O lewicowym antykomunizmie
2017-09-04 15:41:59
Demokracja nie jest kwestią
celowości, lecz obyczajowości.

Willy BRANDT

Przemysław Wielgosz (LE MONDE DIPLOMATIQUE, lipiec 2017) zauważył celnie, że „……nie ma lewicowego antykomunizmu, a antykomunizm liberałów zawsze wyląduje w sąsiedztwie skrajnej prawicy”. Do tej smutnej, acz realistycznie brzmiącej sentencji dodać wypada jedynie, iż każda doktryna, ideologia czy teoria zaczynająca swą narrację od anty- prędzej czy później skieruje swą nienawiść i agresję przeciwko ludziom. INNYM ludziom. Bezrefleksyjność i emocjonalność takiej reakcji i retoryki – ale na poziomie popularnej „piaskownicy” (czyli emocje infantylne, dziecinne i wyrażane na podstawie zmysłowych wrażeń, nie na podstawie krytycznej refleksji i zastanowienia popartej wykładnią oraz znaczeniem stanowionego prawa) – prowadzić muszą do zaskakujących wniosków i spostrzeżeń. Na pewno negujących ewolucyjność naszej rzeczywistości, jej przygodność i przypadkowość, a z drugiej strony – kastrujących wielopłaszczyznowość ludzkiej osoby, różnorakość budowy jej konstrukcji psycho-osobowej, powodując zero-jedynkowe spojrzenie na świat i ludzi. Sprzyja taki proces życzeniowemu spojrzeniu na otaczającą nas rzeczywistość - jak mawiał Wańkowicz: rządzi nami „chciejstwo” (co w wielu dziedzinach ludzkiej aktywności np. polityce czy biznesie jest cechą dyskwalifikującą) - prowadząc do infantylizacji, irracjonalizmu i afektywnego, niezrównoważonego, niekoherentnego z racjami rozumu spojrzenia na orbis terrarum.
Natknąłem się w sieci nie dawno na stwierdzenie próbujące grać rolę poważnej i pogłębionej analizy (wiele w Internecie jest pospolitego „chłamu”, ale ta teza uderzyła mnie wybitnie swoją „odlotowością” i pląsami myśli Autora po dalekich opłotkach racjonalności czy pospolicie rozumianego rozsądku), że dzisiejsze rządy Prawa i Sprawiedliwości są bezpośrednim efektem …… stanu wojennego. Autor definiujący siebie jako „lewicowy antykomunista” z przekonaniem afiszując się z tak postawioną tezą stawia siebie obok ultra-prawicowych gremiów nie tylko w PiS-e ale bliskich ONR-owi czy Marianowi Kowalskiemu. Owa rzekoma zmowa elit schyłkowej Polski Ludowej i części tzw. „różowych” (czyli KOR-u i doradców pierwszej >Solidarności<) miałaby na celu „przetrącenie kręgosłupa” zdrowego, robotniczego i bezkrytycznie afirmowanego nurtu w pierwszej >S<. Na potwierdzenie tych rewelacji przytacza wypowiedzi szanowanych osób z kręgu opozycji z czasów PRL – Karola Modzelewskiego i Józefa Piniora – o innym charakterze związku reaktywowanego pod koniec lat 80-tych XX wieku (choć tu moim zdaniem posuwa się, delikatnie mówiąc, do manipulacji, tendencyjności i wybiórczości mających potwierdzić jego karkołomną tezę). Także pozycja w pierwszym rządzie III RP (niekomunistycznym jak powszechnie mówi mainstream) Leszka Balcerowicza, reformy wedle recept neoliberalnej szkoły „Chicago Boy’s” i wszystko co po tym się wydarzyło są wedle takiego mniemania logicznym, w jakimś sensie zaplanowanym i kontrolowanym procesem, obliczonym na wyraźnie określony efekt.
I nie pomogą żadne zaklęcia Autora – przed i po opublikowaniu tekstu – iż jest on zdecydowanym przeciwnikiem tzw. spiskowej teorii dziejów. Jest to logiczny i konsekwentny ciąg przyczynowo-skutkowy zachodzący w świadomości osoby stawiającej taką tezę jak również potwierdzenie zacytowanej na wstępie tekstu sentencji Przemysława Wielgosza.
Czy manicheizm w swej istocie (a takie widzenie rzeczywistości na zasadzie jedynie skrajnie opozycyjnych stanowisk – zło : dobro, ciemność : światło, prawda : oszustwo stanowią genezę tak postawionej tezy) jest możliwy do połączenia z oświeceniowym, a tym samym racjonalnym, lewicowym, humanistycznym widzeniem świata i człowieka ? Trzeba zauważyć, iż taki opis świata i człowieka jest de facto narracją religijną, więc – mityczną, irrealną, mitomańską, iluzoryczną i urojoną.
Nie będę powtarzał frazy o przygodności i przypadkowości działalności człowieka zwanej polityką. Wynika to przede wszystkim z wielopłaszczyznowości geopolityki i stosunków międzynarodowych, o dynamice zjawisk społecznych w wymiarze masowym - których w żadnym stopniu nie sposób przewidzieć - nawet nie wspominając. Nikt w 1980-81 roku nie mógł przewidzieć kolapsu ZSRR, rozwoju sytuacji politycznej, społecznej i wewnątrzpartyjnej w Kraju Rad. O tym świadczą zarówno zaskoczenie jakie wywołała dynamika i postępy procesu rozpadu Imperium Radzieckiego w zachodnim establishmencie politycznym, jak i niezmienna wysokość nakładów na instytuty czy placówki różnej proweniencji w krajach Zachodu zajmujących się szeroko rozumianą sowietologią. W tym miejsce warto tylko przypomnieć intelektualny klimat panujący w elitach władzy Zachodu dotyczący przebudowy struktur państwowych i społeczeństw wedle neoliberalnych dogmatów. Autor owego humbugu, o którym mowa, łaskawie przypomina o tym fakcie ale dokonuje go z pozycji właśnie tzw. „lewicowego antykomunizmu”, a de facto – anty-peerelizmu nie biorąc absolutnie pod uwagę ówczesnej sytuacji międzynarodowej, uwarunkowań europejskich i ustalonego porządku pojałtańskiego. Subiektywne namiętności i niekontrolowane racjonalnie emocje nastawione nie na obiektywizm, a na owo anty- (podobnie jak to ma miejsce u ultra prawicowców – intelektualne podglebie jest tu tożsame) uosabiające stan wojenny jako clou najgorszych cech PRL, nieuchronność systemową i sataniczną złowrogość tzw. „komunistów” prowadzą Autora na wyraźne pozycje manichejsko-religijne. A Polska Ludowa zwłaszcza w ostatnim okresie swego istnienia nie miała z ortodoksją „komunistyczną” wiele wspólnego. Stwierdza to wielu znawców problemu: Werblan, Łagowski, Walicki, Jedlicki, Modzelewski itd.
I to moim zdaniem, nie jakaś zmowa elit (krążąca swym ideowym przesłaniem wokoło spiskowych teorii), była główną przyczyną wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Nie zmowa o której tu już wspomniano, ale owa przygodność i przypadkowość wynikająca z takiego (a nie innego) rozwoju sytuacji wewnątrz kraju jak i w skali międzynarodowej, jak również przewidywanie możliwego (pesymistycznego) rozwoju sytuacji.
Polska AD 1980-81 (i potem przez kolejną dekadę) była (i jest) podzielona symetrycznie i głęboko, a owa dychotomia swymi korzeniami sięga dalej niż PRL, II RP, bo do czasów przed- i rozbiorowych. Poza tym, nie prawdą jest głoszona teza przez post-solidarnościowe elity dziś nobilitujące się na główne siły opozycyjne lat 70-80 o swych szerokich i rozległych wpływach społecznych. Cała narracja ówczesnej „Solidarności” i post-solidarnościowa po 1989 roku przedstawiała, i czyni tak dziś, tę polaryzację naiwnie, życzeniowo, w sposób reklamiarsko-propagandowy. Oto z jednej strony stoi „zdrowy, oparty o robotniczy trzon i znój pracy rolników indywidualnych” prawdziwy naród polski (z papieżem na czele i Lechem Wałęsą, wraz z symboliką i mitami wiązanym z tymi osobami), a z drugiej – zdrajcy, komuniści, homo-sovieticusy, „ubecy” i inna tego typu „swołocz”. Czyli – jing vs jang, biel kontra czerń, anielskość przeciw satanizmowi. I ten podział – z grubsza – prezentowany jest także dzisiaj, choć nie odpowiada on absolutnie (tak jak i wtedy) zasadniczym podziałom, interesom i stratyfikacji klasowej. I chodzi tu zarówno o wagę ilościową jak i argumentację.
Ponieważ PRL była krajem nie-demokratycznym, rządzonym autorytarnie (mniej lub bardziej w różnych okresach po 1956 roku) w sensie demo-liberalnych kanonów cywilizacji zachodniej obie strony owego starcia siłą rzeczy musiały zbierać pod swoje sztandary różne opcje (często „od Sasa do lasa”). I tu i tam byli post-endecy, tu i tam byli zwolennicy socjalizmu w stylu PPS-owskim, tu i tam byli narodowcy i nacjonaliści. Tu i tam zakorzenili się osobnicy o mentalności jakobińsko-bolszewickiej – jak w każdym ruchu masowym przyciągającym różne indywidua. Także zarówno w PZPR jak i „Solidarności” byli tzw. pro-państwowcy, próbujący w tym zamieszaniu i napięciu hamować radykałów i „oszołomów” mając na uwadze przede wszystkim „publico bono” (bo Polska Ludowa była – wbrew temu co mówią dzisiejsze elity POPiS-owskie – państwem polskim) itd. itp. Jakakolwiek idealizacja czy bezkrytyczna apoteoza (i vice versa – totalne potępienie) któregokolwiek elementu składowego w obu blokach (robotników zaangażowanych w >S< i w tzw. aktyw partyjny, „patriotów” z Grunwaldu czy KPN-u, naukowców i autorytety zgromadzonych wokoło Komisji Krajowej czy tworzących różnego rodzaju rady konsultacyjne przy naczelnych organach władzy Polski Ludowej itd.) prowadzi na manowce, idealizuje, heroizuje z jednej i deprecjonuje, poniża, opluwa z drugiej strony całość najnowszych dziejów naszego kraju. Jest irracjonalna i szkodliwa tak dla tkanki społecznej jak i dla istoty państwa, jego bytu i przyszłości. Tworzy kolejne mity, legendy i „trupy w szafach” nadwiślańskiej świadomości. Rozbudowuje polskie romantyczne imaginarium o kolejne, nieprawdziwe apokryfy, będące mimochodem genezą następnych legend, tromtadrackich opowieści, heroicznych mitów i tabunów kombatantów (kiedy rzeczywista grupa aktywnych „na prawdę” opozycjonistów sięgała wówczas – jak mówi wielu autentycznych działaczy podziemia – co najwyżej kilku tysięcy osób). Owo chciejstwo i dogmatyzm w stylu zero-jedynkowym z przeszłości dziś triumfują w rządach kolejnych klonów >Solidarności< w osobach panów Śniadków, Jurgielów, Szyszek, Piotrowiczów, Waszczykowskich, Jakich, Pięt, Brudzińskich, Tarczyńskich, Suskich itp. „jenotów” polskiej polityki.
A co w takim razie z antysemityzmem i post-endekoidalnymi ideami, które funkcjonowały nie tylko na obrzeżach Partii (vide Zjednoczenie Patriotyczne >Grunwald<), ale i >Solidarności< (wstydliwie się współcześnie nie wspomina wytupania i wyklaskania w Oliwii Jana Józefa Lipskiego i Aleksandra Małachowskiego) ? A jak to w takim razie jest drogi Autorze krytykowanej tu frazy, mój szanowny oponencie, iż działaczem >S< mógł być Janusz Waluś, rasista, biały suprematysta i de facto faszysta, antykomunista klasyczny, zabójca Chrisa Haniego, w RPA, odsiadujący wyrok dożywotniego więzienia za ten czyn, ostatni jak głosi narodowo-prawdziwa część polskiego spectrum politycznego, żołnierz wyklęty ?
Jeśli więc uprawniony jest wniosek, iż stan wojenny jest ojcem dzisiejszej sytuacji (pewnie w jakimś sensie tak, ale gdzie w takim razie przygodność, gdzie okazjonalność, incydentalność) w jakiej ugrzęzła polska demokracja pod rządami PiS-u to „per analogiam” jasno trzeba sobie powiedzieć, idąc tropem myśli Autora, iż źródła marszów ONR-owców i tzw. narodowców tkwią w >Solidarności< AD’1980-81, która ponad miarę fetyszyzowała tzw. wartości narodowe wedle XIX-wiecznego sznytu oraz klerykalizowała przestrzeń publiczną w sposób perfidny, w stylu którego by się nie powstydziły „ciemnota”, filisterstwo czy obskurantyzm rodem z Kontrreformacji. Efekty formalne i jurydyczne tego zjawiska to m.in. sposób i forma wprowadzenia religii do szkół, ustawa dotycząca przerywania ciąży czy styl podpisania i wejścia w życie konkordatu.
Dokładnie wiadomym jest, iż źródłem wielu polskich nieszczęść jest ta romantyczna, idealistyczna, połączona z klerykalizmem i ludowo-manifestacyjną (czyli bezrefleksyjną) pobożnością, wykładnia polityki, historii, socjologii itd. Jak mówi celnie sentencja Józefa Szujskiego: „Fałszywa historia, mistrzynią fałszywej polityki”. A wiemy (za Josephem Campbellem) jednocześnie, iż mity to społeczne sny, a sny z kolei są mitami personalnymi.
Na koniec warto jeszcze tylko zwrócić uwagę na to, iż to byt określa świadomość i że ten byt definiujemy zarówno w wymiarze materialnym jak i intelektualno-świadomościowym (oczywiście jest to kolejny przykład działania zasady sprzężenia zwrotnego). Sfera intelektualno-świadomościowa nadwiślańskiego ludu, lechickiego plemienia jaka jest (jak z „koniem Tyma”) każdy widzi. I tą sentencją chciałbym podsumować niewątpliwie oryginalny, o niezwykle karkołomnej paraboli intelektualnej, materiał Kolegi lewicowca-antykomunisty otwierający pola dla kolejnych fantazmatycznych popisów nadwiślańskiego, prawdziwie patriotyczno-polskiego, lewicowo-antykomunistycznie nastawionego, imaginarium.
Odloty salonów
2017-08-07 07:26:22
Zadrwiono sobie z nich ogłaszając, że
są wolni: wolni bo wolno im zdychać z głodu,
czego też sobie nie odmawiają. Człowiek
nie naje się tym, że ma prawo wybrać posła,
który potem opływa we wszystko i tyle troszczy się o wyborców swoich co o zeszłoroczny śnieg.

Emil ZOLA


Aam Michnik nie ma dziś w Polsce dobrej publicity. I to zarówno u znacznej części swoich etosowo-styropianowych towarzyszy walki, jak i po tej stronie lewicy, która szanuje dokonania honorowego Redaktora Naczelnego Gazety Wyborczej, choć bez „pomnikowości” i bezkrytycznej, religijnej w swym wymiarze, apologii jego osoby jak to ma miejsce w wielu przypadkach. Trzeba tu zauważyć, że uwielbienie osoby i dokonań Adama Michnika ze strony części jego najzagorzalszych akolitów jest analogiczne w swym źródle do zachowań wyznawców Jarosława Kaczyńskiego. W obu przypadkach geneza zasadza się na quasi-religijnych potrzebach i takiej też mentalności, odartej z krytycznej refleksji, racjonalności oraz pozbawiona dystansu immanentnego realizmowi poznawczemu. To uczucia estetyczno-romantycznej proweniencji, emocje, afekty, zapotrzebowanie na posiadanie Pana (w tym wypadku w wymiarze intelektualno-wizerunkowym), predylekcja do mitomanii itd. Patrząc na zachowania znacznej części polskiej inteligencji można stwierdzić, iż potrzebuje ona – tak to tłumaczy – niezawodnego, o religijno-teologicznym pochodzeniu (gdzie podstawą jest czołobitność, kult i swoista liturgia poddania), wywiedzionego z platońskiej wizji świata, idealnego, jednoznacznego, omnipotentnego autorytetu. Taka wizja przeradza się łatwo w predylekcję do autorytaryzmu, nietolerancji, ksenofobii i swoistej mizantropii.
* * *
W Internecie natknąć się można na informację jakoby podczas rozmowy jeden z niemieckich dziennikarz zapytał Adama Michnika czy on (i jego zwolennicy, którzy w zasadzie doprowadzili swoją działalnością w Polsce do rewolucji AD’1989 i tego wszystkiego co jest jej efektem) rozumie, że to transformacyjna bieda zrodziła w jakimś sensie populizm Prawa i Sprawiedliwości z jakim współcześnie się zmaga nasz kraj. Guru polskich salonów demo-liberalnych i niewątpliwie znacząca postać polskiej polityki ostatnich dekad miał zakrzyknąć: „Tak sądzą jedynie agenci Putina”.
Podobna konfrontacja poglądów ma miejsce kiedy zestawiamy stwierdzenie Haliny Bortnowskiej (Tygodnik Powszechny) uważającej, że „….Dzieci nie powinny szpanować kasą w liceach by nie ranić uboższych, klasa to wspólnota" znów z odpowiedzią na to dictum Adama Michnika: „Czy chce Pani powrotu komuny ?”.
Po tych słowach czołowego polskiego intelektualisty, stanowiącego dla demo-liberałów znad Wisły, Odry i Bugu pomnikową jednostkę (coś na kształt metra z Sevres) można tylko ze smutkiem pokiwać głową: nic żeście drodzy reprezentanci demo-liberalnego mainstreamu nie zrozumieli z wyników wyborów AD’2015 i trendów jakie idą niczym tajfun przez Europę i świat Zachodu (dot. to głównie USA). G.F.W.Hegel pisał – i to jest najlepsza egzemplifikacją tego co się w świecie zachodnim dzieje – o "Zeitgeiście".
Podobne skojarzenia na temat amerykańskiej klasy liberalno-demokratycznej - po porażce w prezydenckich wyborach AD’2016 ich przedstawicielki Hillary Clinton - przedstawia w Le Monde Diplomatique (nr 5/135/2017) dziennikarka amerykańska Angela Nagle ([w]: „Postępowcy wrogami ludu”). Jak widać jest to wspólna trauma obozu postępowego, demokratyczno-liberalnego w kulturze zachodniej. Liże on rany po poniżeniu za jakie uważa wyniki wyborów w których ich żelaźni kandydaci, jedynie-słuszni, postępowi, otwarci i reprezentujący wolny oraz świetlany świat, przegrywają z jakimiś przypadkowymi, ciemnymi i populistycznymi obwiesiami godnymi co najwyżej pogardy. Dziś te środowiska próbują „pocieszyć się iluzją wyższości. Nie wiedząc, że budzą diabła”.
Zwykły człowiek staje się w takiej narracji ciemniakiem, idiotą, przedstawicielem bezmyślnych mas bądź nikczemnej tłuszczy, ciemnym tłumem, jednostką pozbawioną właściwego osądu itp. Elita liberalno-demokratyczna popada jednak w taką formę schizofrenii, zaprzeczając tym samym swemu oświeceniowemu dziedzictwu i wartościom, co jakiś czas. Dowodów z historii dawnej i nowszej znaleźć można całe mnóstwo: na takie zaprzaństwo, niekonsekwencję przekazu i niespójność owej narracji (kompromitujące owe elity), irracjonalizm i brak logiki. Do tej pory wydawało się - może lepiej; stworzono taki klimat intelektualno-medialnego przekazu - iż tak czynić mogą wyłącznie prawicowcy oraz konserwatywni tradycjonaliści, religianci i fundamentaliści religijni schlebiający zachowawczości opartej o hierarchię tudzież ustaloną boskimi prawami stratyfikację społeczną.
To jest jednak przejaw mizantropii. I jej źródła leżą w tych samych zakamarkach świadomości tak lewicowców, demo-liberałów i postępowców, jak i prawicowców, konserwatystów, neoliberałów czy zachowawczych tradycjonalistów.
Bliski politycznie Michnikowi inny czołowy polityk obozu solidarnościowego, Bronisław Geremek, wyrazić miał onegdaj opinię, że „….W polityce są partie i ludzie, którzy opierają swoje działanie na wykorzystywaniu niechęci, nienawiści i strachu. I te fale populizmu, które przechodzą przez Europę, biorą się z takiej właśnie koncepcji polityki”. Racja, tylko czy obóz postępowo-liberalno-demokratyczny w swych działaniach po upadku Muru Berlińskiego – i dotyczy to nie tylko Polski ale całego Zachodu - nie postępował tak właśnie jak polski mediewista (a po 1989 roku znany polityk) słusznie skonkludował ? Czy ów obóz w swej retoryce, przekazie medialnym, powszechnej narracji nie stronił od pogardy, paternalizmu, apodyktycznej pewności siebie immanentnej zwycięzcom, swoistej mizantropii wobec początkowo tzw. post-komunistów („lewicy w Polsce mniej wolno”), potem wobec tych towarzyszy sądzących, że inne rozwiązania polityczno-społeczne są możliwe ? Media opanowane w większości przez ten mainstream sprzedały taki stosunek do INNEGO masom. Proces pogłębiania się polaryzacji społeczeństwa zaczął się od tych elementów narracji prowadzonej wedle niebezpiecznego kryterium: MY - samo dobro, wyjątkowe i jednoznaczne pomysły na kraj i społeczeństwo, prawda, piękno, wartości, etyka itd. ci INNI – zło, agenturalność (najlepiej moskiewska bo to na fali powszechnej rusofobii najlepiej się sprzedaje i najskuteczniej można tego innego takim argumentem „odstrzelić”), populizm, prostactwo, nic nie warte persony, intelektualne embriony, polityczne karły itd. Klasycznym tego przykładem jest sposób i forma przedstawienia w mainstreamowych mediach Andrzeja Leppera, ostatniego „naturszczyka” o w miarę lewicowym sposobie myślenia (z polskim oczywiście defektem spojrzenia na rzeczywistość). Niestety, także polska lewica (tak popezetpeerowska jak i post-solidarnościowej proweniencji) potraktowała ten ruch zogniskowany wokoło rolnika spod Słupska wg znanej z tradycji sarmacko-feudalnej relacji >Pan vs Cham<.
* * *
Czy wszystkie gremia, polityczne ugrupowania i środowiska wykorzystujące niechęć, nienawiść, strach, używające języka populizmu w debacie publicznej są automatycznie agenturą Kremla (czy np. Berlina – dla licznych, znów ujawnionych, germanofobów) ? Widać to dokładnie na podstawie aktualnej sytuacji społeczno-politycznej w naszym kraju, gdzie obie strony wywiedzione z tradycji etosowo-styropianowej zarzucają sobie uległość wobec Moskwy bądź Berlina, agenturalność na rzecz naszych potężnych sąsiadów, sprzedajność interesów kraju (w imię oczywiście wizji niepodległości i suwerenności zaczerpniętych z tradycji XIX i początków XX wieku). I czy taki sposób myślenia może mieć przyszłość, może dokonać kolejnego cywilizacyjnego kroku, tak wymaganego w naszym, polskim grajdołku ? Bo oto elity poszukujące z jednej strony – tzw. kozła ofiarnego dla pokrycia swej niekompetencji i ignorancji a tym samym skierowania zainteresowań społecznych na poboczne sprawy, odległe od egzystencjalnych zagadnień nurtujących każdego człowieka, z drugiej zaś – bazujące w swej retoryce na starych, zgranych, niebezpiecznych fobiach, uprzedzeniach i kompleksach, budzące ponownie w nadwiślańskiej wspólnocie demony endeckich i quasi-faszystowskich, klerykalno-fundamentalistycznych i rasistowsko-nacjonalistycznych proweniencji są zdolne do przeniesienia Polski, Polek i Polaków autentycznie w XXI wiek ? Realnie, nie retorycznie.
Opisywane sytuacje w całej kulturze Zachodu są po prostu zjawiskiem ponadczasowym i powtarzającym się regularnie, zwłaszcza w historii Europy. I czy nie jest ono kompatybilne z falami (które z kolei jest związane z określonymi ideami i procesami społecznymi im towarzyszącymi) pychy, rosnącej fanfaronady, ekskluzywizmem i kolosalną, nie do zaakceptowania megalomanią (zwłaszcza w dobie masowych środków komunikacji społecznej oraz zaklęć wypełniających przekaz medialny o demokracji, wolności, prawach człowieka czy swobodach obywatelskich) w jakie wspomniane elity co jakiś czas popadają ? Bo jest tu jak z królową Marią Antoniną, żoną Ludwika XVI, która na wiadomość, iż lud przymiera głodem, nie mając pieniędzy na chleb miała serio i poważnie odrzec: „To niech je ciasteczka”. Po kilkunastu miesiącach od tego stwierdzenia głowa Madame Deficite (jaką ją nazywano w kręgach rewolucyjnych i kursujących po kraju pamfletach) 16.10.1793 r. o godz. 12.15 potoczyła się spod gilotyny ……
Potwierdzałoby to spostrzeżenie Georga F.W. Hegla iż „……Historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła”.
No ale tu mamy do czynienia z elitami, które są niejako predestynowane do wyciągania racjonalnych i realistycznych wniosków z narodowego-społecznego doświadczenia historycznego. W Polsce rządzonej przez elity post-solidarnościowe jest to predestynacja szczególna i szczególnie etycznie umocowana, którą społeczeństwu wszem i wobec powszechnie się wmawia.
* * *
Dwa stanowiska, pochodzące z tego samego środowiska opozycji demokratycznej okresu Polski Ludowej, (przyznających się do tradycji Solidarności) - Michnik i Geremek - oddają w zasadzie clou tego problemu. Pogarda dla INNEGO: czy to pozostającego w biedzie, wykluczonego, nieumiejącego poradzić sobie z wymaganiami wolnego (ponoć) rynku i jego niewidzialnej ręki, nie potrafiącego agresywnie konkurować i rywalizować (z różnych zresztą powodów) czy to pozostającego na odmiennych pozycjach polityczno-aksjologicznych, ale wśród tych, którym się udało, którym się powiodło, którzy są na topie (jakkolwiek by ten termin rozumieć) jest tak samo powszechna jak i głęboko zakorzeniona w umysłach polskiej inteligencji. I jest to charakterystyczne dla osób stanowiących bazę takich ugrupowań jak Platforma Obywatelska, .nowoczesna.pl czy Prawa i Sprawiedliwości. Także dotyczy to w jakimś sensie Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Wielokrotne wypowiedzi – w przeszłości – takich liderów Sojuszu jak Włodzimierz Cimoszewicz, Andrzej Kalisz, Marek Borowski, Grzegorz Napieralski czy związany z Sojuszem jako prezydent – Aleksander Kwaśniewski, o takich reprezentantach już nie wspominając jak Danuta Hübner, Lidia d’Odenberg czy Andrzej Rosati, nie pozostawiają tu żadnych złudzeń co do istoty programowej tej partii chcącej uchodzić za lewicową.
To wszystko materializowało się i przejawia się nadal (obojętnie kto sprawuje rządy) w zdecydowanym i jednoznacznym poparciu ultra-prorynkowych – czyli w wersji neoliberalnej – koncepcji gospodarczych, a tym samym opowiadanie się za określonymi rozwiązaniami społecznymi, kulturowym i cywilizacyjnym piętnem. Inaczej jest tylko z retoryką, z kładzeniem nacisku na określone wartości czy kamuflażem tych odruchów niechęci w stosunku tego INNEGO.
Elity rządzące od 30 bez mała lat w Polsce i prowadzące tzw. transformację ustrojową od początku uważały siebie za Mojżesza i Proroków (jak to ma miejsce we wczesnym judaizmie i co opisuje Pięcioksiąg), prowadzących naród do krainy wiecznej szczęśliwości. Uwagi i tezy idące do społeczeństwa z tej klasy politycznej cały czas opierały się na bazie oraz doświadczeniach podziałów politycznych, kulturowych, społecznych etc. z czasów Polski Ludowej co jest kompletnym nieporozumieniem i logiczno-racjonalną aberracją. Tak jak PZPR – partia władzy bez ideologicznego kośćca (zbierająca różne odcienie i polityczne postawy ludzi zaangażowanych w polityczno-społeczną praktykę lat 1944-89) - tak i „Solidarność” musiała być jej alter ego, odbiciem struktury i podziałów istniejących w ówczesnym społeczeństwie. Przenoszenie tej stratyfikacji na czasy liberalnej demokracji – my vs oni (ci źli, ci bez wartości, ci zdegenerowani, nic nie warci, ci „którym mniej wolno” bo nie są z nami i nie są naszymi komilitonami itd.) zaowocowało po 25 latach transformacji niebezpiecznym, dramatycznie ostrym, stojącym na granicy siłowego konfliktu, podziałem społeczeństwa.
Kwitowanie obraźliwymi, często plugawymi i niskimi określeniami komuny (symbol oraz szlagwort niosący sobą pogardę, deprecjację, absolutne zło i totalne wszetecznictwo) ludzi zaangażowanych w PRL – państwo polskie bo innego być nie mogło – bądź posługiwanie się haniebnymi często insynuacjami wobec odmiennie myślących przez „uznane salony” dziś wraca bumerangiem w retoryce i zachowaniach rządzącego obozu Jarosława Kaczyńskiego wobec tych właśnie środowisk. Chodzi o istotę, nie o wymiar czy zasięg ……… Dno i pospolite szambo w jakie stacza się – w każdym wymiarze – polskie życie publiczne jest m.in. pokłosiem tej pychy, tego zadufania, tej pogardy jakiej pełno było w dyskursie publicznym po 1989 roku, a którym hołdowały mainstreamowe salony.




