premier kojarzony z polityką małych kroków „by ludzi zbyt nie bolało” w expose zapowiedział że jednak czekają nas zdecydowane reformy. Obejmą one także politykę rodzinną. Jednak mimo zapowiedzi konkretnych posunięć ( zmiana w uldze na dziecko i becikowym) wiele wskazuje na to, że w polityce rodzinnej czeka nas raczej kontynuacja niż zmiana. Niestety.
Nierówna polityka rodzinna
Zanim przejdziemy do omówienia rządowych propozycji , przypomnijmy co w tym obszarze przyniosła poprzednia kadencja. Podsumowuje to raport Centrum Analiz Ekonomicznych, z którego wynika, że głównymi beneficjentami polityki podatkowo-zasiłkowej poprzedniej kadencji byli najbogatsi ( gdyż to oni w najpełniejszym stopniu mogli skorzystać z owej ulgi) a nie ubożsi ( którzy nie dość że nie mieli sobie czego odpisać z podatku, to jeszcze część z nich wypadła poza system świadczeń rodzinnych, do których próg uprawniający nie był podnoszony).[1]
Podtrzymywanie tego było zapewne jednym z powodów dla których rozpiętość dochodu rozporządzalnego ( po podatkach i transferach) w społeczeństwie polskim była – według tegorocznego raportu OECD - jedną z najwyższych wśród krajów rozwiniętych. Za nami jedynie Turcja, Meksyk i Chile[2] – słusznie kojarzone z dużymi kontrastami społecznymi.
Czy Tusk zamierza to zmienić tak by środki w większym stopniu trafiały do najbardziej potrzebujących i jednocześnie struktura dochodów się spłaszczała ( co może korzystnie wpłynąć na jakże ważną w obliczu kryzysu i niepewności spójność społecznego)? Niestety nie do końca. Pieniądze zaoszczędzone z odebranej ulgi na 1 dziecko dla zamożnych rodzin mają pójść na zwiększenie ulgi dla wszystkich rodzin wielodzietnych (a więc także tych najbogatszych). Owszem, nie ma nic złego w publicznej kompensacji kosztów wychowywania wielu dzieci nawet w zamożnej rodzinie, ale czy w obliczu kryzysu powinniśmy dla tych zamożnych grup zwiększać jej wysokość, gdy obok są grupy bardziej potrzebujące? W zaprezentowanej przez premiera wizji polityki rodzinnej nie mamy więc przejścia ku logice większej redystrybucji ( i w jej ramach przesunięcia środków do różnych najbardziej potrzebujących grup, w tym wielodzietnych) ale jedynie konserwatywną w swej istocie promocję „wielodzietności”.
Budżet ponad ludźmi
Ważniejszy zarzut jednak dotyczy nie tego co ma być zmienione ale tego co zostanie niezmienione. Z wypowiedzi premiera nie wynika wsparcie dla rodzin, które dotychczas były wykluczone z możliwości korzystania z dobrodziejstw ulgi podatkowej na dziecko.
Główny problem z nią był( i nadal jest) taki, że przy jej obecnej wysokości i zasadach naliczania, nie mogły skorzystać z niej rodziny niezamożne, żyjące z poza-zarobkowych źródeł lub rolnicze ( wśród których ubóstwo jest częste, a szanse rozwojowe dla dzieci mniejsze). Trudno objąć je ulgą, ale można zrekompensować to ekwiwalentnym wsparciem w postaci zasiłku. Tymczasem ani o zwiększeniu ich wysokości ani zwiększeniu progu do nich uprawniającego nie wspomniano. Jest to spójne z całym duchem przemówienia – o ulgach wspomniano bo zmiany w nich były korzystne bądź neutralne z punktu widzenia budżetu, zaś zasiłki pominięto gdyż ewentualne ich zwiększenie oznaczałoby dodatkowe koszty.
Właściwie dyscyplina finansów publicznych i oszczędzanie stały się w przemówieniu fetyszem. Zmiany w polityce rodzinnej były potraktowana wyłącznie przez pryzmat uzdrawiania finansów publicznych. Zamieniono miejscami cel i środek do niego prowadzący. W istocie to właśnie budżet jest po to by życie rodzin ( a mówiąc ogólniej, po prosu ludzi) było bezpieczne i stabilne, a nie zmiany w polityce rodzinnej by budżet ustabilizowany. Widać to też w odniesieniu do becikowego. Proponuje się odebranie prawa do niego dla najbogatszych, ale nie mówi się czy pieniądze pozyskane w ten sposób zostaną przeniesione w inny odcinek polityki rodzinnej, która jako całość jest dramatycznie niedofinansowana. Udział wydatków na rzecz rodzin z dziećmi jest w Polsce jednym z najniższych i wykazał w ostatnich latach tendencję spadkową. ( mogło to wiązać się między innymi właśnie z wypadnięciem części rodzin na skutek nie podnoszonego progu). W obliczu kryzysu trzeba racjonalizować wydatki, ale polityka rodzinna jest jedną z ostatnich dziedzin, w których należałoby oczekiwać oszczędności. Pieniądze jakie można by oszczędzić na poszczególnych, dyskusyjnych instrumentach, powinny być mądrze zainwestowane w innym fragmencie polityki rodzinnej. Celowo używam słowa „inwestycja” gdyż w takich kategoriach należałoby traktować wydatki na pro-rozwojową politykę rodzinną. Przy czym powinna być ona właśnie prorozwojowa, a a w Polsce niestety nie jest i w myśleniu władzy o nowym budżecie również nie widać nowej orientacji.
Nie myśląc o rozwoju
Przede wszystkim powinna ona być w większym
stopniu realizowana przy pomocy społecznych usług publicznych, zwłaszcza jeśli chodzi o dostęp do żłobków i przedszkoli. Ten typ wsparcia rodziny ma tę przewagę nad instrumentami podatkowo-zasiłkowymi, że zwiększają poziom integracji społecznej, podnoszą poziom kapitału ludzkiego a także ułatwiają kobietom wyjście na rynek pracy, przy okazji tworząc zresztą dodatkowe miejsca zatrudnienia. Zwłaszcza ma to znacznie kiedy struktura gospodarki tak jak w Polsce oparta jest na małych i średnich przedsiębiorstwach, a więc takich, dla których urlopy macierzyńskie i wychowawcze dla matek są trudne do przełknięcia w warunkach kryzysu, a inwestowanie w żłobki i przedszkola zbyt kosztowne. Brak dofinansowanej ze środków publicznych podaży tego typu usług może utrudniać utrzymanie się takich firm ( o ile będą zatrudniać młode kobiety) na powierzchni i zachwiać stabilnością polskiej gospodarki, a część z nich zniechęci do zatrudnienia tej grupy potencjalnych pracowników. Polityka odpowiadająca na kryzysowe realia powinna ten problem uwzględniać, co niestety się nie dzieje.
Zapowiadana w okresie przedwyborczym subwencja budżetowa na przedszkola nie znalazła się w wypowiedzi premiera podobnie jak kwestia opieki żłobkowej, choć jak dotąd wiele wskazuje, że przewidziane w ustawie żłobkowej instrumenty mogą nie wystarczyć. W Expose zabrakło zresztą nie tylko kwestii opieki i edukacji małego dziecka, ale w ogóle wzmianki o oświacie. Mimo, że edukacja ( zwłaszcza, na najwcześniejszym etapie) to przecież ważne paliwo rozwoju. Odpowiedzialna polityka powinna rozsądnie odpowiadać zarówno na potrzeby chwili ( w tym wypadku zarządzanie w warunkach kryzysu) jak i wyzwania przyszłości. W zależności od uwarunkowań gospodarczych akcenty mogą być różnie rozłożone. Expose Tuska zostało zdominowane przez pierwszy z celów.
Część komentatorów wprawdzie dostrzega w zapowiedziach Tuska raczej perspektywiczny charakter proponowanych reform ( zwłaszcza w sprawie emerytur) jednak pamiętajmy, że przyszłość to także, a może przede wszystkim, umiejętność inwestycji w dźwignie rozwoju jakimi są kapitał ludzki i społeczny. Obrazem przyszłości nie powinni być tylko jednostki pracujące do 67 roku życia, ale to bardziej spójne, zdrowe i świadome społeczeństwo. Słuchając wypowiedzi premiera taki obraz nie zarysował mi się w wyobraźni. A to nie tylko kwestia wyobraźni i sformułowanych celów, ale zapowiedzi konkretnych działań. Trzeba zacząć projektować, wdrażać i promować je już teraz, zwłaszcza, że inwestycje w kapitał ludzki i społeczny przynoszą ogromny zwrot, ale dopiero po czasie. Expose to dobry moment by właśnie zarysować wizję przyszłego rozwoju. Szkoda, że nienajlepiej wykorzystany przez Tuska.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] http://www.cenea.org.pl/images/stories/pdf/Microsimulation_Reports/CenEA_RaportPrzedwyborczy_MR0111.pdf
[2] http://www.oecd.org/dataoecd/32/20/47723414.pdf, s.11
ofiary edukacyjnej segregacjiNierówna polityka rodzinna
Zanim przejdziemy do omówienia rządowych propozycji , przypomnijmy co w tym obszarze przyniosła poprzednia kadencja. Podsumowuje to raport Centrum Analiz Ekonomicznych, z którego wynika, że głównymi beneficjentami polityki podatkowo-zasiłkowej poprzedniej kadencji byli najbogatsi ( gdyż to oni w najpełniejszym stopniu mogli skorzystać z owej ulgi) a nie ubożsi ( którzy nie dość że nie mieli sobie czego odpisać z podatku, to jeszcze część z nich wypadła poza system świadczeń rodzinnych, do których próg uprawniający nie był podnoszony).[1]
Podtrzymywanie tego było zapewne jednym z powodów dla których rozpiętość dochodu rozporządzalnego ( po podatkach i transferach) w społeczeństwie polskim była – według tegorocznego raportu OECD - jedną z najwyższych wśród krajów rozwiniętych. Za nami jedynie Turcja, Meksyk i Chile[2] – słusznie kojarzone z dużymi kontrastami społecznymi.
Czy Tusk zamierza to zmienić tak by środki w większym stopniu trafiały do najbardziej potrzebujących i jednocześnie struktura dochodów się spłaszczała ( co może korzystnie wpłynąć na jakże ważną w obliczu kryzysu i niepewności spójność społecznego)? Niestety nie do końca. Pieniądze zaoszczędzone z odebranej ulgi na 1 dziecko dla zamożnych rodzin mają pójść na zwiększenie ulgi dla wszystkich rodzin wielodzietnych (a więc także tych najbogatszych). Owszem, nie ma nic złego w publicznej kompensacji kosztów wychowywania wielu dzieci nawet w zamożnej rodzinie, ale czy w obliczu kryzysu powinniśmy dla tych zamożnych grup zwiększać jej wysokość, gdy obok są grupy bardziej potrzebujące? W zaprezentowanej przez premiera wizji polityki rodzinnej nie mamy więc przejścia ku logice większej redystrybucji ( i w jej ramach przesunięcia środków do różnych najbardziej potrzebujących grup, w tym wielodzietnych) ale jedynie konserwatywną w swej istocie promocję „wielodzietności”.
Budżet ponad ludźmi
Ważniejszy zarzut jednak dotyczy nie tego co ma być zmienione ale tego co zostanie niezmienione. Z wypowiedzi premiera nie wynika wsparcie dla rodzin, które dotychczas były wykluczone z możliwości korzystania z dobrodziejstw ulgi podatkowej na dziecko.
Główny problem z nią był( i nadal jest) taki, że przy jej obecnej wysokości i zasadach naliczania, nie mogły skorzystać z niej rodziny niezamożne, żyjące z poza-zarobkowych źródeł lub rolnicze ( wśród których ubóstwo jest częste, a szanse rozwojowe dla dzieci mniejsze). Trudno objąć je ulgą, ale można zrekompensować to ekwiwalentnym wsparciem w postaci zasiłku. Tymczasem ani o zwiększeniu ich wysokości ani zwiększeniu progu do nich uprawniającego nie wspomniano. Jest to spójne z całym duchem przemówienia – o ulgach wspomniano bo zmiany w nich były korzystne bądź neutralne z punktu widzenia budżetu, zaś zasiłki pominięto gdyż ewentualne ich zwiększenie oznaczałoby dodatkowe koszty.
Właściwie dyscyplina finansów publicznych i oszczędzanie stały się w przemówieniu fetyszem. Zmiany w polityce rodzinnej były potraktowana wyłącznie przez pryzmat uzdrawiania finansów publicznych. Zamieniono miejscami cel i środek do niego prowadzący. W istocie to właśnie budżet jest po to by życie rodzin ( a mówiąc ogólniej, po prosu ludzi) było bezpieczne i stabilne, a nie zmiany w polityce rodzinnej by budżet ustabilizowany. Widać to też w odniesieniu do becikowego. Proponuje się odebranie prawa do niego dla najbogatszych, ale nie mówi się czy pieniądze pozyskane w ten sposób zostaną przeniesione w inny odcinek polityki rodzinnej, która jako całość jest dramatycznie niedofinansowana. Udział wydatków na rzecz rodzin z dziećmi jest w Polsce jednym z najniższych i wykazał w ostatnich latach tendencję spadkową. ( mogło to wiązać się między innymi właśnie z wypadnięciem części rodzin na skutek nie podnoszonego progu). W obliczu kryzysu trzeba racjonalizować wydatki, ale polityka rodzinna jest jedną z ostatnich dziedzin, w których należałoby oczekiwać oszczędności. Pieniądze jakie można by oszczędzić na poszczególnych, dyskusyjnych instrumentach, powinny być mądrze zainwestowane w innym fragmencie polityki rodzinnej. Celowo używam słowa „inwestycja” gdyż w takich kategoriach należałoby traktować wydatki na pro-rozwojową politykę rodzinną. Przy czym powinna być ona właśnie prorozwojowa, a a w Polsce niestety nie jest i w myśleniu władzy o nowym budżecie również nie widać nowej orientacji.
Nie myśląc o rozwoju
Przede wszystkim powinna ona być w większym
stopniu realizowana przy pomocy społecznych usług publicznych, zwłaszcza jeśli chodzi o dostęp do żłobków i przedszkoli. Ten typ wsparcia rodziny ma tę przewagę nad instrumentami podatkowo-zasiłkowymi, że zwiększają poziom integracji społecznej, podnoszą poziom kapitału ludzkiego a także ułatwiają kobietom wyjście na rynek pracy, przy okazji tworząc zresztą dodatkowe miejsca zatrudnienia. Zwłaszcza ma to znacznie kiedy struktura gospodarki tak jak w Polsce oparta jest na małych i średnich przedsiębiorstwach, a więc takich, dla których urlopy macierzyńskie i wychowawcze dla matek są trudne do przełknięcia w warunkach kryzysu, a inwestowanie w żłobki i przedszkola zbyt kosztowne. Brak dofinansowanej ze środków publicznych podaży tego typu usług może utrudniać utrzymanie się takich firm ( o ile będą zatrudniać młode kobiety) na powierzchni i zachwiać stabilnością polskiej gospodarki, a część z nich zniechęci do zatrudnienia tej grupy potencjalnych pracowników. Polityka odpowiadająca na kryzysowe realia powinna ten problem uwzględniać, co niestety się nie dzieje.
Zapowiadana w okresie przedwyborczym subwencja budżetowa na przedszkola nie znalazła się w wypowiedzi premiera podobnie jak kwestia opieki żłobkowej, choć jak dotąd wiele wskazuje, że przewidziane w ustawie żłobkowej instrumenty mogą nie wystarczyć. W Expose zabrakło zresztą nie tylko kwestii opieki i edukacji małego dziecka, ale w ogóle wzmianki o oświacie. Mimo, że edukacja ( zwłaszcza, na najwcześniejszym etapie) to przecież ważne paliwo rozwoju. Odpowiedzialna polityka powinna rozsądnie odpowiadać zarówno na potrzeby chwili ( w tym wypadku zarządzanie w warunkach kryzysu) jak i wyzwania przyszłości. W zależności od uwarunkowań gospodarczych akcenty mogą być różnie rozłożone. Expose Tuska zostało zdominowane przez pierwszy z celów.
Część komentatorów wprawdzie dostrzega w zapowiedziach Tuska raczej perspektywiczny charakter proponowanych reform ( zwłaszcza w sprawie emerytur) jednak pamiętajmy, że przyszłość to także, a może przede wszystkim, umiejętność inwestycji w dźwignie rozwoju jakimi są kapitał ludzki i społeczny. Obrazem przyszłości nie powinni być tylko jednostki pracujące do 67 roku życia, ale to bardziej spójne, zdrowe i świadome społeczeństwo. Słuchając wypowiedzi premiera taki obraz nie zarysował mi się w wyobraźni. A to nie tylko kwestia wyobraźni i sformułowanych celów, ale zapowiedzi konkretnych działań. Trzeba zacząć projektować, wdrażać i promować je już teraz, zwłaszcza, że inwestycje w kapitał ludzki i społeczny przynoszą ogromny zwrot, ale dopiero po czasie. Expose to dobry moment by właśnie zarysować wizję przyszłego rozwoju. Szkoda, że nienajlepiej wykorzystany przez Tuska.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] http://www.cenea.org.pl/images/stories/pdf/Microsimulation_Reports/CenEA_RaportPrzedwyborczy_MR0111.pdf
[2] http://www.oecd.org/dataoecd/32/20/47723414.pdf, s.11
2011-11-14 18:06:20
W wielu krajach, w opracowaniach na temat wykluczenia edukacyjnego, czynnikiem który się uwzględnia jest pochodzenie etniczne dziecka. W Polsce ten wątek poruszany jest rzadziej, co ma swoje źródło w stosunkowo jednolitej narodowościowo strukturze społeczeństwa polskiego. Mniejszości nie są statystycznie istotne. Nie zmienia to jednak faktu, że osoby do nich należące nie borykają się z problemem wykluczenia lub marginalizacji. Mała liczebność grupy osób wykluczonych lub zagrożonych wykluczeniem nie powinna zwalniać władzy publicznej z zainteresowania się jej problemami. A takie występują w przypadku dzieci romskich, o których specyficznej sytuacji nieraz zapomina się także w publikacjach na temat nierówności i segregacji edukacyjnych.
Dotychczasowe luki w udokumentowanej wiedzy na ten temat częściowo zapełnia badanie przeprowadzone ostatnio przez naukowców z UJ wespół ze Stowarzyszeniem Romskim. Dowodzi ono bardzo niepokojącej praktyki w polskim systemie oświaty. Polega ona na tym, że dzieci romskie ponadprzeciętnie często trafiają do szkół specjalnych, mimo że ich rzeczywiste predyspozycje intelektualne ku temu nie skłaniają. Jak wynikało z raportu MSWiA do którego w lipcu dotarła GW, aż 20% romskich dzieci chodzi do szkół specjalnych ( w niektórych województwach wskaźnik ten sięgał ponad 30%), podczas gdy wśród wszystkich uczniów wskaźnik ten wynosi 2,8%. Skąd te różnice? Autorzy raportu UJ udowodnili, że wynika to z tego, że dzieci te często mają niższą znajomość polskiego, co sprawia, że podczas testów organizowanych przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne wypadają one znacznie gorzej. Do tego dochodzą zaniedania na wcześniejszych etapach edukacji, łącznie z niekorzystaniem z przygotowania przedszkolnego. Gdy spróbowano zrobić badanie, wyszło na to, że wiele z tych dzieci z orzeczeniem niepełnosprawności mogłoby uczyć się w powszechnym systemie, a część z nich jedynie potrzebowałaby dodatkowych zajęć.
Widzimy, że problem nie dotyczy tylko funkcjonowania szkoły, ale szerzej rozumianej rzeczywistości oświatowej, na którą składają się także poradnie psychologiczno-pedagogiczne, wpływające na alokację uczniów w systemie edukacyjnym. Skutki tego mechanizmu jednak wykraczają poza system edukacyjny, pogłębiając społeczną dezintegracją. Na to niepokojące zjawisko warto spojrzeć w nieco szerszej perspektywie. Z jednej strony przez pryzmat barier integracji mniejszości ( w tym zwłaszcza romskiej) w polskim społeczeństwie i systemie instytucjonalnym, z drugiej strony pod kątem problemu segregacji w polskiej praktyce edukacyjnej.
Z dala od systemu
Trudności z integracją ludności romskiej nie są zjawiskiem nowym, a mają swą długą tradycję zarówno w Polsce jak i w innych krajach. Bariery zresztą pojawiają się po obydwu stronach. Oprócz historyczno-kulturowych tego źródeł dochodzi jeszcze niski status społeczno-ekonomiczny przedstawicieli tej grupy, co utrudnia im wejście do głównego nurtu życia społecznego. Społeczność więc ulega izolacji, co prowadzi do okrzepnięcia wzajemnych stereotypów i uprzedzeń. Kluczem do ich przełamania wydaje się edukacja. Ale nie tylko ze względu na efekty dla osoby objętej nią, ale także ze względu na samo uczestnictwo w powszechnym systemie instytucjonalnym. Potencjalne korzyści z tego płynące są dwojakie. Po pierwsze, edukacja pozwala podnieść kapitał ludzki dzieci romskich, co zwiększa ich szanse odnalezienia się w strukturze społecznej nie tylko na najniższych pozycjach i tym samym osłabiać powszechność skojarzenie między Romem a wykluczonym żebrakiem. Po drugie, obecność w systemie edukacji wraz z autochtonicznymi rówieśnikami prowadzi do interakcji, bezpośredniego poznania się i tym samym może pomóc rozbić stereotypy. Żeby jednak ten potencjał edukacyjny został wykorzystany muszą być spełnione dwa zasadnicze warunki:
1) ograniczenie segregacji polegającej na kierowaniu dzieci romskich do specjalnych szkół lub oddziałów szkolnych;
2) tam gdzie dzieci romskie uczą się w szkołach ogólnodostępnych musi istnieć wsparcie zarówno asystentów romskich jak i stosowane inne instrumenty pozwalające dzieciom romskim radzenie sobie z różnymi sytuacjami szkolnymi na równi z rówieśnikami.
Wspomniany raport pokazał, że w tych obszarach system edukacyjny nie działa jednak tak jak powinien.
W kierunku integracji
Do lat 60 dzieci romskie pozostawały niemal w całości poza polskim systemem oświaty. W drugiej połowy lat sześćdziesiątych objęto dzieci romskie objęto obowiązkiem szkolnym, jednak prawo to traktowane przez społeczności romskie jako element obcego świata gadziów i nie było często respektowane, wobec czego obowiązek szkolny bardzo często nie był realizowany. Pewien przełom stanowił koniec lat 90. kiedy to powstał raport pt „Romowie wobec edukacji swoich dzieci (na przykładzie Cyganów karpackich).” który zainspirował powstanie w 2004 roku. wieloletniego Rządowego Programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce. [1] Jednym z centralnych elementów programu okazała się oświata, w tym wprowadzenie instytucji asystenta romskiego, czyli Roma, który wspierałby nauczyciela w klasie szkolnej, o czym więcej można przeczytać w artykule na stronie Romowie. info, gdzie zwrócono uwagę na szereg trudności optymalnym wykorzystaniu tego instrumentu, jednak mimo to skonkludowano, iż „Na podstawie dotychczasowych doświadczeń wydaje się jednak, że pomysł wprowadzenia asystentów romskich do szkół, uregulowanie prawne i finansowe tego zawodu było jedną z najbardziej udanych inicjatyw Programu” [2]
Drugim ważnym procesem zapoczątkowanym w polskiej polityce oświatowej minionej dekady, odnoszącym się nie tylko do dzieci romskich, było stopniowe przechodzenie do kształcenia dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi w systemie segregacyjnym do kształcenia zintegrowanego i włączającego. Chodziło o to by dzieci niepełnosprawne miały szanse uczenia się wraz z pełnosprawnymi rówieśnikami, a w tym celu miałyby być zastosowane dodatkowe narzędzia dydaktyczne i pedagogiczne, które by im to realnie umożliwiły. Niestety praktyka pokazała, że mimo ilościowych zmian polegającym na spadku udziału dzieci niepełnosprawnych w szkołach i oddziałów specjalnych i jednoczesnym wzroście dzieci w szkołach i oddziałach integracyjnych, zmiany te nie są są oni zadowalające ani jeśli chodzi o tempo ani o jakość. Problem leży już w samej dystrybucji środków na ten cel w ramach subwencji na ten cel ( co od jakiegoś czasu nagłaśnia w ramach projektu „Wszystko-jasne” ) a przecież do pokonania są znacznie trudniejsze bariery ”miękkie” jak nastawienie społeczne środowiska rówieśniczego oraz przygotowanie kadr. Tym niemniej koncepcja integracyjnego jest wciąż aprobowana przez decydentów jak i badaczy. Skoro staramy się część osób niepełnosprawnych kształcić poza systemem szkolnictwa specjalnego, to w niemniejszym stopniu powinno odnosić się to do dzieci pełnosprawnych z deficytami o genezie środowiskowej, a niestety – jak pokazał raport – tak się właśnie nie dzieje w przypadku dużej części dzieci romskich . Praktyka ta idzie totalnie pod prąd przedstawionej powyżej filozofii wobec tego wymaga ewidentnej korekty. Traktowanie pełnosprawnego dziecka jako niepełnosprawnego to wszak oczywisty hamulec jego rozwoju. Działający w ten sposób system instytucjonalny może wręcz prowadzić do zaburzeń rozwojowych takiego dziecka. Problem jest więc bardzo poważny!
Włączyć nie tylko dzieci, ale całe rodziny
Włączenie dzieci romskich , także tych z biologicznie uwarunkowanymi deficytami, wydaje się uzasadnione tym bardziej, iż dzieci te i tak ze względu na swój status społeczno-ekonomiczno-kulturowy już i tak są narażone na wykluczenie i izolację. Jednocześnie należy pamiętać, że przeciwdziałanie wykluczeniu poprzez edukację nie może abstrahować od środowiska pozaszkolnego dziecka i powinno także na nie oddziaływać. Ta zasada powinna odnosić się do edukacji wszelkich dzieci ze środowisk defaworyzowanych, ale szczególnie tam gdzie w środowisku pozaszkolnym może panować nieufność wobec instytucji szkoły. Działania te powinny zatem: po pierwsze, włączać rodziców dziecka w proces kształcenia i wychowanie jego na zasadzie współpracy; po drugie, państwo ( już niekoniecznie za pośrednictwem systemu oświaty) powinno prowadzić działania odnoszące się nie tylko do szans edukacyjnych dziecka, ale także do ogólnych warunków materialnych i socjalnych, w których się wychowuje. Trzeba więc postawić na instrumenty nie tylko szkolne, ale także działania z zakresu pedagogiki społecznej, które by uwzględniały środowiskowe i pozaszkolne uwarunkowania rozwoju danego dziecka lub grupy. W Polsce jest to na razie nieco trudniejsze niż w niektórych krajach ościennych. Jak pisze, Łukasz Kwadrans, autor monografii poświęconej edukacji Romów na przykładzie Czech, Polski i Słowacji:
”Czechy, a szczególnie Słowacja, są w odróżnieniu od Polski krajami, gdzie duża liczba osób reprezentujących różna środowiska i zawody jest zaangażowana w działalność na rzecz poprawy sytuacji społecznej edukacyjnej Romów. W pierwszych dwóch krajach istnieje też większa grupa romskich inteligencji oraz prowadzone są zajęcia cyganologiczne i badania w uniwersytetach i innych instytucjach naukowych. Tym właśnie m.in. różni się edukacja romska w trzech krajach wybranych do badań”[3]
Jest to dodatkowy argument by wspierać edukację ludności romskiej w ramach ścieżek ogólnych, które z czasem doprowadzą do poszerzenia się warstwy romskiej inteligencji, także tej akademickiej, która będzie w stanie reprezentować problemy i potrzeby społeczności romskiej, co może usprawnić narzędzia integracyjne i dydaktyczne wobec tych dzieci w powszechnym systemie edukacyjnym.
Jak już zostało powiedziane, by integracja się powiodła potrzebne jest włączenie nie tylko dzieci, ale częściowo także ich rodziców. Może być to łatwiejsze, gdy szkoła będzie w ramach swego programu i działalności przyjazna kulturze romskiej i okaże się pomocna w krzewieniu wiedzy na temat tej społeczności i jej tradycji. Łukasz Kwadrans wskazuje jeszcze na jedną ważną rzecz leżący u podstaw integracji edukacyjnej dzieci romskich.„ Ważna jest dwoistość rozumienia współczesnej edukacji romskiej. Miałaby ona polegać na wyróżnieniu dwóch funkcji oświaty: pierwszej, polegającej na uczeniu Romów, przygotowaniu ich do życia w społeczeństwie, tworzeniu dla nich programów kształtujących ich dwukulturową tożsamość, i drugiej, mającej na celu edukowanie społeczeństw większości, poszerzenie ich wiedzy o tej grupie etnicznej”.[4]
Widać więc, że integracja więc musi być kierowana nie tylko do dzieci romskich, ale także do nieromskiej większości. Jest to ważne uwaga. Nieraz bowiem integrację rozumie się w sposób asymilacyjny - jako adaptowanie zachowań grupy mniejszościowej do norm grupy większościowej. Jednak bardziej uzasadnione etycznie i praktycznie wydaje się inne podejście, zgodnie z którym wszyscy uczestnicy systemu ( w tym wypadku szkolnego) przystosowywaliby się do współ-życia w warunkach różnorodności. Właściwie ta idea mogłaby przyświecać nie tylko edukacji integracyjnej, ale ogólnie polityce na rzecz integracji społecznej.
Pułapka indywidualizacji
Mówiąc o integracji edukacyjnej dzieci romskich w systemie powszechnym , warto zdać sobie zdać sprawę z jeszcze jednej pułapki, którą zaobserwowano w kontekście kształcenia edukacyjnego wybranych kategorii osób o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Sądzę, iż podobne zagrożenie występuje w przypadku dzieci romskich. Wiąże się ono z tym, że jako receptę na włączenie dzieci z deficytami do głównego nurtu edukacji podaje się stosowanie zindywidualizowanych metod nauczania względem nich. Pułapka indywidualizacji polega na tym, że jeśli nie będzie stosowane to umiejętnie może doprowadzić to do „wrastania w rolę” osoby szczególnie traktowanej, co może nie przysporzyć ich akceptacji w środowisku rówieśniczym ani zdobyć umiejętności radzenia sobie w codziennych sytuacjach. Tego typu ryzyko zaobserwowano w badaniach socjometrycznych prowadzonych przez Zenona Gajdzicę na przykładzie edukacji integracyjnej dzieci niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu lekkim. We wnioskach autor wskazuje, że należy do owej indywidualizacji podchodzić z rezerwą, zaś równolegle jak najwięcej działań nakierowywać na wchodzenie tych dzieci w grupę i ich socjalizację.[5] Wydaje się że podobne ryzyko występuje w sytuacji dzieci romskich ( także tych bez niepełnosprawności) i w związku z tym można zastosować nieco podobną perspektywę działania, którą Z. Gajdzica ujął następująco : „ Warto więc indywidualizować kiedy to konieczne, a socjalizować zawsze, kiedy to możliwe.”[6] . Można też sięgnąć tu też do innego układu odniesienia jakim jest kategoria kapitału społecznego. Poszczególne działania edukacyjne powinny być nakierowane na wzmacniania kapitału społecznego, ale tego o charakterze pomostowym ( bridging social capital), a więc łączącego grupy o odmiennych charakterystykach społeczno-ekonomicznych, tymczasem społeczność romska ( a więc także wychowujące się w niej dzieci) dysponuje z reguły wysokim kapitałem społecznym wiążącym ( bonding social capital) we własnej grupie, co nie sprzyja dobrym relacjom z szerszym otoczeniem i ich edukacyjnej inkluzji. Ów kapitał pomostowy musi być jednak rozwijany na wielu poziomach ( nie tylko szkolnym) i dotyczyć całej społeczności, na przykład włączając je lub ich reprezentantów w projektowanie i wdrażanie programów społecznych na ich rzecz lub na rzecz całej społeczności lokalnej ( wobec której mogliby się poczuć jak pełnoprawni członkowie).
Na tle oświatowych zmian
Miniona kadencja parlamentu przyniosła szereg zmian jeśli chodzi o edukację. Mogą one także przełożyć się na sytuację dzieci romskich.
Pierwszą z tendencji jest skokowy wzrost upowszechnienia edukacji przedszkolnej wśród najmłodszych. Czy obejmie to również dzieci romskie czy pozostaną one poza nawiasem? Jeśli zaistnieje ten drugi scenariusz, to ich szanse w momencie przekroczenia progu szkolnego będą jeszcze mniejsze niż dotąd gdy edukacja przedszkolna nie była tak powszechna. Dlatego należy monitorować to na ile podnoszeniu solaryzacji przedszkolnej towarzyszy uczestnictwo w niej dzieci romskich i przy pomocy jakich bodźców można je zwiększyć.
Drugi obszar zmian to powstałe na mocy szeregu ministerialnych rozporządzeń nowe zasady pracy uczniem o specjalnych potrzebach edukacyjnych ( szkoły mają powoływać w tym celu specjalne zespoły i zakładać karty uczniom ze SPE) a także redefinicja roli poradni pedagogiczno-psychologicznych w tym zakresie. Zmiany te – zwłaszcza, że obecnie wiele uczniów romskich ma specjalne potrzeby edukacyjne – również mogą wpłynąć na sytuację tej grupy.
Należy jednak pamiętać, że aby bardziej skuteczniej włączać do systemu dzieci romskie nie wystarczą instrumenty uniwersalne. Muszą one być wzmocnione przez działania uwzględniające specyfikę przedstawicieli danej kategorii. Raport z końca lat 90. stał się asumptem do zmian w polityce ( zwłaszcza edukacyjnej) względem ludności romskiej. Dobrze by było aby najnowszy raport również odegrał podobna rolę i zapoczątkował kolejny etap zmian polegających na upowszechnieniu i wzmocnieniu dotychczasowych instrumentów ( np. instytucji asystenta romskiego) a także stworzeniu nowych reguł ( np. zmiana systemu orzecznictwa względem tych dzieci tak aby w testach mniej liczyły się kompetencje językowe, co zniekształca diagnozę ich predyspozycji intelektualnych ).
***
Nie jest to kwestia partykularna, dotycząca marginalnej – i niestety również zmarginalizowanej – grupy ( zresztą gdyby tak było, to i tak pamiętajmy – parafrazując słowa prof. Towsenda - że miarą rozwoju społecznego jest to na ile mogą nim cieszyć się najsłabsi jego członkowie). Stawką jednak jest kształt edukacji, a w konsekwencji modelu społeczeństwa jako całości. A mówiąc ściślej – to czy ład społeczny jest gotowy by adaptować się do funkcjonowania w warunkach rosnącej różnorodności. Niska pozycja w systemie oświatowym dzieci romskich stanowi swego rodzaju wskaźnik tego, iż system póki co nie bardzo sobie radzi z tym ważnym, współczesnym wyzwaniem.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] http://www.frd.org.pl/repository/upload/raport_o_sytuacji_edukacji_elementarnej.pdf, s.145-146
[2]http://www.romowie.info/post/-zawod–asystent-edukacji-romskiej/88#
[3] Ł .Kwadrans, Edukacja Romów. Studium porównawcze na przykładzie Czech, Polski i Słowacji, Fundacja integracji Społecznej PROM, Wrocław-Wałbrzych 2008, s.273
[4] Tamże, s 12
[5] Z.Gajdzica, Wybrane aspekty sytuacji szkolnej ucznia z lekkim upośledzeniem umysłowym w procesie kształcenia integracyjnego, w: red. A.Stankowski, Nauczyciel i rodzina w świetle specjalnych potrzeb edukacyjnych dziecka, Katowice 2008, s.177
[6] Tamże, s 177
Nasze zło wspólneDotychczasowe luki w udokumentowanej wiedzy na ten temat częściowo zapełnia badanie przeprowadzone ostatnio przez naukowców z UJ wespół ze Stowarzyszeniem Romskim. Dowodzi ono bardzo niepokojącej praktyki w polskim systemie oświaty. Polega ona na tym, że dzieci romskie ponadprzeciętnie często trafiają do szkół specjalnych, mimo że ich rzeczywiste predyspozycje intelektualne ku temu nie skłaniają. Jak wynikało z raportu MSWiA do którego w lipcu dotarła GW, aż 20% romskich dzieci chodzi do szkół specjalnych ( w niektórych województwach wskaźnik ten sięgał ponad 30%), podczas gdy wśród wszystkich uczniów wskaźnik ten wynosi 2,8%. Skąd te różnice? Autorzy raportu UJ udowodnili, że wynika to z tego, że dzieci te często mają niższą znajomość polskiego, co sprawia, że podczas testów organizowanych przez poradnie psychologiczno-pedagogiczne wypadają one znacznie gorzej. Do tego dochodzą zaniedania na wcześniejszych etapach edukacji, łącznie z niekorzystaniem z przygotowania przedszkolnego. Gdy spróbowano zrobić badanie, wyszło na to, że wiele z tych dzieci z orzeczeniem niepełnosprawności mogłoby uczyć się w powszechnym systemie, a część z nich jedynie potrzebowałaby dodatkowych zajęć.