Lewica i patriotyzm
2017-07-15 07:48:31
Prawdziwy patriotyzm nie tylko polega na tym,
ażeby kochać jakąś idealną ojczyznę, ale – ażeby kochać, badać i pracować dla realnych składników tej ojczyzny, którymi są ziemia, społeczeństwo, ludzie i wszelkie ich bogactwa.

Bolesław PRUS

W Polsce przypływ uczuć patriotycznych, których emanacją jest przede wszystkim mnogość tzw. patriotycznych gadżetów w przestrzeni publicznej, t’shirty z taką symboliką, narracja podniosła, wzniosła i nadęta okadzona narodową mirrą i biało-czerwonymi dymami (już Arystoteles mawiał, żeby „nie mawiać uroczyście o rzeczach marnych” – chodzi także o nagminność tej mowy), tatuaże na wszystkich – nawet intymnych – częściach ciała podkreślające przywiązanie do tego z czym można kojarzyć „Boga, Honor i Ojczyznę” (bo Polak musi mieć obowiązki polskie) rozlewa się niezwykle szeroko, zagarniając również jak widać, słychać i czuć lewicowe umysły i serca ową poetyką. W takim czasie tylko co poniektórzy – zapewne obcoplemieńcy, jacyś Żydzi, komuniści lub inni „popaprańcy” – próbują w czasie tego odrodzenia narodowego, tożsamości nadwiślańskiej, sikać do polskiego mleka, niczym mrożkowe garbate karzełki. A już szczególnie jest to naganne, gdy wśród młodzieży budzi się patriotyczny zew. On bowiem zdaniem wyznawców tych teorii jest nadzieją na wielkość Polski, jej odrodzenie w wersji jagiellońskiej, kraju i narodu królującego na trój-morzu (między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym).
Adwersarze i krytycy, uważający moje stanowisko w sprawie tzw. „polskości” - dziś imaginowanej i fetyszyzowanej ponad miarę - za „fałszywe świadectwo lewicowości” przemilczają wszakże z niewiedzy czy infantylności, iż za tym „odrodzeniem uczuć patriotycznych” idą właśnie ataki rasistowsko-ksenofobiczne na wszystko co inne, co nie mieści się w endecko-klerykalnym, iście XIX-wiecznym mniemaniu o ojczyźnie, narodzie czy państwie. Bo w Polsce patriotyzm zawsze – tak po prostu się stało i tak to wynika z historii kojarzyć się musi ze sznytem endeckim i oenerowskim entourage. Tego żadne zaklęcia, chęci czy umizgi do owych środowisk nie zmienią dziś czy w najbliższym, przewidywalnym czasie.
No i do tego klerykalizm, a w zasadzie – narodowo-religijna narracja zbieżna z islamistyczną wizją wiary religijnej, prawa i porządku publicznego, niesłychanie utwierdzająca taki właśnie model patriotyzmu rodem z XIX stulecia.
Jak celnie pisze włoski intelektualista i literat Umberto Eco taki patriotyzm stanowi najczęściej „…… ostatnie schronienie łajdaków; ludzi bez zasad moralnych owijających się zwykle sztandarem; bo bękarty powołują się zawsze na czystość swojej rasy. Narodowa tożsamość to jedyne bogactwo tych biedaków, a poczucie tożsamości oparte jest na nienawiści - na nienawiści wobec tych, którzy są inni”.
Jeśli opowiedzieć się mamy za dotychczasową wersją dziejów - czyli funkcjonowaniem państw sensu stricte narodowych, pobudzanych i żywiących się nacjonalizmem, ksenofobią, walką o niepodległość (dotyczy to tych wspólnot które w wyniku historii do tej pory swych państw nie posiadają) – nikomu takich dążeń odmówić nie możemy. Baskowie, Szkoci, Tyrolczycy i Bawarczycy (oraz mieszkańcy włoskiego regionu Trydent-Górna Adyga), Walijczycy, Korsykanie, Lombardia, Sandżak (o trójdzielnej – wedle sznytu religijno-narodowego – Bośni i Hercegowinie nie wspominając), Ślązacy, Łużyczanie – to tylko drobny wycinek z Europy oraz problemów niesionych przez takie spojrzenie na owe zagadnienia. A co z Rosją (o, tu Polacy chętnie by widzieli poszatkowanie na setkę – przynajmniej – jednostek państwowych „ruskiego niedźwiedzia”), z Indiami (takich Tamilów w Indiach i na Cejlonie jest ok. 65-70 mln), z Autochtonami na terenach USA, Kanady i Australii ? Co z Kurdami i całą mozaiką narodów, wspólnot, społeczności na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce ? Co z Czarnym Lądem w ogóle ?
Tak skonstruowany podział świata, bez żadnej zwierzchniej, nie imperialnej, nie na zasadzie jednostronnego dyktatu i hegemonii, organizacji nadrzędnej akceptowanej powszechnie na zasadzie konsensusu i kompromisu, prowadzić będzie do permanentnej, hobbesowskiej „wojny wszystkich ze wszystkimi”.
Można domniemać, iż amerykańskie wizje New Word Order, którym od upadku Muru Berlińskiego hołduje Biały Dom i elita polityczno-finansowa Stany Zjednoczone AP, widzące w Ameryce owego jedynego, zarządzającego permanentnymi kryzysami, wojnami i kolapsami, jako tuczącego się nimi hegemona, zdążają właśnie w takim kierunku. Lewica w swej narracji powinna, musi wręcz, opowiadać się za pluralizmem (politycznym w skali globalnej przede wszystkim), przeciwko wszelkiej jednostronnej hegemonii. I to jest kolejny element patriotyzmu globalnego jaki winien być mocno zaakcentowany w lewicowej narracji na temat patriotyzmu.
Lewica to przede wszystkim człowiek. Jednostkowo i grupowo. Bez względu na rasę, język, wyznanie, poglądy polityczne, zakorzenienie kulturowe czy miejsce w stratyfikacji społecznej. Oczywiście, lewica dążyć winna do niwelowania stratyfikacji, wyrównywania szans i podnoszenia ogólnego poziomu jakości życia, likwidacji barier różnego rodzaju tworzonych właśnie z racji różnorodnych elementów naszego codziennego bytu. Barier istniejących z racji naszych dziejów także w mentalności. Jednak fetyszyzacja klasyfikacji jednostki czy społeczności z tytułu narodowej przynależności jest z punktu widzenia lewicowego oglądu świata niesłychanie naganną. I to z wielu względów – m.in. dlatego, iż zaciemnia, ruguje w niebyt różnice klasowe i społeczną stratyfikację z nich wynikającą, rzutującą na wspomnianą jakość życia jednostkowego. Dopiero potem idą inne, płynące z minionych dziejów, tradycji, doświadczeń, kultury, wierzeń religijnych itp. pojęcia jak: naród, państwo, rasa, religia, poglądy polityczne i podziały na tym tle. To tradycja wywiedziona bezpośrednio z Oświecenia, jego dziedzictwa i istoty.
Można stwierdzić, że terminy takie jak naród, rasa, państwo, wartościowanie wedle języka, kultury, poglądów politycznych, spojrzenia na estetykę czy sztukę są de facto wytworami naszego umysłu i języka. I do tego musimy dodać jeszcze czas - czwarty, bodajże czy nie najważniejszy, wymiar naszej egzystencji.
Czym więc patriotyzm w wieku XXI winien być dla polskiej postępowej, progresywnej, patrzącej w przyszłość lewicy ?
Na pewno musi nieść jakiś pierwiastek utopijny. Coś na kształt „szklanych domów” o których Cezaremu Baryce mówił w Baku jego ojciec (Stefan Żeromski, PRZEDWIOŚNIE). Oczywiście z racjonalnym oraz realistycznym zmysłem, iż do utopii winniśmy dążyć, ale prawdopodobnie nie zdołamy jej (za jednostkowego życia) osiągnąć.
Współczesny człowiek, zwłaszcza lewicowiec winien być otwarty właśnie na utopię i progresję, które tak zarysowane stanowią otwarcie ku przyszłości. Lewicowa wrażliwość, empatia i wspomniane już „przebóstwienie” człowieka mają niesłychanie nośny i humanistyczny wymiar. To różnić winno lewicę od konserwatywnej, przaśnej (zazwyczaj), odwołującej się do tradycjonalizmu i minionych wartości prawicy. Wartości kultywowanych bez spojrzenia na nie przez pryzmat czasu, kontekstu społeczno-historycznego, heglowskiego „Zeitgeistu”. W takich przestrzeniach nie ma po co z nią rywalizować. To nieuczciwe (grozi plagiatem), nietwórcze, a ponadto na pewno nie skuteczne. Ludzie wybiorą „oryginał”, nie „podróbkę” bądź nawet najlepszą kopię.
Patriotyzm to dziś np. uczciwe płacenie podatków. Mamy przecież suwerenne, wolne i niepodległe państwo (jak zapewnia od ponad ćwierćwiecza prawica neoliberalna i demo-liberałowie). Podatków na rzecz społeczeństwa – bo państwo to rzecz wtórna, nawet – trzeciorzędna. Państwo – zwłaszcza tzw. narodowe - nie jest strukturą omnipotentną, niezmienną, niemalże boskiego pochodzenia. Pojawiło się na określonym poziomie rozwoju społecznego jako struktura powołana do porządkowania życia i bezpieczeństwa – przede wszystkim – tego społeczeństwa przed nim samym. I jak wszystko w życiu podlega ewolucji, zmianom, może i zanikowi.
Patriotyzm dziś, w aktualnych polskich warunkach, to może przede wszystkim protesty o zachowanie w niezmiennym, dotychczasowym stanie Puszczy Białowieskiej. Dobra i wartości nie tylko narodowych (czyli – lokalnych), ale ogólnoludzkich. To też m.in. sprzątanie Tatr, to obrona Mierzei Wiślanej przed zakusami polityków którzy w krótkowzrocznym, często li-tylko merkantylnym widzeniu świata, chcą ten subregion (chodzi o Mierzeję, ujście Nogatu i Zalew Wiślany) po prostu zniszczyć, a tym samym - zmienić diametralnie przez realizację swych chorych (najczęściej irracjonalnych, wąsko-komercyjnych pomysłów) jego unikatowy, zjawiskowy, niepowtarzalny charakter. Łączenie tzw. polskości z uniwersalnymi dobrami, ogólnoludzkimi, społecznymi, w dobie globalizmu i ponadnarodowej władzy korporacji jest dla lewicy priorytetem. Walka o polskość winna być walką o świat wolny od przemocy, dominacji, egoizmu, nacjonalizmu, pazerności kapitału niczym nie ograniczanego w dobie współczesnego neoliberalizmu, o solidarność międzyrasową, międzykulturową itp. To prawdy aprioryczne i znane od dekad, tylko ostatnio jakby zapomniane i nieśmiało (political correctness ?) przemilczane.
Także w tym kontekście zawiera się walka z próbami demontażu – oczywistych (choć daleko do końca nie urzeczywistnionych wedle lewicowej wizji funkcjonowania) – wartości i form demokracji w Polsce.
Kult pięknego dramatu, uwznioślonej śmierci, „liturgia cmentarna” i „czołobitność trumienna”, przeradzają się w traumatyczny dogmat: im więcej ofiar tym większe bohaterstwo i powód do dumy oraz celebry. Emanują one retoryką na temat zła i wszetecznictwa będącego immanencją naszych adherentów, przeciwników, wrogów, którzy nas pokonali, pobili, zwyciężyli. Zła które ich trawi „do szpiku kości” odmawiając im tym samym jakichkolwiek racji, racjonalnych (z ich punktu widzenia) uzasadnień, najczęściej też nie widząc naszych win i błędów. Jak mówi narodowo-klerykalna prawica – to pedagogika klęski. Z tak edukowanym i nauczanym patriotyzmem, tak uprawianej przy tej okazji liturgii klęski na pewno nie jest po drodze lewicy.
Czy konfederaci barscy, dziś stawiani jako XVIII wieczni „żołnierze wyklęci” walczący z odwiecznym wrogiem – Moskwą, Kremlem, Rosją czy „sowietami” – są godni admiracji z racji wartości o które toczyli bój (nie, nie chodzi tylko o niepodległość bo to tylko jeden element owego powstania lecz o charakter chylącego się ku upadkowi z tytułu wartości o których szedł ten bój, państwa) ? Nota bene – dziś gloryfikowani tzw. „żołnierze wyklęci” są niezwykle podobni w swej postawie, tragizmie, dramacie (ale i irracjonalizmie oraz stygmacie klęski) do tamtych konfederatów. Podobnie ma się rzecz z powstaniem warszawskim.
Czy ze wszech miar humanistyczne hasło „za waszą wolność i naszą” można odnosić do legionistów pacyfikujących Santo Domingo bądź szwoleżerów Kozietulskiego wyżynających na przeł. Somosierra w imię imperialnych interesów Napoleona, walczących o swoją suwerenność Hiszpanów ? Refleksje Krzysztofa Cedro (Stefan Żeromski, POPIOŁY) podczas walk o Saragossę (w ramach wojen napoleońskich) nie są przedmiotem szkolnej egzegezy, edukacji obywatelskiej, nie zajmują poczesnego miejsca w popularyzatorach historii, licznych periodykach itd.
Kiedy pozostajemy w tak skonstruowanej symboliczno-bezrefleksyjnej narracji o naszej historii rzucając tylko oskarżenia na: sąsiadów, ich złowrogość, podporządkowywanie lechickich ziem swoim interesom, to czas, sytuacja, przyczyny w tak widzianych i objaśnianych dziejach się nie mogą liczyć. Przyczynowo-skutkowa egzegeza faktów historycznych winna być esencją prowadzonej przez lewicę edukacji, narracji i takiej też retoryki. Lewica winna walczyć ze wszystkich sił i we wszystkich możliwych formach, przekonywać i uświadamiać, że edukację historyczną - a tym samym o kultywowanie racjonalnego i idącego z duchem czasu patriotyzmu – należy prowadzić na tle historii naszego regionu, dziejów Starego Kontynentu, całego świata oraz tendencji i procesów społecznych stale w nim zachodzących. Polska nie jest, nie była i nigdy nie będzie łodzią podwodną. Kto tak widzi historię i rzeczywistość jest albo infantylnym gnomem, albo cynicznym troglodytą lub – i to jest najpewniejsze – jawnym nacjonalistą, ksenofobem i konserwatystą. A jak mówi prof. Maria Janion „konserwatyzm jest zawsze niebezpieczny i szkodliwy






Przed wizytą Donalda T. w Polsce
2017-07-01 18:20:39
Człowiek niezastąpiony,
megaloman, to dowód duchowego
ubóstwa społeczeństwa

Stefan KISIELEWSKI

Każda wizyta Prezydenta USA w Polsce (bez względu na czas, ustrój czy numerację RP) przypomina młodzieńczy (tu w formie zbiorowej) onanizm - zarówno mainstreamu jak i pospólstwa. Dziś czynią to władze razem z narodem, powodowane serwilizmem, polityczną ignorancją, głupotą i irracjonalnym spojrzeniem na świat. Tak było kiedy gościliśmy Billa Clintona czy Baraca Obamę, a redaktorzy Lis, Kraśko, salon Gazety Wyborczej czy szacowni komentatorzy TVN-u bądź POLSATU dostawali polucji i szczytowali tak samo jak dziś czynią to dyżurni żurnaliści obsadzający publiczne (i tzw. "niepokorne") media z nadania "dobrej zmiany". W Polsce Ludowej analogicznie postępowały kręgi władzy - przynajmniej publicznie (wspólnie z mediami pozostającymi na uwięzi ówczesnej władzy - a czy dziś nie jest tak samo, tylko a rebours ?) - podniecały się kiedy nad Wisłę miał zawitać gen-sek z Kremla.
Coś w Polakach - a raczej; w polactwie (to termin made by Rafał Ziemkiewicz, człowiek absolutnie nie z mojej bajki z wielu powodów, ale opisujący owym pojęciem w miarę precyzyjnie istotę i tzw. "otoczkę" tego zagadnienia) - jest zarówno z folwarcznego pidsusidoka: to uniżenie, ten brak poczucia nie tyle godności co racjonalnego i pragmatycznego spojrzenia na świat (czyli realizmu poznawczego), autokrytycyzmu (nie kompleksów niższości czy wyższości bo zazwyczaj one idą w parze), powściągnięcia pozytywnych emocji w chwilach empatycznych uniesień jak i nienawiści wtedy gdy ma się przewagi, jak i z pijanego, anarchicznego, bigoteryjnego sarmaty. Pidsusidok cieszy się gdy "dobry Pan", dobrodziej (bo hierarchia społeczna jest przecież dana "od Boga", jest wieczna i uzasadniona - módl się i pracuj, słuchaj mądrzejszych i wybranych jak mawiał św. Benedykt z Nursji) poklepie go po plecach, a już jest w niebo wzięty kiedy "awansuje" go na swego lokaja, ubierze w liberię i pozwoli mu się "grzać" w świetle pańskiego bogactwa, splendoru i …. stołu Pana-dobrodzieja. Sarmata zaś, o podgolonym łbie troglodyta, macha szablą bez składu i ładu, zwłaszcza gdy jest pijany i omotany manią swojej wielkości, swoich pseudo-moralnych i quasi-religijnych przekonań. Przeklina i "bigosuje", sejmikuje i peroruje, puszy się i nadyma, nienawidzi i pluje wokoło jadem, a jednocześnie uczestniczy manifestacyjnie we mszach, ściany dworku upiększa dewocjonaliami, pielgrzymuje do miejsc świętych, wielbi Najświętszą Panienkę i Jezusa, Króla Polski.Bo tylko "Bóg, Honor, Ojczyzna" się liczą .......Wedle jego mniemania.
I dla pidsusidoka i dla herbowego sarmaty (dzięki mainstreamowi transformacyjnemu - po 1989 roku - wszyscy mogli się poczuć, oczywiście oprócz komunistów i post-komunistów bo im to się a priori nie należy, potomkami "herbowych Panów Braci" i kresowych posesjonatów) racjonalność i pragmatyzm są z gruntu obce - tak samo reaguje poddany sarmacie w formie niewolnika i raba, folwarczny pidsusidok, jak i ubrany „ze wschodnia”, niczym Turczyn, polski szlachcic. I te cechy dokładnie widać na kanwie wizyty (każdej jak popatrzymy w przeszłość) Prezydenta "Imperium Wszelakiego Dobra" oraz cnót absolutnych nad Wisłą, Odrą i Bugiem.
O pedagogice klęski
2017-06-18 18:08:20
Nie można być wiecznie
w rozgrzeszającym stanie namiętności

Witold GOMBROWICZ

"Pedagogika klęski” to termin którym środowiska konserwatywne, narodowo-szowinistyczne, klerykalne i ultra-zachowawcze szermują u nas nagminnie. Jest to dla nich pospolita maczuga propagandowo-agitacyjna, dla okładania realnych i wydumanych przeciwników politycznych, ludzi o odmiennej interpretacji historii naszego kraju oraz wizji kultury, argumentami żywo egzemplifikującymi myślenie a’la XIX wiek. Świadomość gdzie czcią, kultem i okadzone mirrą, winne być otoczone bezrefleksyjnie i bezkrytycznie takie pojęcia jak Ojczyzna, Bóg, honor, wiara religijna zawsze i bezwzględnie wiążąca Polaka z katolicyzmem rzymskim. Mentalność w której narodowość, tzw. „polskość”, symbole narodowe itd. podlegają dekretacji raz na zawsze i nie zmiennie. Nie ma tu dowolności interpretacji, swobody indywidualnego wyboru czy dobrowolności uznania członkostwa w danym narodzie. „Jesteś Polakiem więc masz obowiązki polskie” – krzyczą we wszystkich przestrzeniach komunikacji interpersonalnych owe środowiska. Wyznaczanie standardów w tej mierze mających bezwzględnie obowiązywać - a więc kto jest Polakiem, jak owe obowiązki ma traktować i co pod tym pojęciem rozumieć – rezerwują i dekretują oczywiście owe środowiska wyłącznie dla siebie. Jest to tyle trudny temat nad Wisłą, Odrą i Bugiem, gdyż zaangażowany jest w niego Kościół katolicki w Polsce, opowiadając się en masse (duchowieństwo) za niezwykle zachowawczą, anty-nowoczesną, przeciwną modernizmowi i postępowi społecznemu, koncepcją narodu, państwa i wiary religijnej. To wszystko musi tworzyć niezwykle agresywną, nacjonalistyczną, ksenofobiczną, religiancką oraz hiper-tradycjonalistyczną mieszaninę narracyjną, pomieszania zacietrzewienia, nienawiści i pogardy dla wszystkiego co INNE.
Wreszcie w naszym kraju trzeba podjąć na ten temat zdecydowany dyskurs. I nie tyle nawet nad tymi akurat tezami (jest to bowiem problem szerszy, dotyczący przede wszystkim wolności obywatelskich w najszerszym znaczeniu: czyli pojęć obywatel, społeczeństwo - a nie naród widziany wąsko wedle XIX–go sznytu - wolność wyboru, indywidualizm itp.). Należy krytykować z lewicowych pozycji towarzyszące tej wizji fantazmaty, narzucające jednostce przez nią nieakceptowane z racji wykształcenia, kultury, świadomości i wyznawanych wartości, poglądów politycznych, doświadczeń życiowych etc. prawicowe koncepcje, pozostające poza ramami współczesnych trendów cywilizacyjnych i społecznego rozwoju. Koncepcje z gruntu rzeczy autorytarne i niosące sobą widmo totalitaryzmu kulturowego.
I dokonywać swoistej desakralizacji – o co postulowała w swym otwartym liście do ostatniego Kongresu Kultury Polskiej 2016 prof. Maria Janion – tego polskiego, narodowego cierpiętnictwa, cmentaryzmu, admiracji trumien i grobów. Admiracji nie w formie pamięci, ale wedle liturgii śmierci związanej z rytuałami zadawania sobie cierpienia (gdyż bez niego żyć nie umiemy, więc gdy go nie staje, sami je sobie zadajemy).
Atak na „pedagogikę klęski” z pozycji lewicowych to nie jest moim zdaniem krytyka polskiego folwarku mentalnego, takiej też świadomości, zacofania kulturowo-cywilizacyjnego widzianego en bloc (Polska w zasadzie nie przeszła klasycznego Oświecenia tak charakterystycznego i wielce znaczącego dla Zachodu, wyrywającego z korzeniami, czasami brutalnie i agresywnie, pozostałości feudalizmu szeroko rozumianego). Unowocześnienie, modernizacja, postęp – jakkolwiek te pojęcia rozumieć i kojarzyć – dokonały się u nas „obcym rękoma”. W przeszłości polskie elity nie potrafiły go jednoznacznie wygenerować. Dziś konserwatystom, tradycjonalistom, tzw. demo-liberałom, religiantom różnej maści, a przede wszystkim zwierzęcym anty-komunistom, daje to asumpt do przedstawianie skoku cywilizacyjnego dokonanego w pierwszych latach Polski Ludowej z pół-feudalnego społeczeństwa pozostającego w latach międzywojennych na głębokich peryferiach Europy do rzędu krajów przemysłowo-rolniczych, a następnie – przemysłowych, jako porażki, tragedii czy klęski. Z tymi procesami wiążą się również określone zmiany w mentalności, stosunku do otaczającej rzeczywistości i ludzi, poszerzenie horyzontów, zmiana systemu wartości itd. Atak na „pedagogikę klęski” winien iść głównie na przeciwstawienie racjonalności - irrealizmowi, pragmatyzmu – szkodliwym namiętnościom, pozytywizmu – romantyzmowi. I permanentne ośmieszanie, tego co Gombrowicz nazywał polskim „upupieniem” intelektualnym, a co jest w rzeczywistości infantylizmem, niedojrzałością, megalomanią połączoną z przaśnością i ową, przysłowiową nadwiślańską folwarcznością.
Już Cyprian Kamil Norwid w XIX wieku miał napisać w kontekście podobnych jak tu rozważań (gdyż naszły go prawdopodobnie analogiczne refleksje), o szkodliwości zabraniania dyskursu na temat „kalania gniazda”. Odsądzeniem „od czci i wiary” przez prawicę i konserwatystów, zapowiadanym wykluczeniem z tzw. „polskości”, nie należy sobie jednak zawracać głowy – mówić i pisać swoje……
Na takim podglebiu mentalnym, politycznym, edukacyjnym i instytucjonalnym (ważną tu rolę pełni IPN powołany do życia głosami PO, PSL-u i PiS-u co warto upowszechniać i przypominać) czci podlegają powtarzające się permanentnie w naszych dziejach powstania i insurekcje, nie mające a priori żadnych szans na sukces już w chwili wybuchu, poza wyniszczającym zawsze społeczny potencjał ludzki Armagedonem. Tak intelektualnie jak organizacyjnie, a przede wszystkim – duchowo, mentalnie, o substancji materialnej czy dobrach kultury nie wspominając. Na tej kanwie forsuje się m.in. kult tzw. „żołnierzy wyklętych” (ujawnione na ten temat ostatnio raporty CIA z lat 40- i 50-tych XX wieku przemilczano dyskretnie w mainstreamowych mediach). Dotyczy to także powstań XIX-wiecznych oraz aberracyjny kult „małego powstańca Warszawy” (no i oczywiście samego powstania w stolicy AD’1944).
W tej samej perspektywie należy również rozpatrywać wszelkie szarże polskiego rządu w Brukseli czy na arenie europejskiej absolutnie w sposób podobny jak organizacja wspomnianych powstań. Te dyplomatyczne ofensywy, ich organizacja i próby przygotowania, przypominają szarżę szwoleżerów Kozietulskiego pod Somosierrą. Udała się ona Polakom dlatego, że Kozietulski i jego szwoleżerowie byli ……. kompletnie pijani. No, ale dyplomacja i jej niuanse to nie pole do straceńczych szarż pijanych ułanów czy bezsensownie ginących (ale moralnie zwycięskich) sołdatów.
I to właśnie wspomniane środowiska i grupy nacisku uprawiają moim zdaniem „pedagogikę klęski”. Dzisiejsze fochy Prawa i Sprawiedliwości oraz jego akolitów są zwieńczeniem (choć nie ostatecznym wg mnie) procesu jaki trwa od początków transformacji ustrojowej 1989 roku. Środowiska demo-liberalne i lewicowe nie wypracowały własnej, nowoczesnej i immanentnej ich wizjom społeczeństwa koncepcji patriotyzmu, narodu, symboliki, wartości do jakich należałoby się odwoływać. Demo-liberałowie monopolizujący de facto przez większą część III RP tzw. „rząd dusz” promowali w zasadzie także taki model patriotyzmu i kultu przegranych powstań (nie w tak nachalnej formie jak czyni to PiS, no powiedziałbym w formie light), anty-racjonalizm i irrealizm w naszych dziejach. No i wszechobecny klerykalizm. Kult romantyzmu kosztem pozytywizmu, cześć „dla Kozietulskich”, „żołnierzy wyklętych” bądź „Bór-Komorowskich” a nie takich wartości stojących za symbolami jak „Aleksander hr. Wielopolski”, „Tadeusz Manteufell” („żadnej wojny nie będzie, idziemy robić uniwersytet, a nie do żadnego lasu”) czy „Mieczysław F. Rakowski” (za POLITYKĘ).
Pedagogika klęski” w stylu narodowo-klerykalno-cmentarnym (z jednoczesną antytezą o „moralnym zwycięstwie” Polaków jako tego Mesjasza Europy) uprawiana przez gremia demo-liberalne (co jest dodatkową aberracją charakterystyczną dla polskiego zaścianka) umocowana jest więc w paradygmacie quasi-feudalnego społeczeństwa post-agrarnego i post-sarmackiego, wyrwanego z uśpienia i gnuśności immanentnych temu systemowi obcymi rękoma zaborców, okupantów, hegemonów etc. Tak jak hiper-prawicowców, ultra-konserwatystów, klerykałów czy pospolitych fundamentalistów religijnych oddających się czołobitnie tradycjonalizmowi i zachowawczości. Przykro stwierdzić, ale duża część polskiej lewicy także tkwi mentalnie w tym zatęchłym i post-sarmackim kotle idei, tez, fantasmagorii czy wyobrażeń.
I jeszcze jedna uwaga na koniec. Sytuację niesłychanie popularną w publicznej dyspucie, pozach, gestach czy narracji z jaką spotykamy się na co dzień w tej mierze najlepiej opisuje powiedzenie serialowego milicjanta por. Sławomir Borewicza (kultowy serial PRL pt. „07 zgłoś się”) mówiące, że: „Każdy Polak uważa, że to co myśli ze szwagrem to opinia całego narodu”.
Magiczność polskiego myślenia
2017-06-01 20:24:24
(czyli smoleńskie refleksje AD’2017)

Magia to system wierzeń, praktyk oraz sposób postrzegania świata rzeczywistego, wynikający z przekonania o istnieniu sił nadprzyrodzonych. Człowiek może tymi siłami w jakimś sensie kierować bądź je zjednywać przy pomocy zaklęć, specyficznych obrzędów, ściśle określonych rytuałów stosowanych przez wyznaczone do tego osoby (tzw. kapłani) w odpowiednim czasie i miejscu.

Skłonność do tandety jest człowiekowi przyrodzona
i poddać się jej świadomie,
skoczyć z nogami i głową
w cieplusi, swojski ocean tandety
- to może nawet sprawić prawdziwą rozkosz.

Sławomir MROZEK

Homo videns to zjawisko zdefiniowane przez Giovanni Sartoriego polegające na zmianie myślenia naszego gatunku – wiąże się w jakimś sensie z magią i współczesnym światem cyberprzestrzeni i elektronicznych środków komunikacji – a spowodowane m.in. właśnie charakterem dzisiejszych mediów. To kult obrazu, wpajanie ocen poprzez wizualizację czyli takie cechy jak: stan posiadania, wygląd, poddawanie się utartym schematom, tożsamościom, wartościom itd. To również wtopienie się w „masę” i powszechność. Autor tego pojęcia podkreśla powolne tracenie zdolności użytkowania pojęć abstrakcyjno-racjonalnych (spłycanie refleksji), trywializację przekazu, banalizację myślenia oraz sprowadzania ich do gestów czy powszechnie przyjętych i akceptowanych, teatralnych póz generowanych bon mottem, że „tak wypada”. Następuje więc redukcja kompetencji językowych i racjonalnego namysłu. Język staje się tylko narzędziem do wyrażenia tożsamości z ogólnie przyjętymi normami i narzędziem do deklamacji powszechnie przyjętych komunałów, nie formą przekazywania indywidualnej refleksji. Obrazkowość dzisiejszej kultury – jak pisze Sartori – niweluje naszą zdolność myślenia abstrakcyjnego i wraz z nią naszą cechę indywidualnego, krytycznego rozumienia świata. Dawny homo sapiens staje się w taki sposób homo videns.
Magiczność polskiego myślenia po raz kolejny daje znać o sobie. Dziś - przy kolejnym spektaklu p/n ekshumacje smoleńskich ofiar. Wszyscy są - albo udają takich - zaskoczeni, zniesmaczeni, oburzeni etc. iż w trumnach są często szczątki nie tych ofiar których nazwisko widnieje na cmentarnym pomniku. Przy tego typu katastrofach, efekt jest taki, iż wszystko jest przemieszane niczym kaszanka, niczym marmolada, niczym bigos. Terminy pochówków - do których usilnie dążono z różnych zresztą przyczyn - wymuszały więc szybką i pobieżną selekcję tego co pozostało na miejscu katastrofy.
Ale o czymś innym chcę tu napisać bo to wiemy wszyscy, racjonalnie i realistycznie myślący ludzie, od dawna. To magiczne myślenie i polskie, przed-nowoczesne religianctwo dyktują takie reakcje z jakimi dziś mamy nad Wisłą, Odrą i Bugiem do czynienia. To, że w niektórych trumnach są np. trzy nogi, pięć fragmentów różnych rąk, braki wnętrzności albo szczątki kogoś innego niźli oburzonym się wydaje jest pokłosiem wiary w zmartwychwstanie ciał - kiedyś, gdy stanie się „wieczność" i nadejdzie czas sądu ostatecznego - w doczesnej formie. To irracjonalizm i anty-realizm wobec życia, wymuszający takie też spojrzenie na okoliczności jakie towarzyszyły tej masowej śmierci. Bo racjonalnie, realistycznie, trzeźwo winno się było wszystkich en bloc skremować, zapakować do urn i tak pochować w wybranych przez rodziny miejscach grzebania zmarłych. Realistycznie, racjonalnie i trzeźwo - ale takie myślenie jak widać jest obce temu społeczeństwu, a przede wszystkim elitom próbującym nim rządzić. I taka decyzja - o kremacji i takiej formie pochówków - winna była być podjęta a priori przez rządzących, ale i przez rodziny tych którzy zginęli w tej katastrofie. Bo liczy się nie trumna czy szczątki w niej złożone - jakie znaczenie mają te nogi, ręce, wnętrzności bądź fragmenty kogoś innego gdy za kilka, kilkanaście lat i tak obróci się to wszystko w bezkształtną materię, gdyż proces dematerializacji postępuje nieuchronnie i permanentnie - ale pamięć o danej osobie i napis na nagrobku. Te wszystkie dysputy, oburzenia, dąsy i wzajemne oskarżenia deprecjonują powagę śmierci, postponują wymiar tej katastrofy (o których z takim zgorszeniem i absmakiem mówi się w mediach), po prostu są śmieszne i groteskowe. Ów cień „zmartwychwstania ciał", wiara w ten mit (no i polityczna walka tym smutnym wydarzeniem) są zasadniczym tłem tych żenujących polsko-folwarcznych, politycznych sporów.


Nowy władca świata
2017-05-24 11:25:50
Zuckerberg jest jedną z niewielu osób,
dla których zostanie prezydentem Stanów
Zjednoczonych mogłoby oznaczać degradację.
Jako szef Facebooka już jest prawdziwym
liderem wolnego świata.

Nick BILTON (Vanity Fair)

Nasz lewicowy Portal dużo uwagi poświęca, jak cała zresztą współczesna lewica na świecie (od Naomi Klein, Benjamina Barbera, Yanisa Warufakisa, Krytyki Politycznej i Rafała Wosia po Jean-Luca Melenchona, Bernie Sandersa, Podemos, Syrizę i Adriana Zandberga), korporacyjnemu ładowi jaki neoliberalny porządek do spółki z globalizacją i upadkiem obozu realnego socjalizmu z ZSRR na czele zgotowały dzisiejszej rzeczywistości. Mało kto jednak zwrócił uwagę na tzw. „Manifest Zuckerberga” („Building Global Community” z lutego 2017 roku), który wywołał ożywione dyskusje za oceanem na temat utopii, marzeń czy chęci „władzy nad światem” jaką przedstawił twórca i właściciel Facebooka. Mark Zuckerberg to jedna z najbardziej wpływowych i najbogatszych osób na świecie. To demiurg – w znacznej części – współczesnej rzeczywistości i kreator przyszłego świata. Nawet nie zdajemy sobie do końca sprawy z tego jak bardzo ta specyficzna i nietypowa korporacja zmienia świat, zmienia relacje międzyludzkie, jak zmienia nas wszystkich: grupowo i pojedynczo, narodowo i społecznie bez względu na język, rasę, kulturę, religijne wyznanie bądź ateizm, poglądy polityczne czy sytuację ekonomiczną. Widać to wszystko jak na dłoni podczas obserwacji społeczności „facebookowej”, znaczenia tego komunikatora i forum wymiany myśli, idei, namiętności, emocji pojedynczych ludzi. Lektura oraz nawet pobieżna analiza jego Manifestu wprowadza nas jednak nie tyle w stan zachwytu i podziwu dla tej idei i jej materializacji, ale nasuwa wiele daleko idących wniosków i skojarzeń.
Myśl wyrażona przez popularnego komentatora politycznego zza oceanu w opiniotwórczym periodyku amerykańskim – stanowiąca motto do tego wpisu - oddaje clou tego czym jest władza korporacyjna. Tu jednak mamy do czynienia z zupełnie inną formą władania ludźmi. Pragnę zwrócić tylko na kilka, zasadniczych wg mnie, aspektów, niesionych zarówno przez sam już funkcjonujący projekt (Facebook stał się bowiem głównym centrum rozpowszechniania informacji, debaty publicznej, a w niektórych przypadkach – promowaniem swoistego ekshibicjonizmu emocjonalnego użytkowników) jak i wspominany Manifest.
Na ten temat pisali (w przeszłości dawnej i bliskiej) – choć są to aspekty rozproszone, zauważone przy innych okazjach i pochodzące od różnych autorów – tacy twórcy jak Georg Orwell, Aldous Huxley, Neil Postman, Naomi Klein, Lester Thurow, Benjamin Barber, Edward Luttwak, Jeremy Rifkin itd.
Zuckerberg oczywiście skupia się na podniesieniu na wyższy, cywilizowany poziom komunikowania się przy pomocy „swojego dziecka” (ale i instrumentu dla pozyskiwania kolosalnych dochodów) jakim jest bezsprzecznie Facebook. Chodzi przede wszystkim o zwulgaryzowanie dyskursu (popularnie tzw. „hejt”) jak również o tzw. „fejk” (czyli nie prawdziwe informacje krążące w sieci – a przez to i na FB) zaśmiecające społecznościowe komunikatory.
Warto też zwrócić uwagę na chęci Zuckerberga takiego ustawienia w przyszłości dyskursu, aby z jednej strony aktywizował obywateli do pro-demokratycznych i odpowiedzialnych działań i wypowiedzi, a jednocześnie eliminować metodę czytania tekstów w sieci na zasadzie „click-bajtów” (czyli wyłącznie co bardziej sensacyjnych nagłówków). Jest to próba – przynajmniej w teorii – podniesienia poziomu dyskursu. Samo istnienie Facebooka ma się stać tym samym głównym medium rozpowszechniania informacji oraz regulowania debaty publicznej.
Ale chciałbym zwrócić uwagę na coś innego czego nie znajdziemy w Manifeście. Założyciel FB jest przecież właścicielem tego przedsięwzięcia i w związku z tym dysponuje określoną władzą. Stąd m.in. wypływa wiele tez ujętych w Manifeście choć ex cathedra nie wypowiedzianych.
Po pierwsze: zasięg – już współcześnie, bez zmian zakładanych w „Building Global Community” - władzy Zuckerberga. Szacunki pozwalają już dziś zakładać, że uczestników (a tym samym osób pozostających pod „facebookowym parasolem”) przedsięwzięcia Marka Zuckerberga na całym świecie jest od 2 do 2,5 mld. To olbrzymia społeczność, gigantyczna wspólnota, potężne „plemię” czy klan. Po drugie: zacytowana jako motto felietonu myśl amerykańskiego publicysty oddaje clou tego o czym tu mówimy. Jeśli Zuckerberga nie interesuje Biały Dom, gdyż pozostając tylko (?) szefem Facebooka dysponuje de facto większą władzą – i ma tego świadomość - niż Prezydent najpotężniejszego imperium współczesnego świata, to ma to swoją określoną wymowę. Funkcja prezesa internetowej spółki, prywatnego biznesmena światowego formatu, korporacji globalnej, jest ważniejsza od głównego lokatora Białego Domu. To sytuacja zarówno stanowiąca emanację neoliberalnych porządków jak i rozproszenia tak charakterystycznego dla świata XXI wieku. Po trzecie: im silniejsza rola w publicznej narracji i dyskursie tego typu przedsięwzięć tym słabsza rola tradycyjnie pojmowanej prasy. Chodzi głównie o przejmowanie rynku reklam, a co za tym idzie: przypływy kapitału, jego koncentracja, zyski i ich pomnażanie.
Trzeba jednak zwrócić uwagę na nieśmiało zasygnalizowane zamierzenie Zuckerberga w Manifeście. Zadaje on – retoryczne - pytanie „… Jak możemy pomóc ludziom zbudować świadomą wspólnotę, która wystawia nas na nowe idee i tworzy porozumienie w świecie, w którym każda osoba ma głos ?”. Ideą zasadniczą ma być minimalizacja roli publicystów i dziennikarzy w przestrzeni medialnej. Każdy uczestnik przedsięwzięcia jest zarazem jego twórcą. Przynajmniej teoretycznie. Bo to kapitał jest animatorem i demiurgiem stanowiącym esencję władzy. Zysk i jego maksymalizacja są tu zasadniczymi elementami kreacji. Byt każdej korporacji opiera się o ich generowanie. I tu widać ukryte pragnienie wielowątkowej dominacji własnego pomysłu, własnego biznesu, własnego przedsięwzięcia.
Zysk i dochody (nie tylko w sferze doczesności, materialnej) oraz władza za nimi stojąca z racji rozległości przedsięwzięcia Zuckerberga oraz wspomnianej ilości uczestników (w skali świata) tego projektu, pozwalają wyciągać wnioski idące zupełnie w innych kierunkach niż sugeruje to szef spółki FB. Wiążę się to również z postępującą, coraz powszechniejszą i zawłaszczającą kolejne przestrzenie ludzkiego bytu, komercjalizacją (wspomniane dochody z reklam, wymuszające banalizację i infantylizację dyskursu). Nie bez znaczenia są zamierzenia kreowania politycznej rzeczywistości w wymiarze ponad państwowym, ponad narodowym, światowym. Przełożenie władzy pieniądza na bezpośrednią władzę polityczną to ewolucja praktykowanego współcześnie tzw. zblatowania „prywatnego biznesu” i świata polityki. Powiedzenie otwarcie, że „białe jest białe, a czarne – czarne”. Przykładem takiego kierowania procesami politycznymi są m.in. „arabska wiosna”, zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach amerykańskich, atmosfera wytworzona przez zwolenników Brexitu na Wyspach Brytyjskich itd.
Zamierzenia Zuckerberga jednak idą jeszcze w innym kierunku. Streścić je można pokrótce w tym co zawarł onegdaj Tony Judt, komentując współczesny wymiar dyskursu publicznego. Jego zdaniem dzisiejsza debata publiczna przebiega oto w taki sposób, że elity (w których szeregach jest coraz więcej populistów, demagogów czy politykierów) mówią tłumom co mają myśleć. Kiedy ludzie bezrefleksyjnie – w wyniku komercjalizacji, infantylizacji, banalizacji i karnawalizacji dyskursu publicznego – odbijają owe frazesy elity śmiało ogłaszają, iż ich decyzje czy rozwiązania są determinowane wyłącznie przez społeczne nastroje. I tak też można określić zamierzenia Zuckerberga. Manifest właściciela FB to rękawica rzucana władzom narodowych państw i dotychczasowemu porządkowi demokratycznemu. Kolejną rękawicą będącą korporacyjnym kredo zawierającym określone rozwiązania.
Zuckerberg przekonuje, że jego przedsięwzięcie będzie nie tylko technologią, nie tylko medium, lecz również (a może przede wszystkim) wspólnotą ludzi samo-kreującą siebie i przestrzeń w której funkcjonują. Ma być ta przestrzeń ich własnym wytworem wynikajacym z ich świadomości oraz potrzeb.
Jakie rodzą się dylematy nad tak postawioną tezą: Po pierwsze: czy sfera publiczna, którą ma kreować – wedle pro-demobch kanonów sugerowanych i narzucanych przez Zuckerberga – tak funkcjonujący FB jest w stanie wygenerować obiektywizm, autentyczność i wysoki intelektualnie poziom ? Po drugie: – czy sfera publiczna może być kreowana przez kapitał prywatnie umocowany i zarządzany ? Czy zawłaszczanie i komercjalizowane – immanentne dla biznesowej działalności – jest pozytywnym kierunkiem w którym winna ona nadal podążać (teraz już jawnie i bez zbędnych, retorycznych i etyczno-moralnych uzasadnień). Po trzecie: – ponad 2 miliardowa samosterująca się społeczność, sama z siebie wyznaczająca zasady i poziom, jest humbugiem. Decydujące i ostateczne znaczenie ma i tak kapitał oraz jego właściciel. Kłania się cytowany Tony Judt.
I to byłyby zasadnicze zastrzeżenie jakie niesie sobą projekt-manifest Marka Zuckerberga. Nie high-tech, nie wytwory postępu technologicznego są zagrożeniem. To są tylko narzędzia. Groza i niebezpieczeństwo tkwią we władzy pieniądza, kapitału, a tym samym tych, w których rękach ona pozostaje. Jego koncentracja postępuje nieuchronnie i permanentnie, zawężając coraz bardziej do swoistego „klanu” czy „plemienia” , do jakiegoś nowego „narodu wybranego” zdolności i możliwości owej kreacji nie tylko świata materialnego, ale w przestrzeni świadomości, tzw. „ducha”. A to jest nader niebezpieczne i wybitnie szkodliwe.

Sekularyzacja - religijność - duchowość
2017-05-11 15:24:23
Człowiek w każdej kulturze staje
przed zakresem możliwości:
jest człowiekiem archaicznym,
ptakiem drapieżnym, idolatrą,
ale też jest zdolny do pomieszania
rozumu, miłości, sprawiedliwości.