Widzimy, że problem nie dotyczy tylko funkcjonowania szkoły, ale szerzej rozumianej rzeczywistości oświatowej, na którą składają się także poradnie psychologiczno-pedagogiczne, wpływające na alokację uczniów w systemie edukacyjnym. Skutki tego mechanizmu jednak wykraczają poza system edukacyjny, pogłębiając społeczną dezintegracją. Na to niepokojące zjawisko warto spojrzeć w nieco szerszej perspektywie. Z jednej strony przez pryzmat barier integracji mniejszości ( w tym zwłaszcza romskiej) w polskim społeczeństwie i systemie instytucjonalnym, z drugiej strony pod kątem problemu segregacji w polskiej praktyce edukacyjnej.
Z dala od systemu
Trudności z integracją ludności romskiej nie są zjawiskiem nowym, a mają swą długą tradycję zarówno w Polsce jak i w innych krajach. Bariery zresztą pojawiają się po obydwu stronach. Oprócz historyczno-kulturowych tego źródeł dochodzi jeszcze niski status społeczno-ekonomiczny przedstawicieli tej grupy, co utrudnia im wejście do głównego nurtu życia społecznego. Społeczność więc ulega izolacji, co prowadzi do okrzepnięcia wzajemnych stereotypów i uprzedzeń. Kluczem do ich przełamania wydaje się edukacja. Ale nie tylko ze względu na efekty dla osoby objętej nią, ale także ze względu na samo uczestnictwo w powszechnym systemie instytucjonalnym. Potencjalne korzyści z tego płynące są dwojakie. Po pierwsze, edukacja pozwala podnieść kapitał ludzki dzieci romskich, co zwiększa ich szanse odnalezienia się w strukturze społecznej nie tylko na najniższych pozycjach i tym samym osłabiać powszechność skojarzenie między Romem a wykluczonym żebrakiem. Po drugie, obecność w systemie edukacji wraz z autochtonicznymi rówieśnikami prowadzi do interakcji, bezpośredniego poznania się i tym samym może pomóc rozbić stereotypy. Żeby jednak ten potencjał edukacyjny został wykorzystany muszą być spełnione dwa zasadnicze warunki:
1) ograniczenie segregacji polegającej na kierowaniu dzieci romskich do specjalnych szkół lub oddziałów szkolnych;
2) tam gdzie dzieci romskie uczą się w szkołach ogólnodostępnych musi istnieć wsparcie zarówno asystentów romskich jak i stosowane inne instrumenty pozwalające dzieciom romskim radzenie sobie z różnymi sytuacjami szkolnymi na równi z rówieśnikami.
Wspomniany raport pokazał, że w tych obszarach system edukacyjny nie działa jednak tak jak powinien.
W kierunku integracji
Do lat 60 dzieci romskie pozostawały niemal w całości poza polskim systemem oświaty. W drugiej połowy lat sześćdziesiątych objęto dzieci romskie objęto obowiązkiem szkolnym, jednak prawo to traktowane przez społeczności romskie jako element obcego świata gadziów i nie było często respektowane, wobec czego obowiązek szkolny bardzo często nie był realizowany. Pewien przełom stanowił koniec lat 90. kiedy to powstał raport pt „Romowie wobec edukacji swoich dzieci (na przykładzie Cyganów karpackich).” który zainspirował powstanie w 2004 roku. wieloletniego Rządowego Programu na rzecz społeczności romskiej w Polsce. [1] Jednym z centralnych elementów programu okazała się oświata, w tym wprowadzenie instytucji asystenta romskiego, czyli Roma, który wspierałby nauczyciela w klasie szkolnej, o czym więcej można przeczytać w artykule na stronie Romowie. info, gdzie zwrócono uwagę na szereg trudności optymalnym wykorzystaniu tego instrumentu, jednak mimo to skonkludowano, iż „Na podstawie dotychczasowych doświadczeń wydaje się jednak, że pomysł wprowadzenia asystentów romskich do szkół, uregulowanie prawne i finansowe tego zawodu było jedną z najbardziej udanych inicjatyw Programu” [2]
Drugim ważnym procesem zapoczątkowanym w polskiej polityce oświatowej minionej dekady, odnoszącym się nie tylko do dzieci romskich, było stopniowe przechodzenie do kształcenia dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi w systemie segregacyjnym do kształcenia zintegrowanego i włączającego. Chodziło o to by dzieci niepełnosprawne miały szanse uczenia się wraz z pełnosprawnymi rówieśnikami, a w tym celu miałyby być zastosowane dodatkowe narzędzia dydaktyczne i pedagogiczne, które by im to realnie umożliwiły. Niestety praktyka pokazała, że mimo ilościowych zmian polegającym na spadku udziału dzieci niepełnosprawnych w szkołach i oddziałów specjalnych i jednoczesnym wzroście dzieci w szkołach i oddziałach integracyjnych, zmiany te nie są są oni zadowalające ani jeśli chodzi o tempo ani o jakość. Problem leży już w samej dystrybucji środków na ten cel w ramach subwencji na ten cel ( co od jakiegoś czasu nagłaśnia w ramach projektu „Wszystko-jasne” ) a przecież do pokonania są znacznie trudniejsze bariery ”miękkie” jak nastawienie społeczne środowiska rówieśniczego oraz przygotowanie kadr. Tym niemniej koncepcja integracyjnego jest wciąż aprobowana przez decydentów jak i badaczy. Skoro staramy się część osób niepełnosprawnych kształcić poza systemem szkolnictwa specjalnego, to w niemniejszym stopniu powinno odnosić się to do dzieci pełnosprawnych z deficytami o genezie środowiskowej, a niestety – jak pokazał raport – tak się właśnie nie dzieje w przypadku dużej części dzieci romskich . Praktyka ta idzie totalnie pod prąd przedstawionej powyżej filozofii wobec tego wymaga ewidentnej korekty. Traktowanie pełnosprawnego dziecka jako niepełnosprawnego to wszak oczywisty hamulec jego rozwoju. Działający w ten sposób system instytucjonalny może wręcz prowadzić do zaburzeń rozwojowych takiego dziecka. Problem jest więc bardzo poważny!
Włączyć nie tylko dzieci, ale całe rodziny
Włączenie dzieci romskich , także tych z biologicznie uwarunkowanymi deficytami, wydaje się uzasadnione tym bardziej, iż dzieci te i tak ze względu na swój status społeczno-ekonomiczno-kulturowy już i tak są narażone na wykluczenie i izolację. Jednocześnie należy pamiętać, że przeciwdziałanie wykluczeniu poprzez edukację nie może abstrahować od środowiska pozaszkolnego dziecka i powinno także na nie oddziaływać. Ta zasada powinna odnosić się do edukacji wszelkich dzieci ze środowisk defaworyzowanych, ale szczególnie tam gdzie w środowisku pozaszkolnym może panować nieufność wobec instytucji szkoły. Działania te powinny zatem: po pierwsze, włączać rodziców dziecka w proces kształcenia i wychowanie jego na zasadzie współpracy; po drugie, państwo ( już niekoniecznie za pośrednictwem systemu oświaty) powinno prowadzić działania odnoszące się nie tylko do szans edukacyjnych dziecka, ale także do ogólnych warunków materialnych i socjalnych, w których się wychowuje. Trzeba więc postawić na instrumenty nie tylko szkolne, ale także działania z zakresu pedagogiki społecznej, które by uwzględniały środowiskowe i pozaszkolne uwarunkowania rozwoju danego dziecka lub grupy. W Polsce jest to na razie nieco trudniejsze niż w niektórych krajach ościennych. Jak pisze, Łukasz Kwadrans, autor monografii poświęconej edukacji Romów na przykładzie Czech, Polski i Słowacji:
”Czechy, a szczególnie Słowacja, są w odróżnieniu od Polski krajami, gdzie duża liczba osób reprezentujących różna środowiska i zawody jest zaangażowana w działalność na rzecz poprawy sytuacji społecznej edukacyjnej Romów. W pierwszych dwóch krajach istnieje też większa grupa romskich inteligencji oraz prowadzone są zajęcia cyganologiczne i badania w uniwersytetach i innych instytucjach naukowych. Tym właśnie m.in. różni się edukacja romska w trzech krajach wybranych do badań”[3]
Jest to dodatkowy argument by wspierać edukację ludności romskiej w ramach ścieżek ogólnych, które z czasem doprowadzą do poszerzenia się warstwy romskiej inteligencji, także tej akademickiej, która będzie w stanie reprezentować problemy i potrzeby społeczności romskiej, co może usprawnić narzędzia integracyjne i dydaktyczne wobec tych dzieci w powszechnym systemie edukacyjnym.
Jak już zostało powiedziane, by integracja się powiodła potrzebne jest włączenie nie tylko dzieci, ale częściowo także ich rodziców. Może być to łatwiejsze, gdy szkoła będzie w ramach swego programu i działalności przyjazna kulturze romskiej i okaże się pomocna w krzewieniu wiedzy na temat tej społeczności i jej tradycji. Łukasz Kwadrans wskazuje jeszcze na jedną ważną rzecz leżący u podstaw integracji edukacyjnej dzieci romskich.„ Ważna jest dwoistość rozumienia współczesnej edukacji romskiej. Miałaby ona polegać na wyróżnieniu dwóch funkcji oświaty: pierwszej, polegającej na uczeniu Romów, przygotowaniu ich do życia w społeczeństwie, tworzeniu dla nich programów kształtujących ich dwukulturową tożsamość, i drugiej, mającej na celu edukowanie społeczeństw większości, poszerzenie ich wiedzy o tej grupie etnicznej”.[4]
Widać więc, że integracja więc musi być kierowana nie tylko do dzieci romskich, ale także do nieromskiej większości. Jest to ważne uwaga. Nieraz bowiem integrację rozumie się w sposób asymilacyjny - jako adaptowanie zachowań grupy mniejszościowej do norm grupy większościowej. Jednak bardziej uzasadnione etycznie i praktycznie wydaje się inne podejście, zgodnie z którym wszyscy uczestnicy systemu ( w tym wypadku szkolnego) przystosowywaliby się do współ-życia w warunkach różnorodności. Właściwie ta idea mogłaby przyświecać nie tylko edukacji integracyjnej, ale ogólnie polityce na rzecz integracji społecznej.
Pułapka indywidualizacji
Mówiąc o integracji edukacyjnej dzieci romskich w systemie powszechnym , warto zdać sobie zdać sprawę z jeszcze jednej pułapki, którą zaobserwowano w kontekście kształcenia edukacyjnego wybranych kategorii osób o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Sądzę, iż podobne zagrożenie występuje w przypadku dzieci romskich. Wiąże się ono z tym, że jako receptę na włączenie dzieci z deficytami do głównego nurtu edukacji podaje się stosowanie zindywidualizowanych metod nauczania względem nich. Pułapka indywidualizacji polega na tym, że jeśli nie będzie stosowane to umiejętnie może doprowadzić to do „wrastania w rolę” osoby szczególnie traktowanej, co może nie przysporzyć ich akceptacji w środowisku rówieśniczym ani zdobyć umiejętności radzenia sobie w codziennych sytuacjach. Tego typu ryzyko zaobserwowano w badaniach socjometrycznych prowadzonych przez Zenona Gajdzicę na przykładzie edukacji integracyjnej dzieci niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu lekkim. We wnioskach autor wskazuje, że należy do owej indywidualizacji podchodzić z rezerwą, zaś równolegle jak najwięcej działań nakierowywać na wchodzenie tych dzieci w grupę i ich socjalizację.[5] Wydaje się że podobne ryzyko występuje w sytuacji dzieci romskich ( także tych bez niepełnosprawności) i w związku z tym można zastosować nieco podobną perspektywę działania, którą Z. Gajdzica ujął następująco : „ Warto więc indywidualizować kiedy to konieczne, a socjalizować zawsze, kiedy to możliwe.”[6] . Można też sięgnąć tu też do innego układu odniesienia jakim jest kategoria kapitału społecznego. Poszczególne działania edukacyjne powinny być nakierowane na wzmacniania kapitału społecznego, ale tego o charakterze pomostowym ( bridging social capital), a więc łączącego grupy o odmiennych charakterystykach społeczno-ekonomicznych, tymczasem społeczność romska ( a więc także wychowujące się w niej dzieci) dysponuje z reguły wysokim kapitałem społecznym wiążącym ( bonding social capital) we własnej grupie, co nie sprzyja dobrym relacjom z szerszym otoczeniem i ich edukacyjnej inkluzji. Ów kapitał pomostowy musi być jednak rozwijany na wielu poziomach ( nie tylko szkolnym) i dotyczyć całej społeczności, na przykład włączając je lub ich reprezentantów w projektowanie i wdrażanie programów społecznych na ich rzecz lub na rzecz całej społeczności lokalnej ( wobec której mogliby się poczuć jak pełnoprawni członkowie).
Na tle oświatowych zmian
Miniona kadencja parlamentu przyniosła szereg zmian jeśli chodzi o edukację. Mogą one także przełożyć się na sytuację dzieci romskich.
Pierwszą z tendencji jest skokowy wzrost upowszechnienia edukacji przedszkolnej wśród najmłodszych. Czy obejmie to również dzieci romskie czy pozostaną one poza nawiasem? Jeśli zaistnieje ten drugi scenariusz, to ich szanse w momencie przekroczenia progu szkolnego będą jeszcze mniejsze niż dotąd gdy edukacja przedszkolna nie była tak powszechna. Dlatego należy monitorować to na ile podnoszeniu solaryzacji przedszkolnej towarzyszy uczestnictwo w niej dzieci romskich i przy pomocy jakich bodźców można je zwiększyć.
Drugi obszar zmian to powstałe na mocy szeregu ministerialnych rozporządzeń nowe zasady pracy uczniem o specjalnych potrzebach edukacyjnych ( szkoły mają powoływać w tym celu specjalne zespoły i zakładać karty uczniom ze SPE) a także redefinicja roli poradni pedagogiczno-psychologicznych w tym zakresie. Zmiany te – zwłaszcza, że obecnie wiele uczniów romskich ma specjalne potrzeby edukacyjne – również mogą wpłynąć na sytuację tej grupy.
Należy jednak pamiętać, że aby bardziej skuteczniej włączać do systemu dzieci romskie nie wystarczą instrumenty uniwersalne. Muszą one być wzmocnione przez działania uwzględniające specyfikę przedstawicieli danej kategorii. Raport z końca lat 90. stał się asumptem do zmian w polityce ( zwłaszcza edukacyjnej) względem ludności romskiej. Dobrze by było aby najnowszy raport również odegrał podobna rolę i zapoczątkował kolejny etap zmian polegających na upowszechnieniu i wzmocnieniu dotychczasowych instrumentów ( np. instytucji asystenta romskiego) a także stworzeniu nowych reguł ( np. zmiana systemu orzecznictwa względem tych dzieci tak aby w testach mniej liczyły się kompetencje językowe, co zniekształca diagnozę ich predyspozycji intelektualnych ).
***
Nie jest to kwestia partykularna, dotycząca marginalnej – i niestety również zmarginalizowanej – grupy ( zresztą gdyby tak było, to i tak pamiętajmy – parafrazując słowa prof. Towsenda - że miarą rozwoju społecznego jest to na ile mogą nim cieszyć się najsłabsi jego członkowie). Stawką jednak jest kształt edukacji, a w konsekwencji modelu społeczeństwa jako całości. A mówiąc ściślej – to czy ład społeczny jest gotowy by adaptować się do funkcjonowania w warunkach rosnącej różnorodności. Niska pozycja w systemie oświatowym dzieci romskich stanowi swego rodzaju wskaźnik tego, iż system póki co nie bardzo sobie radzi z tym ważnym, współczesnym wyzwaniem.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] http://www.frd.org.pl/repository/upload/raport_o_sytuacji_edukacji_elementarnej.pdf, s.145-146
[2]http://www.romowie.info/post/-zawod–asystent-edukacji-romskiej/88#
[3] Ł .Kwadrans, Edukacja Romów. Studium porównawcze na przykładzie Czech, Polski i Słowacji, Fundacja integracji Społecznej PROM, Wrocław-Wałbrzych 2008, s.273
[4] Tamże, s 12
[5] Z.Gajdzica, Wybrane aspekty sytuacji szkolnej ucznia z lekkim upośledzeniem umysłowym w procesie kształcenia integracyjnego, w: red. A.Stankowski, Nauczyciel i rodzina w świetle specjalnych potrzeb edukacyjnych dziecka, Katowice 2008, s.177
[6] Tamże, s 177
2011-11-13 14:23:37
To co wydarzyło się 11 listopada po raz kolejny ujawniło wiele palących problemów: frustrację prowadzącą do czynnej agresji w życiu społecznym, żywotności ideologii antydemokratycznych i nie szanujących odmienności i godności innych grup, brak możliwości współ-egzystencji różnych środowisk, całkowite odpodmiotowienie ideologicznych oponentów, jednostronne komentarze mediów różnych opcji itp. W dniu, który mógłby sprzyjać zadumie nad historycznym i współczesnym sensem polskości, ujawnienie się tych złożonych problemów społecznej w dość zwulgaryzowanej formie, powinno podziałać otrzeźwiająco. Nie mam już jednak złudzeń że tak się stanie. Czeka nas raczej wykorzystanie naszego wspólnego problemu do partykularnych politycznych celów. Kaczyński i Palikot jak zwykle wiodą w tym prym. Nihil novi.
Warto jednak na najogólniejszym poziomie zdać sobie sprawę, że ten wymykający się cywilizowanym ramom społeczny antagonizm, który się objawił na ulicach Warszawy, to nasz problem. Problem Polski i Polaków, z którym musimy się systemowo uporać. A nie problem polsko-niemiecki, niezależnie czy uczestniczyli w tych zamieszkach obywatele naszego zachodniego sąsiada czy też nie.
Przekaz Jarosława Kaczyńskiego, że oto Polaków biją Niemcy ( przy zachęcie środowisk lewicowych i bierności polskich władz, rzecz jasna) uważam za uderzający nie tylko w zasady przyzwoitości, ale przede wszystkim polską rację stanu i dobrostan społeczny.
Spór o odpowiedzialność
Przede wszystkim szukanie jakichś symbolicznych paralel do 1918 jest bzdurne. Przybyli zza Odry zadymiarze w żaden sposób nie byli związani z aparatem państwa niemieckiego. Ba nawet w większości nie byli – o ile mi wiadomo – związani z ideologią niemieckiego nacjonalizmu, tylko z ideologiami internacjonalistycznymi. Uproszczony przekaz o walkach polsko-niemieckich jest absurdalny.
Przypomniała mi się przy okazji debata wokół „Złotych Żniw” J.T.Grossa.. Entuzjaści książki twierdzili wówczas, że współcześni Polacy powinni uderzyć się w pierś, zaś wypowiadający się na ten temat w mediach przedstawiciele PIS sugerowali, że „Żniwa” to pokłosie antypolskiej, proniemieckiej propagandy, która chce zrzucić część odpowiedzialności za tamte haniebne i tragiczne wydarzenia na stronę Polską. To nie Polacy, a wybrane jednostki oderwane od struktur podziemnego państwa polskiego i od zdrowej tkanki polskiego społeczeństwa dopuściły się tamtych zbrodni – przekonywali prawicowi politycy i publicyści – wobec czego nie może być mowy o zbiorowej odpowiedzialności narodu polskiego.
Po części można przyznać temu rację ( choć bynajmniej nie w celu zamiecenia pod dywan tych przykrych faktów i refleksji nad ich sensem) z tym, że jeśli PiS byłaby choć trochę konsekwentna w ostrożności przy orzekaniu o zbiorowej odpowiedzialności za zło i tu powstrzymałoby się przed używaniem wielkich kwantyfikatorów typu „Polaków biją Niemcy”. Kiedy lider tej formacji w zależności od politycznych sympatii ( a w gruncie rzeczy od doraźnego politycznego interesu) zmienia perspektywę w kwestiach zasadniczych, jest mało wiarygodny
Problem leży w nas
Wracając do przedwczorajszych wydarzeń, wśród zatrzymanych chuliganów osoby z zagranicy nie były jedyne . W dużej mierze Polaków bili…Polacy. Problem jest wewnętrzny, a nie zewnętrzny. Kaczyńskiemu chcącemu budować swój polityczny kapitał na nawiązaniach do ideologii konserwatywnej polecałbym odświeżenie lektury tekstów szkoły krakowskiej XIX-wiecznych historyków, którzy w sposób trzeźwy źródeł kryzysu polskiej państwowości i wspólnotowości szukali nie w zewnętrznych wrogich siłach, ale przede wszystkim w nas samych, w źle zorganizowanym ładzie społecznym epoki przedrozbiorowej.
Kaczyński zapewne nie mówi tego co mówi pod wpływem wrodzonej germanofobii, ale dlatego, że strategia swoich oponentów jako sprzymierzonych z zewnętrznymi wrogami zdrajców i wykluczenia ich poza wspólnotę trafia na podatny grunt w części społeczeństwa polskiego, którego historia przez minione wieki kształtowała się w warunkach naprzemiennie zagrożenia lub utraty zewnętrznej suwerenności. Tylko, że teraz już tamte geopolityczne warunki w dużej mierze zdezaktualizowały, a traktowanie ich jako generalnych ram prowadzenia polityki trąci myszką i nie odpowiada współczesnym wyzwaniom.
Taka retoryka – na szczęście niepłynąca już z kręgów oficjalnej władzy tylko opozycji- nie tylko pogarsza nasz wizerunek w oczach przedstawicieli innych krajów, ale wywołuje, a przynajmniej wzmacnia, reakcje wśród środowisk radykalnych. Z jednej strony podsyca to nienawiść ze strony radykałów po stronie niemieckiej, z drugiej – poprzez wykluczanie poza wspólnotę prawowitych obywateli pewnej grupy Polaków – prowadzi do część z nich do traktowania polskości z rezerwą, czy wręcz niechęciom. Obszarów wykluczenia mamy już w Polsce co niemiara. Po co dokładać do tego kolejne?
***
Piszę to wszystko jako osoba, która nie była zaangażowana ani w promocję wydarzeń ani w nich uczestnictwo po którejkolwiek ze stron ( choć nie ukrywam, że światopoglądowo bliżej mi do „Kolorowej Niepodległej”) ale przede wszystkim jako ktoś przywiązany do idei polskości, polskiego państwa i budowania w jego ramach inkluzywnej wspólnoty.
W przedwczorajszych wydarzeniach nieco winy ( choć zdecydowanie w różnych proporcjach) można znaleźć po różnych stronach sporu. Jednak najwięcej odpowiedzialności za to, że co roku 11 listopada wygląda tak jak wygląda nie ponoszą ani marginalne grupki narodowców, które zorganizowały marsz ani równie marginalne środowiska radykalnej lewicy, ale przede wszystkim ci mainstreamowi politycy i liderzy opinii publicznej, którzy skupiają się na partykularnych wojnach zamiast merytorycznym sporze i kooperacji wokół kształtu dobra wspólnego.
A także „zła wspólnego” jakim jest uliczna przemoc i jej głębsze społeczne źródła.
partycypacja kluczem do upodmiotowieniaWarto jednak na najogólniejszym poziomie zdać sobie sprawę, że ten wymykający się cywilizowanym ramom społeczny antagonizm, który się objawił na ulicach Warszawy, to nasz problem. Problem Polski i Polaków, z którym musimy się systemowo uporać. A nie problem polsko-niemiecki, niezależnie czy uczestniczyli w tych zamieszkach obywatele naszego zachodniego sąsiada czy też nie.
Przekaz Jarosława Kaczyńskiego, że oto Polaków biją Niemcy ( przy zachęcie środowisk lewicowych i bierności polskich władz, rzecz jasna) uważam za uderzający nie tylko w zasady przyzwoitości, ale przede wszystkim polską rację stanu i dobrostan społeczny.
Spór o odpowiedzialność
Przede wszystkim szukanie jakichś symbolicznych paralel do 1918 jest bzdurne. Przybyli zza Odry zadymiarze w żaden sposób nie byli związani z aparatem państwa niemieckiego. Ba nawet w większości nie byli – o ile mi wiadomo – związani z ideologią niemieckiego nacjonalizmu, tylko z ideologiami internacjonalistycznymi. Uproszczony przekaz o walkach polsko-niemieckich jest absurdalny.
Przypomniała mi się przy okazji debata wokół „Złotych Żniw” J.T.Grossa.. Entuzjaści książki twierdzili wówczas, że współcześni Polacy powinni uderzyć się w pierś, zaś wypowiadający się na ten temat w mediach przedstawiciele PIS sugerowali, że „Żniwa” to pokłosie antypolskiej, proniemieckiej propagandy, która chce zrzucić część odpowiedzialności za tamte haniebne i tragiczne wydarzenia na stronę Polską. To nie Polacy, a wybrane jednostki oderwane od struktur podziemnego państwa polskiego i od zdrowej tkanki polskiego społeczeństwa dopuściły się tamtych zbrodni – przekonywali prawicowi politycy i publicyści – wobec czego nie może być mowy o zbiorowej odpowiedzialności narodu polskiego.
Po części można przyznać temu rację ( choć bynajmniej nie w celu zamiecenia pod dywan tych przykrych faktów i refleksji nad ich sensem) z tym, że jeśli PiS byłaby choć trochę konsekwentna w ostrożności przy orzekaniu o zbiorowej odpowiedzialności za zło i tu powstrzymałoby się przed używaniem wielkich kwantyfikatorów typu „Polaków biją Niemcy”. Kiedy lider tej formacji w zależności od politycznych sympatii ( a w gruncie rzeczy od doraźnego politycznego interesu) zmienia perspektywę w kwestiach zasadniczych, jest mało wiarygodny
Problem leży w nas
Wracając do przedwczorajszych wydarzeń, wśród zatrzymanych chuliganów osoby z zagranicy nie były jedyne . W dużej mierze Polaków bili…Polacy. Problem jest wewnętrzny, a nie zewnętrzny. Kaczyńskiemu chcącemu budować swój polityczny kapitał na nawiązaniach do ideologii konserwatywnej polecałbym odświeżenie lektury tekstów szkoły krakowskiej XIX-wiecznych historyków, którzy w sposób trzeźwy źródeł kryzysu polskiej państwowości i wspólnotowości szukali nie w zewnętrznych wrogich siłach, ale przede wszystkim w nas samych, w źle zorganizowanym ładzie społecznym epoki przedrozbiorowej.
Kaczyński zapewne nie mówi tego co mówi pod wpływem wrodzonej germanofobii, ale dlatego, że strategia swoich oponentów jako sprzymierzonych z zewnętrznymi wrogami zdrajców i wykluczenia ich poza wspólnotę trafia na podatny grunt w części społeczeństwa polskiego, którego historia przez minione wieki kształtowała się w warunkach naprzemiennie zagrożenia lub utraty zewnętrznej suwerenności. Tylko, że teraz już tamte geopolityczne warunki w dużej mierze zdezaktualizowały, a traktowanie ich jako generalnych ram prowadzenia polityki trąci myszką i nie odpowiada współczesnym wyzwaniom.
Taka retoryka – na szczęście niepłynąca już z kręgów oficjalnej władzy tylko opozycji- nie tylko pogarsza nasz wizerunek w oczach przedstawicieli innych krajów, ale wywołuje, a przynajmniej wzmacnia, reakcje wśród środowisk radykalnych. Z jednej strony podsyca to nienawiść ze strony radykałów po stronie niemieckiej, z drugiej – poprzez wykluczanie poza wspólnotę prawowitych obywateli pewnej grupy Polaków – prowadzi do część z nich do traktowania polskości z rezerwą, czy wręcz niechęciom. Obszarów wykluczenia mamy już w Polsce co niemiara. Po co dokładać do tego kolejne?
***
Piszę to wszystko jako osoba, która nie była zaangażowana ani w promocję wydarzeń ani w nich uczestnictwo po którejkolwiek ze stron ( choć nie ukrywam, że światopoglądowo bliżej mi do „Kolorowej Niepodległej”) ale przede wszystkim jako ktoś przywiązany do idei polskości, polskiego państwa i budowania w jego ramach inkluzywnej wspólnoty.
W przedwczorajszych wydarzeniach nieco winy ( choć zdecydowanie w różnych proporcjach) można znaleźć po różnych stronach sporu. Jednak najwięcej odpowiedzialności za to, że co roku 11 listopada wygląda tak jak wygląda nie ponoszą ani marginalne grupki narodowców, które zorganizowały marsz ani równie marginalne środowiska radykalnej lewicy, ale przede wszystkim ci mainstreamowi politycy i liderzy opinii publicznej, którzy skupiają się na partykularnych wojnach zamiast merytorycznym sporze i kooperacji wokół kształtu dobra wspólnego.
A także „zła wspólnego” jakim jest uliczna przemoc i jej głębsze społeczne źródła.
2011-11-05 09:28:21
Wczoraj w ramach zajęć terenowych z służb społecznych zaprowadziliśmy naszym studentów do pensjonatu „Łazarz” – schroniska dla bezdomnych. Od osób opowiadających nam o regułach jego funkcjonowania mogliśmy się dowiedzieć wiele poruszających, nieraz wstrząsających historii na temat dróg życiowych osób, które tam trafiają. Tu jednak ograniczę się do pokazania tych aspektów funkcjonowania placówki, które mogą stanowić przykład dobrych praktyk i inspiracji, nie tylko jeśli chodzi o zarządzanie placówką dla osób bezdomnych, ale też jeśli chodzi o generalne podejście do walki z wykluczeniem społecznym.
Pensjonariusze jako gospodarze
Jednym z kilku pozytywnych wymiarów funkcjonowania ośrodka Łazarz są rozwinięte w nim mechanizmy partycypacji pensjonariuszy. Głównym tego przejawem jest działanie Rady Społecznej Pensjonatu, w ramach której mieszkańcy cyklicznie się spotykają, dyskutują o zasadach funkcjonowania ośrodka ( nie tylko tych ramowych, ale nieraz bardzo szczegółowych, bieżących kwestiach), o tym co chcieliby zmienić, a następnie ich przedstawiciele kierują swoje postulaty do kierownictwa placówki. Dzięki tego możliwe jest nie tylko wyartykułowanie potrzeb i problemów mieszkańców, ale także wzmacnia się w nich poczucie współ-odpowiedzialności za własne otoczenie, rozwija kompetencje społeczne i poczucie sprawstwa. Ponadto Rada Społeczna jest ciałem konsultacyjnym w obliczu trudnych decyzji. Jak mówi kierownik ośrodka Adrianna Porowska najtrudniejsze są sytuacje, w których trzeba odmówić komuś pomocy, np. przyznania mu miejsca w placówce ( obecnie przebywa tam 92 mężczyzn przy czym ośrodek może pomieścić 100, do czego może dojść w warunkach nadchodzącej zimy). Nieraz bywa tak, że pensjonariusz wybiera „wolność”( czytaj: alkohol), a po paru dniach przychodzi znów ( w ośrodku panuje całkowity zakaz spożywania alkoholu) i prosi o przyjęcie. Jest to trudny dylemat, bowiem stawką jest nie tylko zachowanie ładu w ośrodku ale także utrzymanie motywacji do trzeźwości wśród pozostałych ( wielu z nich zmaga się lub zmagało z uzależnieniem, którego jak wiadomo nie można do końca wyleczyć, a jedynie zaleczyć. W tego typu sytuacjach podejmuje się decyzje kolektywnie. Jeden głos ma kierownik, jeden - pracownicy socjalni, jeden – Rada Społeczna i jeden – „kierownik”. Kierownik napisałem w cudzysłowie, albowiem osoba ta, której również mogliśmy posłuchać, to nie zewnętrzny pracownik ale jeden z pensjonariuszy, któremu powierzono taką funkcję ( ciało to więc też jest instrumentem zwiększania partycypacji samych osób bezdomnych). Ogólnie jak wynika z wypowiedzi pani dyrektor działalności placówki przyświeca koncepcja by tu podopieczni czuli się gospodarzami a nie gośćmi. Stąd też wiele innych działań podejmują mieszkańcy, np. gotowanie. Demokratyczne jest tu zresztą nie tylko przygotowywanie posiłków, ale i ich konsumpcja. Pracownicy i pensjonariusze jedzą wspólnie i to samo. W zasadzie nie ma w tym nic niezwykłego i dobrze by było to normą ( jednak niestety doszły do mnie wieści że są placówki socjalne, akurat nie dla bezdomnych, gdzie panuje silnie segregacyjny system spożywania żywności).
Menedżeryzacja i demokratyzacja pod jednym dachem
Oprócz tego działają w ośrodku przedstawiciele służb społecznych. Oprócz dyrektorki, dwoje pracowników socjalnych ( plus jeden, który nie działa na miejscu, tylko jako streetworker, o której to metodzie pisałem szerzej tu[1]), a także wolontariusze o specjalności psychologicznej ( nie otrzymują wynagrodzenia, tylko otrzymują zwrot kosztów np. za dojazdy) oraz osoba, która uczy pensjonariuszy obsługi komputera i Internetu. Jest to jednak mała kadra, wobec czego tak czy inaczej konieczne jest włączenie w zarządzanie placówką samych mieszkańców. Z tego co jednak wynikało z wypowiedzi prowadzących, nie jest to jedynie konieczność wynikająca z ograniczonych zasobów kadrowych, a wynik określonej filozofii przeciwdziałania wykluczeniu.
Jednocześnie pani Adrianna przypomniała, że współcześnie nieuniknione jest podejście menadżerskie w zarządzaniu tego typu instytucjami. Dotyczy to ograniczonych i w części niepewnych zasobów ( z gminy otrzymuje się 50% środków, o resztę trzeba się starać, wyszukując różne źródła). Jak pisze prof. Mirosław Grewiński menedżeryzacja, polegająca na wprowadzeniu do instytucji publicznych mechanizmów wykorzystanych w działaniach organizacji biznesowych jest jedną z ważnych tendencji którym podlega system usług społecznych, nie tylko w Polsce. [2]
Ciekawym zagadnieniem dla rozważań teoretycznych jak i praktycznych jest kwestia tego do jakiego stopnia partycypacyjność da się z ową menedżeryzacją pogodzić. Czy wykorzystanie partycypacji temu sprzyja czy nie. Działalność pensjonatu Łazarz zdaje się pokazywać, że może sprzyjać. Dzięki temu, że część funkcji otrzymują sami mieszkańcy, łatwiej jest utrzymać ład organizacyjny, a także odciąża się częściowo kierownictwo, które może się w większym stopniu zająć fundraisingiem itp.