Erich FROMM


Prof. Charles Taylor, filozof i religioznawca kanadyjski, myśliciel i autor wielu ważnych myśli o współczesnym świecie i procesach w nim zachodzących, intelektualista i akademik wielu szacownych uczelni na świecie jest twórcą tezy o wzajemnych stosunkach między religią, a sekularyzacją. Sekularyzacją postępującą nieuchronnie z racji procesów cywilizacyjno-kulturowych. Prezentuje ją w wielu swoich publikacjach (m.in. ostatnio ukazała się rozmowa z nim na ten temat w periodyku Towarzystwa Kultury Świeckiej RES HUMANA, nr 2/147/2017). To ważny temat dla lewicy, który u nas z rozmaitych względów jest przemilczany, spychany na margines – zwłaszcza przez mainstreamowe media. Zajmujący się nim dziennikarze traktują ów problem jako dziwoląg, post-komunistyczny relikt, nie dotyczący absolutnie kraju nad Wisłą, Odrą i Bugiem. Tu królować musi płaska religijność ludowa, manifestacyjny quasi-pogański kult maryjny, bezrefleksyjna wiara rodem z I RP (taka post-sarmacka) i bezwzględna więź państwa, administracji (różnych szczebli) z hegemonem – instytucją religijną w formie dawno odrzuconego w nowoczesnym świecie sojuszu „tronu i ołtarza” jako zasady szkodliwej dla obu stron. Przede wszystkim dla subiektywnych, poważnych i po-średniowiecznych i po-kontrreformacyjnych refleksji opartych o indywidualne religijne przeżycia.
Pojedynczy dziennikarze starający się ten temat traktować serio, w sposób pogłębiony i wielopłaszczyznowy są marginalni w mainstreamowej masie. O politykach głównego nurtu nie warto nawet wspominać.
Taylor skupia się w swych rozważaniach w przedmiocie związków sekularyzacji i religii nad zdefiniowaniem „My na nowo” (w sekularyzującej się cały czas rzeczywistości). My – wierzący, teiści, religijni. Ze swej strony chciałbym dodać, iż to zagadnienie zamykać winniśmy w triadzie (nie duopolu) : religia – sekularyzacja – duchowość (cokolwiek pod tym akurat terminem rozumieć). Nie wolno tych problemów zawężać wyłącznie do antynomii: religia vs sekularyzacja. Tak zakreślony krąg relacji czy oddziaływań religii i sekularyzacji jest skrajnie scjentystycznym, odchodzącym w przeszłość z racji uproszczeń i trywializacji, opisem rzeczywistości. Ale nawet tak rozszerzone ujęcie problemu nie jest zgodne ze stanem faktycznym. Jest on bowiem bogatszy – zawsze – niźli nasze próby opisu realiów tego świata. Uczy tego marksizm, traktowany jako narzędzie do opisu ciągle ewoluującego świata. I ono - to narzędzie – także musi być dostosowywane do tych zmian.
Sekularyzacja moim zdaniem przebiega na kilku płaszczyznach, nie tylko powodując zanik religii (czy religijności) ale w pewnym stopniu przenosząc jej elementy i wartości do najszerzej pojmowanej duchowości (znaczenia o wiele szerszego i pojemniejszego niźli termin oznaczający religijność). I tym samym instytucje religijne dostosowują się do nowych sytuacji. Jak podmioty na rynku, tu - na rynku religijnych utensyliów. W dziejach ludzkości – wedle weberowskiego „odczarowania” rzeczywistości – proces ten zawiera się w następujących sferach:
1 – Sekularyzacja to permanentna utrata przez wierzenia religijne wpływu na codzienność (widoczne zwłaszcza w kulturze Zachodu). Religia (a także instytucje będące jej doczesną emanacją) tym samym traci kontrolę i bezpośrednią władzę nad społeczeństwem traktowanym jako zbiorowość ponad – czy nawet poza - konfesyjna.
2 – Sekularyzacja jako wyrugowanie dominacji instytucji religijnych (a tym samym i kleru) z polityki i z poza indywidualnie traktowanej duchowości (czy subiektywnej wersji religii). Ale rugując elementy religii z codziennego życia politycznego, kulturowego, ekonomicznego itd. sekularyzacja powoduje przeniesienie ich – choć na pewno w zmienionej formie – do duchowości, adoptując do lokalnych (często różnych od zasadniczych założeń danej religii) warunków.
3 – Biorąc tylko pod uwagę chrześcijaństwo w tradycji kultury europejskiej sekularyzacja jednak jest jednocześnie „utratą jak i zachowaniem” dorobku religii chrystusowej: choćby w przestrzeni podstawowych praw człowieka (wolność, ochrona słabych i biednych, równość etc.). Tu mamy do czynienia z „chrześcijaństwem istniejącym poza obrębem Kościoła”. Widoczna współcześnie sytuacja w islamie może co prawda przeczyć tej tezie, jednak i tu można zaobserwować poza nurtami twardej, purytańskiej i totalitarnej wersji islamu (zwłaszcza jeśli chodzi np. o sunnizm – w wersji wahhabickiej czy salafickiej) prądy które mogą zwiastować zmiany w religijności w obrębie wiary muzułmanów (np. synkretyzm w religii Mahometa jaki ma miejsce w Indonezja, islam na płw. Indyjskim, w Maroku).
4 – Sekularyzacja traktowana jako „demitologizacja” wiary i życia codziennego. Tak jak niegdyś religia wchodziła w życie codzienne rugując z niego elementy antycznej bądź pogańskich mitologii - np. chrystianizowanych czy islamizowanych społeczności ale przy okazji adoptując do swojego panteonu określone symbole, ryty czy obrzędy – tak dzisiaj sekularyzujące się nowoczesne społeczeństwo jednocześnie przenosi pierwiastki religijno-duchowe do swej codzienności w formie np. prawodawstwa, obyczajowości itd. Jest to tzw. „uduchowienie życia świeckiego”.
5 – Sekularyzacja w Europie niewątpliwie wiąże się z utratą wpływów przez kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza dotyczy to Kościoła katolickiego, instytucji silnie scentralizowanej, posiadającej przez wieki status państwa (papież był zarówno władca duchowym jak i świeckim). To związane jest również z utratą wpływów i decyzji przez Kościół w przestrzeniach takich jak: nauka i polityka co w dalszej perspektywie zaowocowało zmianami w obyczajowości, obrzędowości czy
Przytoczona na wstępie sentencja Erich Fromma świadczy o tym, że to byt człowieka, jego otoczenie i środowisko w jakim się wychowuje oraz wzrasta, doświadczenia indywidualne bądź grupowe wpływają na owe „frommowe figury” przybierane przez jednostkę. W nich mieści się również religijność. Ale różnorodność świata tkwi właśnie we wspomnianej duchowości, warunkującej i uwarunkowanej przez kulturę.
A idąc śladami Karola Marksa, którego w jakimś stopniu Erich Fromm był kontynuatorem, wypada nam tylko stwierdzić, że „to byt kształtuje świadomość". Byt w najszerszym tego słowa znaczeniu, wpływający też na kształt, formę i rolę wierzeń religijnych w naszym życiu.
I to jak sądzę jest najistotniejszy element determinujący relacje w triadzie: religia – sekularyzacja – duchowość.
Demitologizacja potrzebna od zaraz
2017-04-24 12:16:09
Mnie zawsze [….] drażnił polski światek dziecinny, wtórny
uładzony i pobożny. Polska impotencja w kulturze – Bóg
nas prowadzi za rączkę. To grzeczne polskie dzieciństwo
przeciwstawiałem dorosłej samodzielności innych kultur.
Ten naród bez filozofii, bez świadomości historii,
intelektualnie miękki, duchowo nieśmiały, naród który
zdobył się tylko na sztukę poczciwą i zacną,
rozlazły naród lirycznych wierszopisów, pianistów, aktorów,
w którym nawet Żydzi się rozpuszczali, tracąc swój jad.

Witold GOMBROWICZ

Edukacja w Polsce – to powinna głosić polska lewica bez względu na konotacje - winna się zająć przede wszystkim demitologizacją naszych dziejów, demistyfikacją głównych wydarzeń w naszej historii (dawnej i najnowszej), urealnieniem i racjonalizacją prowadzonej od prawie 3 dekad przez kolejne ekipy rządzące naszym krajem tzw. „polityki historycznej”, a także obalaniem szkodliwych (dla współczesnej Polski i jej przyszłości) fantazmatów i fobii mających u swej genealogii założenia prawicowo-nacjonalistyczne, konserwatywne i patriarchalno-mizoginistyczne. Zaniedbania w tej materii są widoczne jasno m.in. w mizernych popiskiwaniach nielicznych komentatorów o lewicowej proweniencji (m.in. Szumlewicz czy Kurkiewicz) – zamiast protestów nie tylko lewicy ale i zdeklarowanych klasycznie myślących liberałów (nie pseudo-liberałów o neoliberalnej czyli konserwatywnej, klerykalnej, często prawicowo-ksenofobicznej wizji świata) – przeciwko zakusom państwa polskiego celem wydobycia z południowo-afrykańskiego wiezienia rasisty, mordercy i „białego suprematysty” Janusza Walusia odsiadującego tam karę dożywotniego więzienia za brutalny mord na Chrisie Hanim.
Tak rozumiana edukacja winna nauczać przede wszystkim krytycyzmu, dystansu do autorytetów (przez co zanika skłonność do autorytaryzmu), racjonalności co z kolei będzie wpływać i sprzyjać samodzielnemu i zdystansowanemu myśleniu przyszłych pokoleń Polek i Polaków. I nie o żadną „pedagogikę wstydu” tu chodzi jak prawi nam dziś rządzącą ultra-prawica (i sekundujący jej neoliberałowie). To jest po prostu zasadniczy paradygmat dla lewicy w płaszczyźnie edukacji, którego nie widzę w żadnym programie polskich partii uważających się za lewicowe.
Zasadniczym i wiodącym tematem naszej historii jest peryferyjność Polski na mapie Europy, jej zawieszenie (i związana z tym niejasna tożsamość oraz jej samoświadomość w polskim społeczeństwie) między Wschodem a Zachodem wynikające z dziejów naszego kraju. Tu jest potrzebna narracja na wskroś pragmatyczna, racjonalna i realistyczna oparta wyłącznie o suche, historyczne fakty oraz analizę polityki, stosunków społecznych i gospodarczych w Polsce przedrozbiorowej, gdyż to owe stosunki: społeczne, kulturowe, religijne, a przede wszystkim – klasowe, rzutują po dziś dzień na stan umysłowości naszego kraju w postaci tzw. „długiego trwania”. Bo to owe stosunki, zwłaszcza struktura klasowa I RP trwająca bez mała do końca XIX wieku, a często do początków II wojny światowej (oparta o feudalno-folwarczne, wielkie posiadłości magnacko-szlacheckie na podobieństwo latynoamerykańskich hacjend z niewolnikami dostarczonymi z Afryki do Nowego Świata, gdzie w miejsce Afrykanów pracowali miejscowi chłopi pańszczyźniani) spowodowały zapóźnienie cywilizacyjne naszego kraju.
W tej właśnie materii mamy do czynienia w nadwiślańskiej narracji z rozległymi pokładami fantazmatów, z mitologizacją minionej historii, z przaśną i zero-jedynkową heroizacją (jak ma to miejsce w przypadku tzw. żołnierzy wyklętych a takich epizodów w polskiej historii jest całe mnóstwo). Gloryfikacja przez cały okres transformacji ustrojowej przez mainstream sarmackiego, post-folwarcznego i post-feudalnego rozumienia procesów historycznych, z idealizacją „ziemiańskiego dworku” (określonego jako symbol sielsko-polskiej obecności na terenach tzw. Kresów z pominięciem spojrzenia na nią z perspektywy brutalnych kolonizatorów tamtejszych ziem) emanuje aktualnie niezwykle szkodliwymi efektami w wielu dziedzinach życia umysłowego i polskiej mentalności. Bo to słabość mieszczaństwa, prowadzenie przez „herbowych Panów Braci” ekstensywnej i rabunkowej gospodarki rolnej (folwark nastawiony był nie na innowacyjność, a na proste zwiększanie zysków – dziś mówi się o wzroście wydajności pracy i konkurowaniem przez Polskę „taniością siły roboczej” - przez nakładanie coraz to nowych obciążeń na poddanych właścicielowi chłopów pańszczyźnianych i ich rodziny, alienacja i spychanie na margines mniejszości nie-katolickich powodowały uwiąd tamtego państwa, dodatkowo zabijanego przez cały splot obowiązującego prawodawstwa związanego z ubezwłasnowolnieniem panującego monarchy oraz tzw. „wolnością szlachecką”. Panująca ideologia sarmatyzmu wzmacniała fantazmatyczne fikcje, obecne w zbiorowych wyobrażeniach (symbolicznych i realnych) przesłaniając konstruktywny i racjonalny obraz rzeczywistości. Po 13 latach rządów prawicy w Polsce – a w przestrzeni narracyjno-edukacyjnej jest to w zasadzie 30 lat – spustoszenie w racjonalności i realizmie myślenia o historii, która wywiera wpływ na teraźniejszość, jest bezwzględne. I dlatego m.in. jest jak jest.
Tamtejsze, od początków XVII wieku, podziały społeczne przebiegały niesłychanie jednoznacznie: wedle religii (szlachta była katolicka, chłopi poddani – prawosławni), wedle posiadania środków produkcji (właścicielami byli „herbowi Panowie Bracia”, poddanymi chłopi pańszczyźniani), wedle urodzenia i zajmowania miejsca w hierarchii społecznej oraz wedle tożsamości i świadomości bycia suwerenem. Widzę tu absolutne analogie z dniem dzisiejszym. Szlachta polska stanowiąca na ziemiach ukraińskich ok. 7-8 % całej populacji w swoich rękach skupiała ponad 80 % ziemi. Ruscy kniaziowie ochoczo się spolonizowali (podobnie jak liczni polscy lewicowcy przechrzcili się na neoliberalizm) z racji przynależności klasowo-cywilizacyjnej, dokonując gremialnie konwersji na katolicyzm.
To tylko jeden z epizodów niesłychanie skrzętnie przemilczany z dziejów Polski. Byliśmy nie gorszym kolonizatorem, brutalnym eksploatatorem i kontr-reformacyjnym krzyżowcem na wschodnich terenach Europy. Post-kolonialna historia w Polsce jest niebywale zaniedbana, a badań nad jej istotą prawie w ogóle nie ma. Polski kolonializm realizowany w tamtych czasach na bezkresnych obszarach po Morze Czarne to żyzne pole dla wielopłaszczyznowych dociekań historycznych, kulturotwórczych, socjologicznych, antropologicznych itd. Ta część polskiej szlachty, która od końca XVI wieku „najechała” tereny 4 województw wcielonych w 1569 roku do Korony (kijowskie, podolskie, wołyńskie i bracławskie) posiadła cechy typowego kolonizatora, agresora, zaborcy i konkwistadora. Echa tych wydarzeń i polskiego imperializmu są widoczne do dzisiejszego dnia (m.in. w konfliktach na Ukrainie). I to właśnie lewica powinna jawnie i realnie wyartykułować w swym programie edukacyjnym.
Tak zaproponowana edukacja lewicowa powinna opierać swe założenia na:
- z jednej strony - na formacie tych badań prowadzonych na kanwie marksistowskiego pojmowania wszelkiej typologii ruchów narodowowyzwoleńczych i anty-kolonialnych z uwzględnieniem zdobyczy współczesnej socjologii, psychologii społecznej, a przede wszystkim studiów z dziedziny badań nad post-kolonializmem.
- z drugiej strony - na dekonstrukcji syndromu fantazmatycznej wizji Kresów, z jej mitologicznym ujęciem, gdzie tzw. „polskość” jest sprowadzona wyłącznie do kultury „ziemiaństwa” i „dworków”. Ta nostalgiczno-przaśna, nierzeczywista wizja jest głęboko konserwatywno-zachowawczą, paternalistyczną i anty-modernistyczną w każdym wymiarze. Umiejscawiając jądro tzw. „polskości” w ziemiańskim dworku (czyli heroizując i gloryfikując tym samym agraryzm i sarmatyzm) nie pozwala się spojrzeć na dzieje tych obszarów i tej części naszej historii w sposób realistyczny, a na naszych przodków – nie jako na tych „co nieśli kulturę Zachodu” (bo to kolejny mit o immanencji polskiej kultury w paradygmacie „zachodnioeuropejskości”) w stepy Azji i wszelkiej barbarii, ale na imperialistów, kolonizatorów i konkwistadorów dokonujących w imię utylitarnych interesów klasowych, zwyczajnych podbojów, a potem – realizujących brutalną eksploatację autochtonicznej ludności. Znów analogie do dzisiejszych czasów są niezwykle czytelne. I to w wielu wymiarach.
W tej mierze na zasadzie partnerstwa winno się połączyć siły nauki – i to też jest zadanie dla edukacji jaką winna zaproponować lewica - zarówno u nas jak i na Litwie, Białorusi, Ukrainie czy Rosji w badaniach nad kolonialną przeszłością tych obszarów. Tak jak to ma miejsce w przypadku wspólnych eksploracji kolonialnej przeszłości Indii przez Brytyjczyków i Hindusów.
Ten aspekt jest moim zdaniem niesłychanie istotny z dzisiejszego punktu widzenia Polski. Im bardziej I RP pogrążała się w otmętach irracjonalizmu, bigoterii, zacofania gospodarczego, ruiny politycznej i peryferyzacji kultury (wobec trendów zachodzących wówczas w Europie Zachodniej) tym mocniej w Polsce kwitło przekonanie o kulturowej i cywilizacyjnej wyższości nad resztą Europy. Psychoanaliza widzi w tym syndrom maskujący realną rzeczywistość przy pomocy wyobrażeń i symboliki pokrywających postępującą degrengoladę kraju we wszystkich dziedzinach życia. Czy współcześnie nie mamy też do czynienia z podobną sytuacją w przestrzeni obowiązującej narracji i postępujących manipulacji pokrywającymi pustkę intelektualną rodzimych elit politycznych ? Polska prawica chyba tak już ma i to ta od Jarosława Kaczyńskiego, i ta od Grzegorza Schetyny, i ta od Ryszarda Petru. O Korwinie nie wspominając.
Tu właśnie widzieć należy emanację idei romantycznych, które doktrynalnie wspomagają pełnymi garściami uzasadnienia dla sarmatyzmu, idealistycznych i megalomańskich poglądów w rodzaju: „Polska Chrystusem narodów” bądź Polska jako Winkelried dla reszty Europy. To tu mają swe korzenie współczesne doktryny „Wszech-Polaków”, neofaszystów (faszyzm, zwłaszcza niemiecki, był zakorzeniony niesłychanie głęboko w romantyzmie dlatego uważam tę epokę za niebywale szkodliwą w dziejach Starego Kontynentu) i inne, temu typowi podobne, miazmaty. To tu mieści się irracjonalny kult tzw. żołnierzy wyklętych traktowanych jako jedna, idealistyczna i wzniosła wspólnota idei bez kontekstu uniwersalistyczno-historycznego. To stąd dziś – obojętnie czy rządzi w Ministerstwie Sprawiedliwości Borys Budka (PO) czy Zbigniew Ziobro (z nadania PiS-u) – Polska czyni polityczno-prawne wygibasy mające na celu ściągniecie do kraju faszysty, rasisty i brutalnego mordercy, odsiadującego dożywocie w więzieniu na Shark Island (RPA) jakim jest Janusz Waluś, kierując się skompromitowaną, klanowo-plemienno mentalnością, opartą o „więzy krwi”.
Ukraina - trzy lata po Majdanie
2017-04-07 19:34:47
Wolność tylko dla zwolenników
i członków jednej partii – choćby
najliczniejszej – wolnością nie jest.
Wolność jest zawsze tylko wolnością
dla inaczej myślących.

Róża LUKSEMBURG


Myśl wielkiej polskiej działaczki międzynarodowego ruchu robotniczego, europejskiej myślicielki zmarłej w tragicznych i traumatycznych okolicznościach, stanowiąca motto niniejszego tekstu dotyczy nie tylko polityki. Dotyczy nauki, zagadnień społecznych, kulturowych, a przede wszystkim – tak ważnych w dzisiejszej rzeczywistości współcześnie funkcjonujących środków masowej komunikacji – przestrzeni medialnej. Partia w tym passusie to tylko określona figura retoryczna.
Polska narracja na tematy ukraińskie i tego wszystkiego co dzieje się u naszego wschodniego sąsiada przekazywana od lat jest w formie agitacyjnej, manichejskiej, wedle schematów czarno-białych, z niezwykłą subiektywizacją ocen i tez. Jakby powiedział Melchior Wańkowicz – „z chciejstwem”, typowym dla nadwiślańskiego życia publicznego od dekad. Może nawet od wieków. W zasadzie mamy do czynienia albo z nacjonalistyczno-endecką wersją tych wydarzeń (traktującą obywateli Ukrainy en bloc jako faszystów, spadkobierców OUN-UPA i wyznawców ideologii Bandery-Szuchewycza czy koncepcji Dońcowa, ludobójców z Wołynia) albo z agresywnie militarystyczną, podszytą „rusofobią” i demonizacją Kremla oraz obrazem domowej wojny na wschodzie tego kraju. Pomija się (albo traktuje marginalnie) takie zjawiska jak oligarchizacja gospodarki i kraju położonego nad Dnieprem i Dniestrem, niebotyczną korupcję sytuującą Kijów w czołówce tego typu państw, nikomu nie podlegające - prywatne de facto - oddziały militarne najemników siejących terror i zabójstwa (często na zlecenie, nie mające jakiegokolwiek związku z polityką czy zagadnieniami narodowościowo-językowymi) pokrywając je retoryką narodowo-nacjonalistyczną itd.
Ponadto mamy w tym kraju do czynienia z sytuacją niezwykle podobną – moim zdaniem - jaka miała miejsce przed i podczas rozpadu Jugosławii: kraj złożony z różnych języków, religii, kultur, tożsamości itd. pruje się wedle tych właśnie linii nieciągłości. Nasz, polski, mainstreamowy obraz Ukrainy przykładany jest wedle obowiązującego nad Wisłą i Odrą jednolito-narodowego szablonu. A to niezwykle złudne i nieprawdziwe mniemanie. Osobiście mogę stwierdzić, że istnieje przynajmniej 6 Ukrain, znacznie się od siebie różniących, ale zakreślonych granicami państwa powstałego po rozpadzie ZSRR (tu analogia z byłą Jugosławią pod względami: kulturowym, tożsamościowym, językowym, religijnym itd. jest nie do podważenia).
Czy w narracji bądź dyskusjach na temat zjawisk drążących współczesną Ukrainę, musi być nakładany całun naszej, nadwiślańskiej (tak powszechnej w świadomości Polek i Polaków) i wszechogarniającej wszystkie zagadnienia polityczno-społeczne i kulturowe, spiskowej teorii dziejów ? Czy możliwa jest w Polsce, na bazie tak spolaryzowanego i skrajnie bipolarnego oglądu naddnieprzańskiej rzeczywistości (i nie tylko – dotyczy to całokształtu sytuacji na Wschodzie Europy) asertywna, nie-emocjonalna dyskusja na tematy istotne dla samej Ukrainy, dla Polski, dla Europy i ……. Rosji, która jest znaczącą częścią Starego Kontynentu i jakiekolwiek zaklęcia czy fobie nic tu nie zmienią ?
Demonizacja roli Prezydenta Rosji Władimira Putina w polityce światowej jest niebotyczna i irracjonalna. Zwłaszcza, że ci sami komentatorzy diabolizujący i wyolbrzymiający manipulacje Kremla chwilę wcześniej, wszem i wobec, zapowiadają autorytatywnie totalny upadek Rosji, kryzys podcinający jej gospodarkę itd. Warto jest zacytować takie znane powiedzenie: „Rosja nie jest taka silna – jak się jej wydaje, ale też nie jest taka słaba – jak widzą ją jej wrogowie”. Tzw. „ruskij mir” – do którego odwołuje się elita rządząca w Moskwie - jest tym samym co „pax americana” tylko, że w mniejszym wymiarze bo rozciągniętym na poradziecką przestrzeń polityczną (zwłaszcza, iż poza granicami Federacji Rosyjskiej pozostały miliony etnicznych Rosjan, a w większości tych krajów demokracja i społeczeństwo obywatelskie są w stanie szczątkowym, nawet jeśli te kraje należą do Unii Europejskiej). Możemy się z tym nie zgadzać, możemy to krytykować, ale uwzględniać to w swych analizach, opiniach czy narracji – z tytułu racjonalności, pragmatyzmu i bez względu na sympatie czy kompleksy – wypada. Bez Rosji w Europie (zwłaszcza na Wschodzie kontynentu) niewiele się wskóra.
Polska od 1989 roku zajmuje zdecydowanie „rusofobiczne” stanowisko. I to we wszystkich możliwych płaszczyznach (często nawet ze szkodą dla własnych interesów, aby wyłącznie „zagrać na nosie”, zrobić na złość, Rosji). Francuski filozof i politolog Bruno Drweski mówi: „….. Tępota polskich tzw. elit, co się POPiS-ują po kolei od 25 lat, to typowe zachowanie krzyczącego z bólu niewolnika, który chce budzić litość nowego Pana i marzy o tym, żeby stać się jego Uncle Tomem, czyli ulubionym niewolnikiem mającym służyć w domu swego Pana, by nie tyrać na jego polach. Takie zachowanie to nie wyzwolenie, to dobrowolne lokajstwo hilfspolizei”. Przypisywanie sobie jedynej prawdy – zdecydowanie szkodzi. Zwłaszcza w polityce. Prof. Ludwik Stomma, etnolog, antropolog kultury, humanista, nauczyciel akademicki sądzi, iż ten stan rzeczy zmienić można jedynie w wypadku kiedy „….. wyzbędziemy się przekonania, że jesteśmy posiadaczami prawdy”. Inaczej, w każdy wypadku pozostawać będziemy na rewindykacyjnych pozycjach, sądząc że inni muszą się nagiąć do naszej wizji świata i swoją tożsamością dopasować do naszej. Jest to droga donikąd. Aby jednak z niej zejść trzeba chcieć dokonać wysiłku i zakwestionować „opowieści spod lipy”. A one są przecież tak wygodne, tak pochlebne, ukazują nas w najjaśniejszych barwach, uspokajające nasze sumienia, nawet kreują nas na naród wyjątkowy, mający szczególną misję - wszędzie (zwłaszcza na Wschodzie Europy) - do spełnienia.
Tymczasem inni też mają swoje misje, swoje prawdy i swoją politykę. I to jest właśnie esencja polityki, zrozumienie owych paradygmatów których podstawą jest kompromis i negocjacje (czyli rozmowa).
Filozof idei i politolog, znawca kultury i historii Rosji (światowej sławy) prof. Andrzej Walicki twierdzi, że „…Polska wchodząc do Unii Europejskiej powinna dbać głównie o dobre stosunki z Niemcami, a także nie próbować odgrywać roli klina wbitego między Niemcy i Rosję”. I to jest druga prawda, którą Polacy muszą uwzględniać mówiąc o Wschodzie Starego Kontynentu. I to dotyczy też Ukrainy, którą chce się – z racji naszego „ciasnego” i „rusofobicznego” stanowiska politycznego – rozegrać przeciwko Rosji, nie bacząc na zagrożenia rodzące się dla naszych interesów nad Dnieprem, Dniestrem i Prutem. I tu rodzi się kolejne pytanie; cz interesy Polski i Rosji zawsze muszą być rozbieżne ? Pojęcie nigdy nie istnieje w polityce, o czym świadczyć mogą najlepiej słowa mistrza polityki – jak uważa się w Polsce (choć niezwykle wybiórczo) Winstona Churchilla: „Nie ma w polityce wiecznych przyjaciół i nieprzyjaciół. Są tylko wieczne interesy”. Anglosasi byli zawsze, i są, daleko (de facto – przy Europie), dlatego ich interesy niekoniecznie muszą być zbieżne z polskimi. Polska leży bowiem w środku Starego Kontynentu.
Aby wypowiadać się i decydować o politycznym stanowisku odnośnie całego Wschodu Europy, wymagana jest doskonała znajomość dziejów tych obszarów, ich kultury, jak również skomplikowanych zagadnienia społeczno-politycznych odziedziczonych w wyniku historii. Nie „wishfull thinking”, nie fantasmagorie czy oparcie się na fantazmatach jakich pełno jest w naszym, polskim imaginarium. Dlatego nie można zgodzić się – zgodnie z tą konkluzją jak również z wielu innych względów - aby en bloc za rzeź wołyńską (jak to czyni się często w naszym kraju) obwiniać wszystkich Ukraińców, obywateli tego państwa. Trzeba to mówić jasno i wyraźnie, zwłaszcza w środowiskach lewicy (bez względu na konotacje i sympatie, bez prób rozgrywania aktualnej sytuacji wewnątrz-ukraińskiej w jakie wpadł ten kraj - tak z tytułu naddnieprzańskich uwarunkowań jak i rosyjskich ingerencji – i z racji tego komu to zaszkodzi, a komu pomoże): UPA-OUN to byli faszyści a nawet - naziści ukraińscy. Ich dzisiejsze rosnące stale znaczenie – i nie jest to w żadnym wypadku przerysowywana propaganda kremlowska czy anty-ukraińska narracja – w różnych strukturach władzy na Ukrainie, z racji edukacji prowadzonej wśród młodzieży (zwłaszcza na zachodzie kraju), z tytułu istnienia niezliczonej liczby prywatnych oddziałów sponsorowanych przez oligarchów czy paramilitarnych, skrajnie prawicowych organizacji musi budzić niepokój oraz daleko posunięty dystans do tych zjawisk. Doskonale bowiem wiadomo, iż tego typu „milicje”, oparte o tzw. suprematyzm (co by pod tym terminem nie rozumieć) mają wyraźnie prawicowy, często ultra-rasistowski i nawet - faszystowski rys. Takie przykłady jak np. Ku Klux Klan, Narody Aryjskie czy Rada Konserwatywnych Obywateli w USA ([za]: Council of Conservative Citizens) są tego najlepszą tego egzemplifikacją.
Ideologia nazistowsko-faszystowska ma się na Ukrainie bardzo dobrze i jest gloryfikowana przez najwyższe władze w Kijowie. Czy na faszystowskich doktrynach, bliskich nazizmowi ideach i praktykach (a przynajmniej - na ich publicznym gloryfikowaniu) można budować cywilizowaną państwowość w europejskim wymiarze ? Czy jest jakiekolwiek wytłumaczenie, nawet najbardziej wzniosłe i szczytne, aby legitymizować czy uzasadniać patriotyzm, chęć niepodległego bytu bądź wolność tego typu argumentami czy ideologią ?
Na te fakty zwracali w swych wypowiedziach uwagę politycy, na pewno nie pro-kremlowscy czy związani biznesowo z kapitałem rosyjskim, tacy jak Günter Werheugen, Miloš Zeman, Aleksis Tsipras czy Nikolas Sarkozy.
Czy możemy rozmawiać i czy powinniśmy wysłuchać innej narracji na tematy ukraińskie pochodzące z gremiów opozycyjnych wobec rządzących w Kijowie elit, a pochodzące ze wschodu Ukrainy ? Czy wszyscy którzy nie zgadzają się z efektami Majdanu – rozpoczętego pod zupełnie innymi hasłami i mającego zupełnie inne społeczne uwarunkowania niż jego polityczne efekty – są automatycznie agentami Kremla, zwolennikami polityki Prezydenta Putina czy pro-rosyjskimi trollami ? Czy uczciwość i pluralizm – przede wszystkim w mediach - nie wymagają zawsze wysłuchać tego INNEGO ? I czy amputacja – przez polski mainstream medialno-polityczny (czyni się tak w wielu, nie tylko w odniesieniu do polityki wschodniej, przypadkach) – immanentnego Oświeceniu sceptycyzmu i samodzielności myślenia na rzecz apriorycznej wiary w tzw. Autorytety jest czymś ze wszech miar pożądanym ? I czy sponsoring kogokolwiek w obcym kraju dolarami tak aby realizowane były interesy hegemona (enuncjacje w tej materii pani Nuland) jest czymś lepszym niźli sponsoring a rebours tylko, że w rublach ? Mówimy z punktu widzenia obiektywizmu, prawdy, balansu poglądów i sądów.
Polski mainstream postrzega sytuację na Ukrainie wedle XIX-wiecznych paradygmatów, opierając się w tym na mrzonkach Maurycego Mochnackiego czy mocno zwietrzałej (z racji upływu czasu i zmiennych warunków geopolitycznych) koncepcji Giedrojcia-Mieroszewskiego. Tu zawarte są wizje jagiellońskiej tromtadracji, jakiegoś mitycznego Międzymorza czy zepchnięcia Rosji za Ural (a najlepiej podzielenia jej wg wizji Brzezińskiego z „Wielkiej szachownicy”). Na ten temat, czyli „rusofobicznej”, nieprzyjaznej, wręcz wrogiej postawy polskiej elity demo-liberalnej wobec Federacji Rosyjskiej w ostatnim 30-leciu, znajdziemy wiele przykładów przywoływanych w swej twórczości przez profesorów - znawców tematyki – Andrzeja Walickiego czy Bronisława Łagowskiego.
20 kwietnia 2017 roku, w Hotelu Gromada (w Warszawie), o godz. 10.00. odbędzie się międzynarodowa konferencja poświęcona zagadnieniu: >Ukraina – trzy lata po Majdanie<. Może ona choć w niewielkim stopniu zdoła odpowiedzieć na dylematy związane z przyszłością Ukrainy, konfliktami szarpiącymi ten kraj od wewnątrz (i to jest nie tylko Krym czy wschód kraju, ale także Bukowina czy Zakarpacie), ze wzrostem znaczenia sił nacjonalistycznych, quasi-faszystowskich, rewanżystowskich i ksenofobicznych oraz gloryfikacją tożsamości narodowej opartej o takie symbole i wartości, a także wszechobecnej korupcji i oligarchizacji życia publicznego.

Program konferencji:
Panel 1 – część 1-sza panelu, h: 10.00. - 14.30. (moderator Wasilij Wołogda)
część 2-ga panelu, h: 12.30.- 14.30. (moderacja - j.w.)

Panel 2 – część 1-sza panelu, h: 15.30. - 17.30. (moderator Radosław S. Czarnecki)
część 2-ga panelu, h: 17.30. - 19.30. (moderacja - j.w.)

Dwie przerwy na kawę; 12.00 i 17.00.
Przerwa obiadowa: 14.30 – 15.20.
Przewidywane zakończenie konferencji o h: 19.30.


Marks vs neoliberalno-nacjonalistyczne memuary
2017-03-23 07:39:39
Źródłem rozmaitych przejawów zła
w społeczeństwie jest własność prywatna.

Emmanuel MOUNIER

Facebook obiega dramatyczny wpis o sytuacji jaka miała meijsce we wrześniu 2016 roku w Mielcu. W tamtejszej Specjalnej Strefie Ekonomicznej i funkcjonującej w jej ramach firmie niemieckiej Kirchoff Automotive Polska Sp. z o.o. doszło wówczas do spontanicznego strajku pracowników. Domagali się poprawy warunków pracy i podwyżki wynagrodzeń. Jednak ów wpis kierunkuje dyskusję na stwierdzenie dyrekcji przedsiębiorstwa mówiącej, że jeśli pracownicy nie wrócą do pracy to w ich miejsce zatrudnieni zostaną, ściągnięci z Ukrainy, kolejni pracobiorcy. Wystarczy przeczytać komentarze umieszczane pod tą informacją, które ociekają oburzeniem na „niedobrego Niemca, właściciela fabryki”, który ma satysfakcję z wyzyskiwanych przez niego Polaków, których zatrudnia w tej fabryce. Pomijając, iż średni personel spółki (jak i management) jest zapewne polski, uważam tę sytuację za celową i jawnie ukierunkowaną manipulację oraz agitację, mającą sprzyjać określonym rozwiązaniom w naszym kraju. Celem jest wzbudzenie przychylności rządzącym nastrojów co do akcji wobec międzynarodowego – przede wszystkim niemieckiego - kapitału. Czyli tzw. repolonizacji (=nacjo-szowinizmowi) najszerzej pojętej i realizowanej we wszystkich możliwie sferach. Repolonizacji mającej de facto być ich „pisizacją”. Jest to element akcji inicjowanej przez ekipę PiS-u (i jego akolitów) mającej na celu wzbudzić kolejną porcję ukrytych pokładów ksenofobii – tu: germanofobii, co jest na rękę rządzącym i odsunięcie tym samym zainteresowania społecznego od innych, istotnych problemów kraju.
Warto jednak zauważyć, iż sedno owych problemów – drastycznych, niesprawiedliwych i istniejących w naszym kraju od dawna – leży absolutnie gdzie indziej. Na pewno nie w narodowości właścicieli firmy Kirchhoff Automotive Polska Sp. z o.o. Twarz vice-premiera Morawieckiego jr. wywodzącego się z kręgów kapitału finansowego a będącego prominentną osobistością rządu Beaty Szydło (i stojących za nią idei i przesłań PiS-u) jest tu aż nadto czytelną (o czym nota bene nikt nigdzie nie wspomina).
To co napisałem we wstępie opieram na fakcie, iż rządzące Prawo i Sprawiedliwość tym różni się jedynie od poprzednich rządów – przedkładających także wyższość neoliberalnej i kapitalistycznej formy własności środków produkcji nad wszelkimi społecznymi rozwiązaniami w tej kwestii – że jego pomysły na gospodarkę (analogiczne w swoim esencjonalnym wymiarze i formach funkcjonowania z tymi, które wdrażali przez lata atakowani przez nią poprzednicy) mają „biało-czerwoną flagę” na swoim maszcie. „Biało-czerwoną flagę”, a nie zaklęcia o globalizacji, światowym wolnym rynku, swobodzie przepływu kapitału czy siły roboczej. To w zasadzie narodowo-nacjonalistyczna, korporacyjna, podobna do włoskiego modelu gospodarki i funkcjonowania państwa z okresu władzy Mussoliniego i konsensusu jaki istniał wówczas w Italii między kapitałem, państwem, Kościołem katolickim i „żółtymi związkami zawodowymi”, forma życia publicznego.
Kościół katolicki partycypował w tym systemie czynnie. Istota tej doktryny jest w pełni zawarta w encyklice Piusa XI „Quadrogesimo Anno” (15.05.1931). Również polskie rozwiązania sprzed II wojny światowej szły w tym kierunku. Współczesna sytuacja w tej mierze w naszym kraju jest niezwykle podobną do włoskiej sprzed 80-ciu laty. Co doskonale widać, słychać i czuć.
Własność prywatna to podstawowa zasada funkcjonowania rynku jako takiego i władającego nim kapitału. Mozolnie i ochoczo budowana jest taka sytuacja nad Wisłą, Odrą i Bugiem od ponad ćwierćwiecza. Ale czy większość z „budowniczych” i „animatorów” restauracji „jedynego i słusznego dziś ustroju” jak indoktrynuje mainstream wie - i wiedziało dawniej, w chwili rozpoczęcia tego boju - „z czym to się je” ? Co oznacza owo pojęcie ? Z czym się kojarzy i jakie konsekwencje za sobą pociąga ? Co kryje się za magicznym słowem – posiadacz ? Polskie społeczeństwo po latach transformacji i mrzonkach roztaczanych przed tym społeczeństwem w przedmiocie „godności”, „solidarności”, „równości” i „100 milionach dla każdego” jest beznogim ślepcem z amputowaną na dodatek racjonalnością i pragmatyzmem myślenia klasowego, zbiorowego, wspólnotowego. Pozostała jedynie w nim sfera nacjo-, kato- plemiennej interpretacji rzeczywistości. Nikt z animatorów i bojowników o Restaurację Kapitalizmu nie wiedział (a może wiedział, lecz nie chciał tym 9/10 polskiej populacji powiedzieć), że kapitalizm wg modelu reńskiego czy skandynawskiego jest oczywiście cool i istnieje na prawdę, ale również ów ustrój istnieje (i funkcjonuje w najlepsze) w Panamie, Kenii, Burkina Faso bądź Indonezji.
Na dodatek dochodzi powszechne niezrozumienie procesów globalizacji (na czym żeruje manipulacja i agitacja pro-wolnorynkowa w wersji neoliberalnej), a takie terminy jak relokacja, outsourcing, re-engineering, maquiladoras itd. jako immanentne współczesnemu systemowi powszechnie obowiązującemu są kompletnie niezrozumiałe. Wydaje się wielu dyskutantom o tych zjawiskach i takich przypadkach jak w Mielcu - propaganda pisowska niewiele różniąca się od neoliberalnego mainstreamu (występującego „pod flagą globalnego kapitału”) wykorzystuje tu widomy szowinizm i nacjo-katotalibskie nastroje popularne (i podsycane w ten sposób) w społeczeństwie – że wystarczy zamienić wektory, czyli repolonizować fabryki (tj. zmienić właściciela środków produkcji i umiejscowienie fizyczne kapitału) na „biało-czerwone barwy”’ i będzie miło, sprawiedliwie i godnie. Mrzonki, „ściema”, oszustwo i kanalizacja protestów (zasadnych) ale nie w tą stronę gdzie trzeba.
Kontekst licznych wypowiedzi, niezrównanych w swoistej poetyce apologetów koneksji na rzecz biznesu i kapitału ze strony państwa i społeczeństwa takich jak Jeremi Mordasiewicz, Cezary Kaźmierczak czy Henryka Bochniarz nie pozostawia tu żadnych złudzeń. Karol Marks miał po stokroć rację formułując swe refleksje przed 150 laty, bo to nie kto inny jak Cezary Kaźmierczak – polski pracodawca o korzeniach solidarnościowo-wolnościowych i medialna twarz rodzimego biznesu - miał o pracobiorcach Polsce powiedzieć, że: „Dobrobyt rozleniwia i sprawia, że ludzie rozbudzają w sobie nieracjonalne oczekiwania”.
Wyzysk i niesprawiedliwość tak samo bolą, poniżają, odzierają z godności, uwłaczają człowieczeństwu gdy dokonywane są pod flagą polską, niemiecką, chińską „ruską”, amerykańską czy Unii Europejskiej. Są tak samo nieetyczne i niegodziwe gdy dysponentem tegoż kapitału jest prawdziwy-Polak, Żyd, Murzyn, gej, Mulat, rastafarianin, katolik, buddysta itd. Pochodzenie, nacja, wyznanie, kolor skóry, język, tak jak irracjonalnie pojmowana narodowość kapitału, nie mają tu żadnego znaczenia.
Karol Marks w „Krytyce programu gotajskiego” (1875) napisał: „Robotnikowi najemnemu pozwala się pracować na własne utrzymanie, a więc pozwala mu się żyć o tyle tylko, o ile przez pewien czas pracuje darmo dla kapitalistów (a zatem i dla tych, którzy wraz z nimi uczestniczą w zjadaniu wartości dodatkowej);
- że cały system produkcji kapitalistycznej obraca się dokoła zagadnienia, jak zwiększyć ilość tej darmowej pracy przez przedłużenie dnia pracy albo przez zwiększenie jej wydajności, większe natężenie siły roboczej itd.;
- że przez to system pracy najemnej jest systemem niewolnictwa, przy czym niewolnictwo to staje się tym cięższe, im bardziej rozwijają się społeczne siły wytwórcze pracy bez względu na to, czy robotnik otrzymuje lepszą czy gorszą zapłatę
”. Nic dodać nic ująć.
Lewica, oczywiście z potrzebną reinterpretacją tez brodacza z Trewiru (uzasadnioną 100-leciem rozwoju ludzkości), musi wrócić do tych źródeł aby zdiagnozować obecne zagrożenia, opisać je klasowo i opracować stosowny program dla pracobiorców będących naturalnym wyborczym zapleczem dla niej. Nie w wymiarze „kochajmy się” Panowie Bracia Polacy (jak w czasach I RP), nie w wymiarze „solidaryzmu społecznego” (bo on zawsze będzie miał wymiar włoskiego faszystowskiego korporacjonizmu szowinistyczno-narodowej maści), nie wedle koncepcji katolickich made in Jan Paweł II zamulających zasadniczą istotę konfliktów klasowych i nie pod rękę z kapitałem (oczywiście – nie z „nożem w zębach” czy bejsbolem w ręku, ale traktowanym jako przeciwnik, interlokutor, adwersarz) lecz według interesów wspomnianego zaplecza wyborczego.
Konkluzją tego wpisu blogowego jest powtarzana od lat przeze mnie myśl: POPiS wiecznie żywy ! Ma dwie twarze: jedną „soft”, drugą „hard”.
Efekt szczujni
2017-03-09 13:05:59
Ełckie wydarzenia w Noc Sylwestrową (oraz inne, podobne, jakich fala przetacza się przez Polskę od początku Nowego Roku) mnie osobiście absolutnie nie dziwią. I nie mam złudzeń, że jest to incydentalny wypadek, epizodyczne wydarzenie, spowodowane sylwestrowo-noworocznym zamętem i atmosferą karnawału. Sądzę, że to dopiero początek cyklu zdarzeń i podobnych aktów wieńczących określoną narrację przesyconą nienawiścią sączoną od lat do świadomości polskiego społeczeństwa . Będą one przetaczały się przez całą Polskę, nabierając dynamiki owocującej coraz groźniejszymi i tragicznymi skutkami. Geneza oraz źródła są rozlegle i głębokie, kumulowane w świadomości społeczeństwa od wielu lat. To z czym mamy dziś do czynienia podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości oraz sprzężonych z nim klonów prawicowo-nacjonalistycznej i ultra-antykomunistycznej proweniencji jest kolejnym etapem określonego procesu, wielopłaszczyznowych działań i określonej retoryki. Zdziwieni są demo-liberałowie. Zaskoczeni i przerażeni zdają się być przedstawiciele środowisk lewicy nie komunistycznej. Czytając i słuchając ich enuncjacji widać, że te środowiska są impregnowane na racjonalną, rzeczową i realistyczną analizę rzeczywistości (demo-liberałowie np. nadal nie pojmują dlaczego przegrali wybory prezydenckie i parlamentarne AD’2015 więc czemu miały by wyciągnąć rzeczowe wnioski z przyczyn dramatu w Ełku). Dalekie jest im bowiem powiedzenie Sokratesa: „Zacznij od siebie”.

Dobry chrześcijanin nie prowadzi dialogu
z niewierzącym, ale dźga go mieczem
w brzuch jak najgłębiej potrafi.

kard. Bernard GUI (1261-1331)