Aktywizacja – tak, ale nie tylko zawodowa
Sama praca na rzecz ośrodka i angażowanie w różne zajęcia podopiecznych nie jest niczym odosobnionym pośród schronisk ( choć już nie noclegowni) dla bezdomnych. To co wydaje się dość szczególne jeśli chodzi o funkcjonowanie ośrodka „ Łazarz” to nie tylko udział w pracy, ale też udział we władzy, w decydowaniu o warunkach swojego życia. Chyba warto to uwypuklić. Bezdomność to nie tylko sytuacja mieszkaniowa, to często także utrata możliwości bądź kompetencji podmiotowego kształtowania swojego życia i otoczenia. Włączenie ich w mechanizm partycypacji i decydowania wydaje się być działaniem doskonale adresującym owe deficyty. Często w kontekście pomocy społecznej podkreśla się konieczność aktywizacji i narzeka się na to, że obecna polityka raczej utrwala bierność życiową. Samą aktywizację niestety nieraz postrzega się dość jednowymiarowo – jako aktywność na rynku pracy. Takie podejście nie sprzyja rozwiązaniu wielu problemów. Oczywiście znalezienie i utrzymanie pracy może być i środkiem i częściowo celem strategii antywykluczeniowych, ale bynajmniej nie jedynym i nie do końca pasującym do jednostkowych przypadków. Choćby dlatego, że często wykluczenie ( a bezdomność jako jedna z najskrajniejszych jego form zwłaszcza) jest wielowymiarowe, nie dotyczy tylko sytuacji materialnej, ale wiąże się z bardzo rozległymi problemami społecznymi, zdrowotnymi i psychologicznymi osoby nim dotkniętej. Wobec tego by taką osobę wyprowadzić z wykluczenia potrzebny jest cały szereg instrumentów. Przecież część bezdomnych nawet pracuje, a i tak nie jest nieraz gotowa by przejść do życia ‘’ na swoim”. Część bezdomnych natrafia – ze względu na swą przeszłość, nieustabilizowaną sytuację, degradację zdrowotną czy po prostu społeczne uprzedzenia – na liczne bariery wejścia na rynek pracy ( polecam opracowania na ten temat P.Olecha[3]). Ci zaś którzy znajdą pracę, potrzebują jeszcze siły i wytrwałości by ją utrzymać i żyć poza nią ( a pamiętajmy, że są to często ludzie, którzy potracili kontakt z bliskimi i wypadli z sieci społecznych kontaktów, zaś ciężkie przeżycia sprawiły, że coraz trudniej im wchodzić w nowe ( zwłaszcza gdy mają za sobą epizod kryminalny). Owa siłę może dać im i wzmocnić właśnie owa możliwość partycypacji, o której była mowa. Kiedy więc mówimy o potrzebie przejścia pomocy społecznej z form pasywnych do aktywizujących, pamiętajmy o tym by na ową aktywizację patrzeć szeroko, nie tylko w wymiarze rynkowym, ale ogółu działań dzięki podjęciu których bezdomni mogą czuć się podmiotowi.
Godność - nie tylko elementarna
Innym źródłem podmiotowości – czego świadomość mają pracownicy ośrodka – jest zapewnienie tym ludziom godności. W powszechnej świadomości przyjęło się przekonanie, że im należy się byle co a i i tak za to powinni być wdzięczni. Tymczasem jeśli będą oni jedynie „przedmiotem” łaski, za sprawą której zaspokoi się ich tylko najbardziej elementarne, fizjologiczne potrzeby, nie obudzi się w nich na nowo podmiotowość. A ona jest potrzebna by zaczęli wytrwale walczyć o własne usamodzielnienie. Gdy po oficjalnej części wizyty dwoje studentów, najwyraźniej zainteresowanych zagadnieniem, poprosiło o oprowadzenie po całym ośrodku, mogliśmy zobaczyć pokoje w jakich żyją ci ludzie – skromne, ale schludne, przyjazne i w godnych warunkach, tak by nie czuli się ludźmi gorszej kategorii ( pamiętajmy przy tym, że imponujący stan ośrodka to także efekt pracy samych pensjonariuszy, jednak organizatorzy starają się stworzyć im ku temu warunki). Poza zapewnieniem godziwych warunków życia kolejnym elementem filozofii jaka przyświecała założycielowi pensjonatu – ks. Palecznemu – jest obudzenie w tych ludziach marzenia, potrzeby zrobienia o własnych siłach czegoś niezwykłego. W tym celu jeszcze za życia księdza ( nota bene postaci nieco kontrowersyjnej, z którego podejściem a także konkretnymi działaniami nie zawsze się bym zgodził) jego podopieczni wybudowali jacht, którym wypłynięto już na niejeden rejs. Z boku można powiedzieć, że to fanabareria, po co jacht skoro elementarne potrzeby nie są zaspokojone. A no właśnie po to, że ludzi tych nie można sprowadzić do poziomu potrzeb elementarnych ( bo to ich odpodmiotawia, czy wręcz odczłowiecza) tylko należy uznać, że mają takie same prawa do potrzeb wyższego rzędu, do podążania za swoimi marzeniami i realizowanie tego co wykracza poza zapewnienie sobie warunków przetrwania. Z budowy jachtu Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej jest znana nawet bardziej na Zachodzie niż w Polsce. Warto spojrzeć na ów Jacht jako znak rozpoznawczy, dzięki któremu łatwiej zainteresować kolejne grupy całościową działalnością KMPS . W różnych opracowaniach na temat przemian instytucji pomocy społecznej zwraca się uwagę na konieczność ich odpowiedniego PR i zmiany wizerunku, co ma nie tylko zachęcić do korzystania z ich pomocy ale też wpłynąć na nastawienie szerszego otoczenia. A zgodnie ze współczesnymi koncepcjami polityki społecznej ( w tym pomocy społecznej) wykluczenie łatwiej jest przezwyciężyć gdy środowisko jest temu przychylne, a także jest gotowe do współpracy ze służbami.
Pozorne ryzyko demotywacji
Gdy tak dziś przysłuchiwaliśmy się narracji na temat ośrodka, zaświtało w głowie jednak pewne napięcie. Skoro w placówce stosuje się tak wielowymiarowe strategie upodmiotowienia – od zapewnienia godziwych warunków przez wsparcie psychologiczne, pracę socjalną aż po szeroko zakrojoną partycypację i budowę jachtu – czy nie ma ryzyka, że pensjonariusze nie będą chcieli opuszać ośrodka. Wszak poza nim czeka ich przecież trudny los, nieraz samotność, uprzedzenia społeczne, ciężka sytuacja na rynku pracy itp. Jest to często podnoszony w pomocy społecznej dylemat – czy łagodząc stan wykluczenia nie demotywujemy osób nim dotkniętych do przezwyciężania go? Otóż okazuje się, że to nie działa – a przynajmniej nie musi działać – w ten sposób. Wyraził to pan, który pełni ośrodku funkcję kierownika. Mówił, że jest mu tam naprawdę dobrze, ale gdyby mógłby pójść na swoje, gdzie miałby własny kąt – zrobiłby to. Prawdopodobnie działa tu inny mechanizm psychologiczny – im bardziej ludzie czują się godnie i jednocześnie podmiotowo, tym większa w nich wola by żyć samodzielnie i wiara w to, że sobie poradzą.
Toteż napięcie między funkcją „łagodzenia” a „przezwyciężania/wychodzenia’’ w praktyce nie musi być aż tak wyraźne jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Poprawa sytuacji osób bezdomnych w placówkach nie musi oznaczać demotywowania do starań o rozpoczęcia samodzielnego życia, pod warunkiem, że będziemy pamiętać o tym by traktować ich nie przedmiotowo a podmiotowo i poszerzać ich uczestnictwo w podejmowaniu decyzji o własnym życiu i otoczeniu.
--------------------------------------------------------------------------------
[1]http://lewica.pl/blog/bakalarczyk/24817/
[2]Por.M.Grewiński, Transformacja polityki społecznej w Europie – główne kierunki reorganizacji, w: red. M. Grewiński, B. Więckowska, Przeobrażenia sfery usług w systemie zabezpieczenia społecznego, WSP TWP, Warszawa 2011
[3]http://www.fise.org.pl/files/1bezrobocie.org.pl/public/Raporty/POlech_raport_dot_aktywizacji_zawodowej_bezdomnych2.pdf
Zmiany tymczasowe i kosmetycznePensjonariusze jako gospodarze
Jednym z kilku pozytywnych wymiarów funkcjonowania ośrodka Łazarz są rozwinięte w nim mechanizmy partycypacji pensjonariuszy. Głównym tego przejawem jest działanie Rady Społecznej Pensjonatu, w ramach której mieszkańcy cyklicznie się spotykają, dyskutują o zasadach funkcjonowania ośrodka ( nie tylko tych ramowych, ale nieraz bardzo szczegółowych, bieżących kwestiach), o tym co chcieliby zmienić, a następnie ich przedstawiciele kierują swoje postulaty do kierownictwa placówki. Dzięki tego możliwe jest nie tylko wyartykułowanie potrzeb i problemów mieszkańców, ale także wzmacnia się w nich poczucie współ-odpowiedzialności za własne otoczenie, rozwija kompetencje społeczne i poczucie sprawstwa. Ponadto Rada Społeczna jest ciałem konsultacyjnym w obliczu trudnych decyzji. Jak mówi kierownik ośrodka Adrianna Porowska najtrudniejsze są sytuacje, w których trzeba odmówić komuś pomocy, np. przyznania mu miejsca w placówce ( obecnie przebywa tam 92 mężczyzn przy czym ośrodek może pomieścić 100, do czego może dojść w warunkach nadchodzącej zimy). Nieraz bywa tak, że pensjonariusz wybiera „wolność”( czytaj: alkohol), a po paru dniach przychodzi znów ( w ośrodku panuje całkowity zakaz spożywania alkoholu) i prosi o przyjęcie. Jest to trudny dylemat, bowiem stawką jest nie tylko zachowanie ładu w ośrodku ale także utrzymanie motywacji do trzeźwości wśród pozostałych ( wielu z nich zmaga się lub zmagało z uzależnieniem, którego jak wiadomo nie można do końca wyleczyć, a jedynie zaleczyć. W tego typu sytuacjach podejmuje się decyzje kolektywnie. Jeden głos ma kierownik, jeden - pracownicy socjalni, jeden – Rada Społeczna i jeden – „kierownik”. Kierownik napisałem w cudzysłowie, albowiem osoba ta, której również mogliśmy posłuchać, to nie zewnętrzny pracownik ale jeden z pensjonariuszy, któremu powierzono taką funkcję ( ciało to więc też jest instrumentem zwiększania partycypacji samych osób bezdomnych). Ogólnie jak wynika z wypowiedzi pani dyrektor działalności placówki przyświeca koncepcja by tu podopieczni czuli się gospodarzami a nie gośćmi. Stąd też wiele innych działań podejmują mieszkańcy, np. gotowanie. Demokratyczne jest tu zresztą nie tylko przygotowywanie posiłków, ale i ich konsumpcja. Pracownicy i pensjonariusze jedzą wspólnie i to samo. W zasadzie nie ma w tym nic niezwykłego i dobrze by było to normą ( jednak niestety doszły do mnie wieści że są placówki socjalne, akurat nie dla bezdomnych, gdzie panuje silnie segregacyjny system spożywania żywności).
Menedżeryzacja i demokratyzacja pod jednym dachem
Oprócz tego działają w ośrodku przedstawiciele służb społecznych. Oprócz dyrektorki, dwoje pracowników socjalnych ( plus jeden, który nie działa na miejscu, tylko jako streetworker, o której to metodzie pisałem szerzej tu[1]), a także wolontariusze o specjalności psychologicznej ( nie otrzymują wynagrodzenia, tylko otrzymują zwrot kosztów np. za dojazdy) oraz osoba, która uczy pensjonariuszy obsługi komputera i Internetu. Jest to jednak mała kadra, wobec czego tak czy inaczej konieczne jest włączenie w zarządzanie placówką samych mieszkańców. Z tego co jednak wynikało z wypowiedzi prowadzących, nie jest to jedynie konieczność wynikająca z ograniczonych zasobów kadrowych, a wynik określonej filozofii przeciwdziałania wykluczeniu.
Jednocześnie pani Adrianna przypomniała, że współcześnie nieuniknione jest podejście menadżerskie w zarządzaniu tego typu instytucjami. Dotyczy to ograniczonych i w części niepewnych zasobów ( z gminy otrzymuje się 50% środków, o resztę trzeba się starać, wyszukując różne źródła). Jak pisze prof. Mirosław Grewiński menedżeryzacja, polegająca na wprowadzeniu do instytucji publicznych mechanizmów wykorzystanych w działaniach organizacji biznesowych jest jedną z ważnych tendencji którym podlega system usług społecznych, nie tylko w Polsce. [2]
Ciekawym zagadnieniem dla rozważań teoretycznych jak i praktycznych jest kwestia tego do jakiego stopnia partycypacyjność da się z ową menedżeryzacją pogodzić. Czy wykorzystanie partycypacji temu sprzyja czy nie. Działalność pensjonatu Łazarz zdaje się pokazywać, że może sprzyjać. Dzięki temu, że część funkcji otrzymują sami mieszkańcy, łatwiej jest utrzymać ład organizacyjny, a także odciąża się częściowo kierownictwo, które może się w większym stopniu zająć fundraisingiem itp.
Aktywizacja – tak, ale nie tylko zawodowa
Sama praca na rzecz ośrodka i angażowanie w różne zajęcia podopiecznych nie jest niczym odosobnionym pośród schronisk ( choć już nie noclegowni) dla bezdomnych. To co wydaje się dość szczególne jeśli chodzi o funkcjonowanie ośrodka „ Łazarz” to nie tylko udział w pracy, ale też udział we władzy, w decydowaniu o warunkach swojego życia. Chyba warto to uwypuklić. Bezdomność to nie tylko sytuacja mieszkaniowa, to często także utrata możliwości bądź kompetencji podmiotowego kształtowania swojego życia i otoczenia. Włączenie ich w mechanizm partycypacji i decydowania wydaje się być działaniem doskonale adresującym owe deficyty. Często w kontekście pomocy społecznej podkreśla się konieczność aktywizacji i narzeka się na to, że obecna polityka raczej utrwala bierność życiową. Samą aktywizację niestety nieraz postrzega się dość jednowymiarowo – jako aktywność na rynku pracy. Takie podejście nie sprzyja rozwiązaniu wielu problemów. Oczywiście znalezienie i utrzymanie pracy może być i środkiem i częściowo celem strategii antywykluczeniowych, ale bynajmniej nie jedynym i nie do końca pasującym do jednostkowych przypadków. Choćby dlatego, że często wykluczenie ( a bezdomność jako jedna z najskrajniejszych jego form zwłaszcza) jest wielowymiarowe, nie dotyczy tylko sytuacji materialnej, ale wiąże się z bardzo rozległymi problemami społecznymi, zdrowotnymi i psychologicznymi osoby nim dotkniętej. Wobec tego by taką osobę wyprowadzić z wykluczenia potrzebny jest cały szereg instrumentów. Przecież część bezdomnych nawet pracuje, a i tak nie jest nieraz gotowa by przejść do życia ‘’ na swoim”. Część bezdomnych natrafia – ze względu na swą przeszłość, nieustabilizowaną sytuację, degradację zdrowotną czy po prostu społeczne uprzedzenia – na liczne bariery wejścia na rynek pracy ( polecam opracowania na ten temat P.Olecha[3]). Ci zaś którzy znajdą pracę, potrzebują jeszcze siły i wytrwałości by ją utrzymać i żyć poza nią ( a pamiętajmy, że są to często ludzie, którzy potracili kontakt z bliskimi i wypadli z sieci społecznych kontaktów, zaś ciężkie przeżycia sprawiły, że coraz trudniej im wchodzić w nowe ( zwłaszcza gdy mają za sobą epizod kryminalny). Owa siłę może dać im i wzmocnić właśnie owa możliwość partycypacji, o której była mowa. Kiedy więc mówimy o potrzebie przejścia pomocy społecznej z form pasywnych do aktywizujących, pamiętajmy o tym by na ową aktywizację patrzeć szeroko, nie tylko w wymiarze rynkowym, ale ogółu działań dzięki podjęciu których bezdomni mogą czuć się podmiotowi.
Godność - nie tylko elementarna
Innym źródłem podmiotowości – czego świadomość mają pracownicy ośrodka – jest zapewnienie tym ludziom godności. W powszechnej świadomości przyjęło się przekonanie, że im należy się byle co a i i tak za to powinni być wdzięczni. Tymczasem jeśli będą oni jedynie „przedmiotem” łaski, za sprawą której zaspokoi się ich tylko najbardziej elementarne, fizjologiczne potrzeby, nie obudzi się w nich na nowo podmiotowość. A ona jest potrzebna by zaczęli wytrwale walczyć o własne usamodzielnienie. Gdy po oficjalnej części wizyty dwoje studentów, najwyraźniej zainteresowanych zagadnieniem, poprosiło o oprowadzenie po całym ośrodku, mogliśmy zobaczyć pokoje w jakich żyją ci ludzie – skromne, ale schludne, przyjazne i w godnych warunkach, tak by nie czuli się ludźmi gorszej kategorii ( pamiętajmy przy tym, że imponujący stan ośrodka to także efekt pracy samych pensjonariuszy, jednak organizatorzy starają się stworzyć im ku temu warunki). Poza zapewnieniem godziwych warunków życia kolejnym elementem filozofii jaka przyświecała założycielowi pensjonatu – ks. Palecznemu – jest obudzenie w tych ludziach marzenia, potrzeby zrobienia o własnych siłach czegoś niezwykłego. W tym celu jeszcze za życia księdza ( nota bene postaci nieco kontrowersyjnej, z którego podejściem a także konkretnymi działaniami nie zawsze się bym zgodził) jego podopieczni wybudowali jacht, którym wypłynięto już na niejeden rejs. Z boku można powiedzieć, że to fanabareria, po co jacht skoro elementarne potrzeby nie są zaspokojone. A no właśnie po to, że ludzi tych nie można sprowadzić do poziomu potrzeb elementarnych ( bo to ich odpodmiotawia, czy wręcz odczłowiecza) tylko należy uznać, że mają takie same prawa do potrzeb wyższego rzędu, do podążania za swoimi marzeniami i realizowanie tego co wykracza poza zapewnienie sobie warunków przetrwania. Z budowy jachtu Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej jest znana nawet bardziej na Zachodzie niż w Polsce. Warto spojrzeć na ów Jacht jako znak rozpoznawczy, dzięki któremu łatwiej zainteresować kolejne grupy całościową działalnością KMPS . W różnych opracowaniach na temat przemian instytucji pomocy społecznej zwraca się uwagę na konieczność ich odpowiedniego PR i zmiany wizerunku, co ma nie tylko zachęcić do korzystania z ich pomocy ale też wpłynąć na nastawienie szerszego otoczenia. A zgodnie ze współczesnymi koncepcjami polityki społecznej ( w tym pomocy społecznej) wykluczenie łatwiej jest przezwyciężyć gdy środowisko jest temu przychylne, a także jest gotowe do współpracy ze służbami.
Pozorne ryzyko demotywacji
Gdy tak dziś przysłuchiwaliśmy się narracji na temat ośrodka, zaświtało w głowie jednak pewne napięcie. Skoro w placówce stosuje się tak wielowymiarowe strategie upodmiotowienia – od zapewnienia godziwych warunków przez wsparcie psychologiczne, pracę socjalną aż po szeroko zakrojoną partycypację i budowę jachtu – czy nie ma ryzyka, że pensjonariusze nie będą chcieli opuszać ośrodka. Wszak poza nim czeka ich przecież trudny los, nieraz samotność, uprzedzenia społeczne, ciężka sytuacja na rynku pracy itp. Jest to często podnoszony w pomocy społecznej dylemat – czy łagodząc stan wykluczenia nie demotywujemy osób nim dotkniętych do przezwyciężania go? Otóż okazuje się, że to nie działa – a przynajmniej nie musi działać – w ten sposób. Wyraził to pan, który pełni ośrodku funkcję kierownika. Mówił, że jest mu tam naprawdę dobrze, ale gdyby mógłby pójść na swoje, gdzie miałby własny kąt – zrobiłby to. Prawdopodobnie działa tu inny mechanizm psychologiczny – im bardziej ludzie czują się godnie i jednocześnie podmiotowo, tym większa w nich wola by żyć samodzielnie i wiara w to, że sobie poradzą.
Toteż napięcie między funkcją „łagodzenia” a „przezwyciężania/wychodzenia’’ w praktyce nie musi być aż tak wyraźne jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Poprawa sytuacji osób bezdomnych w placówkach nie musi oznaczać demotywowania do starań o rozpoczęcia samodzielnego życia, pod warunkiem, że będziemy pamiętać o tym by traktować ich nie przedmiotowo a podmiotowo i poszerzać ich uczestnictwo w podejmowaniu decyzji o własnym życiu i otoczeniu.
--------------------------------------------------------------------------------
[1]http://lewica.pl/blog/bakalarczyk/24817/
[2]Por.M.Grewiński, Transformacja polityki społecznej w Europie – główne kierunki reorganizacji, w: red. M. Grewiński, B. Więckowska, Przeobrażenia sfery usług w systemie zabezpieczenia społecznego, WSP TWP, Warszawa 2011
[3]http://www.fise.org.pl/files/1bezrobocie.org.pl/public/Raporty/POlech_raport_dot_aktywizacji_zawodowej_bezdomnych2.pdf
2011-10-26 12:15:13
Trudno powiedzieć na ile zorganizowany w czerwcu protest rodziców dzieci niepełnosprawnych pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów[1] przyniósł wymierne efekty. Być może bardziej zadziałały konsultacje Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Rodzin Osób niepełnosprawnych z Rządem 16 września. Nie ulega jednak wątpliwości że od tego czasu w prowadzono zmiany odnośnie zasad przyznawania świadczenia pielęgnacyjnego opiekunom osób niepełnosprawnych, którzy w tym celu zrezygnowali z pracy. Gorzej, że wprowadzone zmiany dotyczące świadczenia nie świadczą o zasadniczej zmianie jeśli chodzi o system opieki nad osobami niesamodzielnymi.
Pierwsza ze zmian to wprowadzone 4 października na fali kampanii wyborczej rozporządzenie przyznające prawo do zwiększenia świadczenia pielęgnacyjnego ( obecnie wynosi 520 złotych) o 100 złotych miesięcznie wszystkim korzystającym z tego świadczenia, którzy złożą do końca października o to wniosek. Podwyżka będzie jednak jest na razie przewidywana tylko do końca roku, a więc można ją dostać w listopadzie i grudniu. ( osoby, które mają swoim otoczeniu kogoś kto mógłby być zainteresowany bezpośrednio sprawą, proszę o ich poinformowanie – na złożenie wniosku zostało raptem parę dni!). Każde 100 złotych więcej może dla tym rodzin się przydać, tym niemniej w skali systemu trudno traktować to poważnie.
Obecnie świadczenie pobiera 166 tys. osób, co jest sporą grupą. Wątpliwe jednak czy informacja o tym, że trzeba złożyć wniosek w tak szybkim terminie dotrze do wielu z nich. Prawdopodobnie nie, tym bardziej, że są to osoby, które właśnie zrezygnowały z pracy by zająć się opieką, a co za tym idzie ograniczyło to ilość sytuacji, w których mieliby okazje zasięgnąć choćby kanałami nieformalnymi informacji o tym uprawnieniu. Rozporządzenie jest więc raczej gestem symbolicznym, nastawionym na to by władza mogła powiedzieć, że jednak coś zrobiła w tej sprawie. Tyle, że to coś to na razie mało, a w dodatku podwyższone świadczenie jest jedynie tymczasowe.
Premier wprawdzie w okresie kampanii zapowiedział, że świadczenie ma zostać w przyszłości istotnie podwyższone . Póki co są to jednak mgliste obietnice, które prawdopodobnie zostaną odsunięte na daleki plan, aż w końcu zapomniane. Może więc znów trzeba będzie wyjść na ulice pod Sejm, by o tym przypomnieć?
Dyskryminacja małżeństwa
Godne odnotowania są też inne zmiany w dostępnie do opieki, które wprowadza znowelizowana ustawa o świadczeniach rodzinnych. W kontekście świadczenia pielęgnacyjnego, istotne jest to, że odtąd będzie można uzyskać do niego prawo w przypadku opieki nad osobą, która jest zamężna. Dotychczas mieliśmy bowiem dość absurdalną sytuację, w której na przykład nie można było uzyskać świadczenia za opiekę nad niesamodzielnym starszym rodzicem w sytuacji, gdy pozostawał on związku małżeńskim. Dotyczyło to także sytuacji, w których małżonek/ małżonka również mogła nie być w stanie sprawować takiej opieki, np. ze względu na zaawansowany wiek. Według zmienionych przepisów można uzyskać świadczenie nad osobą niedołężną, ale pod warunkiem że małżonek tej osoby ma również orzeczenie o znacznym stopniu niepełnosprawności. Nie jest to zmiana zasadnicza Każdy kto zetknął się z opieką długoterminową w praktyce wie jak obciążająca jest to aktywność fizycznie i psychicznie, wobec często starsza osoba, nawet jeśli jest formalnie samodzielna, również nie jest w stanie świadczyć opieki nad swoim mężem czy żoną, wobec tego nie należałoby tworzyć barier dla sprawowania tej opieki przez inne osoby.
Co więcej, nadal nie ruszony został inny absurd – mianowicie, wciąż nie nabywa się prawa świadczenia pielęgnacyjnego na opiekę nad niesamodzielnym mężem czy żoną. Z Wyroku Trybunału Konstytucyjnego wynika wprawdzie, że takie prawo powinno przysługiwać, jednak w ustawie wciąż brak jednoznacznego tego wskazania. Wprawdzie od dawna istnieją informacje, że niektóre gminy wypłacają świadczenie i w takich sytuacjach, nie ma jednak ku temu jednoznacznej podstawy prawnej, więc osoby w takiej sytuacji nie mają gwarancji że świadczenie takie otrzymają ( a jest ryzyko, że tak się nie stanie).
Jest to ewidentna – aczkolwiek kompletnie nie zrozumiała społecznie – dyskryminacja instytucji małżeństwa. Stronnicy pana Terlikowskiego, którzy walczą jak lew w obronie instytucji małżeństwa przed rzekomym atakiem homo-lobby, lepiej żeby pochylili się nad tą sytuacją, w której rzeczywiście mamy do czynienia z dyskryminacją małżeństwa.
Tym bardziej to groteskowe, że jak pokazują badania Instytutu Spraw Obywatelskich w ramach projektu „Przygotowanie do starości” w grupie respondentów w wieku 45-65 lat jedną z najbardziej preferowanych form opieki na starość jest właśnie sprawowana przez żonę/męża.[2] Szkoda, że obecne prawo nie uwzględnia tych preferencji, odbierając ludziom możliwość zaspokojenia swoich potrzeb w sposób najbardziej dla nich atrakcyjny. Dlaczego tak się dzieje? Pewnie dlatego, że jest to duża grupa, więc wykluczenie ich z systemu uprawnień do wsparcia pieniężnego, daje duże oszczędności. Tylko czy powinniśmy się godzić na to aby państwo szukało oszczędności na najsłabszych?
Potrzeba wparcia opiekuna pracującego
Na koniec warto zauważyć, że świadczenie pielęgnacyjne, które zapewne powinno być podwyższone, nie może stać się głównym, a tym bardziej jedynym instrumentem wsparcia jakie przysługuje opiekunom nad osobą samodzielną. A tak się właśnie dzieje w Polsce ( nie licząc zasiłku opiekuńczego wypłacanego pracownikowi, podczas urlopu, który jest jednak krótkotrwały). Świadczenie pielęgnacyjne ma bowiem ten minus, że prowadzi do dezaktywizacji. Nie tylko prowadzi to do niekorzystnego z punktu widzenia całego systemu społeczno-gospodarczego zmniejszenia poziomu aktywności zawodowej ludności, ale przede wszystkim warunkuje ubóstwo opiekunów i ich rodzin, a patrząc szerzej – ich wykluczenie(z rynku pracy, życia społecznego itp.). W obliczu wzrostu udziału osób niesamodzielnych w społeczeństwie ( co nas czeka) nie możemy sobie pozwolić na n utrzymanie status quo. Potrzebne są równoległe instrumenty wsparcia opiekunów, którzy nadal będą pracować, choćby w niepełnym wymiarze. Obecne zmiany w ustawie o świadczeniach rodzinnych tego nie przewidziały, zaś od dawna zapowiadanej ustawy pielęgnacyjnej wciąż nie możemy się doczekać. A sprawa jest coraz bardziej nagląca. Po 2025 odnotujemy skokowy wzrost osób w wieku 80+, co zrodzi ogromny popyt na opiekę. Do tego czasu system powinien być już jako tako przygotowany. Dajmy obecnemu parlamentowi trochę czasu na rozruszanie, ale potem trzeba coraz bardziej kategorycznie naciskać na przeforsowanie obiecywanych zmian.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] http://nowyobywatel.pl/2011/06/28/nalezy-sie-placa-%e2%80%93-nie-zasilek/
[2] Elżbieta Bojanowska, Opieka nad ludźmi starszymi, w: red. Piotr Szukalski, Przygotowanie do starości,Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2009
Zapomniany priorytetPierwsza ze zmian to wprowadzone 4 października na fali kampanii wyborczej rozporządzenie przyznające prawo do zwiększenia świadczenia pielęgnacyjnego ( obecnie wynosi 520 złotych) o 100 złotych miesięcznie wszystkim korzystającym z tego świadczenia, którzy złożą do końca października o to wniosek. Podwyżka będzie jednak jest na razie przewidywana tylko do końca roku, a więc można ją dostać w listopadzie i grudniu. ( osoby, które mają swoim otoczeniu kogoś kto mógłby być zainteresowany bezpośrednio sprawą, proszę o ich poinformowanie – na złożenie wniosku zostało raptem parę dni!). Każde 100 złotych więcej może dla tym rodzin się przydać, tym niemniej w skali systemu trudno traktować to poważnie.
Obecnie świadczenie pobiera 166 tys. osób, co jest sporą grupą. Wątpliwe jednak czy informacja o tym, że trzeba złożyć wniosek w tak szybkim terminie dotrze do wielu z nich. Prawdopodobnie nie, tym bardziej, że są to osoby, które właśnie zrezygnowały z pracy by zająć się opieką, a co za tym idzie ograniczyło to ilość sytuacji, w których mieliby okazje zasięgnąć choćby kanałami nieformalnymi informacji o tym uprawnieniu. Rozporządzenie jest więc raczej gestem symbolicznym, nastawionym na to by władza mogła powiedzieć, że jednak coś zrobiła w tej sprawie. Tyle, że to coś to na razie mało, a w dodatku podwyższone świadczenie jest jedynie tymczasowe.
Premier wprawdzie w okresie kampanii zapowiedział, że świadczenie ma zostać w przyszłości istotnie podwyższone . Póki co są to jednak mgliste obietnice, które prawdopodobnie zostaną odsunięte na daleki plan, aż w końcu zapomniane. Może więc znów trzeba będzie wyjść na ulice pod Sejm, by o tym przypomnieć?
Dyskryminacja małżeństwa
Godne odnotowania są też inne zmiany w dostępnie do opieki, które wprowadza znowelizowana ustawa o świadczeniach rodzinnych. W kontekście świadczenia pielęgnacyjnego, istotne jest to, że odtąd będzie można uzyskać do niego prawo w przypadku opieki nad osobą, która jest zamężna. Dotychczas mieliśmy bowiem dość absurdalną sytuację, w której na przykład nie można było uzyskać świadczenia za opiekę nad niesamodzielnym starszym rodzicem w sytuacji, gdy pozostawał on związku małżeńskim. Dotyczyło to także sytuacji, w których małżonek/ małżonka również mogła nie być w stanie sprawować takiej opieki, np. ze względu na zaawansowany wiek. Według zmienionych przepisów można uzyskać świadczenie nad osobą niedołężną, ale pod warunkiem że małżonek tej osoby ma również orzeczenie o znacznym stopniu niepełnosprawności. Nie jest to zmiana zasadnicza Każdy kto zetknął się z opieką długoterminową w praktyce wie jak obciążająca jest to aktywność fizycznie i psychicznie, wobec często starsza osoba, nawet jeśli jest formalnie samodzielna, również nie jest w stanie świadczyć opieki nad swoim mężem czy żoną, wobec tego nie należałoby tworzyć barier dla sprawowania tej opieki przez inne osoby.
Co więcej, nadal nie ruszony został inny absurd – mianowicie, wciąż nie nabywa się prawa świadczenia pielęgnacyjnego na opiekę nad niesamodzielnym mężem czy żoną. Z Wyroku Trybunału Konstytucyjnego wynika wprawdzie, że takie prawo powinno przysługiwać, jednak w ustawie wciąż brak jednoznacznego tego wskazania. Wprawdzie od dawna istnieją informacje, że niektóre gminy wypłacają świadczenie i w takich sytuacjach, nie ma jednak ku temu jednoznacznej podstawy prawnej, więc osoby w takiej sytuacji nie mają gwarancji że świadczenie takie otrzymają ( a jest ryzyko, że tak się nie stanie).
Jest to ewidentna – aczkolwiek kompletnie nie zrozumiała społecznie – dyskryminacja instytucji małżeństwa. Stronnicy pana Terlikowskiego, którzy walczą jak lew w obronie instytucji małżeństwa przed rzekomym atakiem homo-lobby, lepiej żeby pochylili się nad tą sytuacją, w której rzeczywiście mamy do czynienia z dyskryminacją małżeństwa.
Tym bardziej to groteskowe, że jak pokazują badania Instytutu Spraw Obywatelskich w ramach projektu „Przygotowanie do starości” w grupie respondentów w wieku 45-65 lat jedną z najbardziej preferowanych form opieki na starość jest właśnie sprawowana przez żonę/męża.[2] Szkoda, że obecne prawo nie uwzględnia tych preferencji, odbierając ludziom możliwość zaspokojenia swoich potrzeb w sposób najbardziej dla nich atrakcyjny. Dlaczego tak się dzieje? Pewnie dlatego, że jest to duża grupa, więc wykluczenie ich z systemu uprawnień do wsparcia pieniężnego, daje duże oszczędności. Tylko czy powinniśmy się godzić na to aby państwo szukało oszczędności na najsłabszych?
Potrzeba wparcia opiekuna pracującego
Na koniec warto zauważyć, że świadczenie pielęgnacyjne, które zapewne powinno być podwyższone, nie może stać się głównym, a tym bardziej jedynym instrumentem wsparcia jakie przysługuje opiekunom nad osobą samodzielną. A tak się właśnie dzieje w Polsce ( nie licząc zasiłku opiekuńczego wypłacanego pracownikowi, podczas urlopu, który jest jednak krótkotrwały). Świadczenie pielęgnacyjne ma bowiem ten minus, że prowadzi do dezaktywizacji. Nie tylko prowadzi to do niekorzystnego z punktu widzenia całego systemu społeczno-gospodarczego zmniejszenia poziomu aktywności zawodowej ludności, ale przede wszystkim warunkuje ubóstwo opiekunów i ich rodzin, a patrząc szerzej – ich wykluczenie(z rynku pracy, życia społecznego itp.). W obliczu wzrostu udziału osób niesamodzielnych w społeczeństwie ( co nas czeka) nie możemy sobie pozwolić na n utrzymanie status quo. Potrzebne są równoległe instrumenty wsparcia opiekunów, którzy nadal będą pracować, choćby w niepełnym wymiarze. Obecne zmiany w ustawie o świadczeniach rodzinnych tego nie przewidziały, zaś od dawna zapowiadanej ustawy pielęgnacyjnej wciąż nie możemy się doczekać. A sprawa jest coraz bardziej nagląca. Po 2025 odnotujemy skokowy wzrost osób w wieku 80+, co zrodzi ogromny popyt na opiekę. Do tego czasu system powinien być już jako tako przygotowany. Dajmy obecnemu parlamentowi trochę czasu na rozruszanie, ale potem trzeba coraz bardziej kategorycznie naciskać na przeforsowanie obiecywanych zmian.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] http://nowyobywatel.pl/2011/06/28/nalezy-sie-placa-%e2%80%93-nie-zasilek/
[2] Elżbieta Bojanowska, Opieka nad ludźmi starszymi, w: red. Piotr Szukalski, Przygotowanie do starości,Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2009
2011-10-02 17:16:52
W 2009 roku Parlament Europejski przyjął deklarację o uczynieniu choroby Alzheimera priorytetem polityki zdrowotnej i zalecił krajom członkowskim opracowanie narodowych planów alzheimerowskich. 13 państw już to uczyniło. Niestety nie Polska.
Pokazuje to po raz kolejny, że problemy osób zależnych i ich rodzin polski rząd traktuje bardziej jako sprawę prywatą rodzin, których to dotyczy a nie jako wyzwanie publiczne. Tymczasem problem jest głęboko polityczny i w niektórych punktach dotyka fundamentów ładu społecznego.