Od początku tzw. transformacji ustrojowej narracja obozu Solidarności opierała się – na początku trzeba to przyznać iż tylko – na retorycznej deprecjacji ustroju (co politycznie jest może i do przyjęcia). Potem, gdy w czasie oddalał się upadek minionego systemu owa deprecjacja czy nawet swoista redukcja człowieczeństwa jako takiego (czyli – dehumanizacja) ludzi związanych z Polską Ludową przybierać poczęła coraz ostrzejsze formy. Znów na początku w wymiarze jedynie retorycznym. To tu znajduje swe miejsce i źródło wypowiedź prominentnej reprezentantki mainstreamu, że „lewicy w Polsce mniej wolno”. Miało to miejsce w kilkanaście lat po roku 1989.
Powie ktoś z obozu zwycięzców: mogliśmy was potraktować jak „lud” rumuński Ceausescu, okupanci Iraku rękoma przeciwników politycznych Saddama Husajna czy rebelianci i islamiści Kaddafiego. No tak, ale Joseph Guillotin i Antoine Louis stosując gilotynę do dekapitacji przeciwników też powoływali się na humanitaryzm takiej formy zadawania śmierci. Nie było to średniowieczne, inkwizycyjne łamanie kołem, zamykanie stóp w hiszpańskie buty, stosowanie wobec skazańca iron maiden czy trunctatio membrorum (śmierć następowała przez wykrwawienie). Wszystko bowiem zależy od kontekstu i historycznego czasu, kulturowego miejsca i cywilizacyjnego otoczenia. No i gdzie wtedy byłaby przez mainstream sakralizowana i przedstawiana jako najwyższa forma uniwersalizmu tzw. „etyka solidarności” wg ks. Józefa Tischnera ?
Doskonale te procesy polegające na dehumanizacji i odczłowieczeniu tego INNEGO pokazuje w swej twórczości Fridrich Dürrenmatt, klasyk dramaturgii, eseistyki i literatury europejskiej.
Taki sposób uprawiania polityki i propagandy tworzyły zawsze w dziejach podstawy do wszelakiej stygmatyzacji, piętnowania, naznaczania w widocznej publicznie formie tych INNYCH. Komuch, lewak, socjalista, marksista i ci wszyscy, którzy w czasie Polski Ludowej byli zawodowo czynni, przejawiali swą aktywność intelektualną i profesjonalną oraz traktowali to państwo polskie jako swoje - gdyż innego w owych geopolitycznych realiach być nie mogło - stają się powoli synonimem (oczywiście, cały czas mówimy o przestrzeni retorycznej, ale to ona jest odpowiedzialna za ugruntowywanie w świadomości ludzi określonych stereotypów, konotujących jednoznaczne skojarzenia, zwłaszcza jeśli ma ostrze wartościująco-orzekające) określonych klisz zapisanych w głowach zwykłych ludzi. Klisz związanych bezpośrednio z pojęciem zła. A przynajmniej nie-prawdziwego, nie-autentycznego, nie-naszego, Polaka. Zła jednoznacznie spersonifikowanego.
To uniemożliwia tak symbolicznie jak i formalnie stanięcie „twarzą w twarz” z OBCYM, INNYM, nie-POLAKIEM. Bo na to nie zasługuje, bo jest nie nasz. W świadomości tzw. „ludu” następuje po latach takiego przekazu skojarzenie, że każdy INNY jest zły, bo jest nie-Polakiem. Dodatkową frustracją dla reprezentantów tzw. „ludu” jest niewidoczność, nieuchwytność tych INNYCH: komucha, lewaka, marksisty, esbeka, agenta Kremla, byłego członka Partii itd. Nie może on być Polakiem, a jednocześnie jest taki sam jak JA, ma taki sam kolor skóry, mówi tym samym językiem, ba – ma czasami niezwykle brzmiące, typowo polskie, nazwisko i imię . I jak tu „gonić bolszewika” ?
A wyznawca islamu (jak dawniej Żyd), Arab, Afrykańczyk, Hindus, Gruzin itd. są widoczni, łatwo rozpoznawalni. Oni są crȇme de la crȇme „naszo-polskiej” niechęci, pogardy, nienawiści do obcych, INNYCH, nie-POLAKÓW. Złych emocji podsycanych przez elity i mainstream.
W takiej sytuacji konfrontacja twarzą w twarz – i powiedzenie mu w oczy; nie zasługujesz na egzystencję bo jesteś uosobieniem ZŁA, nie zasługujesz na godność i nie jesteś w takim razie człowiekiem - z tym którym pogardzamy jest niemożliwa. My tej czynności, uzbrojeni w taką, permanentnie do nas docierającą, negatywną argumentację, po prostu nie chcemy i nie potrafimy wykonać. Dziś jest to w dwójnasób łatwiejsze (pogarda zyskała w high tech-u dodatkowego sojusznika): sieć, wirtualność, komunikacja za pomocą portali społecznościowych, będących zaprzeczeniem dotychczas rozumianego dialogu tet’a’tet , gdzie INNEGO po prostu banujesz, kasujesz, wykluczasz kliknięciem myszki lub klawisza obrzucając go wcześniej bezkarnie błotem, inwektywami itd.
W Polsce dodatkowym wzmacniającym tego typu postawy i mentalność elementem jest ekskluzywizm polskiej wersji katolicyzmu (m.in. traktowanie siebie jako kolejnej wersji „narodu wybranego”) połączony z nacjonalizmem i mesjanizmem, czasem w zupełnie świeckiej postaci.
Jeżeli elity, kierujące krajem, dawały cały czas przekaz tzw. „ludowi” o lekceważeniu, o wyśmiewaniu , o absolutnej deprecjacji czy pogardzie minionymi czasy i ludźmi z nimi związanymi w różny sposób – choć to też jest historia Polski i nie tylko o ciemnych barwach jak wmawiał cały czas mainstream - to trudno się dziwić, iż powszechną stała się nie tylko obcość połączona z nienawiścią (a w najlepszym razie niechęcią) do tego DRUGIEGO, INNEGO, OBCEGO. Człowiek PRL-u (cokolwiek by się pod tym pojęciem mieściło), zwłaszcza ten który próbował bronić swojej godności i personalnych dokonań czy wyborów, został sprowadzony przez po-solidarnościowy mainstream do OBCEGO ciała „w zdrowym, jednolitym, polskim, narodowym, pod biało-czerwonym sztandarem organizmu”.
Tolerowano, zaakceptowano tylko tych, którzy przyjęli narrację elit post-solidarnościowych. I nie chodzi o to aby personalnie znęcać się nad tymi ludźmi. Czym różnią się postacie Marka Króla, Marcina Święcickiego, Stanisława Piotrowicza czy Andrzeja Kryże ?
Tu i teraz następuje specyficzna fiksacja w świadomości tzw. „ludu”: OBCEGO, INNEGO, nie-POLAKA należy zwalczać, a jak jest on zdehumanizowany, odczłowieczony to można go ……. tu niech Czytelnik wstawi sobie dowolną figurę zaczerpniętą z historii, chrześcijańskiej, cywilizowanej (ponoć) Europy.
Podstawowa masa tzw. „ludu” zaczyna w perspektywie takie narracji myśleć w kategoriach klanowych (czyli my kontra ONI, nie nasi, źli, obcy). To jest niechęć i niemożność zrozumienia tak samo tego INNEGO jak i siebie samego. I to jest źródło dehumanizacji, ponieważ opiera się na bezsilności owocującej pogardą, która przejawia się frustracjami, a w efekcie – agresją i terrorem.
Elity i zblatowane z nimi media wytworzyły taki oto obraz Polski, dla Polaków, dla tzw. „ludu”, po przełomie ustrojowym: podczas Okrągłego Stołu - który w całym cywilizowanym świecie jest przedstawiany jako wzór bezkrwawych zmian ustrojowych i porozumienia przeciwstawnych sobie sił politycznych - przedstawiciele elit post-solidarnościowych uczestniczących w tym kompromisie nie zauważając, że każda tego typu umowa wymaga negocjacji wyizolowały się, wyalienowały z realności i racjonalności otaczającego je świata. Także tego polskiego. Bo do negocjacji są potrzebne zawsze dwie strony. De facto wszyscy – i ci co rządzili do niedawna i ci co kierują krajem dziś – mówią w kontekście Okrągłego Stołu o swoim zwycięstwie (nie Polski, nie obu stron negocjacji, ale o swoim zwycięstwie). A zwycięstwo wymaga zawsze pokonanego, upokorzonego, zdeptanego przeciwnika. Nie jest więc kompromisem osiągniętym przy stole negocjacyjnym. W takiej retoryce i oglądzie rzeczywistości można odnieść wrażenie, że to Solidarność i jej elita dogadała się sama ze sobą przy Okrągłym Stole decydując o losach kraju.
Pogarda i nienawiść rodzą się zawsze z tak rozumianego pojęcia polityki. Wtedy zachodzić zaczynają procesy nie tyle politycznej konfrontacji na programy, koncepcje rozwoju, doktryny czy wizje, ale zwycięzcy (którym się wydaje iż „mogą wszystko”) toczą bój na wyniszczenie swoich przeciwników politycznych. Jaki przekaz dochodzi w związku z taką sytuacja do tzw. „ludu” ?
Kto sieje wiatr, zbiera burzę. Dla zadufanych, aroganckich, klanowo myślących elit inteligenckich post-solidarnościowej proweniencji (podobnie myślących jak pogardzani przez nie kibole, „dresiarze”, „naziole”, „moherowe berety” itd.) uważających swą inteligenckość za formę wyizolowanej i paternalistycznej w istocie plemiennej wspólnoty taka fiksacja zachodząca w świadomości społecznej i w związku z tym określony rozwój sytuacji jest to nie do ogarnięcia. Tylko racjonalna, pragmatyczna, autokrytyczna analiza swoich decyzji, wyborów i polityki, narracji i gestów, może tu dać jakieś „światełko w tunelu”.
Faszyzm tłumów nie jest ich faszyzmem, im pozostaje jedynie agresja i nienawiść. Ideologia faszystowska próbując opacznie, na zasadzie antynomicznej, objaśnić świat powstaje zawsze w zaciszach gabinetów, redakcjach prominentnych i opiniotwórczych mediów (i jest przez nie propagowana i nagłaśniana), w katedrach szacownych, wyższych uczelni. Autorzy najczęściej nie mają sobie nic do zarzucenia. Wykonali po prostu zwyczajną, intelektualną de-konstrukcję, pożyteczną pracę „ku prawdzie”. A że stało się tak jak widzimy ? Trudno, los tak chciał ……..






Kolorowa mozaika - o rożnorodności w przedszkolu w Ełku
2017-02-24 17:38:05
Komunikat Stowarzyszenia "NIGDY WIĘCEJ" (23.02.2017)

Na zaproszenie Miejskiego Przedszkola ‘Światełko’ w Ełku antyrasistowskie Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ przeprowadziło zajęcia na temat szacunku wobec różnorodności. Była to symboliczna odpowiedź na ksenofobiczne zdarzenia, do których niedawno doszło w tym mieście.

21 lutego w spotkaniu z przedstawicielką ‘NIGDY WIĘCEJ’ Sylwią Podgórską (i 9-letnią Emilią) wzięło udział prawie 40 dzieci, również z oddziałów integracyjnych. W trakcie wspólnych gier i zabaw najmłodsi rozmawiali o tolerancji i o tym, co znaczy być dobrym człowiekiem. – ‘Kwestia uprzedzeń nie omija dzieci, które są świadkami rozmów dorosłych na ten temat. Podczas zajęć okazało się, że mądrość najmłodszego pokolenia polega na tym, że nie szukają różnic pomiędzy ludźmi, a skupiają się na tym, co nas łączy’ – powiedziała reprezentantka ‘NIGDY WIĘCEJ’. – ‘Na szczególne uznanie zasługuje pedagogiczna wrażliwość personelu ełckiego przedszkola’. Zajęcia w Ełku stanowią przykład długofalowych, pozytywnych działań edukacyjnych podejmowanych przez Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ w całym kraju.
W noc sylwestrową w Ełku doszło do tragicznego zajścia, w wyniku którego zginął jeden z mieszkańców. Gdy okazało się, że w zdarzeniu tym brali udział cudzoziemcy, w mieście wybuchły zamieszki. Przed lokalem gastronomicznym prowadzonym przez Algierczyków, Tunezyjczyka i Marokańczyka zgromadził się tłum ludzi, którzy skandowali ksenofobiczne hasła, m.in. ‘J…ać ciapatych!’, rzucali kamieniami i petardami. Zdemolowali też lokal z kebabem. ‘Nieznani sprawcy’ próbowali ponadto podpalić mieszkanie jednego z zatrzymanych cudzoziemców. W internecie Młodzież Wszechpolska opublikowała pochwalające przemoc komentarze, np. ‘Tu z islamem się nie pieści. Zamiast kredek mamy pięści’. ONR zorganizował ksenofobiczną demonstrację z udziałem pseudokibiców pod hasłem ‘Polska tylko dla Polaków’. Zajścia w Ełku były szeroko komentowane w mediach.
W prowadzonym przez Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ od ponad dwudziestu lat monitoringu rasizmu i ksenofobii ‘Brunatna Księga’ zdarzenia o podobnym charakterze są ostatnio dokumentowane niemal codziennie. Między innymi na początku stycznia w Legnicy pobity został młody mężczyzna pochodzący z Bangladeszu, a w Ozorkowie czterej mężczyźni pobili obywatela Pakistanu. Sprawcy krzyczeli do niego: ‘Nie chcemy tutaj bin Ladenów’ [sic!], a gdy upadł, kopali go po całym ciele. W noc sylwestrową doszło też do ataków na restauracje prowadzone przez Hindusów: w Lubinie dwaj mężczyźni namalowali na murach lokalu napisy znieważające wyznawców islamu [sic!], a w Szczecinie ktoś rozlał w pomieszczeniu substancję niewiadomego pochodzenia. Z kolei 10 lutego w Katowicach dwóch mężczyzn zaatakowało obsługę baru z kebabem – wykrzykiwali do jednego z pracowników ‘Ty Turku pier…ny’, wybili też okno, a do środka wrzucili kosz na śmieci.
Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ jest założoną przez Marcina Kornaka w 1996 roku niezależną, apolityczną organizacją, która monitoruje incydenty na tle ksenofobicznym oraz wydaje antyrasistowski magazyn ‘NIGDY WIĘCEJ’. Prowadzi kampanie społeczne, m.in. ‘Muzyka Przeciwko Rasizmowi’ i ‘Wykopmy Rasizm ze Stadionów’.‎

Dodatkowe informacje:

www.nigdywiecej.org
www.facebook.com/Respect.Diversity
www.twitter.com/StowNIGDYWIECEJ‎









Religijny fundamentalizm a powrót dzikości
2017-02-13 07:21:08
Dyferencjacja i stratyfikacja jaką przyniósł światowej populacji (bez względu na kraj, region, kontynent czy wspólnotę kulturową) neoliberalny projekt gospodarczy, dramatycznie pogłębiony w coraz to nowych obszarach działalności człowieka oraz związana z tym określona percepcja rzeczywistości sprzyjają powrotowi religii – i to w fundamentalistycznej, fanatycznej i agresywnej formie - jako remedium na społeczne bolączki. Wedle neoliberalnego porządku na świecie, wedle tej perspektywy czy mniemania, wszyscy winni być piękni, młodzi i bogaci, a ponadto: kreatywni, aktywni, przedsiębiorczy, rzutcy i elastyczni (jako pracobiorcy), przyjmujący z pokorą istniejącą sytuację wedle thatcherowskiego powiedzenia „… nie ma żadnej alternatywy”. Przecież ten szlagwort przypisywany żelaznej lady ma wymiar na wskroś religijny i to w formie wierzenia o wymiarze purytańskim, ortodoksyjnym fundamentalistycznym, anty-pluralistycznym.

Rozum łączy podczas gdy wierzenia
religijne i tożsamości – dzielą.

prof. Zeev STERNHELL

Myśl stanowiąca motto niniejszego tekstu pochodzi z refleksji nad współczesną sytuacją w świecie i przyczynami napięć, które na naszych oczach potęgują się w ostatnich dwóch dekadach, jakiej dokonał izraelski historyk, politolog, ekspert od spraw faszyzmu i fundamentalizmu religijnego, profesor Uniwersytetu w Jerozolimie, wykładowca akademicki wielu uczelni światowych Zeev Sternhell. Polska, ze swymi wewnętrznymi problemami, będącymi następstwem napięć społecznych, kłopotami z liberalną demokracją i tendencjami do autorytaryzmu rządzących elit, wpisuje się niejako w te ogólnoświatowe procesy i obserwowane zjawiska. Te waśnie, sprzeczności, potęgujące się antagonizmy można nazwać „powrotem dzikości”. Te bolączki mające źródło w neoliberalnych pomysłach, nie są (jak to przedstawiają różnego rodzaju fundamentaliści religijni i konserwatywni purytanie wrodzy z definicji modernizmowi i postępowi) związane z nowoczesnością, demokracją, wolnością czy prawami człowieka w stylu oświeceniowym, z postępem i rozwojem ludzkości. Najkrócej można by to opisać jako dewiacje tych pojęć, związanych bezpośrednio z odejściem od pryncypiów Oświecenia, gdzie człowiek jako członek zbiorowości ma być „miarą wszechrzeczy”. Człowiek jako osoba ludzka, bez rozróżniania opozycyjnego kobieta – mężczyzna, homoseksualny – heteroseksualny, bez antytezy opartej na rasie, języku, politycznych poglądach czy religijnym wyznaniu. Człowiek empatyczny, braterski, solidarny, rozumiejący (albo przynajmniej – starający się pojąć myślenie i to co kieruje jego interlokutorem) tego INNEGO.
Powrotowi owej dzikości towarzyszy fragmentaryzacja wspólnot do tej pory wydawałoby się spójnych i solidarnych, wedle właśnie trybalistycznych (czyli plemienno-klanowych) kategorii MY ONI, jing-jang, światłość-ciemności, anioł-szatan, dobro-zło, prawda-kłamstwo etc. To istota religijnego spojrzenia na rzeczywistość.
Prezentowany i obserwowany powrót trybalizmu do polityki, do zagadnień społecznych, do kultury najszerzej pojętej wpisuje się obecną sytuację Polski. Co prawda nie do końca można naszą sytuację zakreślić ramami starcia: nowoczesność i modernizm kontra ciemnogród i siły wsteczne (czyli demokracja liberalna vs prawica nacjonalistyczno-ksenofobiczno-religiancka). A to dlatego, że moim zdaniem spór ten jest de facto wojną w „rodzinie”. I nie tylko wspólne, acz mityczne korzenie, do których odwołują się obie strony tej wojny polsko-polskiej – „Solidarność” AD 1980-81 – jest tego powodem. To spór w rodzinie zwolenników gospodarki ultra-kapitalistycznej, opartej na wyzysku. Bo co kieruje innego polskim przedsiębiorcą niż zysk ? Czy w tej mierze różni się czymkolwiek od swego niemieckiego, chińskiego, rosyjskiego, amerykańskiego, holenderskiego czy nawet – południowo-afrykańskiego kamrata ? Czy to nie zysk jest podstawowym i zasadniczym wykładnikiem ich sposobu myślenia i działania bez względu na kolor skóry, język, barwy narodowe, orientację seksualną, religię bądź estetyczne upodobania ? Czy „śmieciowe umowy”, zatrudnienia lub stawki w granicach 2 – 3 euro za godzinę są bardziej upokarzające pod flagą Unii Europejskiej, USA, Chin czy Rosji niźli pod banderą „biało-czerwoną” ? Bywa często tak, iż zachodni przedsiębiorcy wykazują odrobinę więcej cywilizowanych i humanistycznych odruchów niż miejscowi biznesmeni o mentalności rodem z folwarku. O sposobie myślenia tej klasy Polaków słyszy się w Niemczech: „Polscy menadżerowie są jak bulteriery. Jak dopadną – to zagryzą”. I jest to moim zdaniem uniwersalny pogląd patrząc na nas, społeczeństwo do cna przesiąknięte przez ostatnie ćwierćwiecze neoliberalną indoktrynacją.
Możemy powiedzieć, że stracie na nadwiślańskim polu bitwy prowadzą dwaj zwolennicy neoliberalizmu (czyli współczesnej wersji kapitalizmu). Jedni to wspólnota ludzi która utraciła najszerzej pojętą władzę i wpływy podczas ostatnich wyborów parlamentarnych (koalicja PO/PSL, politycy i klienci .nowoczenej.pl, akolici tej właśnie rzeczywistości, którą jakoby PiS im chciał odbierać, chodzący w marszach protestu pod sztandarami KOD-u). To neoliberałowie – tak bym ich określił - z twarzą globalnych korporacji. Zapatrzeni w ideę i dogmat wolnego rynku, depczący wszystko co nie mieści się w ich oglądzie świata wedle recept Hayeka, Missesa czy Friedmana. Wspólnota – jakakolwiek, to wspólnota interesów, biznesu, korzyści materialnych (i pseudo-prestiżu z nimi związanego). Bez nich nie ma żadnej wspólnoty, żadnych nici kooperacji, żadnych ludzkich interakcji. Czegoś takiego jak społeczeństwo nie ma jak mawiała ich guru, przywoływana już tu, Margaret Thatcher.
Drudzy to miłośnicy kapitalizmu z twarzą pomalowaną na „biało-czerwone” barwy, z symbolami tzw. „żołnierzy wyklętych” w dłoniach i na t’shirtach, nienawidzący wszelkiego INNEGO niźli kato-nacjo-antykomunistyczny short-program. To pielgrzymujący do o. T.Rydzyka i na Jasną Górę, członkowie bojówek kiboli, drobni przedsiębiorcy znad Wisły, Odry i Bugu dławieni przez gigantów światowej gospodarki (ofiary globalizacji). A śmiano się ze szlagwortu marksistów mówiącego, iż „duży może więcej” i że koncentracja kapitału musi immanentnie dla tej formy gospodarowania następować.
Zygmunt Bauman podczas wykładu 31.03.2012 roku w krakowskiej „Kuźnicy” zatytułowanego „Czy przyszłość ma lewicę ?” powiedział m.in. iż spadek liczby ludzi utożsamiających się z lewicową myślą bądź ideą wiąże się z tym „co parę lat temu zawarł w jednym zdaniu kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder mówiąc iż nieprawdą jest jakoby istniała ekonomika kapitalistyczna i socjalistyczna. Istnieje jeno ekonomika dobra albo zła. Taka opinia wyraża pogląd, że w gruncie rzeczy lewica nie ma już światu nic do zakomunikowania poza tym, że już chce uczyć się od ich głosicieli zasad kapitalistycznego rynku, by wcielać je w życie sprawniej i gorliwiej niż to czynili ich projektanci i dotychczasowi praktycy”. Tak czy tak – to zwolennicy kapitalizmu. Różnice ideologiczne – czego właśnie egzemplifikacją są m.in. w „płynnej po-nowoczesności” poglądy na gospodarkę i jej funkcjonowanie – zmarły wraz z obaleniem Muru Berlińskiego i kolapsem RWPG.
Tak samo jak przykład podany przez Baumana na linii „prawica” – „lewica” mają się relacje w konfrontacji PO vs PiS. Programowo – w zasadniczych i ramowych założeniach – różnice są nie tak wielkie jak się medialnie i retorycznie przedstawia: tu i tam króluje neoliberalizm tylko z różnymi twarzami, z różnymi odcieniami. No i różna jest artykulacja, uzasadnienia, odwołania i krasomówstwo. Za potwierdzenie tych tez niech posłużą transfery z jednego ugrupowania, do drugiego, świadczące o programowej, politycznej i mentalnej bliskości obu partii zachowujących się en bloc jak dwa plemiona, dwa religijne ugrupowania fundamentalistycznej proweniencji. W jedną stronę wędrowali Gowin, Żalek, Godson (choć nie formalnie), dawniej – Płażyński (w tzw. „terenie”, wielu radnych Platformy dokonało po przegranych wyborach parlamentarnych wolty przechodząc do obozu PiS-u), w drugą – Mężydło, Kamiński, Zalewski, Sikorski, Libicki, Sikorski, Borusewicz czy Kluzik-Rostowska.
Owa dzikość jest niejako immanencją religianctwa i fundamentalizmu. I nie może być inaczej gdy ścierają się dwie religie, dwie wiary gdyż wtedy o racjonalizmie, pragmatyzmie, zdystansowaniu i obiektywizmie nie ma co mówić. Wyznawcy im bardziej fanatyczni, im bardziej fundamentalistycznie nastawieni, im mocniej zapiekli w swej nienawiści do INNEGO, są lepszym materiałem do sterowania dla cynicznych i nihilistycznych polityków czy działaczy. A mamy tu do czynienia ze starciem dwóch religii: tzw. religii „neoliberalnej” i religii „smoleńskiej” (o ukrytej, neoliberalnej twarzy). Obie mieszczą się na szeroko rozumianej prawicowej części sceny publicznej.
Wiarę religijną definiuje się przede wszystkim wedle następujących kanonów i norm: musi istnieć doktryna, za nią idzie kult, a następnie funkcjonować muszą dogmatyka, liturgia i ryty. Pojawiają się też z czasem kapłani kultu oraz egzegeci tzw. „świętych ksiąg” czy „prawd objawionych”. Czy takich zjawisk i takich przypadków nie obserwujemy w tej wojnie polsko-polskiej ?
Warto jest przytoczyć, utyskującym i narzekającym nad narracyjno-politycznym szambem i bylejakością polskiego życia publicznego stwierdzenie z „BAJKI O ROPUCHU” braci Grimm: „Ropuch ma zawsze ropuszą wizję piękna”. Oddaje owa przenośnia clou prezentowanej sytuacji w nadwiślańskim kraju.


Kląskaniem mając obrzękłe prawice *
2017-01-27 08:49:01
Wielu ludzi w naszym kraju od lat zastanawia się, dywaguje, roztrząsa problem czy Antoni Macierewicz, pozostający permanentnie na piedestale życia publicznego w naszym kraju i zajmujący poczesne miejsce w medialnym szumie, jest jawnym czy ukrytym sojusznikiem, agentem, człowiekiem Kremla i interesów rosyjskich. Pomijając fakt, że demonizacja Rosji i jej prezydenta (dokonana w niemal wszystkich ośrodkach medialnego przekazu i politycznych decyzji) w naszym kraju osiągnęła już poziom co najmniej paranoi, maniakalnej psychozy czy najzwyklejszego obłędu, zaznaczyć wypada, iż obsesje i poglądy ministra Antoniego Macierewicza w tej materii mają szczególny rys jadu i pospolitej, prymitywnej rusofobii.
Uważam osobiście, iż nie jest to przejaw jakiejkolwiek agenturalności – do tego trzeba przede wszystkim inteligencji połączonej z wielką dozą racjonalności (czego akurat we wszystkich działaniach i enuncjacjach Pana Ministra niesłychanie trudno dostrzec) – czy „grania na kremlowskiej nucie”. Wręcz odwrotnie. Tu grają absolutnie inne, często irracjonalne, aspekty, jak również określony profil osobowości aktualnego Ministra Obrony Narodowej.

Lecz tylko że pragniemy,
ale nie rozumiemy, czego
się trzymać, jako się sprawować, żeby
nie przyszło na koniec nam bobrować.