Uczynienie choroby Alzheimera kwestią priorytetową dla polityki zdrowotnej może wynikać z kilku powodów. Po pierwsze z powodów ekonomicznych – jak oceniają, eksperci choroby mózgu generują około 35 proc. kosztów w służbie zdrowia!; Po drugie ze względów demograficznych – choroby mózgu wieku starczego będą coraz powszechniejsze w związku ze starzeniem się społeczeństwa, co udział ich kosztów w ogólnych wydatkach na zdrowie jeszcze zwiększy; Po trzecie, choroby demencyjne – a choroba Alzheimera zwłaszcza – w szczególny sposób reorganizuje a często wręcz destabilizuje funkcjonowanie nie tylko jednostki ale jej najbliższego rodzinnego otoczenia.
Dotyczy to zwłaszcza krajów taki jak Polska, która doświadcza głębokiej prywatyzacji systemu opieki (choć nie zawsze w kierunku sektora rynkowego a często nieformalnego) w ogromnej mierze przerzuconej na rodzinę. Choroba Alzheimera jest postrzegana jako na tyle wstydliwa że problem jest spychany w sferę prywatną bardzo głęboko, w zacisze mieszkań. Izoluje to i osoby nią dotknięte i opiekunów, którzy są zmuszeni w sposób stały przybywać przy swoich podopiecznych, którzy mogą doprowadzić do tragedii ( np. wyjść z domu i się zagubić lub odkręcić kurek z gazem i zapomnieć zakręcić). Nawet w godzinach pracy polskim rodzinom trudno jest zapewnić opiekę nad takimi osobami. Obecnie funkcjonuje 12 dziennych domów opieki dla osób z chorobą Alzheimera ( nawet w stolicy tylko 1 i to dla raptem dla 12 osób). ( por.Paweł Walewski, Pamiętajcie o Alzheimerze, Polityka nr 40/2011) Jest to zdecydowanie za mało zważywszy, że według szacunków w Polsce na tą przypadłość cierpi aż 250 tys. osób, choć duża część nie ma postawionej diagnozy. Z kolei zatrudnienie opiekunki jest często bardzo drogie jak na możliwości polskich rodzin. Stała opieka przez parę godzin w ciągu dnia daje koszt rzędu 2000 miesięcznie. To więcej niż wynosi średnia emerytura jaką w Polsce otrzymują osoby starsze.
Oczywiście choroba ta nieraz bywa we wczesnym stadium i osoba nią dotknięta nie wymaga całodobowej opieki, tym niemniej już w pierwszej fazie należy podejmować odpowiednie kroki – pozwalające opóźnić rozwój choroby. A tego w Polsce bardzo często się nie robi. Środowiska zajmujące się tą problematyką ubolewają, że w Polsce okres od pojawienia się pierwszych objawów do ich rozpoznania jest znacznie dłuższy niż w wielu innych krajach.
Od dołu i od góry
Widać, że system ten w wielu wymiarach wymaga ewidentnie stanowczej politycznej zmiany. Wobec braku odgórnego zainteresowania, na uwagę zasługuje powstanie w sierpniu oddolnego podmiotu jakim jest Koalicja Alzheimerowska skupiająca organizacje zajmujące się tymi sprawami. Miejmy nadzieję, że oprócz wzajemnej wymiany doświadczeń będzie ona w stanie inspirować polityczne zmiany i wywierać w tym kierunku nacisk na władze. Praktyka zwłaszcza ostatnich lat pokazuje, że wiele zmian w sferach które zostały wcześniej marginalizowane, mogą ujrzeć światło dzienne i mieć szanse na rozwiązanie dopiero gdy ludzie dotknięci danym problemem się zorganizują. Wydaje mi się, że tak jest np. z organizacjami i rodzinami z niepełnosprawnymi dziećmi Niestety polskie władze same rzadko definiują takie problemy, a formacje opozycyjne również do tego nie pobudzaną. Wobec tego trzeba brać sprawy w swoje ręce –ale nie po to by zwolnić świat polityki od zajmowania się tym, ale wręcz przeciwnie by go do tego ponaglić. Odnalezienie się Polski w strukturach unijnych daje możliwość wymiany doświadczeń między systemami krajowymi ( a ułatwia kontakty między pozarządowymi organizacjami krajowymi, które odtąd działają we wspólnych ramach). Wszystko to zwiększa pole politycznego manewru. W sprawach takich jak ta – powołując się na zalecenia unijne i tam gdzie to możliwe także doświadczenia w krajach członkowskich – należy od dołu lobbować za społecznymi zmianami.
Kierunki zmian
W tym przypadku może zaowocuje to wprowadzeniem zgodnie z zaleceniem PE owego Narodowego Planu Alzheimerowskiego, bez którego koszty zdrowotne będą rosnąć. Jest to więc w naszym wspólnym interesie. Na czym taki plan mógłby się opierać? W mojej skromnej opinii cztery elementy wydają się kluczowe.
Po pierwsze, wczesne diagnozowanie, które umożliwiłoby wczesne leczenie, opóźniające postępowanie choroby. Wymaga to zmian na wielu odcinkach, także w praktyce działania lekarzy rodzinnych, którzy powinni wcześniej kierować swych pacjentów do neurologów. Powinno się też promować wiedzę na temat życia z tą chorobą i możliwościach wsparcia. Wówczas ludzie czując się mniej samotni wobec tego problemu nie będą go wypierać najdłużej jak się tylko da. Ten element systemu jest chyba najtrudniejszy do kształtowania politycznego, gdyż dotyczy wypadkowej wielu podmiotów. Jego powodzenie będzie moim zdaniem w dużej mierze zależało od pozostałych elementów.
Po drugie, szkolenia. Chodzi tu nie tylko o szkolenie w zakresie geriatrycznym służb medycznych ( a według różnych doniesień mamy w tym obszarze kadrowe braki) i socjalnych, ale też możliwość szkoleń powinni mieć także opiekunowie nieformalni. Opieka pielęgnacyjna wymaga pewnych kompetencji, opieka nad osobą niesamodzielną z chorobą alzheimera kompetencji szczególnych, znacznie bardziej złożonych. Nie tylko technicznych czy medycznych, ale też interpersonalnych. Szkolenia te powinny jednak wiązać się z poradnictwem psychologicznym, a wręcz z terapią. Sytuacje z jakimi wiąże się opieka nad chorym na demencję bliskim oznacza ogromny stres i może wręcz prowadzić do zaburzeń psychicznych samego opiekuna.
Po trzecie, opieka wytchnieniowa. Trzeba ją wprowadzić – podobnie jak szkolenia – w systemie opieki długoterminowej ogólnie, ale w kontekście opieki nad osobą z zaburzeniami psychicznymi wytchnienie i zapewnienie na ten czas zastępczej opieki jest szczególnie istotne. Przebywanie z bliskim który na skutek choroby przestaje rozpoznawać najbliższych lub wręcz wykazuje wobec nich agresję to sytuacja na tyle ciężka, że przynajmniej możliwość tymczasowego odpoczynku państwo takiemu opiekunowi powinno zapewnić. W moim odczuciu pomoc taka powinna po pierwsze oznaczać przydzielenie osobie chorej tymczasowej opieki na czas nieobecności opiekuna, a po drugie refundację kosztu wyjazdu by opiekun mógł wypocząć i poprawić stan zdrowia( także w wymiarze psychicznym i społecznym).
Po czwarte, rozbudowa infrastruktury opieki dla osób z tą przypadłością. Polski system nie może opierać się na sektorze nieformalnym ( nawet gdyby był wspomagany), tylko musi być w tym obszarze pewna równowaga. Szczególnie ważna wydaje się rozbudowa form dziennego pobytu. Jak pisałem wyżej względem osób z chorobą alzheimera oferta tych ośrodków w skali kraju jest wciąż śladowa.
To tylko kilka moich sugestii. Mam nadzieję, że bardziej szczegółowych inspiracji i wniosków i rekomendacji dostarczy w tej materii międzynarodowa konferencja która odbędzie się za kilka dni w Warszawie
Przy okazji Międzynarodowego Dnia SenioraPokazuje to po raz kolejny, że problemy osób zależnych i ich rodzin polski rząd traktuje bardziej jako sprawę prywatą rodzin, których to dotyczy a nie jako wyzwanie publiczne. Tymczasem problem jest głęboko polityczny i w niektórych punktach dotyka fundamentów ładu społecznego.
Uczynienie choroby Alzheimera kwestią priorytetową dla polityki zdrowotnej może wynikać z kilku powodów. Po pierwsze z powodów ekonomicznych – jak oceniają, eksperci choroby mózgu generują około 35 proc. kosztów w służbie zdrowia!; Po drugie ze względów demograficznych – choroby mózgu wieku starczego będą coraz powszechniejsze w związku ze starzeniem się społeczeństwa, co udział ich kosztów w ogólnych wydatkach na zdrowie jeszcze zwiększy; Po trzecie, choroby demencyjne – a choroba Alzheimera zwłaszcza – w szczególny sposób reorganizuje a często wręcz destabilizuje funkcjonowanie nie tylko jednostki ale jej najbliższego rodzinnego otoczenia.
Dotyczy to zwłaszcza krajów taki jak Polska, która doświadcza głębokiej prywatyzacji systemu opieki (choć nie zawsze w kierunku sektora rynkowego a często nieformalnego) w ogromnej mierze przerzuconej na rodzinę. Choroba Alzheimera jest postrzegana jako na tyle wstydliwa że problem jest spychany w sferę prywatną bardzo głęboko, w zacisze mieszkań. Izoluje to i osoby nią dotknięte i opiekunów, którzy są zmuszeni w sposób stały przybywać przy swoich podopiecznych, którzy mogą doprowadzić do tragedii ( np. wyjść z domu i się zagubić lub odkręcić kurek z gazem i zapomnieć zakręcić). Nawet w godzinach pracy polskim rodzinom trudno jest zapewnić opiekę nad takimi osobami. Obecnie funkcjonuje 12 dziennych domów opieki dla osób z chorobą Alzheimera ( nawet w stolicy tylko 1 i to dla raptem dla 12 osób). ( por.Paweł Walewski, Pamiętajcie o Alzheimerze, Polityka nr 40/2011) Jest to zdecydowanie za mało zważywszy, że według szacunków w Polsce na tą przypadłość cierpi aż 250 tys. osób, choć duża część nie ma postawionej diagnozy. Z kolei zatrudnienie opiekunki jest często bardzo drogie jak na możliwości polskich rodzin. Stała opieka przez parę godzin w ciągu dnia daje koszt rzędu 2000 miesięcznie. To więcej niż wynosi średnia emerytura jaką w Polsce otrzymują osoby starsze.
Oczywiście choroba ta nieraz bywa we wczesnym stadium i osoba nią dotknięta nie wymaga całodobowej opieki, tym niemniej już w pierwszej fazie należy podejmować odpowiednie kroki – pozwalające opóźnić rozwój choroby. A tego w Polsce bardzo często się nie robi. Środowiska zajmujące się tą problematyką ubolewają, że w Polsce okres od pojawienia się pierwszych objawów do ich rozpoznania jest znacznie dłuższy niż w wielu innych krajach.
Od dołu i od góry
Widać, że system ten w wielu wymiarach wymaga ewidentnie stanowczej politycznej zmiany. Wobec braku odgórnego zainteresowania, na uwagę zasługuje powstanie w sierpniu oddolnego podmiotu jakim jest Koalicja Alzheimerowska skupiająca organizacje zajmujące się tymi sprawami. Miejmy nadzieję, że oprócz wzajemnej wymiany doświadczeń będzie ona w stanie inspirować polityczne zmiany i wywierać w tym kierunku nacisk na władze. Praktyka zwłaszcza ostatnich lat pokazuje, że wiele zmian w sferach które zostały wcześniej marginalizowane, mogą ujrzeć światło dzienne i mieć szanse na rozwiązanie dopiero gdy ludzie dotknięci danym problemem się zorganizują. Wydaje mi się, że tak jest np. z organizacjami i rodzinami z niepełnosprawnymi dziećmi Niestety polskie władze same rzadko definiują takie problemy, a formacje opozycyjne również do tego nie pobudzaną. Wobec tego trzeba brać sprawy w swoje ręce –ale nie po to by zwolnić świat polityki od zajmowania się tym, ale wręcz przeciwnie by go do tego ponaglić. Odnalezienie się Polski w strukturach unijnych daje możliwość wymiany doświadczeń między systemami krajowymi ( a ułatwia kontakty między pozarządowymi organizacjami krajowymi, które odtąd działają we wspólnych ramach). Wszystko to zwiększa pole politycznego manewru. W sprawach takich jak ta – powołując się na zalecenia unijne i tam gdzie to możliwe także doświadczenia w krajach członkowskich – należy od dołu lobbować za społecznymi zmianami.
Kierunki zmian
W tym przypadku może zaowocuje to wprowadzeniem zgodnie z zaleceniem PE owego Narodowego Planu Alzheimerowskiego, bez którego koszty zdrowotne będą rosnąć. Jest to więc w naszym wspólnym interesie. Na czym taki plan mógłby się opierać? W mojej skromnej opinii cztery elementy wydają się kluczowe.
Po pierwsze, wczesne diagnozowanie, które umożliwiłoby wczesne leczenie, opóźniające postępowanie choroby. Wymaga to zmian na wielu odcinkach, także w praktyce działania lekarzy rodzinnych, którzy powinni wcześniej kierować swych pacjentów do neurologów. Powinno się też promować wiedzę na temat życia z tą chorobą i możliwościach wsparcia. Wówczas ludzie czując się mniej samotni wobec tego problemu nie będą go wypierać najdłużej jak się tylko da. Ten element systemu jest chyba najtrudniejszy do kształtowania politycznego, gdyż dotyczy wypadkowej wielu podmiotów. Jego powodzenie będzie moim zdaniem w dużej mierze zależało od pozostałych elementów.
Po drugie, szkolenia. Chodzi tu nie tylko o szkolenie w zakresie geriatrycznym służb medycznych ( a według różnych doniesień mamy w tym obszarze kadrowe braki) i socjalnych, ale też możliwość szkoleń powinni mieć także opiekunowie nieformalni. Opieka pielęgnacyjna wymaga pewnych kompetencji, opieka nad osobą niesamodzielną z chorobą alzheimera kompetencji szczególnych, znacznie bardziej złożonych. Nie tylko technicznych czy medycznych, ale też interpersonalnych. Szkolenia te powinny jednak wiązać się z poradnictwem psychologicznym, a wręcz z terapią. Sytuacje z jakimi wiąże się opieka nad chorym na demencję bliskim oznacza ogromny stres i może wręcz prowadzić do zaburzeń psychicznych samego opiekuna.
Po trzecie, opieka wytchnieniowa. Trzeba ją wprowadzić – podobnie jak szkolenia – w systemie opieki długoterminowej ogólnie, ale w kontekście opieki nad osobą z zaburzeniami psychicznymi wytchnienie i zapewnienie na ten czas zastępczej opieki jest szczególnie istotne. Przebywanie z bliskim który na skutek choroby przestaje rozpoznawać najbliższych lub wręcz wykazuje wobec nich agresję to sytuacja na tyle ciężka, że przynajmniej możliwość tymczasowego odpoczynku państwo takiemu opiekunowi powinno zapewnić. W moim odczuciu pomoc taka powinna po pierwsze oznaczać przydzielenie osobie chorej tymczasowej opieki na czas nieobecności opiekuna, a po drugie refundację kosztu wyjazdu by opiekun mógł wypocząć i poprawić stan zdrowia( także w wymiarze psychicznym i społecznym).
Po czwarte, rozbudowa infrastruktury opieki dla osób z tą przypadłością. Polski system nie może opierać się na sektorze nieformalnym ( nawet gdyby był wspomagany), tylko musi być w tym obszarze pewna równowaga. Szczególnie ważna wydaje się rozbudowa form dziennego pobytu. Jak pisałem wyżej względem osób z chorobą alzheimera oferta tych ośrodków w skali kraju jest wciąż śladowa.
To tylko kilka moich sugestii. Mam nadzieję, że bardziej szczegółowych inspiracji i wniosków i rekomendacji dostarczy w tej materii międzynarodowa konferencja która odbędzie się za kilka dni w Warszawie
2011-10-01 16:29:25
1 października obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Seniora. Choć wiele wyzwań związanych ze starzeniem się społeczeństw i zmianami statusu w nich osób starszych ma charakter ogólno cywilizacyjny. jakość życia seniorów zależy też od polityki realizowanej poszczególnych krajach czy społecznościach lokalnych. W tymże kontekście spojrzeliśmy na sytuację osób starszych w przygotowanym przez Ośrodek Myśli Społecznej raporcie "Z godnością w jesień życia. Socjaldemokratyczny program dla osób starszych’’. pod red.Michała Syski.
Do lektury zachęcam, a tymczasem na okoliczność święta, pozwolę sobie na przytoczenie kilku wniosków płynących z raportu. Zwłaszcza tych umykających nieraz publicznej debacie, w której obraz życia seniorów bywa zniekształcony. Widać to na przykładzie stosunku do instytucji KRUS, którą przedstawia się niemal wyłącznie jako instytucję obciążającą budżet , wyraz nieracjonalności i niesprawiedliwości systemu socjalnego w Polsce, a osoby otrzymujące z niego świadczenia jako niemalże pasożytów. Zapomina się, że w okresie transformacji to właśnie wieś wchłonęła wiele rodzących się problemów społecznych jak ubóstwo czy bezrobocie, a KRUS był w zasadzie jedyną instytucją osłonową dla tych grup. Przede wszystkim jednak – jak pokazuje w raporcie specjalistka od spraw zabezpieczenia społecznego Janina Petelczyc - osobne systemy zabezpieczenia emerytalnego rolników są standardem także w innych krajach, co wynika choćby z charakteru pracy tej grupy zawodowej ( dochody są niepewne, zależne np. od warunków pogodowych). Jak dodaje badaczka, wszystkie omawiane przez nią kraje ( Niemcy, Francja i Finlandia) dofinansowują w dużej z budżetu ten segment zabezpieczenia społecznego. Jednocześnie w Polsce udział rolniczej ludności jest po prostu znacznie większy niż w wielu innych krajach, co może rzutować częściowo na poziom wydatków na ten cel. Patrząc na to z perspektywy tego co otrzymuje świadczeniobiorca w systemie KRUS, podstawowa emerytura rolnicza jest bardzo skromna – wynosiła w 2011 tylko 718 zł ( 2,5 razy mniej niż przeciętna emerytura w systemie powszechnym). W debacie publicznej notorycznie przypomina się o tym, że rolnicy płacą niskie składki, ale skrzętnie pomija to, że równie mało otrzymują w zamian.
Autorka choć dostrzega nieprawidłowości w funkcjonowaniu KRUS i widzi potrzebę zmian, przypomina, że nie powinniśmy patrzeć na problem seniorów na wsi przez pryzmat KRUS ( do czego nieraz sprowadza się to w publicznej debacie) ale dostrzec szersze uwarunkowania i przemiany życia na polskiej wsi. Proponowane przez nią rekomendację obejmują ową wielowymiarowość.
Średnia przydatność wartości
średniej
Toteż warunki życia seniorów na wsi nie są łatwe, na co składa się wiele innych, także pozamaterialnych, powodów. Ubóstwo jednak jest jednym z nich. Zagadnieniu temu, nie tylko w kontekście wsi, poświęciliśmy osobny rozdział. Polemizujemy tu z obecnym w dyskursie przeświadczeniem, że wykluczenie seniorów ma zazwyczaj charakter głównie pozaekonomiczny ( w odróżnieniu od absolwentów, dzieci czy młodych rodzin).Przeświadczenie to choć, oparte na statystykach, pomija ważne kwestie. Często na przykład problem biedy seniorów zamiata się pod dywan, zasłaniając się wartością średnich emerytur. Przedwczoraj w TVN widziałem wymianę zdań między posłem SLD Wiklińskim a ministrem PO Jackiem Rostkowskim. Wikliński podawał liczby osób muszących przeżyć za głodowe najniższe emerytury, na co Rostowski ripostować, że średnia emerytura nie jest wcale niska i wynosi tyle a tyle. Komentarz dziennikarza ( z wykresem w tle pokazującym przeciętny poziom emerytur ) był taki, że bliższy prawdy jest minister Rostkowski. Otóż to świadoma lub nieświadoma dziennikarka manipulacja. Oba twierdzenia się przecież nie wykluczają. Przy średniej emeryturze, którą podał minister finansów, jest możliwe istnienie grupy ludzi którzy żyją na tak niskim poziomie jak powiedział poseł SLD. Obaj więc mówili prawdę, przy czym prawda Rostowskiego odnosiła się do wielkości która jest mało miarodajna. Nie mówi ona bowiem o rozkładzie dochodów. Weźmy prosty przykład. W jednym dwuosobowym układzie jedna osoba ma milion złotych a druga nic, zaś w drugim obie osoby po 500 000 złotych . Średnia w obu układach jest ta sama, mimo że są one ze społecznego punktu widzenia zgoła odmienne. W przypadku emerytur i tak te różnice są spłaszczone w porównaniu np. z rozpiętością w zarobkach, a tym bardziej majątkach, tym niemniej i tu zróżnicowanie występuje, a jego pochodną jest to iż część osób starszych żyje naprawdę bardzo skromnie.
Nad progiem, a wciąż wykluczeni
Wymiarów tego zróżnicowania jest sporo, choćby ze względu na płeć, czego głębszej systemowej analizy zwieńczonej rekomendacjami dokonała w raporcie Maria Skóra. Od siebie dodam, że źródłem tego oprócz dobrze rozpoznanej dyskryminacji na rynku pracy, przerywaniem kariery zawodowej w związku z macierzyństwem czy wcześniejszym wiekiem przechodzenia na emeryturę ( przy równocześnie dłuższym okresie życia) jest także to co omawiamy w innym rozdziale – czyli rodzinny model opieki nad seniorami. Osoby w wieku 50+, w tym zwłaszcza kobiety, często wycofują się z rynku pracy właśnie ze względu na konieczność opieki nad sędziwymi seniorami. W tym punkcie według mnie programy aktywizacji osób 50+, jak ten rządowy, napotykają na istotną, a nie zawsze braną pod uwagę barierę. W Polsce w przypadku osób po 50, szczególnie silny musi się stawać syndrom tzw. sandwich generation – osób obciążonych z dwóch stron opieką nad rodzicami w wieku podeszłym i własnymi wnukami. Pokutuje tu fakt, że w Polsce słabo zinstytucjonalizowana jest opieka zarówno nad najstarszymi jak i najmłodszymi obywatelami. Prowadzi to do przeciążenia i osłabienia potencjału zdrowotnego i społecznego starzejących się opiekunów, nie otrzymujących ani gratyfikacji ani wsparcia z tego tytułu.
Wracając do problemu dochodów, innym rzekomym dowodem na niezłą sytuację emerytów ma być fakt, że osoby starsze stosunkowo rzadko żyją poniżej linii ubóstwa relatywnego). To prawda, tyle że miarę tę też należy traktować z pewnym dystansem. Znów wykorzystajmy prosty schemat . Załóżmy, że granica ubóstwa wynosi X złotych a wszyscy seniorzy otrzymują X+1 zł emerytury. Wówczas zagrożenie ubóstwem w tej grupie wiekowej jest równe 0, ale czy faktycznie mówi to aż tak wiele o jej sytuacji materialnej? Oczywiście to tylko sytuacja abstrakcyjna, w istocie mamy w Polsce osoby starsze i zamożne i biedne, ale schemat ten w kontekście realnej sytuacji materialnej osób starszych warto było przytoczyć, bowiem istotnie wielu z nich osiąga dochody niewiele wyższe od minimum socjalnego, co często prowadzi do tego, że żyją bardzo skromnie. W Polsce gdzie progi ubóstwa są ustalone dość nisko w relacji do potrzeb, nawet nieznaczne ich przekroczenie często nie umożliwia życia na godnym poziomie. I tak – jak wynika z porównawczych badań nad ubóstwem seniorów dokonywanych przez Asghara Zaidi – choć polscy seniorzy są na tle rówieśników z UE stosunkowo słabo dotknięci ryzykiem ubóstwa relatywnego, to już jeśli chodzi o zagrożenie materialną deprywacją , jest ono wśród polskich seniorów szczególnie wysokie. Trudno znaleźć drugi unijny kraj gdzie w tej grupie wiekowej różnice wiedzy tymi dwoma miarami ubóstwa były tak pokaźne.
Poza tym relatywna granica ubóstwa jest właśnie mierzona „względem” innych grup. W sytuacji wysokiego bezrobocia, kiedy wiele osób w wieku produkcyjnym popada w ubóstwo, poziom dochodów emerytów staje się „relatywnie’’ znośny, co jednak nie musi oznaczać tego, że żyje im się realnie nieźle. W Polsce – między innymi za sprawą marginalizacji polityki rodzinnej - część młodych rodzin z dziećmi ( zwłaszcza tych wielodzietnych) żyje w takiej biedzie w przeliczeniu na głowę w gospodarstwie domowym, że na ich tle nawet bardzo skromna ( ale przynajmniej stabilna) emerytura jawi się niemalże jako materialny luksus.
Nie przesadza się starych drzew
Tyle jeśli chodzi o dochody. A przecież nie mniej ważna jest struktura wydatków. W przypadku seniorów wysokich ze względu na ogromne koszty na zdrowie ( zwłaszcza leki) a także inne koszty stałe związane z utrzymaniem mieszkania. Duży udział wydatków stałych w budżetach domowych emerytów sprawia, że w obliczu trudnej sytuację materialnej trudno oszczędzać. Ludzie starzy często zamieszkają poza tym mieszkania zbyt duże do swoich potrzeb, których utrzymanie jest kosztowne. I to trudno zmienić, nie tylko ze względu na skurczoną bazę mieszkaniową, ale przede wszystkim na czynniki psychologiczne, których nie możemy pominąć myśląc o polityce wobec osób starszych. Z wiekiem zmniejsza się podatność na zmiany, a przywiązanie do miejsc w których się żyło od lat rośnie. Nie dotyczy to zresztą samego mieszkania, ale też otoczenia, do miejsc w których bywają. Siła przywiązania do niektórych miejsc wśród osób starszych jest nieraz ogromna. Obserwują to swojej ulubionej kawiarni na rogu placu Zbawiciela, gdzie niemal codziennie w porze obiadowej można spotkać te same, starsze osoby. Przywiązanie do znajomych miejsc, może być potęgowane faktem, że w najstarszym pokoleniu jest wciąż wysoki poziom wykluczenia cyfrowego ( w raporcie pisze o tym bardziej wnikliwie Agnieszka Dziemianowicz-Bąk) wobec czego możliwości integracji na odległość są ograniczone, a większego znaczenia nabierają kontakty bezpośrednie, w najbliższym otoczeniu.
Dlatego jedną z głównych rekomendacji wieńczących rozdział poświęcony opiece nad seniorami jest potrzeba przesunięciaa akcentów z opieki stacjonarnej na środowiskową i półotwartą. W Polsce mamy dla osób niesamodzielnych póki co taką alternatywę: z jednej strony pozostawanie w domu bez opieki, pod opieką członka rodziny ( który z reguły nie otrzymuje z tego tytułu wparcia)lub opieką zatrudnionego najczęściej na czarno obcego, nie zawsze przygotowanego, opiekuna; a z drugiej strony przebywanie w często niegwarantującym intymności domu pomocy społecznej, w pewnej izolacji, z dala od swojego otoczenia. Tymczasem zbyt słabo rozwinięta jest wciąż infrastruktura form pośrednich od dziennych domów pomocy społecznej przez rodzinne domy pomocy i mieszkania chronione przez usługi świadczone w domu świadczeniobiorcy. Można też rozważyć – jak sugeruje Andrzej Mielczarek- „ Możliwość wspólnego zamieszkania seniorów w domach opiekuńczych, położonych w pobliżu ich miejsca zamieszkania, z zapewnieniem całodobowej opieki medycznej (Szwecja)’’. Okazuje się, że opieka instytucjonalna nie musi być wykorzeniona ze środowiska dotychczasowego życia osoby starszej. Żeby te formy środowiskowe były efektywnie wykorzystane i spełniły swój zasadniczy cel inkluzji – potrzebne jest jednak nie tylko zapewnienie wspomnianych usług, ale także poprawa całej infrastruktury architektonicznej i transportowej, by była przyjazna dla osoby niepełnosprawnej, czy wręcz niesamodzielnej.
Niedocenione zasługi i możliwości
Wpis zacząłem od wypunktowania problemów ( a jest ich znacznie więcej) ale Międzynarodowy Dzień Seniora może także stanowić pretekst by powiedzieć o pozytywnych rzeczach, o społecznych zasługach – minionych i obecnych – starszej generacji oraz ich – niestety często nie wykorzystanym – potencjale. Te zasługi są często pomijane w ramach narzekań, że oto nieproduktywni emeryci staruszkowie korzystają z wypracowanych przez młodszych składek. Nieraz towarzyszy temu retoryka tzw. demografii apokaliptycznej, w myśl której starzenie społeczeństwa doprowadzi do zawalenia się całego systemu społecznego. Taka perspektywa stawia osoby starsze, zwłaszcza te które już nie pracują, w kłopotliwej sytuacji, gdyż czują się nie tylko niepotrzebne ale jakby winne tych zagrożeń. Może to – wraz z obecnym we współczesnej kulturze kultem niezależności i młodości – prowadzić do wycofywania się osób starszych z życia społecznego a nieraz z życia w ogóle ( przed dwoma laty w Polityka zamieściła artykuł o samobójstwach wśród osób starszych). Dyskurs niezadowolenia, że ze składek dziś pracujących ( a częściowo także z budżetu) finansuje się emerytury dzisiejszym emerytom, nie uwzględnia tego, że przecież to starsze pokolenie w swoim okresie produkcyjnych z kolei finansowało emerytury poprzednikom. Taki jest mechanizm solidarności międzypokoleniowej. Poza tym – co również warto podkreślić – stworzyli oni warunki, dzięki którym młodsi są dziś w stanie pracować ( choćby poprzez zapewnienie im wcześniej wychowania, opieki i systemu edukacji). Aczkolwiek osoby starsze mają zasługi nie tylko przeszłe, ale i obecne. Różne zestawienia porównawcze pokazują, że w Polsce osoby starsze w znacznie większym stopniu angażują się w opiekę nad wnukami i pomoc rodzinie. To oczywiście częściowo także skutek zaniedbań w publicznej polityce rodzinnej. Pokolenie dziadków za sprawą swojej pomocy w opiece nad wnuczętami przynajmniej częściowo hamuje spadek dzietności i dezaktywizacji kobiet w wieku produkcyjnym, a tym samym trochę ratuje strukturę demograficzną!Niestety aktywności osób starszych w sferze rodzinnej, towarzyszy znacznie mniejsza niż w większości krajów UE partycypacja w życiu społecznym. Jedno z resztą wiąże się z drugim. Zamknięcie przedstawicieli starszego pokolenia tylko w kręgu ról rodzinnych miewa negatywne skutki zwłaszcza dla tych osób starszych, które żyją z dala od swojej rodziny. Bo poza nią nie ma dla nich stworzonej odpowiedniej przestrzeni uczestnictwa. Szczególnie ważne wydaje się wykorzystanie osób starszych w sektorze społecznym. Tymczasem w debacie publicznej raczej podkreśla się potrzebę jak najdłuższej ich obecności na rynku pracy. Dla mnie to nie jest aż tak oczywiste, bowiem w obliczu ograniczoności miejsc pracy ( i dość niemrawej polityki polskich władz by je stymulować ich tworzenie zarówno w sektorze prywatnym jak i publicznym) pojawia się ryzyko, że pracy będzie jeszcze mniej dla młodych pokoleń. Niewielką aktywność starszego pokolenia też wiąże się z marną kondycją zdrowotną polskiego społeczeństwa ( por. raport Centrum Analiz Ekonomicznych) co daje o sobie znać najbardziej w starszym wieku. Dlatego też polityka wobec starości powinna silniej akcentować rehabilitację i profilaktykę ( przy czym mówiąc o profilaktyce mam na myśli nie tylko oddziaływanie na zachowania ale także na warunki życia i pracy, które rzutują na stan zdrowia ludzi).
A na koniec pozytywny akcent. Mimo złego stanu zdrowia Polaków, zwłaszcza tych najstarszych, są odstępstwa od tej zasady. Niedawno się dowiedziałem, ze w tym roku w moim instytucie seminarium doktoranckie poprowadzi po raz kolejny prof. Rajkiewicz – postać ważna w dziedzinie polityki społecznej. Dziś Pan Profesor ma lat 90, a zajęcia są wciąż żywe. W zeszłym roku bywało, że rozpoczynały się od przytaczanych przez prowadzącego nowinek jakie to publikacje w ostatnim czasie ukazały się w tematyce podejmowanej przez doktorantów . Mam nadzieję, że dzięki skutecznej polityce wobec osób starszych, z czasem więcej osób będzie mogło dożyć starości we względnym zdrowiu i możliwości uczestnictwa w społeczeństwie. Ale tu ważna uwaga – nie należy absolutyzować paradygmatu „active old age”. Polityka społeczna nadal powinna sobie stawiać za cel nie tyle to by wszyscy byli jak najsprawniejsi, ale przede wszystkim to by także osoby słabsze i mniej sprawne mogły cieszyć się możliwie godnym życiem.
Młodzi niepełnosprawni 2011 w sferze oświatyDo lektury zachęcam, a tymczasem na okoliczność święta, pozwolę sobie na przytoczenie kilku wniosków płynących z raportu. Zwłaszcza tych umykających nieraz publicznej debacie, w której obraz życia seniorów bywa zniekształcony. Widać to na przykładzie stosunku do instytucji KRUS, którą przedstawia się niemal wyłącznie jako instytucję obciążającą budżet , wyraz nieracjonalności i niesprawiedliwości systemu socjalnego w Polsce, a osoby otrzymujące z niego świadczenia jako niemalże pasożytów. Zapomina się, że w okresie transformacji to właśnie wieś wchłonęła wiele rodzących się problemów społecznych jak ubóstwo czy bezrobocie, a KRUS był w zasadzie jedyną instytucją osłonową dla tych grup. Przede wszystkim jednak – jak pokazuje w raporcie specjalistka od spraw zabezpieczenia społecznego Janina Petelczyc - osobne systemy zabezpieczenia emerytalnego rolników są standardem także w innych krajach, co wynika choćby z charakteru pracy tej grupy zawodowej ( dochody są niepewne, zależne np. od warunków pogodowych). Jak dodaje badaczka, wszystkie omawiane przez nią kraje ( Niemcy, Francja i Finlandia) dofinansowują w dużej z budżetu ten segment zabezpieczenia społecznego. Jednocześnie w Polsce udział rolniczej ludności jest po prostu znacznie większy niż w wielu innych krajach, co może rzutować częściowo na poziom wydatków na ten cel. Patrząc na to z perspektywy tego co otrzymuje świadczeniobiorca w systemie KRUS, podstawowa emerytura rolnicza jest bardzo skromna – wynosiła w 2011 tylko 718 zł ( 2,5 razy mniej niż przeciętna emerytura w systemie powszechnym). W debacie publicznej notorycznie przypomina się o tym, że rolnicy płacą niskie składki, ale skrzętnie pomija to, że równie mało otrzymują w zamian.
Autorka choć dostrzega nieprawidłowości w funkcjonowaniu KRUS i widzi potrzebę zmian, przypomina, że nie powinniśmy patrzeć na problem seniorów na wsi przez pryzmat KRUS ( do czego nieraz sprowadza się to w publicznej debacie) ale dostrzec szersze uwarunkowania i przemiany życia na polskiej wsi. Proponowane przez nią rekomendację obejmują ową wielowymiarowość.