Jan KOCHANOWSKI

Jak podały media minister Antoni Macierewicz z emfazą ogłosił ostatnio, że Polska pod m.in. jego światłym przewodnictwem po raz kolejny (który to już raz w ostatniej dekadzie Antoni Macierewicz broni kraju niczym Rejtan na Sejmie roku pańskiego 1773) Polska dała odpór wrażym siłom dybiącym na jej niepodległość. Tym razem były to Kreml i Pekin. Już jesienią ub. roku – na co mało kto zwrócił uwagę - szef MON-u podczas wizyty w Kanadzie, w rozmowie z telewizją polonijną Goniec TV zdecydowanie krytycznie prawił o koncepcji Jedwabnego Szlaku, który miałby przechodzić właśnie przez Polskę.
Wszystkim jest wiadomo od lat jakie plany mają Chiny i Rosja odnośnie koncepcji tzw. Nowego Jedwabnego Szlaku, mającego połączyć linią kolejową Kraj Środka z Europą Zachodnią. Jest to forma z jednej strony ekspansji kapitału chińskiego, kraju mającego największe nadwyżki funduszy na świecie (ocenia się iż opiewają one na ponad 3,3 biliona $, nie licząc zasobów prywatnych), a z drugiej – aktywizacja przestrzeni rosyjskiej Syberii i włączenia ich do nowoczesnej, światowej gospodarki. Ale w ramach decyzji zapadających na linii Pekin – Moskwa, nie w Londynie, na Wall Street czy Białym Domu. Macierewicz stwierdził w rzeczonym wywiadzie, że jest to „….koncepcja ekspansji Chin" szkodliwa dla Polski. Przekonywał z żarem i błyskiem w oku – w znanej wszystkim perspektywie jaką reprezentuje od wielu lat czyli: skrajna rusofobia, zwierzęcy antykomunizm (tu Chiny mogą być emanacją tych uczuć Antoniego Macierewicza), jawny serwilizm oraz intelektualne lokajstwo wobec Waszyngtonu, a przede wszystkim anachroniczne postrzeganie takich pojęć jak suwerenność, patriotyzm, naród czy państwo. Jest on przekonany, iż to Polska, leżąca na styku „między wpływami rosyjsko-chińskimi z jednej strony i niemieckimi z drugiej, jest jedynym krajem, który może stworzyć alternatywę wobec takiej eurazjatyckiej super potęgi". To jego zdaniem „część całościowej koncepcji porozumienia Europy Zachodniej z Rosją i Chinami, a także wyeliminowania z obszaru eurazjatyckiego wpływów Stanów Zjednoczonych oraz zlikwidowania niepodległego bytu Polski".
Niezgodę na sprzedaż działki zarządzanej obecnie przez Agencje Mienia Wojskowego w Łodzi oficjalnie ogłoszono to w dn. 5.01.2017 roku decyzją Ministra Obrony Narodowej. Na tej działce, w łódzkiej, Specjalnej Strefie Ekonomicznej, powstać miał terminal kontenerowy, w którym przeładowywane byłyby towary z i do Chin. Taki śródlądowy port przeładunkowy. Aktualnie więc nie wiadomo, czy w ogóle on powstanie, gdyż Agencja może mieć wobec owej działki zupełnie inne plany przygotowywane zgodnie z enuncjacjami Macierewicza.
Świat widziany oczami dobrej zmiany, a Antoni Macierewicz może stanowić jej klasyczne logo, jest światem antynomii, kłótni, jadu, nie współpracy, otwarcia i dialogu. Nowy Jedwabny Szlak to zdaniem prof. Stanisława Bielenia (Instytut Stosunków Międzynarodowych, Uniwersytetu Warszawski) przykład projektu i „……wiary w możliwość budowania ładu kooperacyjnego w stosunkach międzynarodowych. Pokazuje on, że wszyscy uczestnicy mają szanse osiągnięcia wspólnej wygranej. Daje okazję wytworzenia wartości dodanej, proponując nowe rozwiązania problemów transportowo-komunikacyjnych i tranzytowych oraz kreując warunki pomyślne dla rozwoju. W tym projekcie rozwiązanie konfliktu interesów zależy nie tyle od posiadanych zasobów i możliwości, ile od wzajemnego postrzegania. Znalezienie interesów zbieżnych czy wspólnych warunkuje rozwiązanie problemu z korzyścią dla wszystkich stron, tak Chin i Rosji, jak i Zachodu. Przy okazji warto zauważyć, że dynamicznie rozwijające się Chiny wykazują większą zdolność do akomodacji wobec skonfliktowanego świata niż czynią to ludzie Zachodu”.
Świat widziany oczami dobrej zmiany zorganizowany jest według starej sprawdzonej wizji: na Wschód od Polski to azjatycka dzicz, my jesteśmy pępkiem świata na której cała cywilizacja – wiara religijna, Jezus Królem Polski, a Maryja opiekunką, my zawsze niezłomni i „pod rękę” z Rzymem (czyli kontrreformacyjne, zwietrzałe miazmaty) – zachodnia się utrzymuje. Dalej obracamy się w kręgu spisków, knowań, podchodów (niczym w harcerstwie), płaskich i tanich podejrzeń czyli groteska i tragi-farsa, nie poważna oparta na współpracy i partnerstwie, polityka międzynarodowa. Z takiego przekazu wnioskować należy, iż na cnotę Polski Macierewicza i jego mentalnych akolitów czyha prawie cały świat – a na pewno Kreml, komunistyczne Chiny, zniewieściała i liberalna (a tym samym – niemoralna) Bruksela oraz zawsze podejrzani z wielu względów Niemcy.
Na przysłowiowego dudka wystrychnięty tym macierewiczowym strzałem został Prezydent RP, który przebywając w 2015 roku z wizytą w Chińskiej Republice Ludowej ochoczo zabiegał o inwestycje chińskie w naszym kraju (co szeroko przedstawiały przychylne PiS-owi media, ciekawe co dziś na ten temat powiedzą). Nowy Jedwabny Szlak jest inwestycją priorytetową dla Pekinu, a ich dyplomacja (w oparciu o filozofię i tradycję chińską) zawsze była pamiętliwą, działającą na dekady „do przodu”, bardzo nie lubiącą kiedy ktoś im sypie w tak prostacki i nieprofesjonalny sposób „piasek w tryby” chińskiej machiny państwowej. To się musi odbić kiedyś polskiej dyplomacji czkawką, zapewne w zupełnie inne sytuacji. Przypomnieć trzeba jedynie, że Chiny to kraj dysponujący w Radzie Bezpieczeństwa ONZ prawem weta i posiadający rozległe koneksje w świecie dyplomacji, gospodarki itd. Zapewne będziemy potrzebowali chińskiego wsparcia czy lobbingu nie raz i nie dwa. A wtedy pamięć chińska na pewno da znać o sobie.
Jak więc poważnie może być traktowany na arenie międzynarodowej kraj, którego elita rządząca wysyła do świata tak niekoherentne i sprzeczne sygnały. Powszechna wesołość nad San Escobarem ministra Waszczykowskiego w światowym mainstreamie a teraz enuncjacje oraz decyzje Ministra Obrony Narodowej w sprawie łódzkiej działki dostatecznie utwierdzić mogą poważnych dyplomatów czy gospodarczych kontrahentów Polski o groteskowości i karykaturze sytuacji w naszym kraju pod rządami tak światłej, profesjonalnej i poważnej intelektualnie – nota bene – ekipy.
I na koniec trzy refleksje natury ogólnej. Pierwsza to powrót do tezy z początku materiału, a dotyczącej agenturalnej proweniencji Antoniego Macierewicza. Argumenty przeciwko takiej wersji już podałem. I leżą one w rysie psychologiczno-osobowościowym tej persony. Delikatnie mówiąc niezrównoważonej. Tak intelektualnie jak i emocjonalnie.
Druga to jawny wspomniany już serwilizm, czołobitność i służalczy stosunek do wszystkiego co kojarzyć się może z USA. Zbieżność przybycia kontyngentu armii amerykańskiej na polską ziemię z oficjalną decyzją Macierewicza odnośnie łódzkiej działki, łącznie z jego jawnymi wypowiedziami zacytowanymi w tekście tłumaczącymi anulowanie przetargu na rzeczony teren jako bariera dla symbiozy gospodarczej Europy Zachodniej z Szanghajską Organizacją Współpracy (Chiny, Rosja i kilka środkowo-azjatyckich krajów po-radzieckich), jest symptomatyczna. Jest jawną grą w „drużynie waszyngtońskiej”, na korzyść Stanów Zjednoczonych (blokada połączenia duopolu Rosja – Chiny z Unią Europejską linią kolejową o strategicznym gospodarczo znaczeniu oraz osłabieniu przez to euro-atlantyckiej wspólnoty, która nota bene musi ulec i tak dekonstrukcji na wskutek Brexitu), nie Unii Europejskiej i Polski w niej zakotwiczonej. To raczej może świadczyć o zupełnej nieświadomości polskich elit politycznych made in PiS (i około-pisowskiej prawicy) w postępujących trendach polityki światowej, rozwoju sytuacji na Ziemi i naszych węzłowych, gospodarczych interesach. Co do insynuacji o agenturalności – tym razem amerykańskiej – osoby Antoniego Macierewicza, też mam takie samo zdanie jak wyraziłem na temat opcji radziecko/rosyjskiej.
I wreszcie Tadeusz Rejtan. Ludwik Stomma (>Polskie złudzenia narodowe, część 1<) tak opisuje – na podstawie źródeł – tego patriotę i bohatera narodowej narracji, który popełnił samobójstwo w przypływie desperacji zobaczywszy na podwórzu swego dworku rosyjskich żołnierzy. Niech mówią o tym źródła historyczne: otóż Tadeusz Rejtan „…… rozciął sobie podbrzusze szkłem z rozbitej szyby. Polskie harakiri. Chodziło jednak nie o wojsko a o pojedynczego żołnierza, który zatrzymał się aby napoić konie. Nie wspomina się że owego feralnego 8.08.1780 roku był już od 5 lat zamknięty przez braci w przybudówce, z zakratowanymi oknami, gdyż jako umysłowo chory dostawał ataków furii. Ta ostatnia wiadomość może przywrócić bardzo niewygodne pytanie, od kiedy imć Rejtan był nie w pełni władz umysłowych. To dramatyczna kwestia, gdyż większość świadectw wskazuje na rok 1773”.
Jakiekolwiek skojarzenia z którymkolwiek z polityków wymienionych w tekście są absolutnie nieuprawnione. Fragment o Rejtanie ma wyłącznie dygresyjno-przypowiastkowy morał: bo wszystko jest zmienne i ulotne na tym naszym świecie, mity i legendy oraz jednoznaczne z nimi związane fantazmaty są utrwalonymi w świadomości niby-faktami. Tę ulotność i zmienność odnieść należy zwłaszcza do świata polityki i dyplomacji. .

*-To parafraza tytułu wiersza Kamila Cypriana Norwida „Klaskaniem mając obrzękłe prawice”.
Wypisywanie się z narodu
2017-01-16 14:25:22
Czy deklaracja o przestaniu bycia członkiem jakiejś wspólnoty – tu narodowej i to bardzo znaczącej na mapie światowej; narodu żydowskiego – w tak dramatycznej i spektakularnej formie jak ogłoszenie jej książką może (i czy powinna) zwrócić uwagę opinii publicznej na świecie, elit intelektualnych, ludzi refleksyjnych i tzw. mainstreamu ? Wg nadwiślańskich mniemań pojęcie Żyd to wieczny stygmat – obojętnie jak go się klasyfikuje, niezmienny kusiciel „ku złemu”, naturalny agent bądź szkodnik, zwłaszcza działający na szkodę Polaka-katolika, chrześcijanina, nadwiślańskiego patriotyzmu. I trzymający się zawsze razem w swej anty- „gojowskiej” wspólnocie. A tu nagle znany, światowej sławy Żyd wypisuje się z narodu wybranego (wedle ich, judaistycznego, oglądu świata), ze wspólnoty opisanej jako niezwykle w swej szkodliwości zwartej, spójnej i stale się popierającej.

Być Żydem w Izraelu oznacza być obywatelem uprzywilejowanym.
bo tylko Żyd może kupować ziemię, a obywatel nie-żydowski
nie ma prawa jej nabyć. Tylko Żyd, nawet jeśli przebywa
w Izraelu tymczasowo i kiepsko posługuje się hebrajskim,
może zarządzać narodowym bankiem Izraela. Tylko Żyd
nie będzie torturowany, nikt nie będzie przeszukiwać
nocą jego domu, nie stanie się przez pomyłkę celem
strzału, nie ujrzy ruin swego domostwa zburzonego
przez pomyłkę. To bowiem los Arabów.

Shlomo SAND

Warto polecić wszystkim Czytelnikom Portalu, zainteresowanym – i nie tylko – problematyką Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza stosunkami wewnątrz Izraela, książkę Shlomo Sanda pt. „DLACZEGO PRZESTAŁEM BYĆ ŻYDEM. SPOJRZENIE IZRAELCZYKA”. I nie ważne, że wydano ją już w roku 2013 (w Polsce – 2014), bowiem zagadnienia poruszane przez Sanda, profesora historii z Uniwersytetu w Tel Awiwie, są nadal niezwykle aktualne. Przyśpieszenie toku wydarzeń w ostatnim czasie na terenach współczesnego Lewantu, gdzie mają się „zmieścić” dwa państwa – Izrael i arabska Palestyna, manifest Sanda czyni tym bardziej aktualnym i wartym lektury.
Także zagadnienia tożsamości, narodu - a przede wszystkim narodowo-twórczej ideologii, manipulującej narodową tożsamością, w kontekście zagadnień mistyczno-religijnych - winne być dla Polsków nader bliskimi. Ideologia narodowa nie tylko w Izraelu zdominowała historię (a ten proces obserwować można także u nas nad Wisłą, Odrą i Bugiem), ale przede wszystkim adoptując ją do patriotycznych potrzeb, często wedle wczorajszych bądź przedwczorajszych wyzwań, stawia tym samym przed zbiorowością jednoznacznie określone cele i wyzwania. Tak mityczne, mętne i quasi-religijne uzasadnienia ziemskim i dzisiejszym potrzebom – niby narodu, niby całego społeczeństwa bądź wspólnoty - służą zazwyczaj określonym, utylitarnym potrzebom wąskich kręgów władzy.
Takie spojrzenie na społeczeństwo państwa Izrael jest nieznane Polakom en bloc. Zarówno tym z „lewej” jak i z „prawej”, nacjonalistyczno-ksenofobicznej, ortodoksyjno-katolickiej strony polskiej przestrzeni publicznej. Taki też obraz prezentowany jest polskiemu odbiorcy przez nadwiślański mainstream – obraz niepełny, wyprany z istoty życia codziennego, zwykłych Izraelczyków – nie Żydów, Arabów, Druzów, Maronitów, ale obywateli państwa Izrael. Są w nim albo żołnierze potężnej i nowoczesnej armii izraelskiej, albo islamistyczni terroryści. No czasami pojawiają się dzieci, zdesperowani młodzieńcy, rzucający kamieniami w izraelskich żołnierzy bądź policja tłumiąca zamieszki protestujących Arabów.
Mało kto dowie się z medialnego przekazu w jakim stopniu życie Izraela zdominowała (nawet wobec formalnie uznanych za Żydów) religia mojżeszowa – i to w jedynej, ortodoksyjnej denominacji, jednego, zadekretowanego prawnie rabinatu. Mało kto się orientuje jakie trudności oraz prawne perturbacje dotykają małżeństwa mieszane, jakie problemy mają ich dzieci, czy ludzie chcący się rozwieść. O Izraelczykach innej narodowości – bo to państwo jest wielonarodowościowe, multi-kulturowe, wielorasowe i różnorodno-językowe (np. uważający się za Żydów a pochodzący z obszaru byłego Związku Radzieckiego ludzie tworzą w miastach swoiste enklawy, gdzie porozumiewają się językiem rosyjskim, oglądają rosyjskojęzyczne kanały TV, słuchają takich też stacji radiowych, korzystają z rosyjskojęzycznej prasy, kultywują tamtejszą kuchnię, preferują tamtejsze smaki itd.).
Na kanwie tych wszystkich problemów i złożoności sytuacji w państwie Izrael, Sand próbuje pokazać tym niezwykłym gestem jakim jest negacja swojej „żydowskości”, niezwykle zróżnicowanej wspólnoty – którą na swój sposób kocha i chce jej ewolucji w stronę cywilizowanych, zachodnich standardów (bo z tym nie jest w Izraelu najlepiej) - targanej wieloma sporami, sprzecznościami, skłóconej i do końca nie znającej swej właściwej tożsamości do której powinni Izraelczycy zmierzać. Na pewno nie może to być droga ku tożsamości opartej na religijnym, talmudyczno-purytańskim, nacjonalistyczno-ksenofobicznym rozumieniu swojej historii i homogenicznie traktowanym kwantyfikatorze.
Podobnie jak ma to miejsce we współczesnej Polsce, ofensywa klerykałów i religiantów pod sztandarami ultra-ortodoksyjnych rabinów i flirtujących z nimi dla doraźnych celów polityków (różnych opcji) doprowadziła Izrael – kraj który wg założycieli-syjonistów, laików zorientowanych socjalistycznie i sekularnie (taką wizję państwa żydowskiego zakładali Ze’ev Żabotyński, Theodor Hertzl, Dawid Ben Gurion) – do quasi-religijnego kraju (o konstytucji opartej na demokracji oraz liberalnych zapisach dot. wolności obywatelskich, ale gdzie decydujący głos ma duchowieństwo – i to jednej tylko denominacji - zaś rządy dusz pełnią rabini).
Idee fixe Sanda jest utopia (bo tak na podstawie współczesnych wydarzeń i sytuacji w Palestynie, dawnym Kanaanie trzeba jego tezy traktować, choć są one ze wszech miar humanistyczne i cywilizowane), aby Palestyno-Izraelczyk mógł się czuć w Tel-Awiwie jak amerykański Żyd, obojętnie jakiej proweniencji i denominacji, w Nowym Jorku. Tym samym Izraelczyk wyznania muzułmańskiego, w tym samym Tel Awiwie, mógłby w swoim życiu cywilnym poczuć się jak wyznawca religii mojżeszowej w laickiej Francji.
No i oczywiście dla Sanda należy „odstąpić od przeklętej i niekończącej się okupacji, która prowadzi do czeluści piekieł”. Oparcie granic państwa o kanony religijne, niezwykle wątpliwej jakości i nie oparte o żadne racjonalne czy logiczne argumenty, jest zdaniem Sanda potężną przeszkodą w unormowaniu całej sytuacji w tym rejonie świata. Bo każde uzasadnienie umotywowane religijnie, zwłaszcza na tych terenach, tak istotnych z punktu widzenia historii bądź tożsamości dla trzech monoteistycznych religii światowych, musi się spotkać z kontrreakcją, opartą o emocje i afekty. A to są źli doradcy, zwłaszcza w polityce.
Historia Europy przyniosła wiele przykładów, kiedy to starcia na tle religijnym, ciągnęły się w nieskończoność, pociągając za sobą rzesze ofiar, dramaty, prześladowania, przeradzające się niekiedy w ludobójstwa. Manifest Shlomo Sanda jest dramatycznym wołaniem o powrót do źródeł Oświecenia bo w dzisiejszym świecie ponownie dominować zaczynają nacjonalistyczne, szowinistyczne, religijnie fanatyczne emocje i afekty. A to źle wróży całemu, naszego gatunkowi.
Należy zachęcić do przeczytania tej książki i refleksji nad przesłaniem izraelskiego historyka.

Shlomo Sand, DLACZEGO PRZESTAŁEM BYĆ ŻYDEM. SPOJRZENIE IZRAELCZYKA, Wyd. Akademickie DIALOG, ss. 140
Jak i dlaczego wyparowuje ze mnie Polska (część 4)
2017-01-01 00:43:18
Kolaps racjonalnego myślenia:

Polska i świat, a tym samym – ludzie, zaludniający te przestrzenie w swej różnorodności oraz w swym pluralizmie – wyraźnie przeszkadzają aktualnie rządzącej ekipie nad Wisłą. Parafrazując słowa Sławomira Mrożka są to umysły zarówno tandetne intelektualnie jak i opanowane poczuciem misji, zemsty, nienawiści do wszystkiego co inne, żądne władzy nad rzeczywistością doczesną i duchową, nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Elity tworzącej się władzy i klimat temu towarzyszący (bo tak ów proces należy postrzegać i nazywać patrząc na zawłaszczanie kolejnych sfer życia publicznego i próby ograniczania nie tylko wolności obywatelskich bądź swobód jednostkowych, ale wchodzenia do wnętrza i recenzowania ludzkich sumień, estetycznych mniemań i sądów, upodobań oraz ich regulowanie wedle jednego, religijno-fundamentalistycznego – dawno odrzuconego przez cywilizowanych świat – sznytu) źle wróżą Polsce i części Polakom nie zgadzającym się na tak pojmowaną władzę. Formy prac parlamentarno-rządowych gremiów nad ograniczeniem dostępu do pornografii (dla ludzi dorosłych), sposobem spędzania dni wolnych (zakaz pracy w niedzielę w handlu, który jest de facto próbą przymuszenia ludzi do uczestniczenia w katolickich obrzędach a nie troską o tzw. „życie rodzinne” – można było zostawić ludziom wybór podnosząc znacznie stawkę za dobrowolną pracę w niedziele (co postulował m.in. Piotr Szumlewicz z OPZZ), nad odebraniem nabytych praw emerytalnych byłych funkcjonariuszy najszerzej rozumianych spec. służb PRL i potwierdzonych uprzednio wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego (z 2010 roku), demolowanie prokuratury i wojska, „rugi” politycznie w urzędach państwowych (policja jest tu klasycznym przykładem a przedsięwzięcia Błaszczaka i Zielińskiego w tej mierze są klasyczną dintojrą i intelektualną „małością”) demolują totalnie dotychczasowy system funkcjonowania państwa a uzasadniane są „dobrą zmianą”. Dobrą wyłącznie dla siebie i swoich totumfackich oraz zwolenników często nie bardzo orientujących się w jakim kierunku to wszystko idzie.

Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy
nad światem. Prośbę mą uzasadniam tym,
że jestem lepszy, mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi.
Sławomir MROŻEK (Wesele w Atomicach)

Gdy widzę, słucham i czytam, staję poruszony na ulicy, stykam się codziennie w sklepie twarzą w twarz bądź mam kontakt poprzez elektroniczne środki masowej komunikacji, sieć, prasę z idiotą, bęcwałem lub pospolitym chamem, jako człowiek admirujący Oświecenie tudzież humanizm, opuszczają mnie pozytywne uczucia i rodzi się dylemat: czy mój odbiór rzeczywistości winien być właśnie takim ? Bezsilność, poczucie upokorzenia, złości i powszechnej anomii społecznej rodzi gniew, wzmocniony poczuciem klęski, opresji państwa i beznadziei. To są m.in. źródła w wielu miejscach na świecie (wczoraj, dziś i pewnie jutro) – gdy taka opresja jest długotrwałą i dotkliwą - gwałtów, zamieszek i terroryzmu.
Mówię to też jak osoba określającą siebie mianem lewicowca, czyli dla której człowiek jest „miarą i istotą wszechrzeczy”, ale coraz częściej dopada mnie zwątpienie.
Uczucia bezpośrednio związane z szacunkiem do jednostki jako takiej – wynikające ze wspomnianych przesłanek – topnieją w tej sytuacji niczym marcowy śnieg w promieniach słonecznych. Starając się przezwyciężyć tzw. herbertowską kwestię smaku – tfu, co za „prawoskrętność” myśli i rudymentu tzw. „polskości” w najgorszym stylu - nie potrafię prowadzić z takim osobnikiem jakiegokolwiek dialogu, nie potrafię nawet próbować go zrozumieć, nie umiem pojąć takich racji i sposobu opisywania świata oraz procesów w nim zachodzących. Procesów różnych, wielowarstwowych, różnie kształtujących człowieka i tak samo wpływających na jego świadomość.
I tak rozwiera się przepaść w Polsce, między ludźmi różnych proweniencji politycznych, różnej mentalności i kultury, wykształcenia i wyznania. Dzisiejsza Polska staje się przez takie działania elit – ale ów proces nie zaczął się z chwilą dojścia PiS do władzy lecz elementy tej polaryzacji można było obserwować od dawna - zgrają plemion i klanów, zantagonizowanych grup sobie wrogich i zazdrośnie starających wyrywać sobie tzw. „przywileje”, którym to terminem władza doskonale żongluje, szczując jedne klany przeciwko drugim, napuszczając jedne plemiona na inne, manipulując i po cichu (w cieniu owych plemiennych walk) urządzając kraj wedle swoich fundamentalistyczno-anachronicznych pomysłów.
Ludziom o których wspomniano w początkowej części tekstu nie chodzi o zbliżenie różnych stanowisk (czyli kompromis gdyż fundamentalista i chuligan owo pojęcie rozumieją jako swoją porażkę), w przyjaznym kontakcie i rozmowie równych sobie ludzkich osób, ale zasadzają swą supremację a priori na nieprzekraczalnych antynomiach poglądów, postaw, myśli czy światopoglądów. Ich zamiary określa doskonale motto zaczerpnięte z dorobku Sławomira Mrożka, emigranta politycznego i znakomitości świata kultury, który jednak w Polsce „wolnej i suwerennej” (choć jeszcze nie PiS-owskiej w dzisiejszym wymiarze, ale umysły światłe i przewidujące mogły w swym profetyzmie, na bazie obserwacji i historycznych doświadczeń czy wiedzy, przewidywać mniej więcej taki rozwój sytuacji w naszym kraju) również czuł się „oblepiony” intelektualnie – tak jak w chwili emigracji z PRL (1963) - powszechną ciemnotą (zwłaszcza tzw. mainstreamu), klerykalizmem, zaściankowością, niczym nieuzasadnioną zawiścią, brakiem szerszych horyzontów, otwarcia na świat. I nie chodzi tu o możliwość nieskrępowanego podróżowania, a o to co się z tych podróży wynosi i co musi wzbogacać tzw. „polskość”, zmieniać ją, nie powodować zamykanie się niczym w kokonie narodowego cierpiętnictwa, martyrologii, biało-czerwonej golgoty, w zemście, pogardzie dla słabszych i paternalizmie wobec INNEGO.
Idiota, bęcwał, pospolity cham pusząc się – czemu władza i opanowane przez nią środki masowej komunikacji wyjątkowo sprzyjają, preferując tak klasycznie rozumiany idiotyzm – mówiąc tajemniczo i radośnie, pewnie i apriorycznie, kryje de facto za tak postawionymi w narracji weneckim lustrami swoją głębię tępoty, intelektualnego upośledzenie czy pospolitą ignorancję. Wybuchy agresji – słownej – nieprzebieranie w próbach upodlenia interlokutora, wdeptywanie go w ziemię i poniżanie (tu – publiczne) maskują zazwyczaj miałkość charakteru, słabość woli czy labilność i niekoherentność poglądów. Krzykiem, retoryczną krucjatą, agresywnym stylem stara się taki idiota, bęcwał czy pospolity cham udowodnić swe racje. Sławomir Mrożek (Listy - 1956-78) na ten temat tak mówi: „Może to i prawda, że Pan Bóg stworzył człowieka, ale jeżeli tak, to na pewno nasrał mu przy tym do głowy, bo patrząc na siebie i na bliźnich, już innego wytłumaczenia tej agresywnej głupoty nie widzę”.
Klasyk zachodnio-europejskiej myśli filozoficznej Immanuel Kant pytał „Co mogę wiedzieć ? Co powinienem czynić ? Czego mogę się spodziewać ?”. W zasadzie diagnoza i oczekiwania (jak najgorsze) są jasne. Pozostaje pytanie: co społeczeństwo w swej masie (albo ta część której nie po drodze z tak rządzącą elitą) winno współcześnie czynić – o to iście szekspirowskie (Hamlet) pytanie.
Tak, wszelkie masowe protesty uliczne, pikiety, zbieranie petycji i zasypywanie nimi różnych ośrodków władzy, wspieranie Rzecznika Praw Obywatelskich w jego codziennym funkcjonowaniu (ostatnia de facto ostoja demokratycznych porządków w Polsce po sparaliżowaniu i przejęciu w całości Trybunału Konstytucyjnego przez PiS), słanie zbiorowych skarg i pozwów do Brukseli, Hagi czy Strasburga mają jak najbardziej sens bowiem pokazują nie tyle siłę czy determinację sprzeciwu na metody demolowania demokracji i określoną politykę co jego permanencję, solidarność sprzeciwiających się postępującej anomii.
Ale jest jeszcze jeden aspekt, może ważniejszy, opisywanych zjawisk. Aspekt zasadniczy dla najszerzej pojętej lewicy. Ponieważ zgadzam się z prof. Andrzejem Lederem, iż PiS może rządzić i 20 lat trzeba podjąć wysiłek edukacyjno-uświadamiający w społeczeństwie. Na różnych poziomach i różnymi formami. Bo nie chodzi mi tu o nazwę tej politycznej hybrydy rządzącej Polską, dziś zwanej Prawem i Sprawiedliwością, egzemplifikującej określone środowiska społeczne i specyficzną mentalność szeroko rozpowszechnioną nad Odrą, Wisłą i Bugiem, gdyż PiS może ewoluować – a konserwatywna, tradycjonalistyczna, religiancko-klerykalna prawica „ma się w Polsce bardzo dobrze” – co zaowocować może wg mnie nawet po jakimś czasie gdy pokolenie skłóconych towarzysko-koteryjnie aktualnych polityków zejdzie ze sceny, koalicją chadecko-endecką – w dobrym, narodowo-nadwiślańskim stylu - Platformy Obywatelskiej, nowoczesnej.pl i przepoczwarzonego PiS-u (oraz PSL na dodatek). Ów wspomniany wysiłek - można go traktować jako „długi marsz” lewicy - powinien iść w kierunku organizacji możliwie szerokich grup dziś protestujących w paralelne wobec państwa skolonizowanego przez pisowskie elity władzy, społeczeństwa. Edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja, uświadamianie, agitacja – to wg mnie najważniejsze zadania dla lewicy, tak aby przyszłe zwycięstwo w wyborach nie było wygraną Pyrrusa. Bo demokracja bez świadomości i wyobraźni czym jest i czego można się po naszych wybrańcach spodziewać jest pustym hasłem.
Polska lewica stoi aktualnie naprawdę przed wieloma problemami z którymi lewica zachodnio-europejska (a nawet latynoamerykańska) zdążyła się już uporać. Choć dziś one wracają, w innych kostiumach i formach. I od nakreślenia zasadniczych dezyderatów działania „ku przyszłości” – nie na bezpłodnych awanturach i wzajemnych oskarżeniach – zależy przełamanie przez polską lewicę przewag opcji konserwatywno-tradycjonalistyczno-klerykalnej w naszym kraju.