Średnia przydatność wartości
średniej
Toteż warunki życia seniorów na wsi nie są łatwe, na co składa się wiele innych, także pozamaterialnych, powodów. Ubóstwo jednak jest jednym z nich. Zagadnieniu temu, nie tylko w kontekście wsi, poświęciliśmy osobny rozdział. Polemizujemy tu z obecnym w dyskursie przeświadczeniem, że wykluczenie seniorów ma zazwyczaj charakter głównie pozaekonomiczny ( w odróżnieniu od absolwentów, dzieci czy młodych rodzin).Przeświadczenie to choć, oparte na statystykach, pomija ważne kwestie. Często na przykład problem biedy seniorów zamiata się pod dywan, zasłaniając się wartością średnich emerytur. Przedwczoraj w TVN widziałem wymianę zdań między posłem SLD Wiklińskim a ministrem PO Jackiem Rostkowskim. Wikliński podawał liczby osób muszących przeżyć za głodowe najniższe emerytury, na co Rostowski ripostować, że średnia emerytura nie jest wcale niska i wynosi tyle a tyle. Komentarz dziennikarza ( z wykresem w tle pokazującym przeciętny poziom emerytur ) był taki, że bliższy prawdy jest minister Rostkowski. Otóż to świadoma lub nieświadoma dziennikarka manipulacja. Oba twierdzenia się przecież nie wykluczają. Przy średniej emeryturze, którą podał minister finansów, jest możliwe istnienie grupy ludzi którzy żyją na tak niskim poziomie jak powiedział poseł SLD. Obaj więc mówili prawdę, przy czym prawda Rostowskiego odnosiła się do wielkości która jest mało miarodajna. Nie mówi ona bowiem o rozkładzie dochodów. Weźmy prosty przykład. W jednym dwuosobowym układzie jedna osoba ma milion złotych a druga nic, zaś w drugim obie osoby po 500 000 złotych . Średnia w obu układach jest ta sama, mimo że są one ze społecznego punktu widzenia zgoła odmienne. W przypadku emerytur i tak te różnice są spłaszczone w porównaniu np. z rozpiętością w zarobkach, a tym bardziej majątkach, tym niemniej i tu zróżnicowanie występuje, a jego pochodną jest to iż część osób starszych żyje naprawdę bardzo skromnie.
Nad progiem, a wciąż wykluczeni
Wymiarów tego zróżnicowania jest sporo, choćby ze względu na płeć, czego głębszej systemowej analizy zwieńczonej rekomendacjami dokonała w raporcie Maria Skóra. Od siebie dodam, że źródłem tego oprócz dobrze rozpoznanej dyskryminacji na rynku pracy, przerywaniem kariery zawodowej w związku z macierzyństwem czy wcześniejszym wiekiem przechodzenia na emeryturę ( przy równocześnie dłuższym okresie życia) jest także to co omawiamy w innym rozdziale – czyli rodzinny model opieki nad seniorami. Osoby w wieku 50+, w tym zwłaszcza kobiety, często wycofują się z rynku pracy właśnie ze względu na konieczność opieki nad sędziwymi seniorami. W tym punkcie według mnie programy aktywizacji osób 50+, jak ten rządowy, napotykają na istotną, a nie zawsze braną pod uwagę barierę. W Polsce w przypadku osób po 50, szczególnie silny musi się stawać syndrom tzw. sandwich generation – osób obciążonych z dwóch stron opieką nad rodzicami w wieku podeszłym i własnymi wnukami. Pokutuje tu fakt, że w Polsce słabo zinstytucjonalizowana jest opieka zarówno nad najstarszymi jak i najmłodszymi obywatelami. Prowadzi to do przeciążenia i osłabienia potencjału zdrowotnego i społecznego starzejących się opiekunów, nie otrzymujących ani gratyfikacji ani wsparcia z tego tytułu.
Wracając do problemu dochodów, innym rzekomym dowodem na niezłą sytuację emerytów ma być fakt, że osoby starsze stosunkowo rzadko żyją poniżej linii ubóstwa relatywnego). To prawda, tyle że miarę tę też należy traktować z pewnym dystansem. Znów wykorzystajmy prosty schemat . Załóżmy, że granica ubóstwa wynosi X złotych a wszyscy seniorzy otrzymują X+1 zł emerytury. Wówczas zagrożenie ubóstwem w tej grupie wiekowej jest równe 0, ale czy faktycznie mówi to aż tak wiele o jej sytuacji materialnej? Oczywiście to tylko sytuacja abstrakcyjna, w istocie mamy w Polsce osoby starsze i zamożne i biedne, ale schemat ten w kontekście realnej sytuacji materialnej osób starszych warto było przytoczyć, bowiem istotnie wielu z nich osiąga dochody niewiele wyższe od minimum socjalnego, co często prowadzi do tego, że żyją bardzo skromnie. W Polsce gdzie progi ubóstwa są ustalone dość nisko w relacji do potrzeb, nawet nieznaczne ich przekroczenie często nie umożliwia życia na godnym poziomie. I tak – jak wynika z porównawczych badań nad ubóstwem seniorów dokonywanych przez Asghara Zaidi – choć polscy seniorzy są na tle rówieśników z UE stosunkowo słabo dotknięci ryzykiem ubóstwa relatywnego, to już jeśli chodzi o zagrożenie materialną deprywacją , jest ono wśród polskich seniorów szczególnie wysokie. Trudno znaleźć drugi unijny kraj gdzie w tej grupie wiekowej różnice wiedzy tymi dwoma miarami ubóstwa były tak pokaźne.
Poza tym relatywna granica ubóstwa jest właśnie mierzona „względem” innych grup. W sytuacji wysokiego bezrobocia, kiedy wiele osób w wieku produkcyjnym popada w ubóstwo, poziom dochodów emerytów staje się „relatywnie’’ znośny, co jednak nie musi oznaczać tego, że żyje im się realnie nieźle. W Polsce – między innymi za sprawą marginalizacji polityki rodzinnej - część młodych rodzin z dziećmi ( zwłaszcza tych wielodzietnych) żyje w takiej biedzie w przeliczeniu na głowę w gospodarstwie domowym, że na ich tle nawet bardzo skromna ( ale przynajmniej stabilna) emerytura jawi się niemalże jako materialny luksus.
Nie przesadza się starych drzew
Tyle jeśli chodzi o dochody. A przecież nie mniej ważna jest struktura wydatków. W przypadku seniorów wysokich ze względu na ogromne koszty na zdrowie ( zwłaszcza leki) a także inne koszty stałe związane z utrzymaniem mieszkania. Duży udział wydatków stałych w budżetach domowych emerytów sprawia, że w obliczu trudnej sytuację materialnej trudno oszczędzać. Ludzie starzy często zamieszkają poza tym mieszkania zbyt duże do swoich potrzeb, których utrzymanie jest kosztowne. I to trudno zmienić, nie tylko ze względu na skurczoną bazę mieszkaniową, ale przede wszystkim na czynniki psychologiczne, których nie możemy pominąć myśląc o polityce wobec osób starszych. Z wiekiem zmniejsza się podatność na zmiany, a przywiązanie do miejsc w których się żyło od lat rośnie. Nie dotyczy to zresztą samego mieszkania, ale też otoczenia, do miejsc w których bywają. Siła przywiązania do niektórych miejsc wśród osób starszych jest nieraz ogromna. Obserwują to swojej ulubionej kawiarni na rogu placu Zbawiciela, gdzie niemal codziennie w porze obiadowej można spotkać te same, starsze osoby. Przywiązanie do znajomych miejsc, może być potęgowane faktem, że w najstarszym pokoleniu jest wciąż wysoki poziom wykluczenia cyfrowego ( w raporcie pisze o tym bardziej wnikliwie Agnieszka Dziemianowicz-Bąk) wobec czego możliwości integracji na odległość są ograniczone, a większego znaczenia nabierają kontakty bezpośrednie, w najbliższym otoczeniu.
Dlatego jedną z głównych rekomendacji wieńczących rozdział poświęcony opiece nad seniorami jest potrzeba przesunięciaa akcentów z opieki stacjonarnej na środowiskową i półotwartą. W Polsce mamy dla osób niesamodzielnych póki co taką alternatywę: z jednej strony pozostawanie w domu bez opieki, pod opieką członka rodziny ( który z reguły nie otrzymuje z tego tytułu wparcia)lub opieką zatrudnionego najczęściej na czarno obcego, nie zawsze przygotowanego, opiekuna; a z drugiej strony przebywanie w często niegwarantującym intymności domu pomocy społecznej, w pewnej izolacji, z dala od swojego otoczenia. Tymczasem zbyt słabo rozwinięta jest wciąż infrastruktura form pośrednich od dziennych domów pomocy społecznej przez rodzinne domy pomocy i mieszkania chronione przez usługi świadczone w domu świadczeniobiorcy. Można też rozważyć – jak sugeruje Andrzej Mielczarek- „ Możliwość wspólnego zamieszkania seniorów w domach opiekuńczych, położonych w pobliżu ich miejsca zamieszkania, z zapewnieniem całodobowej opieki medycznej (Szwecja)’’. Okazuje się, że opieka instytucjonalna nie musi być wykorzeniona ze środowiska dotychczasowego życia osoby starszej. Żeby te formy środowiskowe były efektywnie wykorzystane i spełniły swój zasadniczy cel inkluzji – potrzebne jest jednak nie tylko zapewnienie wspomnianych usług, ale także poprawa całej infrastruktury architektonicznej i transportowej, by była przyjazna dla osoby niepełnosprawnej, czy wręcz niesamodzielnej.
Niedocenione zasługi i możliwości
Wpis zacząłem od wypunktowania problemów ( a jest ich znacznie więcej) ale Międzynarodowy Dzień Seniora może także stanowić pretekst by powiedzieć o pozytywnych rzeczach, o społecznych zasługach – minionych i obecnych – starszej generacji oraz ich – niestety często nie wykorzystanym – potencjale. Te zasługi są często pomijane w ramach narzekań, że oto nieproduktywni emeryci staruszkowie korzystają z wypracowanych przez młodszych składek. Nieraz towarzyszy temu retoryka tzw. demografii apokaliptycznej, w myśl której starzenie społeczeństwa doprowadzi do zawalenia się całego systemu społecznego. Taka perspektywa stawia osoby starsze, zwłaszcza te które już nie pracują, w kłopotliwej sytuacji, gdyż czują się nie tylko niepotrzebne ale jakby winne tych zagrożeń. Może to – wraz z obecnym we współczesnej kulturze kultem niezależności i młodości – prowadzić do wycofywania się osób starszych z życia społecznego a nieraz z życia w ogóle ( przed dwoma laty w Polityka zamieściła artykuł o samobójstwach wśród osób starszych). Dyskurs niezadowolenia, że ze składek dziś pracujących ( a częściowo także z budżetu) finansuje się emerytury dzisiejszym emerytom, nie uwzględnia tego, że przecież to starsze pokolenie w swoim okresie produkcyjnych z kolei finansowało emerytury poprzednikom. Taki jest mechanizm solidarności międzypokoleniowej. Poza tym – co również warto podkreślić – stworzyli oni warunki, dzięki którym młodsi są dziś w stanie pracować ( choćby poprzez zapewnienie im wcześniej wychowania, opieki i systemu edukacji). Aczkolwiek osoby starsze mają zasługi nie tylko przeszłe, ale i obecne. Różne zestawienia porównawcze pokazują, że w Polsce osoby starsze w znacznie większym stopniu angażują się w opiekę nad wnukami i pomoc rodzinie. To oczywiście częściowo także skutek zaniedbań w publicznej polityce rodzinnej. Pokolenie dziadków za sprawą swojej pomocy w opiece nad wnuczętami przynajmniej częściowo hamuje spadek dzietności i dezaktywizacji kobiet w wieku produkcyjnym, a tym samym trochę ratuje strukturę demograficzną!Niestety aktywności osób starszych w sferze rodzinnej, towarzyszy znacznie mniejsza niż w większości krajów UE partycypacja w życiu społecznym. Jedno z resztą wiąże się z drugim. Zamknięcie przedstawicieli starszego pokolenia tylko w kręgu ról rodzinnych miewa negatywne skutki zwłaszcza dla tych osób starszych, które żyją z dala od swojej rodziny. Bo poza nią nie ma dla nich stworzonej odpowiedniej przestrzeni uczestnictwa. Szczególnie ważne wydaje się wykorzystanie osób starszych w sektorze społecznym. Tymczasem w debacie publicznej raczej podkreśla się potrzebę jak najdłuższej ich obecności na rynku pracy. Dla mnie to nie jest aż tak oczywiste, bowiem w obliczu ograniczoności miejsc pracy ( i dość niemrawej polityki polskich władz by je stymulować ich tworzenie zarówno w sektorze prywatnym jak i publicznym) pojawia się ryzyko, że pracy będzie jeszcze mniej dla młodych pokoleń. Niewielką aktywność starszego pokolenia też wiąże się z marną kondycją zdrowotną polskiego społeczeństwa ( por. raport Centrum Analiz Ekonomicznych) co daje o sobie znać najbardziej w starszym wieku. Dlatego też polityka wobec starości powinna silniej akcentować rehabilitację i profilaktykę ( przy czym mówiąc o profilaktyce mam na myśli nie tylko oddziaływanie na zachowania ale także na warunki życia i pracy, które rzutują na stan zdrowia ludzi).
A na koniec pozytywny akcent. Mimo złego stanu zdrowia Polaków, zwłaszcza tych najstarszych, są odstępstwa od tej zasady. Niedawno się dowiedziałem, ze w tym roku w moim instytucie seminarium doktoranckie poprowadzi po raz kolejny prof. Rajkiewicz – postać ważna w dziedzinie polityki społecznej. Dziś Pan Profesor ma lat 90, a zajęcia są wciąż żywe. W zeszłym roku bywało, że rozpoczynały się od przytaczanych przez prowadzącego nowinek jakie to publikacje w ostatnim czasie ukazały się w tematyce podejmowanej przez doktorantów . Mam nadzieję, że dzięki skutecznej polityce wobec osób starszych, z czasem więcej osób będzie mogło dożyć starości we względnym zdrowiu i możliwości uczestnictwa w społeczeństwie. Ale tu ważna uwaga – nie należy absolutyzować paradygmatu „active old age”. Polityka społeczna nadal powinna sobie stawiać za cel nie tyle to by wszyscy byli jak najsprawniejsi, ale przede wszystkim to by także osoby słabsze i mniej sprawne mogły cieszyć się możliwie godnym życiem.
2011-09-25 10:13:42
Sytuacja młodych ludzi ogólnie nie jest łatwa. Są jednak w ramach młodej generacji grupy, które są zagrożone wykluczeniem społecznym szczególnie. Jedną z nich są osoby niepełnosprawne. Chwała autorom rządowego raportu Młodzi 2011, że o tym przypomnieli. Szkoda, że mimo wszystko dość zdawkowo, nie wspominając o istnieniu społecznych barier, które wynikają z niewłaściwie prowadzonej polityki na poziomie krajowym, lokalnym czy wewnątrz-instytucjonalnym ( np. zarządzania przedszkolem, szkołą czy uczelnią). Brakuje też w raporcie czytelnych propozycji co ( a tym bardziej jak?) należy zreformować. Jest tylko ogólny postulat zmian. Rekomendacja 22 stanowi: „Dokonać radykalnych zmian w opiece nad dziećmi niepełnosprawnymi w celu wzmocnienia ich potencjału rozwojowego poprzez adekwatny system edukacji (od przedszkola do szkoły wyższej), umożliwiający w przyszłości usamodzielnienie życiowe poprzez podjęcie pracy.’’[1] Co gorsza, kwestia ta została także pominięta w dodatku implementacyjnym.[2] Można więc odnieść wrażenie, że władza nie ma pomysłu na rozwiązanie tego problemu.
Często gdy myślimy o problemie inkluzji dzieci niepełnosprawnych w systemie edukacji, mamy przed oczami bariery architektoniczne albo też rezerwę z jaką otoczenie traktuję tę grupę osób i ich możliwości. Są to więc czynniki „miękkie”, kulturowe albo też techniczne, które należy wyrugować na najniższym szczeblu decyzyjnym. Występowanie tych barier jest oczywiście prawdą, tym niemniej nie powinniśmy tracić z pola widzenia uwarunkowań systemowych, pewnych szerszych ram, które są kształtowane przez politykę publiczną. Jeśli tak na to spojrzymy, można dostrzec, iż problem leży w architekturze, ale nie tylko tej rozumianej dosłownie, ale w architekturze systemu organizacji i finansowania oświaty w Polsce.
(Nie) wszystko jasne
Problem leży w mechanizmie subwencji oświatowej i sposobach jej wykorzystania przez samorządy. Autorzy monografii poświęconej systemowi finansowania oświaty w Polsce wskazują, że choć samorządy otrzymują subwencję oświatową zależną od liczby uczniów i wag przypisanym poszczególnym z nich, środki na ten cel są częścią subwencji ogólnej i samorządy mają pełną dowolność w jakim stopniu przeznaczyć je na edukację lub coś innego( nie mówiąc już o pełnej dowolności wydatkowania w obrębie sektora oświaty). [3]Choć w praktyce samorządy i tak wykorzystują te pieniądze na oświatę, dopłacając do niej jeszcze sporo z lokalnych zasobów, w całym tym mechanizmie często gubi się potrzeby dzieci niepełnosprawnych.
Samorządy prowadzące szkoły otrzymują w związku z kształceniem dzieci niepełnosprawnych na ich terenie powiększoną subwencję z budżetu ( przelicznik jest zależny od stopnia i rodzaju specjalnych potrzeb edukacyjnych). Okazuję się jednak że owa powiększona kwota nie zawsze jest wydawana zgodnie z przeznaczeniem – a więc na stworzenie warunków dla dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych – tylko często przeznacza się ją na inne zadania. Cele na jakie nieraz de facto idą środki wprawdzie nie są oderwane od realnych potrzeb samorządu czy lokalnej edukacji. Może to być na przykład wynagrodzenie nauczycieli czy remont szkoły (na czym korzystają wszystkie dzieci się w niej uczące). Tym niemniej póki środki nie idą one na swój zasadniczy cel, nie tworzy się tym samym możliwości pełnoprawnego korzystania przez dzieci o specjalnych potrzebach z systemu oświaty, co prowadzi do ich wykluczenia. Takie wyniki przyniósł raport WSZYSTKO JASNE 2009. W streszczeniu z raportu znajdujemy szereg ponurych wniosków. M.in.:
- Środki na zadania oświatowe wobec uczniów z orzeczeniem nie są przekazywane szkołom w wysokości umożliwiającej realizacje zaleceń z orzeczenia, co jest obowiązkiem szkoły.
- Szkoły ogólnodostępne, a w mniejszym stopniu także integracyjne, nie radzą sobiez zapewnianiem odpowiednich warunków uczniom z orzeczeniem. Skutkiem tego jest przesuwanie dzieci do innego typu placówek („w dół”), najczęściej z końcem etapu edukacyjnego.
- Problemem zarówno szkół jak i przedszkoli są zbyt liczne oddziały. Uniemożliwia to indywidualizację procesu wychowawczego i edukacyjnego tam, gdzie dziecko tego potrzebuje.
- Rodzina w dużym stopniu musi przejmować na siebie realizacje zaleceń. Często odbywa sie to w systemie komercyjnym, a zawsze – kosztem normalnego życia. Z reguły dochodzi do rezygnacji z pracy zawodowej, najczęściej przez matki.
- System zarządzania oświata i jej finansowania jest nieprzejrzysty i przez to trudno poddaje sie kontroli społecznej.[4]
To tylko część mankamentów obecnego systemu jakie zidentyfikowali autorzy na podstawie analizy sytuacji w Warszawie ( choć z informacji jakie dochodzą do stowarzyszenia wynika, że podobne zjawiska mają miejsce w innych częściach kraju). U źródeł problemu leży wadliwy system alokacji środków i kontroli ich wydatkowania. Skutkiem jest często nie tylko marginalizacja dziecka niepełnosprawnego, ale także napięcia na linii szkoła – rodzice, co wpływa na ogólnie niekorzystną atmosferę w jakiej odbywa się edukacja w danej placówce.
Przejrzyste źródło finansowania
Jak można temu zaradzić? Zdaniem autorów projektu „Wszystko jasne’’ należałoby środki na edukację dzieci niepełnosprawnych czytelnie przypisać do placówki w której kształciłoby się dziecko ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, a dyrektor placówki byłby zobowiązany do sprawozdawczości w zakresie wydatkowania tych środków. Dzięki temu osiągnięto by większą kontrolę nad tym czy pieniądze idą za niepełnosprawnym uczniem zgodnie z założeniami systemu. 7 lipca wszedł do Sejmu projekt zmian po części wynikający z tych założeń, nie ma jednak on szans na uchwalenie w tej kadencji. Wśród zasiadających w parlamencie partii poparł go jedynie PIS.
Warto zaznaczyć, że z punktu widzenia budżetu owa korekta byłaby neutralna, co powinno też przysporzyć zwolenników tego pomysłu po strony władzy, która opowiedziała się w raporcie za koniecznością zmian, a jednocześnie – jak wiemy- unika rozwiązań, które wiązałyby się z dodatkowymi kosztami. A wydaje się, że proponowane w projekcie zmiany, choć same w sobie nie przyniosłyby rewolucji, dałyby finansowe podstawy prowadzenia polityki na rzecz inkluzji dzieci niepełnosprawnych.
Zapewnienie stabilnego źródła finansowania wydaje się kwestią zasadniczą. Pokazują to zwłaszcza ostatnie lata rządów PO. Niby tu i ówdzie podjęto szereg kroków w dobrym kierunku, na przykład jeśli chodzi o ustawę żłobkową. Ale nie zapewniając środków na realizowanie przyjętych w ustawie żłobkowej regulacji, wciąż nie możemy liczyć na radykalne zwiększenie podaży opieki nad małym dzieckiem, a wręcz pod wpływem zmian zachodzą zjawiska niekorzystne, jak podwyższanie opłat za żłobki przez niektóre samorządy. Dlatego tak ważne jest patrzenie na kolejne rozwiązania polityczne pod kątem tego jak przebiegają mechanizmy finansowania ich realizacji. Ma to znacznie zwłaszcza w kontekście polityki wobec grup słabszych. Ich potrzeby zwykle będą schodziły na dalszy plan w momencie podziału środków, stąd też przejrzyste i stabilne reguły finansowania tej polityki są tak kluczowe. Platforma – kiedy przyszła chwila próby – ustanowienia takich reguł niestety nie poparła.
Czas na rehabilitację
Wsparcie edukacji dzieci niepełnosprawnych może iść nie tylko do szkół, ale także do rodziców. Tu również istniejące instrumenty nieco szwankują. Ustawa o świadczeniach rodzinnych wprowadza wprawdzie dodatek z tytułu rehabilitacji i kształcenia dzieci niepełnosprawnych w wysokości 80 złotych ( na dziecko w wieku od 5 do 24 lat), ale żeby móc z niego skorzystać rodzina w której wychowuje się niepełnosprawne dziecko musi znaleźć się pod progiem 583 złotych na głowę w rodzinie. Świadczenie jest selektywnie i wykluczające rodziny, które choćby minimalnie przekroczą ten niewysoki, od dawna zresztą niepodnoszony, próg. Dostępność i wykorzystanie rehabilitacji to zresztą pięta achillesowa polskiej polityki integracji i reintegracji społecznej. Jak słusznie przekonuje dr Maciej Duszczyk z Instytutu Polityki Społecznej – kluczowe jest stworzenie na nowo systemu rehabilitacji i profilaktyki. Choć wspomina on o tym w kontekście ludzi w wieku produkcyjnym którzy przez brak dostępu odpowiedniej rehabilitacji( „często również uzyskanie odpowiedniej rehabilitacji wymaga ponoszenia dodatkowych kosztów z własnej kieszeni, na co stać niewielu”) stają się trwale wykluczeni z rynku pracy, zaznacza, że „zdecydowanej poprawy wymaga również dostęp do rehabilitacji dzieci’’.[5]
Wykluczający system opieki
W raporcie Młodzi 2011 mówi się o potrzebie zmian nie tylko edukacji dzieci niepełnosprawnych ale i opieki nad nimi. Niestety i w tym obszarze zaproponowano ani nie poczyniono dotąd stanowczych kroków. A jest co zmieniać. Do tej pory nie zapewnia się opieki wytchnieniowej, na czas gdy opiekun chciałby podreperować zdrowie, wyjechać na urlop czy po prostu odpocząć. Brak tego jest nie tylko niehumanitarny, gdyż mniej zamożne osoby są skazane na sprawowanie niemal nieprzerwanej opieki ponad ich siły, ale też kompletnie niefunkcjonalny. Osoby takie szybko tracą siły, ulegają wypalaniu i są mniej skuteczni jako opiekunowie a także znacznie trudniej pełnić im inne role społeczne, rodzinne, zawodowe. Dla pracujących przewidziany jest urlop z tytułu opieki nad osobą niesamodzielną, w trakcie którego przyznawany jest w wysokości 80% wynagrodzenia zasiłek. Przysługuje on na 60 dni w roku, ale już gdy ktoś ma niepełnosprawne dziecko w wieku powyżej 14 lat lub opiekuje się dorosłą osobą zależną, długość urlopu to tylko dwa tygodnie. Być może okres ten warto byłoby nieco wydłużyć. Równocześnie niepraktykowane są elastyczne formy czasu pracy dla osób sprawujących opiekę. Opiekun może też z pracy zrezygnować, a wówczas przysługuje mu świadczenie pielęgnacyjne w wysokości 520 złotych. Kwota ta jest zbyt niska by pozwolić na godne życie i często prowadzi do niezaspokojenia materialnych potrzeb. Nie dziwi wobec tego fakt, że w rodzinach z dziećmi niepełnosprawnymi zagrożenie ubóstwem jest większe niż dla ogółu gospodarstw domowych. W najnowszym raporcie GUS na temat ubóstwa czytamy:
,,Do czynników zwiększających zagrożenie ubóstwem należy zaliczyć również obecność w rodzinie osób niepełnosprawnych. W najtrudniejszej sytuacji znajdują się rodziny z niepełnosprawnymi dziećmi oraz te, w których głową gospodarstwa jest osoba niepełnosprawna. Wśród gospodarstw domowych, których głową jest osoba niepełnosprawna stopa ubóstwa ustawowego wynosiła w 2010 r. nieco ponad 9%, a stopa ubóstwa skrajnego nieco poniżej 9%; natomiast wśród gospodarstw domowych, w których znajdowało się przynajmniej jedno dziecko do lat 16 posiadające orzeczenie o niepełnosprawności wskaźniki te wyniosły odpowiednio – ok. 16% i ok. 12%”.[6]
Także w tym kontekście, konieczne wydaje się tworzenie zachęt do jak najpełniejszego uczestnictwa osób niepełnosprawnych w systemie edukacyjnym oraz możliwości by z tego systemu nie wypadli. Dzięki temu nie tylko wzmacnia się ich kapitał intelektualny i społeczny, który części z tych osób przyda się gdy staną na rynku pracy, ale także odciąża się czasowo opiekunów, dzięki czemu zyskują oni szanse na aktywność zawodową bądź szkoleniową. A to zmniejsza ryzyko ubóstwa, które z kolei rzutuje na warunki w jakich rozwija się niepełnosprawne dziecko. Trzeba więc przerwać tą spiralę wykluczenia, w której upośledzenie biologiczne jednostki nieraz przekłada się na defaworyzację społeczną całych rodzin
Czy władza faktycznie chce zmian?
Widać, że przesłanek ku zmianom jest sporo, zarówno w obszarze edukacji jak i opieki. Bariery do włączenia dzieci niepełnosprawnych do systemu edukacyjnego, a ich opiekunów do rynku pracy, mają charakter systemowy. Same ramy polityki w tym obszarze są zbyt wąskie, wyrzucając dzieci niepełnosprawne i ich rodziny poza system. A oprócz tego w owych ogólnych ramach jest przecież wiele innych, pomniejszych, a często równie dotkliwych barier mentalnych i infrastrukturalnych które proces ten pogłębiają. W powyższym artykule ich nie poruszyłem. Gorzej że niemalże nie poruszyli ich także w swym dokumencie Młodzi 2011 eksperci z zespołu Michała Boniego. Można zaryzykować stwierdzenie, iż choć w rządowym raporcie dzieci niepełnosprawne nie zostały wykluczone z pola zainteresowania, zostały w jego ramach zmarginalizowane. Świadczy o tym brak identyfikacji poszczególnych barier ( nie fizycznych a społecznych) dla tych osób, analizy i oceny dotychczasowej polityki w tym zakresie, a także oględność rekomendacji. Listę deficytów wieńczy pominięcie kwestii niepełnosprawnej młodzieży w dodatku implementacyjnym. Wszystkie te zastrzeżenia – a także realna praktyka rządzących w ostatnich latach – skłaniają do obaw o to czy zostaną w najbliższym czasie przeprowadzone zmiany na rzecz inkluzji edukacyjnej i społecznej młodych ludzi niepełnosprawnych.
Raff
p.s: tekst napisany dla portalu edukacyjnego Mimoszkolnie, gdzie wkrótce ukaże się w nieco zmienionej wersji.
www.mimoszkolnie.pl
--------------------------------------------------------------------------------
[1] Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Młodzi2011, s 398
[2] Młodzi 2011.Pakiet dla młodych. Pierwszy krok. Warszawa 4 września 2011
http://www.premier.gov.pl/centrum_prasowe/wydarzenia/_quot_pakiet_dla_mlodych_quot_,7614/
[3] por.M.Herbst, J.Herczyński, A.Levitas, Finansowanie oświaty w Polsce – diagnoza, dylematy, możliwości, Warszawa 2009
[4] http://www.wszystkojasne.waw.pl/sites/default/files/1_RAPORT_Wszystko_Jasne_wyd_uzup.pdf s 7
[5] M.Duszczyk, O polityce społecznej inaczej, Liberte
[6] http://www.stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/PUBL_wz_ubostwo_w_polsce_2010.pdf, s 5-6
1 wrześniaCzęsto gdy myślimy o problemie inkluzji dzieci niepełnosprawnych w systemie edukacji, mamy przed oczami bariery architektoniczne albo też rezerwę z jaką otoczenie traktuję tę grupę osób i ich możliwości. Są to więc czynniki „miękkie”, kulturowe albo też techniczne, które należy wyrugować na najniższym szczeblu decyzyjnym. Występowanie tych barier jest oczywiście prawdą, tym niemniej nie powinniśmy tracić z pola widzenia uwarunkowań systemowych, pewnych szerszych ram, które są kształtowane przez politykę publiczną. Jeśli tak na to spojrzymy, można dostrzec, iż problem leży w architekturze, ale nie tylko tej rozumianej dosłownie, ale w architekturze systemu organizacji i finansowania oświaty w Polsce.
(Nie) wszystko jasne
Problem leży w mechanizmie subwencji oświatowej i sposobach jej wykorzystania przez samorządy. Autorzy monografii poświęconej systemowi finansowania oświaty w Polsce wskazują, że choć samorządy otrzymują subwencję oświatową zależną od liczby uczniów i wag przypisanym poszczególnym z nich, środki na ten cel są częścią subwencji ogólnej i samorządy mają pełną dowolność w jakim stopniu przeznaczyć je na edukację lub coś innego( nie mówiąc już o pełnej dowolności wydatkowania w obrębie sektora oświaty). [3]Choć w praktyce samorządy i tak wykorzystują te pieniądze na oświatę, dopłacając do niej jeszcze sporo z lokalnych zasobów, w całym tym mechanizmie często gubi się potrzeby dzieci niepełnosprawnych.
Samorządy prowadzące szkoły otrzymują w związku z kształceniem dzieci niepełnosprawnych na ich terenie powiększoną subwencję z budżetu ( przelicznik jest zależny od stopnia i rodzaju specjalnych potrzeb edukacyjnych). Okazuję się jednak że owa powiększona kwota nie zawsze jest wydawana zgodnie z przeznaczeniem – a więc na stworzenie warunków dla dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych – tylko często przeznacza się ją na inne zadania. Cele na jakie nieraz de facto idą środki wprawdzie nie są oderwane od realnych potrzeb samorządu czy lokalnej edukacji. Może to być na przykład wynagrodzenie nauczycieli czy remont szkoły (na czym korzystają wszystkie dzieci się w niej uczące). Tym niemniej póki środki nie idą one na swój zasadniczy cel, nie tworzy się tym samym możliwości pełnoprawnego korzystania przez dzieci o specjalnych potrzebach z systemu oświaty, co prowadzi do ich wykluczenia. Takie wyniki przyniósł raport WSZYSTKO JASNE 2009. W streszczeniu z raportu znajdujemy szereg ponurych wniosków. M.in.:
- Środki na zadania oświatowe wobec uczniów z orzeczeniem nie są przekazywane szkołom w wysokości umożliwiającej realizacje zaleceń z orzeczenia, co jest obowiązkiem szkoły.
- Szkoły ogólnodostępne, a w mniejszym stopniu także integracyjne, nie radzą sobiez zapewnianiem odpowiednich warunków uczniom z orzeczeniem. Skutkiem tego jest przesuwanie dzieci do innego typu placówek („w dół”), najczęściej z końcem etapu edukacyjnego.
- Problemem zarówno szkół jak i przedszkoli są zbyt liczne oddziały. Uniemożliwia to indywidualizację procesu wychowawczego i edukacyjnego tam, gdzie dziecko tego potrzebuje.
- Rodzina w dużym stopniu musi przejmować na siebie realizacje zaleceń. Często odbywa sie to w systemie komercyjnym, a zawsze – kosztem normalnego życia. Z reguły dochodzi do rezygnacji z pracy zawodowej, najczęściej przez matki.
- System zarządzania oświata i jej finansowania jest nieprzejrzysty i przez to trudno poddaje sie kontroli społecznej.[4]
To tylko część mankamentów obecnego systemu jakie zidentyfikowali autorzy na podstawie analizy sytuacji w Warszawie ( choć z informacji jakie dochodzą do stowarzyszenia wynika, że podobne zjawiska mają miejsce w innych częściach kraju). U źródeł problemu leży wadliwy system alokacji środków i kontroli ich wydatkowania. Skutkiem jest często nie tylko marginalizacja dziecka niepełnosprawnego, ale także napięcia na linii szkoła – rodzice, co wpływa na ogólnie niekorzystną atmosferę w jakiej odbywa się edukacja w danej placówce.
Przejrzyste źródło finansowania
Jak można temu zaradzić? Zdaniem autorów projektu „Wszystko jasne’’ należałoby środki na edukację dzieci niepełnosprawnych czytelnie przypisać do placówki w której kształciłoby się dziecko ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, a dyrektor placówki byłby zobowiązany do sprawozdawczości w zakresie wydatkowania tych środków. Dzięki temu osiągnięto by większą kontrolę nad tym czy pieniądze idą za niepełnosprawnym uczniem zgodnie z założeniami systemu. 7 lipca wszedł do Sejmu projekt zmian po części wynikający z tych założeń, nie ma jednak on szans na uchwalenie w tej kadencji. Wśród zasiadających w parlamencie partii poparł go jedynie PIS.
Warto zaznaczyć, że z punktu widzenia budżetu owa korekta byłaby neutralna, co powinno też przysporzyć zwolenników tego pomysłu po strony władzy, która opowiedziała się w raporcie za koniecznością zmian, a jednocześnie – jak wiemy- unika rozwiązań, które wiązałyby się z dodatkowymi kosztami. A wydaje się, że proponowane w projekcie zmiany, choć same w sobie nie przyniosłyby rewolucji, dałyby finansowe podstawy prowadzenia polityki na rzecz inkluzji dzieci niepełnosprawnych.
Zapewnienie stabilnego źródła finansowania wydaje się kwestią zasadniczą. Pokazują to zwłaszcza ostatnie lata rządów PO. Niby tu i ówdzie podjęto szereg kroków w dobrym kierunku, na przykład jeśli chodzi o ustawę żłobkową. Ale nie zapewniając środków na realizowanie przyjętych w ustawie żłobkowej regulacji, wciąż nie możemy liczyć na radykalne zwiększenie podaży opieki nad małym dzieckiem, a wręcz pod wpływem zmian zachodzą zjawiska niekorzystne, jak podwyższanie opłat za żłobki przez niektóre samorządy. Dlatego tak ważne jest patrzenie na kolejne rozwiązania polityczne pod kątem tego jak przebiegają mechanizmy finansowania ich realizacji. Ma to znacznie zwłaszcza w kontekście polityki wobec grup słabszych. Ich potrzeby zwykle będą schodziły na dalszy plan w momencie podziału środków, stąd też przejrzyste i stabilne reguły finansowania tej polityki są tak kluczowe. Platforma – kiedy przyszła chwila próby – ustanowienia takich reguł niestety nie poparła.
Czas na rehabilitację
Wsparcie edukacji dzieci niepełnosprawnych może iść nie tylko do szkół, ale także do rodziców. Tu również istniejące instrumenty nieco szwankują. Ustawa o świadczeniach rodzinnych wprowadza wprawdzie dodatek z tytułu rehabilitacji i kształcenia dzieci niepełnosprawnych w wysokości 80 złotych ( na dziecko w wieku od 5 do 24 lat), ale żeby móc z niego skorzystać rodzina w której wychowuje się niepełnosprawne dziecko musi znaleźć się pod progiem 583 złotych na głowę w rodzinie. Świadczenie jest selektywnie i wykluczające rodziny, które choćby minimalnie przekroczą ten niewysoki, od dawna zresztą niepodnoszony, próg. Dostępność i wykorzystanie rehabilitacji to zresztą pięta achillesowa polskiej polityki integracji i reintegracji społecznej. Jak słusznie przekonuje dr Maciej Duszczyk z Instytutu Polityki Społecznej – kluczowe jest stworzenie na nowo systemu rehabilitacji i profilaktyki. Choć wspomina on o tym w kontekście ludzi w wieku produkcyjnym którzy przez brak dostępu odpowiedniej rehabilitacji( „często również uzyskanie odpowiedniej rehabilitacji wymaga ponoszenia dodatkowych kosztów z własnej kieszeni, na co stać niewielu”) stają się trwale wykluczeni z rynku pracy, zaznacza, że „zdecydowanej poprawy wymaga również dostęp do rehabilitacji dzieci’’.[5]
Wykluczający system opieki
W raporcie Młodzi 2011 mówi się o potrzebie zmian nie tylko edukacji dzieci niepełnosprawnych ale i opieki nad nimi. Niestety i w tym obszarze zaproponowano ani nie poczyniono dotąd stanowczych kroków. A jest co zmieniać. Do tej pory nie zapewnia się opieki wytchnieniowej, na czas gdy opiekun chciałby podreperować zdrowie, wyjechać na urlop czy po prostu odpocząć. Brak tego jest nie tylko niehumanitarny, gdyż mniej zamożne osoby są skazane na sprawowanie niemal nieprzerwanej opieki ponad ich siły, ale też kompletnie niefunkcjonalny. Osoby takie szybko tracą siły, ulegają wypalaniu i są mniej skuteczni jako opiekunowie a także znacznie trudniej pełnić im inne role społeczne, rodzinne, zawodowe. Dla pracujących przewidziany jest urlop z tytułu opieki nad osobą niesamodzielną, w trakcie którego przyznawany jest w wysokości 80% wynagrodzenia zasiłek. Przysługuje on na 60 dni w roku, ale już gdy ktoś ma niepełnosprawne dziecko w wieku powyżej 14 lat lub opiekuje się dorosłą osobą zależną, długość urlopu to tylko dwa tygodnie. Być może okres ten warto byłoby nieco wydłużyć. Równocześnie niepraktykowane są elastyczne formy czasu pracy dla osób sprawujących opiekę. Opiekun może też z pracy zrezygnować, a wówczas przysługuje mu świadczenie pielęgnacyjne w wysokości 520 złotych. Kwota ta jest zbyt niska by pozwolić na godne życie i często prowadzi do niezaspokojenia materialnych potrzeb. Nie dziwi wobec tego fakt, że w rodzinach z dziećmi niepełnosprawnymi zagrożenie ubóstwem jest większe niż dla ogółu gospodarstw domowych. W najnowszym raporcie GUS na temat ubóstwa czytamy:
,,Do czynników zwiększających zagrożenie ubóstwem należy zaliczyć również obecność w rodzinie osób niepełnosprawnych. W najtrudniejszej sytuacji znajdują się rodziny z niepełnosprawnymi dziećmi oraz te, w których głową gospodarstwa jest osoba niepełnosprawna. Wśród gospodarstw domowych, których głową jest osoba niepełnosprawna stopa ubóstwa ustawowego wynosiła w 2010 r. nieco ponad 9%, a stopa ubóstwa skrajnego nieco poniżej 9%; natomiast wśród gospodarstw domowych, w których znajdowało się przynajmniej jedno dziecko do lat 16 posiadające orzeczenie o niepełnosprawności wskaźniki te wyniosły odpowiednio – ok. 16% i ok. 12%”.[6]
Także w tym kontekście, konieczne wydaje się tworzenie zachęt do jak najpełniejszego uczestnictwa osób niepełnosprawnych w systemie edukacyjnym oraz możliwości by z tego systemu nie wypadli. Dzięki temu nie tylko wzmacnia się ich kapitał intelektualny i społeczny, który części z tych osób przyda się gdy staną na rynku pracy, ale także odciąża się czasowo opiekunów, dzięki czemu zyskują oni szanse na aktywność zawodową bądź szkoleniową. A to zmniejsza ryzyko ubóstwa, które z kolei rzutuje na warunki w jakich rozwija się niepełnosprawne dziecko. Trzeba więc przerwać tą spiralę wykluczenia, w której upośledzenie biologiczne jednostki nieraz przekłada się na defaworyzację społeczną całych rodzin
Czy władza faktycznie chce zmian?
Widać, że przesłanek ku zmianom jest sporo, zarówno w obszarze edukacji jak i opieki. Bariery do włączenia dzieci niepełnosprawnych do systemu edukacyjnego, a ich opiekunów do rynku pracy, mają charakter systemowy. Same ramy polityki w tym obszarze są zbyt wąskie, wyrzucając dzieci niepełnosprawne i ich rodziny poza system. A oprócz tego w owych ogólnych ramach jest przecież wiele innych, pomniejszych, a często równie dotkliwych barier mentalnych i infrastrukturalnych które proces ten pogłębiają. W powyższym artykule ich nie poruszyłem. Gorzej że niemalże nie poruszyli ich także w swym dokumencie Młodzi 2011 eksperci z zespołu Michała Boniego. Można zaryzykować stwierdzenie, iż choć w rządowym raporcie dzieci niepełnosprawne nie zostały wykluczone z pola zainteresowania, zostały w jego ramach zmarginalizowane. Świadczy o tym brak identyfikacji poszczególnych barier ( nie fizycznych a społecznych) dla tych osób, analizy i oceny dotychczasowej polityki w tym zakresie, a także oględność rekomendacji. Listę deficytów wieńczy pominięcie kwestii niepełnosprawnej młodzieży w dodatku implementacyjnym. Wszystkie te zastrzeżenia – a także realna praktyka rządzących w ostatnich latach – skłaniają do obaw o to czy zostaną w najbliższym czasie przeprowadzone zmiany na rzecz inkluzji edukacyjnej i społecznej młodych ludzi niepełnosprawnych.
Raff
p.s: tekst napisany dla portalu edukacyjnego Mimoszkolnie, gdzie wkrótce ukaże się w nieco zmienionej wersji.
www.mimoszkolnie.pl
--------------------------------------------------------------------------------
[1] Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Młodzi2011, s 398
[2] Młodzi 2011.Pakiet dla młodych. Pierwszy krok. Warszawa 4 września 2011
http://www.premier.gov.pl/centrum_prasowe/wydarzenia/_quot_pakiet_dla_mlodych_quot_,7614/
[3] por.M.Herbst, J.Herczyński, A.Levitas, Finansowanie oświaty w Polsce – diagnoza, dylematy, możliwości, Warszawa 2009
[4] http://www.wszystkojasne.waw.pl/sites/default/files/1_RAPORT_Wszystko_Jasne_wyd_uzup.pdf s 7
[5] M.Duszczyk, O polityce społecznej inaczej, Liberte
[6] http://www.stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/PUBL_wz_ubostwo_w_polsce_2010.pdf, s 5-6
2011-08-31 16:20:12
Początek roku szkolnego nadchodzi wielkimi krokami. W zasadzie, muszę stwierdzić bez satysfakcji i ze smutkiem, że nie straciło na aktualności wszystko to o czym pisałem przed rokiem w tekście ‘’ Nowy rok, stare problemy’’, tyle, że tym razem do niekorzystnych z punktu widzenia niezamożnych rodzin okoliczności doszła jeszcze jedna – podwyżka VAT na książki. W rezultacie komplet podręczników będzie kosztować – jak podała Rzeczpospolita - o 100-160 więcej niż przed rokiem[1]. Jak podaje z kolei Przegląd 350 może kosztować komplet podręczników dla ucznia szkoły podstawowej, 550 dla gimnazjalisty, a dla ucznia szkoły ponadgimnazjalnej do 800![2]
Mówimy cały czas o komplecie dla jednego dziecka, a co mają zrobić rodziny gdzie dzieci w wieku szkolnym jest np. troje? Jeśli chciałoby się kupić komplet książek, dawałoby to koszt nawet ponad 2000 złotych! Co więcej, to właśnie w rodzinach wielodzietnych zagrożenie ubóstwem jest największe. Najnowsze dane GUS są wręcz zatrważające. Prawie co dziesiąta rodzina z 3 dzieci na utrzymaniu minimum egzystencji , a 14,1% żyje poniżej ustawowej a 27,5 poniżej relatywnej granicy ubóstwa . Jeszcze gorzej wygląda sytuacja rodzin, gdzie wychowuje się czworo lub więcej dzieci. Tu liczby te wynoszą kolejno 24, 34,3 i 49,2%.
Istnieje więc wołający o pomstę do nieba rozdźwięk między cenami podręczników a możliwościami ich zakupienia przez niezamożne, zwłaszcza wielodzietne, rodziny. W cywilizowanym, niekoniecznie nawet socjaldemokratycznym, kraju tam gdzie występuje rozbrat między podstawowymi potrzebami a możliwościami ich zaspokojenia oczywista wydaje się konieczność interwencji państwa. Niestety na niekorzystną sytuację mniej zamożnych rodziców – oprócz horrendalnych cen- składa się jeszcze jeden czynnik – sukcesywne ograniczanie zasięgu wsparcia socjalnego z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego.
Wykluczeni na progu…
Rząd, któremu swego czasu zarzucano ( nie zawsze sprawiedliwie) nic-nierobienie, niby zostawia wszystko po staremu a sytuacja nie jest taka sama, a gorsza. Jak to działa?
Główne wsparcie jakie można otrzymać by kupić podręczniki to rządowy program „Wyprawka Szkolna” Przysługuje ona uczniom wybranych klas od 180 do 390 złotych ( w zależności od rodzaju szkoły, etapu kształcenia i niepełnosprawności). Warunkiem otrzymania pomocy jest próg dochodowy ( w wybranych przypadkach można od niego odstąpić) będący ustawową granicą ubóstwa. Czyli obecnie 351 złotych. Warto jednak zauważyć, że próg ten jest nie tylko strasznie niski, ale i nie był podnoszony. W rezultacie część dzieci wypadła poza system korzystania z programu. Obecnie o połowę mniej dzieci niż w 2007 roku!
Podobnie jest z drugą formą wsparcia, czyli przyznawanym na mocy ustawy o świadczeniach rodzinnych dodatkiem z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego. Kwota ta wynosi 100 złotych i przysługuje rodzinom z dziećmi w wieku szkolnym, w których dochód na osobę w rodzinie nie przekrocza 504 złotych ( 583 jeśli w rodzinie wychowuje się dziecko niepełnosprawne). W przypadku tego progu sytuacja jest analogiczna jak z poprzednim świadczeniem. Próg nie był od lat podnoszony, więc część rodzin wypadła poza system wsparcia
Brak podniesienia obydwu progów skutkuje tym, że część rodzin może nie najbiedniejszych, ale jednak wciąż biednych, ma poważny problem materialny z zakupem podręczników. Nawet jeśli się uda, dzieje się to albo za sprawą zaciśnięcia pętli kredytowej albo drastycznego zaciskania pasa. A w warunkach zaciśniętego pasa rodzą się liczne napięcia, pogarsza domowa atmosfera. To zaś negatywnie wpływa na rozwój i edukację dzieci. Nieraz niemniej niż deficyt książek.
Pomoc socjalna powinna być wprawdzie ostatnim ogniwem łańcucha działań podejmowanych by osiągać inkluzję edukacyjną, tym niemniej- zwłaszcza w kontekście zakupu książek – jest ogniwem ważnym. Dlaczego? Otóż dlatego, że pozwala ona poszerzyć dostęp do podręczników, nie zmniejszając realnego popytu na nie, a nawet go zwiększając. W przeciwnym razie – gdy działania państwa zmniejszały liczbę podręczników w obiegu - byłoby ryzyko, że, wydawnictwa mogłyby sobie powetować skurczenie rynku podniesieniem cen, co znów uderzało po kieszeniach rodziny. Być może wówczas należałoby odgórnie ustalić limity cenowe podręczników, ale czy można liczyć na to, że władza odważyłaby się na taką konfrontację z lobby wydawniczym, któremu byłoby to nie w smak? Wątpliwe, zważywszy, że działania władz w ostatnich latach idą w kierunku niemal pełnej deregulacji rynku podręczników, co wyraźnie było w interesie producentów, ale już niekoniecznie konsumentów, zwłaszcza tych uboższych.
Dodatek a nie rozwiązanie
Ministerstwo Edukacji Narodowej zapewnia, że trwają konsultacje społeczne w sprawie obowiązku bezpłatnego upubliczniania podręczników drogą elektroniczną. Nie wiem czy wejdzie to w tym roku ani jak ma to wyglądać, ale obawiam się, że nie jest to rozwiązanie problemu. Mamy przecież w Polsce nie tylko wykluczenie dochodowe i edukacyjne, ale także cyfrowe ( zazwyczaj skorelowane z tamtymi dwoma). Nie każdy będzie mógł skorzystać w sposób optymalnie poręczny. Przyswajanie wszystkiego w wersji elektronicznej niekorzystnie wpływa na wzrok dzieci ( Z drugiej strony daje to szanse na to, że dzieci nie będą musiały nosić aż tak ciężkich podręczników, co odbija się na stanie ich kręgosłupa, ale to można rozwiązać organizując zapowiadane od dłuższego czasu szafki -na przybory szkolne dla uczniów, chić – zwłaszcza w szkołach bardzo licznych – będzie to trudne do przeprowadzenia najbliższym czasie). Toteż sądzę, że pomysł z publikowaniem bezpłatnych podręczników w wersji elektronicznej jest może dobrym dodatkiem, ale z pewnością nie rozwiązaniem fundamentalnego problemu.
Również nie należy liczyć na działalność socjalną biznesu, mimo przykładów bardzo spektakularnych działań w tym zakresie. W ostatnim czasie związkowcom firmy Impel, zatrudniającej 40tys.pracowników, udało się wywalczyć 100 tys. dodatkowych środków na wyprawkę szkolną dla dzieci pracowników.[3] Takie sytuacje są jednak raczej jedynie okazjonalne. W Polsce zbyt mało jest związków które by byłyby w stanie o to walczyć; w niektórych branżach zdominowanych przez prywatne mikro-przedsiębiorstwa nie ma ich wcale. W dodatku wielu pracujących ( na pozakodeksowych umowach) korzystanie ze świadczeń nie obejmuje, a rozległe obszary ubóstwa leżą w ogóle poza rynkiem pracy. Zatem…
co robić?
Moim zdaniem przydałoby się podjęcia kroków w trzech obszarach.
W polityce fiskalnej rozważyć przywrócenie zerowej stawki VAT na książki. Szczególnie w obliczu spadku czytelnictwa w młodym pokoleniu warto to rozważyć. W ramach rekompensaty dla budżetu można przywrócić górną stawkę podatkową. W dodatku polskie państwo przyznaje szereg ulg, z których korzystają wybrani i to zwykle nieźle uposażeni. Można by je zmniejszyć lub wręcz zlikwidować i w ten sposób częściowo powetować sobie straty budżetowe z ewentualnej obniżki VAT na książki .
W polityce edukacyjnej warto powrócić do funkcjonujących za czasów PIS regulacji, ograniczających liczbę podręczników w jednej szkole, nie pozwalających na zbyt częste zmiany podręczników i wprowadzających mechanizm konsultacji z rodzicami w sprawie doboru książek. Pozwoli to na przejmowanie po sobie podręczników lub ich sprzedawanie w ramach kiermaszu książek.
W polityce socjalnej należy uzależnić możliwość korzystania z Funduszu Stypendialnego nie od progu pomocy społecznej, a progu dla świadczeń rodzinnych, który jest wyższy. Ten zaś tak czy inaczej powinien być podniesiony ( podobnie jak próg uprawniający do świadczeń z pomocy społecznej). Te zabiegi włączą z powrotem do systemu wsparcia kolejne niezamożne grupy. Nie ma powodu by z każdym rokiem korzystających z programu Wyprawka szkolna było coraz mniej, a rząd tym samym oszczędzał na najuboższych.
(prawie) Jak Finowie?
W zasadzie dobrze by było aby zmiany przeprowadzono na każdym polu równocześnie, ale nawet zmiana choćby w jednym ze wspomnianych obszarów już może poprawić sytuację. Zauważmy, że wszystko to nie są zmiany rewolucyjne, w dużej mierze zbliżają nas rzeczy podobnego do tego sprzed paru lat – jeśli chodzi o liczbę korzystających z pomocy, o opodatkowanie książkowej konsumpcji i procedury wyboru podręczników.
Nie jest to też pomysł na budowanie od razu drugiej Finlandii gdzie ze środków publicznych finansuje się wszystkim dzieciom materiały szkolne, a także dojazdy i wyżywienie. Polityka tamta nie tylko pozwala ograniczyć ryzyko edukacyjnego wykluczenia dla mniej zamożnych uczniów, ale też uczy wspólnotowości już na etapie szkolnym. Przykład fiński warto było przytoczyć, gdyż na jego tle widać, że rozwiązania które proponuję są bardzo umiarkowane, wręcz zachowawcze i przez to nie powinniśmy mieć oporu przed podążanie w tym kierunku. Nas na takim etapie rozwoju i przy obecnym stanie finansów publicznych nie stać na tak hojną politykę jaką prowadzą Finowie ( choć pamiętajmy, ze to nie tylko wydatek, ale i inwestycja w kapitał ludzki i pośrednio także społeczny , która może zwrócić się w dalszej perspektywie, więc czasami warto wyłożyć większe sumy na ten cel).
Możemy jednak zastosować rozwiązania, które pokazałyby, że Państwo przynajmniej potrafi solidaryzować się z najsłabszymi w zaspokojeniu potrzeb elementarnych. A dostęp do podręczników powinien być traktowany jako prawo podstawowe w ramach powszechnej edukacji. Prawo to nie oznacza, że podręczniku muszą być w pełni darmowe, ale polityka powinna zapewnić, żeby każde dziecko niezależnie od pochodzenia miało realną możliwość( a nie tylko formalną szanse) je otrzymać. Przykre, że obecny system niestety tego nie gwarantuje.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] http://www.rp.pl/artykul/19,700188-Szkola-coraz-drozsza–Pomoc-socjalna-drastycznie-mniejsza.html
[2] Szymon Wcisło, Moja droga wyprawka, Przegląd, nr 35(609)
[3] http://nowyobywatel.pl/2011/08/12/szkolna-wyprawka-dzieki-%e2%80%9esolidarnosci%e2%80%9d/
zgliszcza Wielkiego SpołeczeństwaMówimy cały czas o komplecie dla jednego dziecka, a co mają zrobić rodziny gdzie dzieci w wieku szkolnym jest np. troje? Jeśli chciałoby się kupić komplet książek, dawałoby to koszt nawet ponad 2000 złotych! Co więcej, to właśnie w rodzinach wielodzietnych zagrożenie ubóstwem jest największe. Najnowsze dane GUS są wręcz zatrważające. Prawie co dziesiąta rodzina z 3 dzieci na utrzymaniu minimum egzystencji , a 14,1% żyje poniżej ustawowej a 27,5 poniżej relatywnej granicy ubóstwa . Jeszcze gorzej wygląda sytuacja rodzin, gdzie wychowuje się czworo lub więcej dzieci. Tu liczby te wynoszą kolejno 24, 34,3 i 49,2%.
Istnieje więc wołający o pomstę do nieba rozdźwięk między cenami podręczników a możliwościami ich zakupienia przez niezamożne, zwłaszcza wielodzietne, rodziny. W cywilizowanym, niekoniecznie nawet socjaldemokratycznym, kraju tam gdzie występuje rozbrat między podstawowymi potrzebami a możliwościami ich zaspokojenia oczywista wydaje się konieczność interwencji państwa. Niestety na niekorzystną sytuację mniej zamożnych rodziców – oprócz horrendalnych cen- składa się jeszcze jeden czynnik – sukcesywne ograniczanie zasięgu wsparcia socjalnego z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego.
Wykluczeni na progu…
Rząd, któremu swego czasu zarzucano ( nie zawsze sprawiedliwie) nic-nierobienie, niby zostawia wszystko po staremu a sytuacja nie jest taka sama, a gorsza. Jak to działa?
Główne wsparcie jakie można otrzymać by kupić podręczniki to rządowy program „Wyprawka Szkolna” Przysługuje ona uczniom wybranych klas od 180 do 390 złotych ( w zależności od rodzaju szkoły, etapu kształcenia i niepełnosprawności). Warunkiem otrzymania pomocy jest próg dochodowy ( w wybranych przypadkach można od niego odstąpić) będący ustawową granicą ubóstwa. Czyli obecnie 351 złotych. Warto jednak zauważyć, że próg ten jest nie tylko strasznie niski, ale i nie był podnoszony. W rezultacie część dzieci wypadła poza system korzystania z programu. Obecnie o połowę mniej dzieci niż w 2007 roku!
Podobnie jest z drugą formą wsparcia, czyli przyznawanym na mocy ustawy o świadczeniach rodzinnych dodatkiem z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego. Kwota ta wynosi 100 złotych i przysługuje rodzinom z dziećmi w wieku szkolnym, w których dochód na osobę w rodzinie nie przekrocza 504 złotych ( 583 jeśli w rodzinie wychowuje się dziecko niepełnosprawne). W przypadku tego progu sytuacja jest analogiczna jak z poprzednim świadczeniem. Próg nie był od lat podnoszony, więc część rodzin wypadła poza system wsparcia
Brak podniesienia obydwu progów skutkuje tym, że część rodzin może nie najbiedniejszych, ale jednak wciąż biednych, ma poważny problem materialny z zakupem podręczników. Nawet jeśli się uda, dzieje się to albo za sprawą zaciśnięcia pętli kredytowej albo drastycznego zaciskania pasa. A w warunkach zaciśniętego pasa rodzą się liczne napięcia, pogarsza domowa atmosfera. To zaś negatywnie wpływa na rozwój i edukację dzieci. Nieraz niemniej niż deficyt książek.
Pomoc socjalna powinna być wprawdzie ostatnim ogniwem łańcucha działań podejmowanych by osiągać inkluzję edukacyjną, tym niemniej- zwłaszcza w kontekście zakupu książek – jest ogniwem ważnym. Dlaczego? Otóż dlatego, że pozwala ona poszerzyć dostęp do podręczników, nie zmniejszając realnego popytu na nie, a nawet go zwiększając. W przeciwnym razie – gdy działania państwa zmniejszały liczbę podręczników w obiegu - byłoby ryzyko, że, wydawnictwa mogłyby sobie powetować skurczenie rynku podniesieniem cen, co znów uderzało po kieszeniach rodziny. Być może wówczas należałoby odgórnie ustalić limity cenowe podręczników, ale czy można liczyć na to, że władza odważyłaby się na taką konfrontację z lobby wydawniczym, któremu byłoby to nie w smak? Wątpliwe, zważywszy, że działania władz w ostatnich latach idą w kierunku niemal pełnej deregulacji rynku podręczników, co wyraźnie było w interesie producentów, ale już niekoniecznie konsumentów, zwłaszcza tych uboższych.
Dodatek a nie rozwiązanie
Ministerstwo Edukacji Narodowej zapewnia, że trwają konsultacje społeczne w sprawie obowiązku bezpłatnego upubliczniania podręczników drogą elektroniczną. Nie wiem czy wejdzie to w tym roku ani jak ma to wyglądać, ale obawiam się, że nie jest to rozwiązanie problemu. Mamy przecież w Polsce nie tylko wykluczenie dochodowe i edukacyjne, ale także cyfrowe ( zazwyczaj skorelowane z tamtymi dwoma). Nie każdy będzie mógł skorzystać w sposób optymalnie poręczny. Przyswajanie wszystkiego w wersji elektronicznej niekorzystnie wpływa na wzrok dzieci ( Z drugiej strony daje to szanse na to, że dzieci nie będą musiały nosić aż tak ciężkich podręczników, co odbija się na stanie ich kręgosłupa, ale to można rozwiązać organizując zapowiadane od dłuższego czasu szafki -na przybory szkolne dla uczniów, chić – zwłaszcza w szkołach bardzo licznych – będzie to trudne do przeprowadzenia najbliższym czasie). Toteż sądzę, że pomysł z publikowaniem bezpłatnych podręczników w wersji elektronicznej jest może dobrym dodatkiem, ale z pewnością nie rozwiązaniem fundamentalnego problemu.
Również nie należy liczyć na działalność socjalną biznesu, mimo przykładów bardzo spektakularnych działań w tym zakresie. W ostatnim czasie związkowcom firmy Impel, zatrudniającej 40tys.pracowników, udało się wywalczyć 100 tys. dodatkowych środków na wyprawkę szkolną dla dzieci pracowników.[3] Takie sytuacje są jednak raczej jedynie okazjonalne. W Polsce zbyt mało jest związków które by byłyby w stanie o to walczyć; w niektórych branżach zdominowanych przez prywatne mikro-przedsiębiorstwa nie ma ich wcale. W dodatku wielu pracujących ( na pozakodeksowych umowach) korzystanie ze świadczeń nie obejmuje, a rozległe obszary ubóstwa leżą w ogóle poza rynkiem pracy. Zatem…
co robić?
Moim zdaniem przydałoby się podjęcia kroków w trzech obszarach.
W polityce fiskalnej rozważyć przywrócenie zerowej stawki VAT na książki. Szczególnie w obliczu spadku czytelnictwa w młodym pokoleniu warto to rozważyć. W ramach rekompensaty dla budżetu można przywrócić górną stawkę podatkową. W dodatku polskie państwo przyznaje szereg ulg, z których korzystają wybrani i to zwykle nieźle uposażeni. Można by je zmniejszyć lub wręcz zlikwidować i w ten sposób częściowo powetować sobie straty budżetowe z ewentualnej obniżki VAT na książki .
W polityce edukacyjnej warto powrócić do funkcjonujących za czasów PIS regulacji, ograniczających liczbę podręczników w jednej szkole, nie pozwalających na zbyt częste zmiany podręczników i wprowadzających mechanizm konsultacji z rodzicami w sprawie doboru książek. Pozwoli to na przejmowanie po sobie podręczników lub ich sprzedawanie w ramach kiermaszu książek.
W polityce socjalnej należy uzależnić możliwość korzystania z Funduszu Stypendialnego nie od progu pomocy społecznej, a progu dla świadczeń rodzinnych, który jest wyższy. Ten zaś tak czy inaczej powinien być podniesiony ( podobnie jak próg uprawniający do świadczeń z pomocy społecznej). Te zabiegi włączą z powrotem do systemu wsparcia kolejne niezamożne grupy. Nie ma powodu by z każdym rokiem korzystających z programu Wyprawka szkolna było coraz mniej, a rząd tym samym oszczędzał na najuboższych.
(prawie) Jak Finowie?
W zasadzie dobrze by było aby zmiany przeprowadzono na każdym polu równocześnie, ale nawet zmiana choćby w jednym ze wspomnianych obszarów już może poprawić sytuację. Zauważmy, że wszystko to nie są zmiany rewolucyjne, w dużej mierze zbliżają nas rzeczy podobnego do tego sprzed paru lat – jeśli chodzi o liczbę korzystających z pomocy, o opodatkowanie książkowej konsumpcji i procedury wyboru podręczników.
Nie jest to też pomysł na budowanie od razu drugiej Finlandii gdzie ze środków publicznych finansuje się wszystkim dzieciom materiały szkolne, a także dojazdy i wyżywienie. Polityka tamta nie tylko pozwala ograniczyć ryzyko edukacyjnego wykluczenia dla mniej zamożnych uczniów, ale też uczy wspólnotowości już na etapie szkolnym. Przykład fiński warto było przytoczyć, gdyż na jego tle widać, że rozwiązania które proponuję są bardzo umiarkowane, wręcz zachowawcze i przez to nie powinniśmy mieć oporu przed podążanie w tym kierunku. Nas na takim etapie rozwoju i przy obecnym stanie finansów publicznych nie stać na tak hojną politykę jaką prowadzą Finowie ( choć pamiętajmy, ze to nie tylko wydatek, ale i inwestycja w kapitał ludzki i pośrednio także społeczny , która może zwrócić się w dalszej perspektywie, więc czasami warto wyłożyć większe sumy na ten cel).
Możemy jednak zastosować rozwiązania, które pokazałyby, że Państwo przynajmniej potrafi solidaryzować się z najsłabszymi w zaspokojeniu potrzeb elementarnych. A dostęp do podręczników powinien być traktowany jako prawo podstawowe w ramach powszechnej edukacji. Prawo to nie oznacza, że podręczniku muszą być w pełni darmowe, ale polityka powinna zapewnić, żeby każde dziecko niezależnie od pochodzenia miało realną możliwość( a nie tylko formalną szanse) je otrzymać. Przykre, że obecny system niestety tego nie gwarantuje.
--------------------------------------------------------------------------------
[1] http://www.rp.pl/artykul/19,700188-Szkola-coraz-drozsza–Pomoc-socjalna-drastycznie-mniejsza.html
[2] Szymon Wcisło, Moja droga wyprawka, Przegląd, nr 35(609)
[3] http://nowyobywatel.pl/2011/08/12/szkolna-wyprawka-dzieki-%e2%80%9esolidarnosci%e2%80%9d/
2011-08-19 19:22:32
Fenomen zamieszek w Wielkiej Brytanii trudno wytłumaczyć przy pomocy jednego czynnika lub prostej teorii. Nie sprzyja temu dość szeroki przekrój klasowy i etniczny ani brak ideologicznego czy politycznego ukierunkowania aktów wandalizmu jakich w tym czasie dokonano. Gdy dowiedziałem się o zamieszkach daleki byłem od entuzjazmu ani satysfakcji. Nie widziałem w tym ani kolejnego ogniska buntu młodych przeciwko niesprawiedliwemu systemowi ani też nie czułem i do dziś nie czuję schadenfreude, że oto zdesperowani ludzie napsuli krwi nie budzącym za grosz mojej sympatii Torysom ( w dalszej perspektywie obawiam się, że wydarzenia te wzmocnią Camerona i jego polityczny projekt). Nie każde działanie uderzające w niesprawiedliwy porządek społeczny jest dobre. Jeśli nie idą za nim konstruktywne postulaty albo chociaż czytelna artykulacja rzeczywistych problemów, za to zniszczenia i przemoc, taka kontestacja zasługuje na potępienie a także na siłową interwencję. Użycie jej przez władze uważam za naturalne w tej sytuacji. Problem leży nie w bezpośredniej reakcji Premiera, a w politycznych wnioskach jakie z tego wyciągnął i praktyce rządzenia jaka może za tym pójść, przy mniejszym społecznym oporze. Wiele wskazuje na to, że wydarzenia minionego tygodnia mogą pośrednio przyczynić się do dalszej dezintegracji społeczeństwa brytyjskiego. A więc tego co było, jeśli nawet nie przyczyną, to z pewnością podłożem – nie zawsze uświadomionym – zamieszek.
Niespokojny czas konserwatywnej rewolucji
Te obawy przeszły mi przez myśl, czytając komentarze w rodzimej prasie. Dla przykładu Marek Magierowski, komentując wydarzenia w Rzeczpospolitej, napisał w tekście ‘’Albion i jego motłoch’’ co następuje: ‘’Upadkowi brytyjskiej cywilizacji, jaką dotąd znaliśmy, są winne elity, które straciły kontrolę nad własnym państwem. Dla większości polityków hasłem przewodnim stało się „nie drażnić społeczeństwa’’. Nie drażnić dotkliwymi reformami, nie drażnić przypomnieniem o obowiązkach, nie drażnić złymi ocenami w szkole, ani gadaniem o ‘’moralności’’.
Czytam i oczom nie wierzę. Specjalizujący się w zagranicznej problematyce publicysta pisze że brytyjskie elity nie drażnią społeczeństwa. Nie drażnią?!
Przecież ekipa Camerona z żelazną konsekwencją dokuje niemalże odgórnej rewolucji w systemie społecznym. Przeprowadza największe cięcia w wydatkach publicznych od wielu dekad, zwiększa i tak wysokie czesne za studia ( mimo społecznych protestów), a także dokonuje radykalnej reformy systemu pomocy społecznej na wzór amerykańskiego workfare state. Duża część tych zmian zresztą spotkała się wcześniej z poważnymi protestami społecznymi szerokich grup, mimo, że Anglicy nie są narodem szczególnie skłonnym do ulicznych protestów, w odróżnieniu mieszkańcy południowej Europy ( o reformach Camerona i społecznym oporze wobec nich można przeczytać więcej w ciekawym artykule Tony Wooda opublikowanym w polskiej edycji Le Monde Diplomatique). Trudno więc powiedzieć, że ludzie nie mają powodu do gniewu i frustracji. Oczywiście owe radykalne reformy są zawoalowane w ładnie brzmiące hasło budowania Wielkiego Społeczeństwa czyli ‘’Big Society’’. Jest to więc zgoła inna strategia niż Żelaznej Damy, według której there is no such a thing as society.
Wówczas chyba mimo wszysytko łatwiej było ludziom skanalizować gniew w sposób kolektywny, niż dziś, kiedy z jednej strony zapewnienia się że więcej uprawnień przekazuje się w ręce społeczeństwa, a z drugiej odbiera się im kolejne prawa socjalne Podobnie jak łatwiej było w Polsce buntować się przeciwko chłodnej i siermiężnej anty-socjonalnej retoryce Balcerowicza gdy był jeszcze politykiem, niż dziś buntować się wobec poszczególnych antyspołecznych działań PO czy PiS, które odbywają się w cieplejszej otoczce (choć trzeba przyznać, że ani jedna z rządzących w ostatnich latach polskich prawic nie poszła w swym ekonomicznym radykalizmie tak daleko jak Cameron)
Nie „moralne” źródła kryzysu
Trudno jednak zrzucić całą odpowiedzialność na obecną ekipę Torysów. Wiele tendencji utrzymuje się i pogłębia od dawna jak choćby wzrost rozwarstwienia dochodowego. Podoba mi się metafora Zygmunta Baumana, który napisał, że społeczeństwo nierówności jest jak pole minowe, w którym niespodziewanie mogą nastąpić wybuchy agresji i napięć. Szeroko dyskutowana książka The Spirit Level pokazująca relacje między nierównościami a społecznymi patologiami pomaga to zrozumieć.
Rosnące rozwarstwienie nakłada się przy tym na tendencje kulturowe jak konsumeryzm i zanik wspólnotowości, które sprawiają, że znacznie trudniej sobie z tymi nierównościami radzić. Zwłaszcza tym na dolnych szczeblach drabiny społecznej, których dostęp do dóbr konsumpcji jest zablokowany, a w zindywidualizowanym społeczeństwie mają małe szanse na wsparcie.
Porażka życiowa jest sprywatyzowana. Okazuje się, że kontestacja niekiedy również. Choć problemy te w mniejszym lub większym stopniu występują w całej Europie, wydaje się, że liberalne systemy polityki społecznej są szczególnie na nie wrażliwe.
Niestety premier nie bardzo się tym przejmuje. Choć podobnie jak red. Magierowski twierdzi, że ‘’społeczeństwo jest chore’’, symptomy i źródła tej choroby widzi gdzie indziej niż to wyżej próbowałem przedstawić. W tej wizji zawiodły nie źle funkcjonujące stosunki społeczne, które antagonizują i alienują ludzi, tylko jednostki i rodziny. Nie niesprawiedliwy ład społeczny a zachwiany ład moralny jest źródłem nieszczęść. Szukanie problemu w czynnikach moralnych a nie strukturalnych to zresztą typowe podejścia dla dużej części partii konserwatywnych. Także nad Wisłą. Wystarczy przypomnieć epizod IVRP.
Więcej odpowiedzialności czy kontroli
Co szczególnie istotne, w myśl rządzącej nad Tamizą partii przywracanie moralności ma się odbyć przy użyciu instrumentów polityki represyjnej, w ramach programu ‘’Zero tolerancji’’ jak i socjalnej. Jak czytamy w Gazecie Wyborczej zdaniem Camerona system pomocy społecznej powinien promować odpowiedzialne rodzicielstwo, a karać zachowania aspołeczne. Jakie w praktyce będzie oznaczało to działania? Czy na przykład nieprzyznanie lub odebranie zasiłków dla tych, którzy nie zmieszczą się w kanonie odpowiedzialnego rodzicielstwa?
Jeśli tak, to, obawiam się, że to – wbrew pozorom -droga donikąd. Jeśli odbierzemy prawo do świadczeń dla osób nieporadnych życiowo i wychowawczo, nie zawsze podziała to motywująco. Część rodzin popadnie w jeszcze większe tarapaty, a to będzie sprzyjało agresji wśród wychowującego się w nich młodego pokolenia bez szans. Poza tym coraz bardziej restrykcyjna polityka kontroli wobec ludzi ubogich automatycznie nie uczyni ich odpowiedzialnymi. Wiara że dyscyplina jest najlepszą drogą do budowania odpowiedzialnego społeczeństwa jest pozbawiona podstaw. Odpowiedzialność musi odbywać się w warunkach pewnej wolności – zarówno pozytywnej jak i negatywnej. Wzmacnianie kontroli, a więc ograniczenie tej wolności, może wywołać efekt odwrotny od pożądanego. Tym bardziej, że już przeprowadzona wcześniej reforma systemu socjalnego znacznie zwiększyła obowiązki świadczeniobiorcy i warunki jakie musi spełnić by otrzymać pomoc. Nie ma powodu by iść z tym dalej.
Poza tym wydarzenia te pokazały, że problem nie dotyczy tylko klientów pomocy społecznej, ale także innych kategorii społeczno-zawodowych. Ważniejsze jest więc budowanie instytucji uniwersalnych, podtrzymujących spójność i zaufanie społeczne. A to trudno zrobić w warunkach drastycznych cięć wydatków na usługi publiczne. Ponadto, zamykanie problemu w obszarze pomocy społecznej, może być odebrane jako sygnał, że winni wszystkiemu są wykluczeni. A to wzmocni uprzedzenia reszty społeczeństwa względem osób zmarginalizowanych i tym samym utrudni ich reintegrację. Pojawienie się zaś nowych barier we włączeniu tych ludzi do życia społecznego będzie kolejnym czynnikiem stymulującym konflikty społeczne.
Choć wielkie społeczeństwo dopiero jest, parafrazując hasło PO, ‘’w budowie’’, ostatnie dramatyczne wydarzenia pokazują, że po pierwsze jest ono w na tyle złej kondycji, że nie będzie w stanie skutecznie przejąć funkcji państwa opiekuńczego co chciałaby obecna władza na wyspach. Po drugie, jej działania mogą prowadzić nie tyle do wzmocnienia społeczeństwa, ile do jego dalszej dezintegracji.
Ku przestrodze
Przykład Brytyjski może stanowić pewną przestrogę także dla nas. Choć na szczęście nie doświadczyliśmy podobnych wydarzeń, polskie społeczeństwo ma wyraźne predyspozycje ku podobnym incydentom. Duże rozwarstwienie, bardzo selektywna polityka społeczna, niestabilna sytuacja zawodowa i życiowa ludzi młodych, niski poziom kapitału społecznego, nastawienie na indywidualną konsumpcję przy licznych barierach z niej skorzystania to wszystko czynniki, które czynią scenariusz brytyjski prawdopodobnym w bliższej lub dalszej przyszłości. A wówczas nagła destabilizacja porządku społecznego może wynieść do władzy środowiska, która łączyłyby
obietnicę rządów silnej ręki i jednocześnie przekazanie części dobra wspólnego – przy nikłym oporze oszołomionego społeczeństwa – w niewidzialne ręce rynku ( warto przy okazji przypomnieć sobie Doktrynę Szoku Naomi Klein). Krótko mówiąc: JKM ante portas. Warto więc już teraz zastanowić co zrobić by zeszłotygodniowe wydarzenia z Wielkiej Brytanii nie dotarły nad Wisłę.
Czy Platforma jest prorodzinna?Niespokojny czas konserwatywnej rewolucji
Te obawy przeszły mi przez myśl, czytając komentarze w rodzimej prasie. Dla przykładu Marek Magierowski, komentując wydarzenia w Rzeczpospolitej, napisał w tekście ‘’Albion i jego motłoch’’ co następuje: ‘’Upadkowi brytyjskiej cywilizacji, jaką dotąd znaliśmy, są winne elity, które straciły kontrolę nad własnym państwem. Dla większości polityków hasłem przewodnim stało się „nie drażnić społeczeństwa’’. Nie drażnić dotkliwymi reformami, nie drażnić przypomnieniem o obowiązkach, nie drażnić złymi ocenami w szkole, ani gadaniem o ‘’moralności’’.
Czytam i oczom nie wierzę. Specjalizujący się w zagranicznej problematyce publicysta pisze że brytyjskie elity nie drażnią społeczeństwa. Nie drażnią?!
Przecież ekipa Camerona z żelazną konsekwencją dokuje niemalże odgórnej rewolucji w systemie społecznym. Przeprowadza największe cięcia w wydatkach publicznych od wielu dekad, zwiększa i tak wysokie czesne za studia ( mimo społecznych protestów), a także dokonuje radykalnej reformy systemu pomocy społecznej na wzór amerykańskiego workfare state. Duża część tych zmian zresztą spotkała się wcześniej z poważnymi protestami społecznymi szerokich grup, mimo, że Anglicy nie są narodem szczególnie skłonnym do ulicznych protestów, w odróżnieniu mieszkańcy południowej Europy ( o reformach Camerona i społecznym oporze wobec nich można przeczytać więcej w ciekawym artykule Tony Wooda opublikowanym w polskiej edycji Le Monde Diplomatique). Trudno więc powiedzieć, że ludzie nie mają powodu do gniewu i frustracji. Oczywiście owe radykalne reformy są zawoalowane w ładnie brzmiące hasło budowania Wielkiego Społeczeństwa czyli ‘’Big Society’’. Jest to więc zgoła inna strategia niż Żelaznej Damy, według której there is no such a thing as society.
Wówczas chyba mimo wszysytko łatwiej było ludziom skanalizować gniew w sposób kolektywny, niż dziś, kiedy z jednej strony zapewnienia się że więcej uprawnień przekazuje się w ręce społeczeństwa, a z drugiej odbiera się im kolejne prawa socjalne Podobnie jak łatwiej było w Polsce buntować się przeciwko chłodnej i siermiężnej anty-socjonalnej retoryce Balcerowicza gdy był jeszcze politykiem, niż dziś buntować się wobec poszczególnych antyspołecznych działań PO czy PiS, które odbywają się w cieplejszej otoczce (choć trzeba przyznać, że ani jedna z rządzących w ostatnich latach polskich prawic nie poszła w swym ekonomicznym radykalizmie tak daleko jak Cameron)
Nie „moralne” źródła kryzysu
Trudno jednak zrzucić całą odpowiedzialność na obecną ekipę Torysów. Wiele tendencji utrzymuje się i pogłębia od dawna jak choćby wzrost rozwarstwienia dochodowego. Podoba mi się metafora Zygmunta Baumana, który napisał, że społeczeństwo nierówności jest jak pole minowe, w którym niespodziewanie mogą nastąpić wybuchy agresji i napięć. Szeroko dyskutowana książka The Spirit Level pokazująca relacje między nierównościami a społecznymi patologiami pomaga to zrozumieć.
Rosnące rozwarstwienie nakłada się przy tym na tendencje kulturowe jak konsumeryzm i zanik wspólnotowości, które sprawiają, że znacznie trudniej sobie z tymi nierównościami radzić. Zwłaszcza tym na dolnych szczeblach drabiny społecznej, których dostęp do dóbr konsumpcji jest zablokowany, a w zindywidualizowanym społeczeństwie mają małe szanse na wsparcie.
Porażka życiowa jest sprywatyzowana. Okazuje się, że kontestacja niekiedy również. Choć problemy te w mniejszym lub większym stopniu występują w całej Europie, wydaje się, że liberalne systemy polityki społecznej są szczególnie na nie wrażliwe.
Niestety premier nie bardzo się tym przejmuje. Choć podobnie jak red. Magierowski twierdzi, że ‘’społeczeństwo jest chore’’, symptomy i źródła tej choroby widzi gdzie indziej niż to wyżej próbowałem przedstawić. W tej wizji zawiodły nie źle funkcjonujące stosunki społeczne, które antagonizują i alienują ludzi, tylko jednostki i rodziny. Nie niesprawiedliwy ład społeczny a zachwiany ład moralny jest źródłem nieszczęść. Szukanie problemu w czynnikach moralnych a nie strukturalnych to zresztą typowe podejścia dla dużej części partii konserwatywnych. Także nad Wisłą. Wystarczy przypomnieć epizod IVRP.
Więcej odpowiedzialności czy kontroli
Co szczególnie istotne, w myśl rządzącej nad Tamizą partii przywracanie moralności ma się odbyć przy użyciu instrumentów polityki represyjnej, w ramach programu ‘’Zero tolerancji’’ jak i socjalnej. Jak czytamy w Gazecie Wyborczej zdaniem Camerona system pomocy społecznej powinien promować odpowiedzialne rodzicielstwo, a karać zachowania aspołeczne. Jakie w praktyce będzie oznaczało to działania? Czy na przykład nieprzyznanie lub odebranie zasiłków dla tych, którzy nie zmieszczą się w kanonie odpowiedzialnego rodzicielstwa?
Jeśli tak, to, obawiam się, że to – wbrew pozorom -droga donikąd. Jeśli odbierzemy prawo do świadczeń dla osób nieporadnych życiowo i wychowawczo, nie zawsze podziała to motywująco. Część rodzin popadnie w jeszcze większe tarapaty, a to będzie sprzyjało agresji wśród wychowującego się w nich młodego pokolenia bez szans. Poza tym coraz bardziej restrykcyjna polityka kontroli wobec ludzi ubogich automatycznie nie uczyni ich odpowiedzialnymi. Wiara że dyscyplina jest najlepszą drogą do budowania odpowiedzialnego społeczeństwa jest pozbawiona podstaw. Odpowiedzialność musi odbywać się w warunkach pewnej wolności – zarówno pozytywnej jak i negatywnej. Wzmacnianie kontroli, a więc ograniczenie tej wolności, może wywołać efekt odwrotny od pożądanego. Tym bardziej, że już przeprowadzona wcześniej reforma systemu socjalnego znacznie zwiększyła obowiązki świadczeniobiorcy i warunki jakie musi spełnić by otrzymać pomoc. Nie ma powodu by iść z tym dalej.
Poza tym wydarzenia te pokazały, że problem nie dotyczy tylko klientów pomocy społecznej, ale także innych kategorii społeczno-zawodowych. Ważniejsze jest więc budowanie instytucji uniwersalnych, podtrzymujących spójność i zaufanie społeczne. A to trudno zrobić w warunkach drastycznych cięć wydatków na usługi publiczne. Ponadto, zamykanie problemu w obszarze pomocy społecznej, może być odebrane jako sygnał, że winni wszystkiemu są wykluczeni. A to wzmocni uprzedzenia reszty społeczeństwa względem osób zmarginalizowanych i tym samym utrudni ich reintegrację. Pojawienie się zaś nowych barier we włączeniu tych ludzi do życia społecznego będzie kolejnym czynnikiem stymulującym konflikty społeczne.
Choć wielkie społeczeństwo dopiero jest, parafrazując hasło PO, ‘’w budowie’’, ostatnie dramatyczne wydarzenia pokazują, że po pierwsze jest ono w na tyle złej kondycji, że nie będzie w stanie skutecznie przejąć funkcji państwa opiekuńczego co chciałaby obecna władza na wyspach. Po drugie, jej działania mogą prowadzić nie tyle do wzmocnienia społeczeństwa, ile do jego dalszej dezintegracji.
Ku przestrodze
Przykład Brytyjski może stanowić pewną przestrogę także dla nas. Choć na szczęście nie doświadczyliśmy podobnych wydarzeń, polskie społeczeństwo ma wyraźne predyspozycje ku podobnym incydentom. Duże rozwarstwienie, bardzo selektywna polityka społeczna, niestabilna sytuacja zawodowa i życiowa ludzi młodych, niski poziom kapitału społecznego, nastawienie na indywidualną konsumpcję przy licznych barierach z niej skorzystania to wszystko czynniki, które czynią scenariusz brytyjski prawdopodobnym w bliższej lub dalszej przyszłości. A wówczas nagła destabilizacja porządku społecznego może wynieść do władzy środowiska, która łączyłyby
obietnicę rządów silnej ręki i jednocześnie przekazanie części dobra wspólnego – przy nikłym oporze oszołomionego społeczeństwa – w niewidzialne ręce rynku ( warto przy okazji przypomnieć sobie Doktrynę Szoku Naomi Klein). Krótko mówiąc: JKM ante portas. Warto więc już teraz zastanowić co zrobić by zeszłotygodniowe wydarzenia z Wielkiej Brytanii nie dotarły nad Wisłę.
2011-08-17 14:22:43
Donald Tusk stwierdził kiedyś w „Gazecie Wyborczej”, że najważniejszym wyzwaniem jest dla niego poprawa warunków życia polskich rodzin. Czy realizowana przez rząd PO-PSL polityka potwierdza jego słowa?
Najnowszy raport GUS na temat zasięgu ubóstwa przedstawia ponury obraz. Odsetek osób zagrożonych ubóstwem skrajnym wyniósł w 2010 roku 5,7% (podobnie jak rok wcześniej). To znaczy, że w Polsce ok. 2 mln osób żyją poniżej minimum egzystencji. Z kolei 17,1% Polaków żyje poniżej relatywnej granicy ubóstwa (tzn. znacznie poniżej przyjętego w danym społeczeństwie standardu materialnego). Częściowo wynika to z utrwalonego modelu stosunków pracy, a także z globalnego kryzysu, który powoduje, że ludzie tracą pracę i ich dochód zaczyna drastycznie spadać. Czy rząd adekwatnie odpowiada na te wyzwania? Czy próbuje pomóc Polakom przejść przez kryzys, czy też woli czekać, aż samo im się poprawi?
Byt skromny i niepewny
Aby zmniejszyć ubóstwo, rząd może posłużyć się m.in. polityką zatrudnienia, zasiłkami i zmianami w systemie podatków. Dlatego dziwi, że w sytuacji wysokiego bezrobocia rząd zmniejszył wydatki z Funduszu Pracy, co już teraz doprowadziło do trudności w realizowaniu „aktywnej polityki rynku pracy”. Nie udało się też upowszechnić na większą skalę chwalonego przez Komisję Europejską i stosowanego np. w Niemczech rozwiązania (tzw. kurzarbeit) polegającego na i tymczasowym skróceniu tygodniowego czasu pracy (przy jednoczesnej kompensacji przez państwo zmniejszonych dochodów), co pomogłoby zahamować redukcje zatrudnienia w czasie kryzysu. Rząd bagatelizuje też problem prekariatu. Postuluje się wręcz dalsze uelastycznianie stosunków pracy, nie pokazując społecznych kosztów takiej polityki. Już dziś są one poważne, a w przyszłości mogą doprowadzić do katastrofy, gdy ludzie, którzy nie pracowali w formach „kodeksowych”, wejdą w wiek emerytalny, nie mając odprowadzonych wystarczających składek.
Oprócz polityki zatrudnienia ważne są też działania kompensujące ubogim zbyt niskie dochody. Niestety od kilku lat nie podniesiono progu uprawniającego do wsparcia, co wobec wzrostu kosztów życia wyrzuca część rodzin poza system wsparcia. Rodziny, które osiągną dochód powyżej 504 zł miesięcznie na osobę w rodzinie, tracą prawo nie tylko do zasiłku (który jest obecnie niewysoki), ale także do dodatków np.z tytułu przebywania na urlopie wychowawczym, rehabilitacji dziecka niepełnosprawnego, rozpoczęcia się roku szkolnego czy kształcenia dziecka poza miejscem zamieszkania. System wsparcia rodziny pozostaje więc skromny i selektywny. Zniesiono jedynie próg uprawniający do świadczenia pielęgnacyjnego dla osób rezygnujących z pracy, by zaopiekować się niesamodzielnym krewnym. Kwota ta jednak jest wciąż niska, więc dla wielu rodzin skorzystanie ze świadczenia jest nieopłacalne, gdyż skazywałoby je na ubóstwo. Obecnie trwają też prace posłów PO nad ustawą pielęgnacyjną, wprowadzającą przyznawany przez państwo bon, który osoby niesamodzielne mogłyby wydać na usługi opiekuńcze. Byłby to krok w dobrym kierunku, ale póki projekt ustawy nie jest gotowy, trudno go zapisać na poczet realnych sukcesów.
Obok bezpośrednich świadczeń ważną metodą wspierania ubogich rodzin są też instrumenty fiskalne. Niestety w tej dziedzinie rząd nie ma się czym poszczycić. Utrzymano ulgę prorodzinną, z której jednak nie mogą korzystać rodziny rolnicze (zwykle ubogie) i te, których dochód jest zbyt niski, by mieć ją z czego odliczyć. Jednocześnie ulga uszczupla przychody budżetowe. By je zwiększyć, rząd podwyższył VAT, co szczególnie dotkliwie uderza w rodziny uboższe, które gros środków przeznaczają na konsumpcję.
Byt wielu polskich rodzin pod rządami PO pozostaje i bardzo skromny i – co gorsza – niepewny. Za przyzwoleniem na niestabilną sytuację pracowników nie idzie rozbudowa siatki bezpieczeństwa socjalnego, która amortyzowałaby życiowe ryzyko związane z niepewnym zatrudnieniem.
Dla kobiet i dzieci
Ale byt materialny to nie wszystko. Liczy się też sposób regulacji stosunków społecznych i świadczenia usługowe. W obecnej kadencji przyjęto nowelizację ustawy antyprzemocowej, nowelizację ustawy o wsparciu rodziny i pieczy zastępczej i tzw. ustawę żłobkową. Nowe przepisy zwiększają podmiotowość kobiet i dzieci.
Ustawa antyprzemocowa wprowadziła całkowity zakaz przemocy fizycznej wobec dziecka, nałożyła na gminy obowiązek powoływania interdyscyplinarnych zespołów przeciwdziałania przemocy w rodzinie (niestety jak dotąd wciąż wiele gmin jeszcze się z tego zadania nie wywiązało) i zmieniła procedury podejmowania decyzji o odebraniu dziecka rodzicom, gdy jest ono zagrożone. Przeciwnicy twierdzą, że jest to droga do nadmiernej ingerencji pracowników socjalnych w życie rodziny. Lektura ustawy pokazuje jednak, że wprowadza ona ograniczenia (konieczność konsultacji z policjantem i pracownikiem służb medycznych), a także wyznacza katalog sytuacji, w których takie tymczasowe odebranie jest możliwe. Obawy wydają się więc przesadzone. Zwłaszcza w sytuacji, gdy przyjęto też ustawę o pieczy zastępczej i wspieraniu rodziny, nakładającą na samorządy obowiązek powoływania asystenta rodzinnego, którego zadaniem ma być praca z rodziną dysfunkcyjną. Może to ograniczać przypadki, w których odebranie dzieci rodzicom stanie się konieczne.
Ważna jest też ustawa żłobkowa, zwłaszcza w obliczu faktu, że Polska to kraj, gdzie objęcie instytucjonalną opieką dzieci do lat 3 jest najniższe w Europie. Ustawa zliberalizowała zasady prowadzenia i zakładania żłobków (co ma zmniejszyć koszty i zachęcić do ich tworzenia). Wprowadziła też alternatywne formy opieki, takie jak opiekun dzienny czy klubik dziecięcy, a także budżetowe wsparcie dla legalnego zatrudnienia niani oraz wzmacniając zachęty dla zakładania żłobków przyzakładowych. Możliwości te nie są w wystarczającym stopniu wykorzystywane. Np. wśród przedsiębiorstw dominują małe firmy, dla których koszt założenia żłobka wydaje się nadal zbyt wysoki. Wciąż brakuje środków i często świadomości wagi zagadnienia także po stronie niektórych samorządów. Część z nich, nie potrafiąc sprostać wyzwaniu, podnosi opłaty za korzystanie ze żłobków, zamiast otworzyć się np. na szkolenie i zatrudnianie opiekunów dziennych, którzy swoją pracę wykonywaliby w domu, co w dalszej perspektywie ograniczałoby koszty gminy. Wobec tych i wielu innych trudności warto zastanowić się nad objęciem opieki żłobkowej mechanizmem centralnej subwencji, która częściowo uniezależniłaby szansę otrzymania miejsca w żłobku od zamożności i inwencji danego samorządu.
Politykę społeczną w wydaniu PO trudno uznać za jednoznaczny sukces. Zwłaszcza marne są wyniki jeśli chodzi o zapewnienie godnego i stabilnego bytu polskim rodzinom. Nieco lepiej prezentują się rezultaty, jeśli chodzi o zainicjowanie budowy instytucji wspomagających rodzinę. To jednak zbyt mało, by nadrobić wieloletnie zapóźnienia w polskiej polityce społecznej.
Tekst ukazał się w Zielonych Wiadomościach w ramach cyklu Polska po 4 latach PO.
http://zielonewiadomosci.pl/tematy/social/czy-platforma-jest-prorodzinna
Zamiast ciepłego obiaduNajnowszy raport GUS na temat zasięgu ubóstwa przedstawia ponury obraz. Odsetek osób zagrożonych ubóstwem skrajnym wyniósł w 2010 roku 5,7% (podobnie jak rok wcześniej). To znaczy, że w Polsce ok. 2 mln osób żyją poniżej minimum egzystencji. Z kolei 17,1% Polaków żyje poniżej relatywnej granicy ubóstwa (tzn. znacznie poniżej przyjętego w danym społeczeństwie standardu materialnego). Częściowo wynika to z utrwalonego modelu stosunków pracy, a także z globalnego kryzysu, który powoduje, że ludzie tracą pracę i ich dochód zaczyna drastycznie spadać. Czy rząd adekwatnie odpowiada na te wyzwania? Czy próbuje pomóc Polakom przejść przez kryzys, czy też woli czekać, aż samo im się poprawi?
Byt skromny i niepewny
Aby zmniejszyć ubóstwo, rząd może posłużyć się m.in. polityką zatrudnienia, zasiłkami i zmianami w systemie podatków. Dlatego dziwi, że w sytuacji wysokiego bezrobocia rząd zmniejszył wydatki z Funduszu Pracy, co już teraz doprowadziło do trudności w realizowaniu „aktywnej polityki rynku pracy”. Nie udało się też upowszechnić na większą skalę chwalonego przez Komisję Europejską i stosowanego np. w Niemczech rozwiązania (tzw. kurzarbeit) polegającego na i tymczasowym skróceniu tygodniowego czasu pracy (przy jednoczesnej kompensacji przez państwo zmniejszonych dochodów), co pomogłoby zahamować redukcje zatrudnienia w czasie kryzysu. Rząd bagatelizuje też problem prekariatu. Postuluje się wręcz dalsze uelastycznianie stosunków pracy, nie pokazując społecznych kosztów takiej polityki. Już dziś są one poważne, a w przyszłości mogą doprowadzić do katastrofy, gdy ludzie, którzy nie pracowali w formach „kodeksowych”, wejdą w wiek emerytalny, nie mając odprowadzonych wystarczających składek.
Oprócz polityki zatrudnienia ważne są też działania kompensujące ubogim zbyt niskie dochody. Niestety od kilku lat nie podniesiono progu uprawniającego do wsparcia, co wobec wzrostu kosztów życia wyrzuca część rodzin poza system wsparcia. Rodziny, które osiągną dochód powyżej 504 zł miesięcznie na osobę w rodzinie, tracą prawo nie tylko do zasiłku (który jest obecnie niewysoki), ale także do dodatków np.z tytułu przebywania na urlopie wychowawczym, rehabilitacji dziecka niepełnosprawnego, rozpoczęcia się roku szkolnego czy kształcenia dziecka poza miejscem zamieszkania. System wsparcia rodziny pozostaje więc skromny i selektywny. Zniesiono jedynie próg uprawniający do świadczenia pielęgnacyjnego dla osób rezygnujących z pracy, by zaopiekować się niesamodzielnym krewnym. Kwota ta jednak jest wciąż niska, więc dla wielu rodzin skorzystanie ze świadczenia jest nieopłacalne, gdyż skazywałoby je na ubóstwo. Obecnie trwają też prace posłów PO nad ustawą pielęgnacyjną, wprowadzającą przyznawany przez państwo bon, który osoby niesamodzielne mogłyby wydać na usługi opiekuńcze. Byłby to krok w dobrym kierunku, ale póki projekt ustawy nie jest gotowy, trudno go zapisać na poczet realnych sukcesów.
Obok bezpośrednich świadczeń ważną metodą wspierania ubogich rodzin są też instrumenty fiskalne. Niestety w tej dziedzinie rząd nie ma się czym poszczycić. Utrzymano ulgę prorodzinną, z której jednak nie mogą korzystać rodziny rolnicze (zwykle ubogie) i te, których dochód jest zbyt niski, by mieć ją z czego odliczyć. Jednocześnie ulga uszczupla przychody budżetowe. By je zwiększyć, rząd podwyższył VAT, co szczególnie dotkliwie uderza w rodziny uboższe, które gros środków przeznaczają na konsumpcję.
Byt wielu polskich rodzin pod rządami PO pozostaje i bardzo skromny i – co gorsza – niepewny. Za przyzwoleniem na niestabilną sytuację pracowników nie idzie rozbudowa siatki bezpieczeństwa socjalnego, która amortyzowałaby życiowe ryzyko związane z niepewnym zatrudnieniem.
Dla kobiet i dzieci
Ale byt materialny to nie wszystko. Liczy się też sposób regulacji stosunków społecznych i świadczenia usługowe. W obecnej kadencji przyjęto nowelizację ustawy antyprzemocowej, nowelizację ustawy o wsparciu rodziny i pieczy zastępczej i tzw. ustawę żłobkową. Nowe przepisy zwiększają podmiotowość kobiet i dzieci.
Ustawa antyprzemocowa wprowadziła całkowity zakaz przemocy fizycznej wobec dziecka, nałożyła na gminy obowiązek powoływania interdyscyplinarnych zespołów przeciwdziałania przemocy w rodzinie (niestety jak dotąd wciąż wiele gmin jeszcze się z tego zadania nie wywiązało) i zmieniła procedury podejmowania decyzji o odebraniu dziecka rodzicom, gdy jest ono zagrożone. Przeciwnicy twierdzą, że jest to droga do nadmiernej ingerencji pracowników socjalnych w życie rodziny. Lektura ustawy pokazuje jednak, że wprowadza ona ograniczenia (konieczność konsultacji z policjantem i pracownikiem służb medycznych), a także wyznacza katalog sytuacji, w których takie tymczasowe odebranie jest możliwe. Obawy wydają się więc przesadzone. Zwłaszcza w sytuacji, gdy przyjęto też ustawę o pieczy zastępczej i wspieraniu rodziny, nakładającą na samorządy obowiązek powoływania asystenta rodzinnego, którego zadaniem ma być praca z rodziną dysfunkcyjną. Może to ograniczać przypadki, w których odebranie dzieci rodzicom stanie się konieczne.
Ważna jest też ustawa żłobkowa, zwłaszcza w obliczu faktu, że Polska to kraj, gdzie objęcie instytucjonalną opieką dzieci do lat 3 jest najniższe w Europie. Ustawa zliberalizowała zasady prowadzenia i zakładania żłobków (co ma zmniejszyć koszty i zachęcić do ich tworzenia). Wprowadziła też alternatywne formy opieki, takie jak opiekun dzienny czy klubik dziecięcy, a także budżetowe wsparcie dla legalnego zatrudnienia niani oraz wzmacniając zachęty dla zakładania żłobków przyzakładowych. Możliwości te nie są w wystarczającym stopniu wykorzystywane. Np. wśród przedsiębiorstw dominują małe firmy, dla których koszt założenia żłobka wydaje się nadal zbyt wysoki. Wciąż brakuje środków i często świadomości wagi zagadnienia także po stronie niektórych samorządów. Część z nich, nie potrafiąc sprostać wyzwaniu, podnosi opłaty za korzystanie ze żłobków, zamiast otworzyć się np. na szkolenie i zatrudnianie opiekunów dziennych, którzy swoją pracę wykonywaliby w domu, co w dalszej perspektywie ograniczałoby koszty gminy. Wobec tych i wielu innych trudności warto zastanowić się nad objęciem opieki żłobkowej mechanizmem centralnej subwencji, która częściowo uniezależniłaby szansę otrzymania miejsca w żłobku od zamożności i inwencji danego samorządu.
Politykę społeczną w wydaniu PO trudno uznać za jednoznaczny sukces. Zwłaszcza marne są wyniki jeśli chodzi o zapewnienie godnego i stabilnego bytu polskim rodzinom. Nieco lepiej prezentują się rezultaty, jeśli chodzi o zainicjowanie budowy instytucji wspomagających rodzinę. To jednak zbyt mało, by nadrobić wieloletnie zapóźnienia w polskiej polityce społecznej.
Tekst ukazał się w Zielonych Wiadomościach w ramach cyklu Polska po 4 latach PO.
http://zielonewiadomosci.pl/tematy/social/czy-platforma-jest-prorodzinna
2011-08-12 22:45:53
bułka zamiast ciepłego obiadu- to sytuacja, która ma miejsce w nie niejednej wiejskiej szkole w ramach Rządowego Programu Dożywiania prowadzono od 2005 r. Jak podała ostatnio GW za danymi opublikowanymi przez MPiPS dotyczy to co ósmego wiejskiego dziecka korzystającego z programu. To niepokojąca sytuacja zważywszy, że celem programu było nie tyle walka z głodem ale niedożywieniem. A więc nie chodziło tylko o kaloryczną ‘’ ilosć’’ ale odżywczą ‘’jakość’’.
Apelowałbym jednak by tłumaczyć te deficyty nie wyłącznie brakiem środków pieniężnych po stronie małych, wiejskich gmin ani tym bardziej brakiem dobrej woli, kompetencji i zainteresowania ze strony ich włodarzy. Lewicowy felietonista Tomasz Piątek pisząc o sprawie, zastanawia się dlaczego dzieci wiejskie są w praktyce gorzej traktowane: „ Dlaczego? Bo mniejsze gminy nie chcą się dokładać do programu i nie widzą takiej potrzeby. Nawet bezczelnie argumentują, że dzieci wolą bułkę od zupy. Chociaż mówimy tu o małości, małości samorządowców problem nie jest mały tylko wielki: W województwie łódzkim dożywiania wymaga połowa uczniów ‘’.
Owszem, problem jest wielki. Ale ta wielkość rodzi się niekoniecznie z małości samorządowców. Właściwie problem jest i wielki i głęboki. A głębia polega na tym, że skromniejsze samorządy nie tylko mają mniej pieniędzy do rozdysponowania, ale dysponują oni znacznie gorszą sytuacją lokalową i infrastrukturalną. Nieraz dzieci w małej wiejskiej szkółce, gdzie uczy się w danym roczniku raptem jedna klasa, nie mogą otrzymać dwudaniowego ciepłego posiłku bo po prostu w budynku ani w pobliżu nie ma stołówki, gdzie można takie danie przygotować. Brakuje też środków komunikacji dzięki którym można by w krótkim czasie ciepły posiłek dowieść z okolicy. Te prozaiczne okoliczności są codziennością niejednej społeczności na prowincji i sprawiają, że niektórym gminom tak trudno skorzystać efektywnie z rządowych programów wsparcia.
Gdy zastanawiamy się nad rozwarstwieniem często porównujemy sytuację dochodową różnych gospodarstw domowych. Gdybyśmy porównali sytuację majątkową te rozwarstwienie byłoby znacznie większe. A gdybyśmy dołączyli jeszcze inne wymiary kapitału mielibyśmy do czynienia z kolosalnymi wręcz przepaściami. Podobnie jest gdy porównujemy ze sobą poszczególne samorządy. Różnice nie sprowadzają się do dochodów, które od biedy można częściowo wyrównywać przy pomocy mechanizmów redystrybucji ze środków rządowym czy też unijnych, ale obejmują znacznie trudniejsze do przezwyciężenia w krótkim czasie różnice infrastrukturalne, związane z transportem, z bazą lokalową i żywieniową.
Tragizm szkół na peryferiach
Problem z dożywieniem w przypadku obszarów peryferyjnych jest nie tylko wielki i głęboki, ale także przesiąknięty swoistym tragizmem. Jeśli w dana wieś jest biedna i do tego ma małą liczbę dzieci w wieku szkolnym, może dojść do zamknięcia szkoły a wówczas dzieci będę musiały jechać do większego ośrodka, gdzie za sprawą przyjęcia większej liczby dzieci, prowadzenie szkolnej stołówki może być łatwiejsze. Dzieci będą miały nie tylko większe szanse otrzymania odpowiedniego posiłku ale także możliwość wyjścia poza najbliższe otoczenie sąsiedzkie i poznania nieco większego wycinka rzeczywistości niż własna wieś.Plusy są więc wyraźne. Niestety jednak minusy również.
Choćby takie, że konieczność dojazdów wiąże się z dużym zagrożeniem dla dojeżdżających dzieci, zwłaszcza tych najmłodszych. Tym bardziej, ze na prowincji transport jest ograniczony, a sami rodzice nie zawsze dysponują samochodami. Zwłaszcza w okresie zimowym trudności transportowe mogą przyczyniać się do zwiększonego ryzyka na drogach, dużych strat czasowych oraz prawdopodobieństwa nie dotarcia dzieci do szkoły na czas lub wcale.
Jest jeszcze inny powód dla którego należy być ostrożnym z wszelkimi ruchami zmierzającymi do likwidacji szkół w środowisku lokalnym. Pamiętajmy, że szkoły to instytucje nie tylko edukacyjne, ale też socjalizacyjno-integracyjne. Ich obecność, choćby ułomna, ma jednak pewien potencjał w ożywieniu i integrowaniu społeczności.
Zapewnienie dzieciom ciepłego obiadu zamiast bułki to nie jest bułka z masłem, ale trudny dylemat. Tym trudniejszy, że często bardzo szczupłe zasoby ograniczają też pole politycznego manewru. Oczywiście zdarza się, że niezaspokojenie potrzeb żywieniowych najuboższy wynika nie tylko z powyższych ograniczeń, ale także z ograniczonych horyzontów władz czy też ich złego rozłożenia priorytetów ( pamiętajmy przy czym, że w takich społecznościach, gdzie nie ma najlepszego dostępu do kapitału kulturowego, ludzie wybierają wśród swoich, reprezentację, która również nie miała szans na poszerzenie swoich horyzontów i kompetencji w zakresie perspektywicznego rządzenia i zarządzania). Dlatego też apelowałbym o nie redukowanie problemu do potencjalnej ‘’małości’’ niektórych samorządowców ale spojrzenie na sprawę bardziej strukturalnie.
Problem nie tylko wiejski
Dobrze, że Tomasz Piątek zasygnalizował na koniec, wspominając o Łodzi, że niedożywienie to nie tylko problem wsi i małych miasteczek, ale także dużych miast. Przypomniało mi się jak kiedyś przeprowadziłem wywiad pt ‘’Nowa wieś?” z dr. Fedyszak-Radziejowską na temat przemian polskiej wsi po wejściu do Unii i zatrzymaliśmy się na specyfice wiejskiego ubóstwa i tym czym się ono różni od tego miejskiego . Moja rozmówczyni stwierdziła wówczas( chyba akurat ten fragment w ostatecznej wersji został usunięty, więc tym bardziej warto go przypomnieć), że bieda na wsi, choć łącznie rozleglejsza, niekiedy wiąże się z mniejszym poczuciem upokorzenia samych ubogich. Po pierwsze, dlatego, że na wsi są mniejsze kontrasty ( zwłaszcza tam gdzie nie mówimy o wsiach – sypialniach dla ludzi bogatszych, pracujących w mieście – R.B) i ludzie biedni obcują z innymi biednymi ( nie ma więc aż takiego poczucia bycia gorszymi).
Po drugie dlatego, że niektóre podstawowe produkty spożywcze wytwarza się w gospodarstwach rolnych na własny użytek. Nawet jeśli to za mało na sprzedaż, przydaje się by uzupełnić domowe menu. Silniejsze są też więzi sąsiedzkie, łatwiej się więc wymienić produktami lub kupować u znajomego sklepikarza na zeszyt. W mieście nieraz ubóstwo zmusza do mniej lub bardziej jawnych form żebrania, co jest szczególnie upokarzające dla tych niezamożnych ludzi.
Być może to nieco uproszczony obraz różnic między biedą wiejską a miejską, ale myślę, że w poszczególnych przypadkach może jednak dotykać rzeczywistych problemów. Zwłaszcza motyw subiektywnego poczucia ubóstwa przy porównywaniu się do innych, jest wart zastanowienia w kontekście niedożywienia uczniów, zarówno w środowisku miejskim jak i wiejskim. Często poczucie wykluczenia wynikającego z ubóstwa wiąże się z miejscem jednostki nie w systemie społeczno-ekonomicznym ogólnie, ale w najbliższym otoczeniu. W klasie, w szkole, na podwórku. Zatem nie mniej ważna niż zróżnicowanie w dostępie do wartościowych dóbr między miastem a wsią, oraz centrum a peryferiami, jest segregacja wewnątrzszkolna jaka może pojawić się w związku z realizacją programu dożywiania. Np. wówczas gdy dzieci korzystające z programu dożywiania jedzą na oczach pozostałych co innego ( i zwykle skromniejszego) niż ci uczniowie, którym dzieci wykupili obiady za własne pieniądze.
Nie wiem na ile są to sytuacje powszechne, aczkolwiek istnieją przesłanki, iż takie czy inne praktyki segregacji i w konsekwencji stygmatyzacji zdarzają się w związku z realizacją programu dożywiania. Pośrednio wskazują na to choćby wyniki zeszłorocznej kontroli NIK dotyczącej realizacji programu dożywiania w małopolskich gminach. Raport ujawnił, że np. w Wieliczce ,część osób – uprawnionych do wsparcia!- wręcz odmawiało otrzymania wsparcia w obawie przed napiętnowaniem.
Widać więc, że problem jest bardzo głęboki i szeroki. Wiąże się z dylematami na poziomie mikro ( jak dokonać skutecznej, niestygmatyzującej dystrybucji posiłków w szkole) i mezo ( w jaki sposób samorząd powinien zapewnić szkole odpowiednie warunki i środki na dożywianie). Zapewne jednak nie powinniśmy pomijać perspektywy makro – jak państwo może usprawnić mechanizm działania programu by wyrównywać szanse na otrzymanie przez ubogie dzieci bogatego w walory odżywcze posiłku niezależnie od położenia gminy, w której żyją oraz szkoły do której uczęszczają.
Skąd zło w "raju"?Apelowałbym jednak by tłumaczyć te deficyty nie wyłącznie brakiem środków pieniężnych po stronie małych, wiejskich gmin ani tym bardziej brakiem dobrej woli, kompetencji i zainteresowania ze strony ich włodarzy. Lewicowy felietonista Tomasz Piątek pisząc o sprawie, zastanawia się dlaczego dzieci wiejskie są w praktyce gorzej traktowane: „ Dlaczego? Bo mniejsze gminy nie chcą się dokładać do programu i nie widzą takiej potrzeby. Nawet bezczelnie argumentują, że dzieci wolą bułkę od zupy. Chociaż mówimy tu o małości, małości samorządowców problem nie jest mały tylko wielki: W województwie łódzkim dożywiania wymaga połowa uczniów ‘’.
Owszem, problem jest wielki. Ale ta wielkość rodzi się niekoniecznie z małości samorządowców. Właściwie problem jest i wielki i głęboki. A głębia polega na tym, że skromniejsze samorządy nie tylko mają mniej pieniędzy do rozdysponowania, ale dysponują oni znacznie gorszą sytuacją lokalową i infrastrukturalną. Nieraz dzieci w małej wiejskiej szkółce, gdzie uczy się w danym roczniku raptem jedna klasa, nie mogą otrzymać dwudaniowego ciepłego posiłku bo po prostu w budynku ani w pobliżu nie ma stołówki, gdzie można takie danie przygotować. Brakuje też środków komunikacji dzięki którym można by w krótkim czasie ciepły posiłek dowieść z okolicy. Te prozaiczne okoliczności są codziennością niejednej społeczności na prowincji i sprawiają, że niektórym gminom tak trudno skorzystać efektywnie z rządowych programów wsparcia.
Gdy zastanawiamy się nad rozwarstwieniem często porównujemy sytuację dochodową różnych gospodarstw domowych. Gdybyśmy porównali sytuację majątkową te rozwarstwienie byłoby znacznie większe. A gdybyśmy dołączyli jeszcze inne wymiary kapitału mielibyśmy do czynienia z kolosalnymi wręcz przepaściami. Podobnie jest gdy porównujemy ze sobą poszczególne samorządy. Różnice nie sprowadzają się do dochodów, które od biedy można częściowo wyrównywać przy pomocy mechanizmów redystrybucji ze środków rządowym czy też unijnych, ale obejmują znacznie trudniejsze do przezwyciężenia w krótkim czasie różnice infrastrukturalne, związane z transportem, z bazą lokalową i żywieniową.
Tragizm szkół na peryferiach
Problem z dożywieniem w przypadku obszarów peryferyjnych jest nie tylko wielki i głęboki, ale także przesiąknięty swoistym tragizmem. Jeśli w dana wieś jest biedna i do tego ma małą liczbę dzieci w wieku szkolnym, może dojść do zamknięcia szkoły a wówczas dzieci będę musiały jechać do większego ośrodka, gdzie za sprawą przyjęcia większej liczby dzieci, prowadzenie szkolnej stołówki może być łatwiejsze. Dzieci będą miały nie tylko większe szanse otrzymania odpowiedniego posiłku ale także możliwość wyjścia poza najbliższe otoczenie sąsiedzkie i poznania nieco większego wycinka rzeczywistości niż własna wieś.Plusy są więc wyraźne. Niestety jednak minusy również.
Choćby takie, że konieczność dojazdów wiąże się z dużym zagrożeniem dla dojeżdżających dzieci, zwłaszcza tych najmłodszych. Tym bardziej, ze na prowincji transport jest ograniczony, a sami rodzice nie zawsze dysponują samochodami. Zwłaszcza w okresie zimowym trudności transportowe mogą przyczyniać się do zwiększonego ryzyka na drogach, dużych strat czasowych oraz prawdopodobieństwa nie dotarcia dzieci do szkoły na czas lub wcale.
Jest jeszcze inny powód dla którego należy być ostrożnym z wszelkimi ruchami zmierzającymi do likwidacji szkół w środowisku lokalnym. Pamiętajmy, że szkoły to instytucje nie tylko edukacyjne, ale też socjalizacyjno-integracyjne. Ich obecność, choćby ułomna, ma jednak pewien potencjał w ożywieniu i integrowaniu społeczności.
Zapewnienie dzieciom ciepłego obiadu zamiast bułki to nie jest bułka z masłem, ale trudny dylemat. Tym trudniejszy, że często bardzo szczupłe zasoby ograniczają też pole politycznego manewru. Oczywiście zdarza się, że niezaspokojenie potrzeb żywieniowych najuboższy wynika nie tylko z powyższych ograniczeń, ale także z ograniczonych horyzontów władz czy też ich złego rozłożenia priorytetów ( pamiętajmy przy czym, że w takich społecznościach, gdzie nie ma najlepszego dostępu do kapitału kulturowego, ludzie wybierają wśród swoich, reprezentację, która również nie miała szans na poszerzenie swoich horyzontów i kompetencji w zakresie perspektywicznego rządzenia i zarządzania). Dlatego też apelowałbym o nie redukowanie problemu do potencjalnej ‘’małości’’ niektórych samorządowców ale spojrzenie na sprawę bardziej strukturalnie.
Problem nie tylko wiejski
Dobrze, że Tomasz Piątek zasygnalizował na koniec, wspominając o Łodzi, że niedożywienie to nie tylko problem wsi i małych miasteczek, ale także dużych miast. Przypomniało mi się jak kiedyś przeprowadziłem wywiad pt ‘’Nowa wieś?” z dr. Fedyszak-Radziejowską na temat przemian polskiej wsi po wejściu do Unii i zatrzymaliśmy się na specyfice wiejskiego ubóstwa i tym czym się ono różni od tego miejskiego . Moja rozmówczyni stwierdziła wówczas( chyba akurat ten fragment w ostatecznej wersji został usunięty, więc tym bardziej warto go przypomnieć), że bieda na wsi, choć łącznie rozleglejsza, niekiedy wiąże się z mniejszym poczuciem upokorzenia samych ubogich. Po pierwsze, dlatego, że na wsi są mniejsze kontrasty ( zwłaszcza tam gdzie nie mówimy o wsiach – sypialniach dla ludzi bogatszych, pracujących w mieście – R.B) i ludzie biedni obcują z innymi biednymi ( nie ma więc aż takiego poczucia bycia gorszymi).
Po drugie dlatego, że niektóre podstawowe produkty spożywcze wytwarza się w gospodarstwach rolnych na własny użytek. Nawet jeśli to za mało na sprzedaż, przydaje się by uzupełnić domowe menu. Silniejsze są też więzi sąsiedzkie, łatwiej się więc wymienić produktami lub kupować u znajomego sklepikarza na zeszyt. W mieście nieraz ubóstwo zmusza do mniej lub bardziej jawnych form żebrania, co jest szczególnie upokarzające dla tych niezamożnych ludzi.
Być może to nieco uproszczony obraz różnic między biedą wiejską a miejską, ale myślę, że w poszczególnych przypadkach może jednak dotykać rzeczywistych problemów. Zwłaszcza motyw subiektywnego poczucia ubóstwa przy porównywaniu się do innych, jest wart zastanowienia w kontekście niedożywienia uczniów, zarówno w środowisku miejskim jak i wiejskim. Często poczucie wykluczenia wynikającego z ubóstwa wiąże się z miejscem jednostki nie w systemie społeczno-ekonomicznym ogólnie, ale w najbliższym otoczeniu. W klasie, w szkole, na podwórku. Zatem nie mniej ważna niż zróżnicowanie w dostępie do wartościowych dóbr między miastem a wsią, oraz centrum a peryferiami, jest segregacja wewnątrzszkolna jaka może pojawić się w związku z realizacją programu dożywiania. Np. wówczas gdy dzieci korzystające z programu dożywiania jedzą na oczach pozostałych co innego ( i zwykle skromniejszego) niż ci uczniowie, którym dzieci wykupili obiady za własne pieniądze.
Nie wiem na ile są to sytuacje powszechne, aczkolwiek istnieją przesłanki, iż takie czy inne praktyki segregacji i w konsekwencji stygmatyzacji zdarzają się w związku z realizacją programu dożywiania. Pośrednio wskazują na to choćby wyniki zeszłorocznej kontroli NIK dotyczącej realizacji programu dożywiania w małopolskich gminach. Raport ujawnił, że np. w Wieliczce ,część osób – uprawnionych do wsparcia!- wręcz odmawiało otrzymania wsparcia w obawie przed napiętnowaniem.
Widać więc, że problem jest bardzo głęboki i szeroki. Wiąże się z dylematami na poziomie mikro ( jak dokonać skutecznej, niestygmatyzującej dystrybucji posiłków w szkole) i mezo ( w jaki sposób samorząd powinien zapewnić szkole odpowiednie warunki i środki na dożywianie). Zapewne jednak nie powinniśmy pomijać perspektywy makro – jak państwo może usprawnić mechanizm działania programu by wyrównywać szanse na otrzymanie przez ubogie dzieci bogatego w walory odżywcze posiłku niezależnie od położenia gminy, w której żyją oraz szkoły do której uczęszczają.
2011-07-25 22:13:32
Z tym rajem, to naturalnie gruba przesada, niemniej to, że w kraju o najwyższym poziomie rozwoju społecznego ( od lat najwyższe pozycje w rankingach HDI) zdarzyła się ta tragedia nasuwa szereg refleksji. i wątpliwości na jakim poziomie mielibyśmy interpretować to wydarzenie.
Jedni – najczęściej są to komentatorzy prawicowi - twierdzą, że był to indywidualny akt szaleństwa i nie należy go rozpatrywać w kontekście danej ideologii. Inni, wręcz przeciwnie, to właśnie w tej ideologii widzą punkt ciężkości, a brutalny czyn Norwega miał być jej konsekwencją. W jeszcze innym ujęciach zwraca się uwagę na społeczne uwarunkowania ( polityczne, ekonomiczne, kulturowe) które stały się podłożem zarówno samego czynu jak i ideologii do której odwoływał się sprawca. Moim zdaniem zatem szukając odpowiedzi na pytanie „unde malum w Norwegii?” trzeba się odwołać do każdego z poziomów. Nie można tego tłumaczyć ani jednostkową dewiacją, ani samą ideologią oderwaną od społecznego kontekstu, choć akurat w przypadku Norwegii relacje między tymi poziomami są szczególnie trudne do wychwycenia.
Szczególnie błędne byłoby traktowanie tego apolitycznie jako indywidualny wybryk szaleńca. Takie wytłumaczenie można od biedy odnieść do takich sytuacji jak ta która miała miejsce przed paroma laty w Finlandii, gdzie nastolatek dokonał masakry w szkole. Tam nie było odniesień do ideologii ani do procesów politycznych. Tu jednak odniesienia ideologiczne były i znamy je dobrze, a odnosiły się do realnych zjawisk jak tworzenie się społeczeństwa wielokulturowego z coraz większym udziałem ludności islamskiej.
To mogło się zdarzyć prawdopodobnie jednak w wielu krajach. I to, że akurat zdarzyło tam jest raczej przypadkiem lub sumą przypadków, a nie wynikiem specyficznej kultury i polityki otwartości jaką promowało państwo norweskie w ostatnich dekadach. To nie kwestia zakresu otwartości, a raczej mechanizmów i filozofii integracji powinna nam teraz zaprzątać myśli.
To powinno być teraz przeanalizowane nie tylko w Norwegii, ale też wszędzie indziej. Bowiem wszędzie potencjalnie mogą się powtórzyć tego typu nieprzewidywalne wydarzenia.
Chętnie przeczytałbym na temat strategii integracyjnych w tym kraju oraz o dobrych praktykach z innych państw. Warto zdać sobie sprawę – zwłaszcza pod wpływem tego co się wydarzyło- że instrumenty integracji powinny być adresowane nie tylko do przybyszy ale także do rodzimej, rdzennej ludności, bowiem przedstawiciele tej części społeczeństwa, jak się okazało, nie wykazują nieraz zdolności funkcjonowania w warunkach wielokulturowości. Innymi słowy, wszyscy musimy uczyć się funkcjonowania w nowym kontekście, a nie liczyć na to że ci, którzy przybywają, po prostu przyjmą nasze normy. Oczywiście pojawia się pytanie o stopień symetryczności – czy jednak w kraju nie powinno zostać stosunkowo więcej z norm i zasad, które składają się na kształtowany przez lata system norm danej wspólnoty?
Myślę, że tak, przy czym nawet to co stare i tu zakorzenione, powinno podlegać ewolucji by mogło wyjść naprzeciw nowemu. W przypadku Norwegii ten kanon norm ( a przynajmniej istotna jego część) wydaje się szczególnie cenny, bowiem owe normy ( obok oczywiście konkretnych politycznych projektów polityczne) stanowiło podłoże pod tamtejszy model dobrobytu. Podkopanie tego fundamentu może zagrozić systemowi łączącego sprawiedliwość z racjonalnością gospodarowania, a to w rezultacie wyostrzyć konflikty ekonomiczne, przekładające się także na napięcia kulturowo-etniczne. Zatem przed Norwegami twardy orzech do zgryzienia.
Rzecz jasna, nawet jeśli udałoby się znaleźć modus vivendi między różnymi grupami a także ocalić rdzeń kulturowy, który by sprzyjał dalszemu podtrzymywaniu dobrobytu, nie będzie gwarancji, że tragedia podobna do tej się nie powtórzy ( tu wkracza czynnik ludzki), ale prawdopodobieństwo się jeszcze bardziej zmniejszy. Dziś pewności już być może, ale ryzyko można – a nawet trzeba – zmniejszać.
2011-07-17 23:15:56
Ku mojemu zaskoczeniu, poprzedni wpis o żebractwie wywołał na portalu lewica.pl wzburzenie co poniektórych, czego wyrazem były między innymi komentarze, do których takiej liczby nie nawykłem. Także ich treść w niektórych przypadkach mnie zaskoczyła, bowiem mój tekst został odczytany jako nieomal faszystowski.
W nawiązaniu do nich, chciałem kilka rzeczy wyjaśnić.
Czy żebractwo jest jakimś istotnym problemem dla lewicowej czy ogólnie politycznej refleksji? I w jakim kontekście?
Moim zdaniem żebractwo nie jest jakimś wielkim problemem samym w sobie, a staje problemem dopiero w kontekście problematyki wykluczenia. To z tej perspektywy a nie spoglądając przez pryzmat indywidualnego komfortu czy sumienia warto prowadzić na ten debat publiczną. Samopoczucie pozostałych mieszkańców ( w tym niżej podpisanego) jest tu sprawą absolutnie drugorzędną. Ja zresztą nie poświęcałem temu zbyt dużo uwagi w poprzednim wpisie. Istotniejsze jest pytanie: w jaki sposób żebractwo powiązane jest z wykluczeniem? A także w jaki sposób określone podejście wobec żebraków ( mam tu na myśli zarówno sumę działań indywidualnych jak i systemowe rozwiązania) może przekładać się na skalę i głębię wykluczenia społecznego?
Z tej perspektywy próbowałem przyjrzeć się temu zagadnieniu, choć mam wrażenie że ta perspektywa nie została właściwie zrozumiała.
Żebranie a wykluczenie
Moja pierwsza i zasadnicza teza jest taka, że samo żebractwo ( choć właściwie powinienem mówić o wybranych jego formach) oddziałuje negatywnie na stosunek społeczeństwa do wykluczonych a także – w przeważającej mierze – utrwala wykluczenie. W istocie chodziło mi ( co powinienem był zaznaczyć) o formy aktywnego żebractwa ( czego przykładem był opisany we wpisie case) a nie na przykład sytuacje, w których ktoś siedzi na ulicy z kartką na której prosi o pomoc. Ten drugi przypadek – choć sam w sobie również niekorzystny, gdyż jest upokarzający dla tych ludzi – nie ma jednak tak negatywnych skutków jeśli chodzi o stosunek reszty społeczeństwa do żebrzących i pośrednio także do wykluczonych.
Druga teza mówi, że dawanie tym ludziom pieniędzy – niezależnie czy intencją jest uspokojenie sumienia, brak asertywności pokazanie swej szlachetności czy też chęć świętego spokoju - legitymizuje praktykę żebractwa ( a jak wynika z tezy pierwszej) ono pogarsza symboliczny status wykluczonych.
Trzecia teza mówi o tym, że ulegając strategii ‘’pomocy na dziecko’’ legitymizujemy sytuację, w której dzieci te będą wykorzystywane w tym celu, a w niektórych przypadkach wręcz stworzymy bodźce stymulujące do dalszej rozrodczości. Tym samym sprawiamy, że ludzi który w tym uczestniczą ( często nie z własnej winy) będzie coraz więcej.
Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, którzy decydują się na żebranie. Niekiedy jest to konieczność a nie świadomy sposób na życie. Zresztą nie każda forma żebractwa prowadzi do tak negatywnych emocji ze strony społeczeństwa. Najbardziej to dotyczy sytuacji w której dochodzi do awantur.
Tak jak w opisanym przypadku. I to nie spowodowanych odmową udzielenia wsparcia, ale na przykład tym, że osoba nie chciała przyjąć wsparcia jakie sugerowałem. Proponując kupienie zupy lub innej potrawy dla dziecka spotkałem się z odmową, a to dopiero pociągnęło za sobą kłótnię między personelem a wspomnianą kobietą.
Oczywiście nie przytaczam tego przypadku w celu ferowania ocen moralnych Ani osoby żebrzącej. Ani osób, które jej chciała dać żywność według własnego uznania.. Ani tych którzy ją w końcu wyprosili. Ważny jest jedynie wpływ tego typu, dość częstych i powtarzalnych zdarzeń na sytuację osób wykluczonych i ich relację ze społeczeństwem względem którego powinno się ich reintegrować.
Źródła nieskuteczności
Spośród wszystkich komentarzy które pojawiły się pod tekstem, najbardziej interesujące były dla mnie te, które właśnie atakowały mój tekst z pozycji skuteczności, a nie te które zawierały dziwne ( choć czytelne dla mnie) aluzje do pewnych historyczno- ideologicznych tradycji. Przeświadczenie większości czytelników o bezskuteczności ( i tym samym bezwartościowości) sugerowanych przeze mnie recept zdawały się wynikać z dwóch rodzajów założeń.
W pierwszym podejściu, żebracy zawsze byli i będą i niezależnie co byśmy robili, nie zlikwidujemy tego zjawiska, więc pozwólmy tym ludziom żyć jak żyją i w ogóle niepotrzebnie się tym zajmujemy.
W drugim podejściu, żebractwo jest skorelowane z wykluczeniem, a to jest następstwem przyjęcia określonego systemu społecznego, neoliberalnego porządku, który nie dość że generuje wykluczenie to jeszcze przez to, że uszczupla domenę publicznej polityki społecznej ( i podporządkowuje je również neoliberalnej logice), która nie są w stanie zapewnić tym ludziom należytego wsparcia.
W obydwu tych narracjach jest sporo racji, ale mają one słabe punkty na poziomie wniosków.
Jeśli chodzi o ‘’odwieczny’’ charakter żebractwa, nie wydaje mi się żeby była to wystarczająca przesłanka by nie zajmowała się tym polityka społeczna. Nawet jeśli nie usuniemy zjawiska, możemy kształtować jego skalę i głębię oraz redukować społeczne koszty. Innymi słowy, możemy łagodzić problem. Tak samo jak z tego, że prostytucja jest odwiecznym zjawiskim nie wynika, że nie należy szukać rozwiązań które by ‘’cywilizowały’’ to zjawisko i chroniły osoby nim dotknięte.
Nie wystarczy leczenie przyczyn
Co do powiązania problemu żebractwa z neoliberalnym modelem przemian, coś jest na rzeczy. Tak samo jak w tym, że słabe państwo podporządkowane neoliberalnej logice może być mało skuteczne w zaspokojeniu potrzeb tych ludzi. Ale na tej konstatacji nie można poprzestać. Bo z tym problemem trzeba się jakoś mierzyć, a to właśnie służby publiczne mają instrumenty by sobie z tym jakoś radzić ( na pewno sensowniej niż to się dzieje w ramach indywidualnej, spontanicznej dystrybucji dokonywanej pod wpływem chwili). Czy mamy alternatywę? W wypowiedzi żadnego z komentatorów nie znalazłem innych konstruktywnych propozycji. Domyślam się jednak jaka to mogłaby być recepta. Budować taki sprawiedliwy model rozwoju, który by w ogóle nikogo nie zmuszał do żebrania. Najlepiej w ogóle obalić system i zacząć budować go od nowa, zgodnie z zasadami sprawiedliwości społecznej i tak by nikt nie popadł w stan wykluczenia i ubóstwa. To podejście jako szukanie pewnego kierunku działań, idei regulatywnej, mnie nie razi. Jest ono nawet pożyteczne dla tych, którzy chcą w istniejącym systemie zmienić coś na lepsze. Mimo szacunku dla tej perspektywy, nie można jednak sobie pozwolić by zastąpiła ona praktyczne szukanie cząstkowych rozwiązań, które adresowałyby problemy tu i teraz. Wielokrotnie pisałem, że polityka społeczna powinna być w większym stopniu prewencyjna i reintegracyjna, a nie głównie osłonowo-interencyjna ( jak to ma miejsce u nas obecne). Zapobieganie jest ważne, ale w obecnej sytuacji nie wystarczy. Nie żyjemy w społeczeństwie, w którym ład społeczny ma dopiero się narodzić a my zapobiec powstaniu wykluczeniu. Ono już jest. Co więcej, od dawna i to w dodatku reprodukuje się ramach miedzygeneracyjnego kulturowego dziedziczenia. A więc to nie tylko kwestia sytuacji ale także określonych wzorców zachowań. Bynajmniej nie poprawi się tego przy pomocy indywidualnej jałmużny ani nawet przebudowy stosunków pracy na takie, które by mniej marginalizowały i alienowały ludzi.
Bo ci ludzie już znaleźli się poza systemem i niełatwo ich weń włączyć z powrotem.
Znaczenie instytucji
Wobec tego muszą istnieć instytucje, które by tych wykluczonych wspierały.
Lekceważący stosunek ze strony licznych komentatorów do tych form instytucjonalnej pomocy jest dla mnie najbardziej niepokojący. Także dlatego, że to właśnie dzięki tym instytucjom i rozmaitym usługom publicznym zbudowano najbardziej sprawiedliwe modele kapitalizmu współczesności na skalę przynajmniej krajową. W Skandynawii gdzie wskaźniki wykluczenia są niewielkie, osiągnięto to w dużej mierze właśnie dzięki rozwijaniu i pragmatycznym modyfikowaniu usług publicznych, wspierających obywateli w trudnych sytuacjach, a nie dzięki temu, że dana formacja polityczna w pewnym momencie uznała sobie ‘’odtąd zaczynamy budować system sprawiedliwości społecznej’’.
Wiem, że u nas te instytucje działają inaczej niż w Niemczech czy Szwecji ( choć nie idealizowałbym też tamtych służb – wystarczy przeczytać wywiad z Maciejem Zarembą w najnowszej Polityce), ale można je modyfikować. Jednak by wiedzieć jakie są ich słabości i możliwości zmiany, trzeba mieć wiedzę na temat ich funkcjonowania ( stąd też między innymi wynikał mój postulat edukacji w tym zakresie). Oczywiście sama informacjach o służbach nie wystarczy, ale może być jednym z krokiem do celu jakim byłoby wygenerowanie presji społecznej w kierunku wzmocnienia i ulepszenia tych służb. Oczywiście nie zlikwiduje to problemu żebractwa ani wykluczenia ale jest to jakiś pomysł na sprawniejsze i bardziej systemowe mierzenie się z tymi kwestiami społecznymi.
W nawiązaniu do nich, chciałem kilka rzeczy wyjaśnić.
Czy żebractwo jest jakimś istotnym problemem dla lewicowej czy ogólnie politycznej refleksji? I w jakim kontekście?
Moim zdaniem żebractwo nie jest jakimś wielkim problemem samym w sobie, a staje problemem dopiero w kontekście problematyki wykluczenia. To z tej perspektywy a nie spoglądając przez pryzmat indywidualnego komfortu czy sumienia warto prowadzić na ten debat publiczną. Samopoczucie pozostałych mieszkańców ( w tym niżej podpisanego) jest tu sprawą absolutnie drugorzędną. Ja zresztą nie poświęcałem temu zbyt dużo uwagi w poprzednim wpisie. Istotniejsze jest pytanie: w jaki sposób żebractwo powiązane jest z wykluczeniem? A także w jaki sposób określone podejście wobec żebraków ( mam tu na myśli zarówno sumę działań indywidualnych jak i systemowe rozwiązania) może przekładać się na skalę i głębię wykluczenia społecznego?
Z tej perspektywy próbowałem przyjrzeć się temu zagadnieniu, choć mam wrażenie że ta perspektywa nie została właściwie zrozumiała.
Żebranie a wykluczenie
Moja pierwsza i zasadnicza teza jest taka, że samo żebractwo ( choć właściwie powinienem mówić o wybranych jego formach) oddziałuje negatywnie na stosunek społeczeństwa do wykluczonych a także – w przeważającej mierze – utrwala wykluczenie. W istocie chodziło mi ( co powinienem był zaznaczyć) o formy aktywnego żebractwa ( czego przykładem był opisany we wpisie case) a nie na przykład sytuacje, w których ktoś siedzi na ulicy z kartką na której prosi o pomoc. Ten drugi przypadek – choć sam w sobie również niekorzystny, gdyż jest upokarzający dla tych ludzi – nie ma jednak tak negatywnych skutków jeśli chodzi o stosunek reszty społeczeństwa do żebrzących i pośrednio także do wykluczonych.
Druga teza mówi, że dawanie tym ludziom pieniędzy – niezależnie czy intencją jest uspokojenie sumienia, brak asertywności pokazanie swej szlachetności czy też chęć świętego spokoju - legitymizuje praktykę żebractwa ( a jak wynika z tezy pierwszej) ono pogarsza symboliczny status wykluczonych.
Trzecia teza mówi o tym, że ulegając strategii ‘’pomocy na dziecko’’ legitymizujemy sytuację, w której dzieci te będą wykorzystywane w tym celu, a w niektórych przypadkach wręcz stworzymy bodźce stymulujące do dalszej rozrodczości. Tym samym sprawiamy, że ludzi który w tym uczestniczą ( często nie z własnej winy) będzie coraz więcej.
Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, którzy decydują się na żebranie. Niekiedy jest to konieczność a nie świadomy sposób na życie. Zresztą nie każda forma żebractwa prowadzi do tak negatywnych emocji ze strony społeczeństwa. Najbardziej to dotyczy sytuacji w której dochodzi do awantur.
Tak jak w opisanym przypadku. I to nie spowodowanych odmową udzielenia wsparcia, ale na przykład tym, że osoba nie chciała przyjąć wsparcia jakie sugerowałem. Proponując kupienie zupy lub innej potrawy dla dziecka spotkałem się z odmową, a to dopiero pociągnęło za sobą kłótnię między personelem a wspomnianą kobietą.
Oczywiście nie przytaczam tego przypadku w celu ferowania ocen moralnych Ani osoby żebrzącej. Ani osób, które jej chciała dać żywność według własnego uznania.. Ani tych którzy ją w końcu wyprosili. Ważny jest jedynie wpływ tego typu, dość częstych i powtarzalnych zdarzeń na sytuację osób wykluczonych i ich relację ze społeczeństwem względem którego powinno się ich reintegrować.
Źródła nieskuteczności
Spośród wszystkich komentarzy które pojawiły się pod tekstem, najbardziej interesujące były dla mnie te, które właśnie atakowały mój tekst z pozycji skuteczności, a nie te które zawierały dziwne ( choć czytelne dla mnie) aluzje do pewnych historyczno- ideologicznych tradycji. Przeświadczenie większości czytelników o bezskuteczności ( i tym samym bezwartościowości) sugerowanych przeze mnie recept zdawały się wynikać z dwóch rodzajów założeń.
W pierwszym podejściu, żebracy zawsze byli i będą i niezależnie co byśmy robili, nie zlikwidujemy tego zjawiska, więc pozwólmy tym ludziom żyć jak żyją i w ogóle niepotrzebnie się tym zajmujemy.
W drugim podejściu, żebractwo jest skorelowane z wykluczeniem, a to jest następstwem przyjęcia określonego systemu społecznego, neoliberalnego porządku, który nie dość że generuje wykluczenie to jeszcze przez to, że uszczupla domenę publicznej polityki społecznej ( i podporządkowuje je również neoliberalnej logice), która nie są w stanie zapewnić tym ludziom należytego wsparcia.
W obydwu tych narracjach jest sporo racji, ale mają one słabe punkty na poziomie wniosków.
Jeśli chodzi o ‘’odwieczny’’ charakter żebractwa, nie wydaje mi się żeby była to wystarczająca przesłanka by nie zajmowała się tym polityka społeczna. Nawet jeśli nie usuniemy zjawiska, możemy kształtować jego skalę i głębię oraz redukować społeczne koszty. Innymi słowy, możemy łagodzić problem. Tak samo jak z tego, że prostytucja jest odwiecznym zjawiskim nie wynika, że nie należy szukać rozwiązań które by ‘’cywilizowały’’ to zjawisko i chroniły osoby nim dotknięte.
Nie wystarczy leczenie przyczyn
Co do powiązania problemu żebractwa z neoliberalnym modelem przemian, coś jest na rzeczy. Tak samo jak w tym, że słabe państwo podporządkowane neoliberalnej logice może być mało skuteczne w zaspokojeniu potrzeb tych ludzi. Ale na tej konstatacji nie można poprzestać. Bo z tym problemem trzeba się jakoś mierzyć, a to właśnie służby publiczne mają instrumenty by sobie z tym jakoś radzić ( na pewno sensowniej niż to się dzieje w ramach indywidualnej, spontanicznej dystrybucji dokonywanej pod wpływem chwili). Czy mamy alternatywę? W wypowiedzi żadnego z komentatorów nie znalazłem innych konstruktywnych propozycji. Domyślam się jednak jaka to mogłaby być recepta. Budować taki sprawiedliwy model rozwoju, który by w ogóle nikogo nie zmuszał do żebrania. Najlepiej w ogóle obalić system i zacząć budować go od nowa, zgodnie z zasadami sprawiedliwości społecznej i tak by nikt nie popadł w stan wykluczenia i ubóstwa. To podejście jako szukanie pewnego kierunku działań, idei regulatywnej, mnie nie razi. Jest ono nawet pożyteczne dla tych, którzy chcą w istniejącym systemie zmienić coś na lepsze. Mimo szacunku dla tej perspektywy, nie można jednak sobie pozwolić by zastąpiła ona praktyczne szukanie cząstkowych rozwiązań, które adresowałyby problemy tu i teraz. Wielokrotnie pisałem, że polityka społeczna powinna być w większym stopniu prewencyjna i reintegracyjna, a nie głównie osłonowo-interencyjna ( jak to ma miejsce u nas obecne). Zapobieganie jest ważne, ale w obecnej sytuacji nie wystarczy. Nie żyjemy w społeczeństwie, w którym ład społeczny ma dopiero się narodzić a my zapobiec powstaniu wykluczeniu. Ono już jest. Co więcej, od dawna i to w dodatku reprodukuje się ramach miedzygeneracyjnego kulturowego dziedziczenia. A więc to nie tylko kwestia sytuacji ale także określonych wzorców zachowań. Bynajmniej nie poprawi się tego przy pomocy indywidualnej jałmużny ani nawet przebudowy stosunków pracy na takie, które by mniej marginalizowały i alienowały ludzi.
Bo ci ludzie już znaleźli się poza systemem i niełatwo ich weń włączyć z powrotem.
Znaczenie instytucji
Wobec tego muszą istnieć instytucje, które by tych wykluczonych wspierały.
Lekceważący stosunek ze strony licznych komentatorów do tych form instytucjonalnej pomocy jest dla mnie najbardziej niepokojący. Także dlatego, że to właśnie dzięki tym instytucjom i rozmaitym usługom publicznym zbudowano najbardziej sprawiedliwe modele kapitalizmu współczesności na skalę przynajmniej krajową. W Skandynawii gdzie wskaźniki wykluczenia są niewielkie, osiągnięto to w dużej mierze właśnie dzięki rozwijaniu i pragmatycznym modyfikowaniu usług publicznych, wspierających obywateli w trudnych sytuacjach, a nie dzięki temu, że dana formacja polityczna w pewnym momencie uznała sobie ‘’odtąd zaczynamy budować system sprawiedliwości społecznej’’.
Wiem, że u nas te instytucje działają inaczej niż w Niemczech czy Szwecji ( choć nie idealizowałbym też tamtych służb – wystarczy przeczytać wywiad z Maciejem Zarembą w najnowszej Polityce), ale można je modyfikować. Jednak by wiedzieć jakie są ich słabości i możliwości zmiany, trzeba mieć wiedzę na temat ich funkcjonowania ( stąd też między innymi wynikał mój postulat edukacji w tym zakresie). Oczywiście sama informacjach o służbach nie wystarczy, ale może być jednym z krokiem do celu jakim byłoby wygenerowanie presji społecznej w kierunku wzmocnienia i ulepszenia tych służb. Oczywiście nie zlikwiduje to problemu żebractwa ani wykluczenia ale jest to jakiś pomysł na sprawniejsze i bardziej systemowe mierzenie się z tymi kwestiami społecznymi.