Polityka samozatrucia
2016-12-27 10:49:38
Na okładce ostatnio wydanej przez Wydawnictwo Fundacji Oratio Recta książce autorstwa Bronisława Łagowskiego pt. Polska chora na Rosję siedzi Stańczyk z obrazu Jana Matejki. To osoba symbolizująca zarówno trefnisia, błazna, prześmiewcę i klowna jak i mądrego, przewidującego oraz analitycznego umysłu, uważnego obserwatora życia publicznego, celnego polemisty i doradcy kilku polskich królów. Czy stały felietonista Tygodnika Przegląd mieści w sobie te dwie figury, te dwie postacie, te dwie natury ? W odniesieniu do stosunków polsko-rosyjskich, szerzej – wobec relacji Polska- Wschód Europy, sądzę, że na pewno.

„…Rzadko się zdarza, aby politycy
dobrze zagrali do końca swoją rolę.
Owszem - na początku wchodzą w rolę
wielkich mężów stanu – później jednak
wszystko staje się farsą. Nie może
być inaczej, gdyż prawda o świecie
polityki jest smutna. Politycy myślą
o tym, aby realizować własne interesy,
a nie działać w interesie
obywateli, którzy ich wybrali
”.
Dario FO


Do słów zmarłego niedawno noblisty warto jeszcze dodać, iż współcześni politycy – w Polsce jest to szczególnie widoczne - kierują się nie tyle rozumem, racjami pragmatyzmu czy tak jak wytrawny szachista przewidują kilka ruchów do przodu na planszy (dotyczy to również ewentualnych efektów owych decyzji), lecz raczej są telewizyjno-medialnymi celebrytami, uczestnikami jakiegoś permanentnie trwającego show bądź teleturnieju, gdzie publika co rusz wybucha śmiechem, klaszcze bądź gwiżdże i tupie w zależności od wzbudzonych w niej emocji. I politycy też idą za nią, emocje, afekty, fochy, uprzedzenia, kompleksy są na dłoni i one ich prowadzą. Typowy przykład działania sprzężenia zwrotnego.
Prof. Bronisław Łagowski to stały i poczytny felietonista Tygodnik Przegląd, filozof, myśliciel, nauczyciel akademicki z Krakowa. Gdy patrzymy na książkę będącą zbiorem felietonów i esejów Profesora dotyczących relacji polsko-rosyjskich i na okładkę z zamyślonym Stańczykiem, w kontemplacyjnej, refleksyjnej pozie, z wzrokiem wlepionym w bliżej nieokreśloną dal – pewnie w bezkresne, rozciągnięte do wnętrza Azji obszary wschodniej Europy, nie ograniczone żadną naturalną przeszkodą (bo trudno góry Ural uważać za taką trudną do przebycia barykadę) - od razu przyjść musi na myśl symbol polskiej beznadziei i katastrofy w tej materii, pogłębianych permanentnie przez decyzje i postawy kolejnych ekip rządzących III RP. Łagowski pokazuje nam całą kruchość polskiego stanowiska w tym względzie jej krótkowzroczność i brak przyszłości. De facto jest to brak jakiejkolwiek wizji relacji z potężnym sąsiadem, gdyż opieramy się w decyzjach politycznych na myśleniu sprzed kilkudziesięciu a nawet ponad 100 czy 200 laty, żyjemy fantazmatami z dawno przebrzmiałej epoki, kierujemy się uprzedzeniami, fochami i niczym nie upoważnionymi (zwłaszcza w polityce międzynarodowej) kompleksami różnej maści. To przekleństwo naszych odniesień wobec Wschodu Europy, gdzie Rosja była, jest i jeszcze długo będzie ”głównym rozgrywającym” na obszarze poradzieckim.
Rzuca się w oczy chłodny, analityczny, beznamiętny - tak nieobecny w polskiej narracji o Rosji, Rosjanach, tamtejszych stosunkach, kulturze, gospodarce i wszelkich aspektach życia tego kraju-kontynentu, kraju wielokulturowego, multi-religijnego, atomowego mocarstwa – głos Łagowskiego. To jeden z nielicznych komentatorów spraw wschodnich w naszym kraju, który nie kieruje się (i na to wielokrotnie zwracał on w swej twórczości uwagę chwaląc umiar, pragmatyzm i racjonalizm jako immanencję skutecznej polityki) podobnie jak inny znawca Rosji prof. Andrzej Walicki, emocjami, antypatią, poczuciem misji i wyższości. Ten kulturowy imperializm z naszej strony ma źródła w dawno minionej historii kiedy to w I RP zwyciężyła totalna kontrreformacja i Polska w XVII w. stała się realizatorem polityki Rzymu w re-katolicyzacji Rosji i Rosjan. Cienie tzw. polityki historycznej, realizowanej przez kolejne ekipy etosowo-solidarnościowe wobec Rosji z mniejszym lub większym emocjonalnym zacietrzewieniem dały dziś praktyczne zamrożenie jakiejkolwiek współpracy i debaty. Zwłaszcza sprawy Ukrainy, gdzie jak na dłoni widać zderzenie polskich i rosyjskich interesów (my słabo ukrywamy w tej mierze nie tyle nasze ewentualne zyski, co przede wszystkim podkreślamy straty Rosji jakie poniesie ona – czynimy to nawet wbrew polskim interesom narodowo-państwowym – gdy Kijów „wpadnie” w orbitę naszych politycznych wpływów, co nota bene jest mrzonką i kolejnym fantazmatem żywionym przez elity zapatrzone w ideę „jagiellońskiego międzymorza”) stały się przysłowiowym „gwoździem do trumny” stosunków Polski i Rosji oraz podsumowaniem polskiego myślenia w tej materii.
Wojna domowa na Ukrainie” – pisze w anty-mainstreamowym tonie Łagowski (bo kto odważny jest współcześnie tak stawiać dramat ukraińskiego państwa i społeczeństwa nad Wisłą ?) – „bo to jest wojna domowa gdzie Rosjanie pomagają swoim, a Amerykanie swoim należy do odłożonych w czasie niezamierzonych skutków szczególnego rozwiązania Związku Radzieckiego”. Przyjęto wtedy podział wg granic republikańskich, często sztucznych i nie oddających różnic kulturowych, politycznych, sympatii/antypatii miedzy wspólnotami itd. Poza granicami Rosji pozostało ok. 20 mln obywateli byłego ZSRR przyznających się do rosyjskiej przestrzeni kulturowej, do rosyjskiego języka i takiej też tradycji. Aneksja Krymu i wojna w Donbasie – najbardziej rosyjskich części Ukrainy, państwa zlepionego w aktualnych granicach sztucznie i na wyrost w czasach Związku Radzieckiego (władcy na Kremlu byli bardzo często w dzisiejszym mniemaniu Ukraińcami: Chruszczow czy Breżniew) – to bezpośrednie echo wspomnianego upadku ZSRR jak i nieszczęśnie wywołanej irredenty oraz uznania przed Zachód niepodległości Kosowa. Analogie z Majdanem nasuwają się same.
Trzeba sobie jasno powiedzieć – i Bronisław Łagowski to jasno i precyzyjnie deklaruje – iż Ukraina jest na tyle wielkim, choć złożonym, niejednorodnym i mało u nas znanym naprawdę krajem (wbrew pozorom i zaklęciom tzw. znawców Wschodu Europy), że Polska nie stanowi i nie będzie stanowić nigdy dla niej forpoczty czy ambasadora na Zachodzie Starego Kontynentu. Polski paternalizm elit rządzących, wyzuty z jakiegokolwiek pragmatyzmu i racjonalizmu, o próbach poznania skomplikowanych stosunków w tej części kontynentu europejskiego z naszej strony (emocje i afekty, fantazmaty traktowane jako rzeczywistość i realność polityczna nigdy nie prowadzą do sukcesów) nawet nie ma co mówić. Przez to powszechna narracja na te tematy jest pozbawiona jakichkolwiek przesłanek logicznych i realizmu tak potrzebnego do prowadzenia skutecznej polityki. Profesor Łagowski na ten fakt, rusofobii obecnej we wszystkich niemal dziedzinach oficjalnego życia publicznego w Polsce i dotyczy to bez względu niemal wszystkich formacji politycznych (czy kręgów i środowisk opiniotwórczych), daje liczne przykłady podpierając się licznymi wypowiedziami polityków różnych opcji, komentarzy topowych publicystów, dziennikarskich wynurzeń. Poglądy przeważające w Polsce – zdaniem Autora omawianej książki - odnośnie Rosji i Rosjan „zawierają dużo nieprawdy, są kontrproduktywne z punktu widzenia polskich interesów, a ich treść emocjonalna jest małoduszna”.
Czy Polska klasa polityczna prze do wojny z Rosją ? Choć przygotowano w minionych latach permanentnie mentalny grunt oraz wytworzono określony klimat społeczny dla dzisiejszych działań kierownictwa MON jawnie prowokacyjnych, megalomańsko-mocarstwowych i agresywnie pro-wojennych, Łagowski stwierdza iż takiej wojny „nigdy nie będzie. Jeszcze taki szaleniec nie został spłodzony który by zaryzykował obrócenie w perzynę miast Rosji, Europy i Ameryki. Żaden Polak do decydującego guzika dopuszczony nie będzie”.
Smutna choć realistyczna to konstatacja, opisująca właśnie ową chorobę na jaką zapadła prawie całą tzw. polska klasa polityczna.
Warto jest przeczytać ten zbiór mądrych, realistycznych, mocno odbiegających od klimatu i powszechnej, krzykliwej i irracjonalnej narracji panującej w polskim mainstreamie.
Ponieważ Polska wpisuje się takimi zachowaniami w trwający od ponad dekady trend w polityce amerykańskiej (jako konwertyta na zachodnią wersję demokracji stara się wszelkimi sposobami zwrócić na siebie uwagę i przymilić się „nowemu suwerenowi”) polegający na totalnej krytyce Rosji i przygotowanie – przez kampanie medialne - opinii społecznej do konfrontacji warto na zakończenie tylko za znanym i niezależnym dziennikarzem z Australii Johnem Pilgerem zadać zasadnicze pytanie: „Co się stało ze wspaniałą tradycją powszechnych akcji, nieskrępowanych partiami ? Gdzie jest odwaga, wyobraźnia i obowiązek rozpoczęcia długiej drogi do lepszego, sprawiedliwego i spokojnego świata? Gdzie są dysydenci w sztuce, filmie, teatrze, literaturze ? Gdzie są ci, którzy przerwą to milczenie ? Albo – czy mamy czekać aż wystrzeli się pierwszą rakietę nuklearną ?”.
Pilger mówi o świecie, a co my w Polsce na ten temat możemy powiedzieć ?

Bronisław Łagowski, POLSKA CHORA NA ROSJĘ, Warszawa 2016, Wyd. Fundacja Oratio Recta, ss. 336
Wahhabizm, Saudowie i ropa naftowa
2016-12-10 17:33:42
Madawi Al-Rasheed jest profesorem antropologii w londyńskim King’s College specjalizującą się w problematyce saudyjskiej (historia, polityka, religia, zagadnienia społeczne, kultura itd.). Prezentowana tu książka pojawiła się w odpowiednim czasie, gdyż w Polsce znajomość realiów Arabii Saudyjskiej jest oparta na kilku kliszach czy schematach myślowych. Al-Rasheed – co jest ciekawostką biorąc pod uwagę realia tego niezwykle ważnego dla świat islamu kraju – pochodzi z Arabii Saudyjskiej i na dodatek jest …… kobietą. W realiach saudyjskich to kolejny ewenement (co prawda mieszka od lat w Wielkiej Brytanii ale i tak jest to sytuacja niecodzienna gdy bierzemy pod uwagę pozycję kobiety w tym niezwykle tradycjonalistycznym i konserwatywnym społeczeństwie, ściśniętym od dekad religijnymi konwenansami i ograniczeniami).

Dziś debata publiczna wygląda tak,
że demagodzy mówią tłumowi co ma
myśleć. Gdy ludzie odbijają echem ich
frazesy oni śmiało ogłaszają iż
wyrażają tylko powszechne nastroje.

Tony JUDT

Jak wiadomo Rijad i Saudowie wywierają niesłychanie silny wpływ na to co dzieje się w świecie islamu, a przede wszystkim – w krajach arabskich. I to z wielu względów: potencjał militarny, zasoby finansowe (wynikające z dopływu od dekad petrodolarów do kasy państwowej czyli dworu saudyjskiego), bliski sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, a nade wszystko to iż na tym terenie znajdują się dwa najświętsze miejsca związane z twórcą i założycielem islamu – Mahometem. To Mekka i Medyna. To do tych miejsc przybywają rokrocznie miliony pielgrzymujących muzułmanów, aby odwiedzić owe sanktuaria. Także z tej przyczyny rola Saudów i rządzonego przez nich pustynnego kraju z płw. Arabskiego jest wśród ludzi zaliczanych do ummy tak znacząca. Głos Wielkiego Muftiego z Mekki (mimo rozproszenia i braku jednolitej władzy duchowej w świecie muzułmańskim) jest niesłychanie ważkim i wiążącym przesłaniem dla ponad miliarda dwustu milionów wyznawców islamu w wielu kwestiach.
Czytając tekst Madawi Al-Rasheed – zwłaszcza te fragmenty które dotyczą dziejów Arabii Saudyjskiej w XVIII i XIX wieku, kiedy to de facto zaczyna się tworzyć kraj jaki istnieje współcześnie – zwraca uwagę religino-ortodoksyjny (od samego początku) charakter sojuszu Saudów (jednego z feudalnych klanów pochodzących z południowego Nadżdu) z reformatorem religijnym, Muhammadem Ibn Abd Al-Wahhabem. Jego purytańsko-ortodoksyjna wizja islamu mająca za zadanie oczyszczenie religii Mahometa z naleciałości regionalno-cywilizacyjnych, z wszelkich poza monoteistycznych kultów i rytuałów, jakiejkolwiek subiektywnej refleksji, połączona z chęcią ekspansywności rodu Saudów (dał im po prostu religijną legitymizację podboju i zjednoczenia ziem Nadżdu, Hidżazu, Asiru i Al-Hasy czyli podstawowych regionów płw. Arabskiego) zaowocowała tym z czym mamy współcześnie do czynienia: Rijad staje się ponad lokalną potęgą w wielu wymiarach.
Trzeba dodać jednocześnie, iż takie ortodoksyjne, purytańskie i fundamentalistyczne interpretacje religii Mahometa (choćby biorąc pod uwagę znaczenie takich XIII/XIV wiecznych reformatorów islamu jak Ibn Tajmijja czy Ibn Quayyim Al-Jawizyyaha) poczęły zdobywać przewagę pod wpływem klęski cywilizacji islamu jaką był upadek Abbasydów i likwidacja kalifatu bagdadzkiego przez Mongołów pod wodzą Hulagu-chana (1258 roku). Przygnębienie, poczucie klęski i zawalenia się istniejącego świata wartości, tradycji, porządku i religijnego autorytetu musiało wywrzeć na ówczesnych muzułmanach piorunujące wrażenie (podobnie działo się w „świecie rzymskim” po 455 roku kiedy to Wandalowie pod wodzą Genzeryka zdobyli i złupili Rzym). To poczucie porażki, upadku i degrengolady utrzymywać się miało przez długi czas, potem wzmocnione kolonizacją przez Europejczyków ziem zaliczanych do świata islamu.
Mówiąc o wizjach Abd Al-Wahhaba (i podobnych mu reformatorów) trzeba zaznaczyć, iż w chwili kiedy islam stał się religią globalną, wykraczając poza granice Arabii, będącej ziemią nomadów i koczowników (a to wiąże się z określonym światopoglądem i spojrzeniem na otaczający człowieka świat), przybywając m.in. do obszarów o wysokiej kulturze, innej mentalności i świadomości społecznej – takich jak np. Syria, Persja, Indie czy Egipt – musiał asymilować na zasadzie synkretyzmu te wartości i te obrzędy, które w tych regionach funkcjonowały od setek lat. Wspomniany trend reformy islamu, zarzucający muzułmanom właśnie owo „nowinkarstwo” (bida – po arabsku: herezja, modernizacja, odejście od ortodoksji) tak właśnie wyjaśniał klęski, niepowodzenia i upokorzenia jakie spadły na wspólnotę: odejście od pierwotnego, interpretowanego dosłownie (oczywiście przez danego reformatora-fundamentalistę) myśli Mahometa.
To jest zasadniczy element powstania Arabii Saudyjskiej, jej sukcesu jakim okazuje się ścisła współpraca elit politycznych i religijnych, wprowadzających najczęściej przemocą doktrynę zwaną wahhabizmem (jest to nie tylko religijny wykład i nauka, ale z racji przeplatania się w tradycji muzułmańskiej religii i polityki, religii i kultury, religii i prawa etc. wspartych pozycją rodu Saudów polityczna doktryna). No i stojące za tym dziś petrodolary.
Szczególną – nawet jak na islamsko-fundamentalistyczne stosunki, interpretacją prawa, praktyki zaprowadzenia doktryny wahhabickiej w kraju – było od samego niemal początku zorganizowanie fanatycznych bractw religijnych funkcjonujących w codziennym życiu miast, oaz i wspólnot koczowniczych XIX- i XX-wiecznej Arabii. Ich członkowie zaprowadzali siłowymi metodami nauki Mistrza Al-Wahhaba. Zwano ich mutawwa’a i ichwan. Mutawwa’a działali najczęściej w pojedynkę, stanowiąc coś w rodzaju zarówno policji religijnej, interpretatora nauk Al-Wahhaba, osoby duchownej w danym środowisku etc. Ichwan to z kolei bractwa-oddziały wojowników (związanych wcześniej więzami plemienno-klanowymi, potem – już tylko doktrynalnie), które niosły nauki Al-Wahhaba (a de facto – realizując interesy rodziny królewskiej w podboju Arabii), zdobywając dla Saudów i wahhabizmu kolejne regiony płw. Arabskiego (z czasem wyprawiali się też na tereny dzisiejszego Iraku, Kuwejtu i Syrii). Ich wojennym krucjatom towarzyszyły masowe mordy innych muzułmanów – zwłaszcza szyitów (liczne wspólnoty szyitów różnych denominacji od wieków zamieszkiwały – i zamieszkują nadal – wschodnią część Arabii Saudyjskiej, w regionie zwanym Al-Hasa). To w doktrynie wahhabickiej sformułowano nieznaną do XVIII wieku tezę, iż nie tylko szyici (od wieków pozostający w opozycji do sunnitów i toczący z nimi walki lecz byli uznawani zawsze jako wyznawcy Proroka Mahometa, choć nie-prawomyślni) są takfir (czyli – niewierni, heretycy), ale także ci sunnici którzy przeciwstawiają się doktrynie wahhabickiej. O chrześcijanach, Żydach i innych wyznaniach (zoroastranie, jazydzi, Asyryjczycy, hinduistach itd.) nie warto nawet wspominać. Czy w tej retrospekcji nie widać pewnych elementów funkcjonowania oraz genezy brutalności Państwa Islamskiego i innych współczesnych ruchów islamistycznych ?
Mutawwa’a i ichwan z czasem zostały do głębi zreformowane, nawet wyeliminowane z niektórych sfer administracyjno-państwowych, ujęte w karby machiny państwa i podporządkowane dworowi Saudów. One stoją za funkcjonującą od czasów króla Sauda Ibn Abd Ar-Rahmana Ibn Sauda (1902-1953) tzw. Komisją Krzewienia Cnót i Zapobiegania Złu, która powstała w 1940 roku (początkowo ta religijna policja polityczna liczyła ok. 4000 funkcjonariuszy, by z czasem rozrosnąć się do rozmiarów poważnej spec. służby, posiadającej spore znaczenie polityczne i jurydyczno-administracyjne prerogatywy).
Szokiem dla świata (i pośrednio dla rodziny panujących w Rijadzie Saudów) był dzień 11.09.2001 – atak na WTC w Nowym Jorku. Aż 15 terrorystów było Saudyjczykami. I to nie było przypadkiem. Ujawniło bowiem napięcia jakie przeżywa społeczeństwo głęboko konserwatywne, często funkcjonujące w oparach przed-nowoczesnej tradycji i wartości patriarchalnych, doświadczające gwałtownego rozwoju pod względem technologicznym (boom budowlano-industrializacyjny i kontakty ze światem zewnętrznym), a przede wszystkim - szybko się bogacące. Napływ tzw. gastarbeiterów (z innych krajów arabskich, z Afryki, Indii, Indonezji czy Filipin) zachwiał dotychczasową strukturą społeczną królestwa saudyjskiego. Pojawiły się nie znane do tej pory problemy – równouprawnienie kobiet, demokracja, wolności osobiste, otwarte konflikty w ramach rodziny saudyjskiej (to ponad kilkunastotysięczny klan kuzynów, sióstr i braci, ciotek i wujów, a także pomniejszej kategorii posesjonatów i członków tak szeroko rozumianego dworu czy rządzącej rodziny). Oczy świata odtąd zwróciły się na Rijad, zwłaszcza że przedstawiciel szacownej miejscowej rodziny, bliskiej z racji interesów biznesowych panującej w Rijadzie familii Saudów, Osama Ibn Laden stał się synonimem owego muzułmańskiego fundamentalizmu i międzynarodówki terrorystów ujętej pojęciem „Baza” (czyli - al-Kaida).
Tu warto zwrócić uwagę na ciche, do ataku na WTC (11.09.2001) związki Zachodu – a zwłaszcza USA – z Arabią Saudyjską w wielu dziedzinach polityki, gospodarki, współpracy militarnej itd. (mimo opresyjności reżimu Saudów i jak najdalej odbiegających stosunków - jakie panują na płw. Arabskim - od wymogów jakie Zachód stawiał innym reżimom na Bliskim Wschodzie: Husajnowi w Iraku, Kaddafiemu w Libii, Assadom w Syrii czy Omarowi Al-Baszirowi w Sudanie). Na tych przykładach można łatwo zobaczyć labilność, nie spójność i hipokryzję polityki Zachodu opartej na prawach człowieka, szerzeniu demokracji i wolności obywatelskich itd. Obecność wojsk amerykańskich na ziemi saudyjskiej uważa się za profanację świętej ziemi Proroka, obrazę moralności islamu oraz egzemplifikację podporządkowania wyznawców Allaha „niewiernym krzyżowcom” (dot. ten pogląd islamistów-wahhabitów oraz części rodziny panującej w Rijadzie, a także wielu miejscowych, fundamentalistycznie nastawionych, alimów). Ponadto uwikłanie się Rijadu w szerzenie wahhabizmu w skali globalnej (sponsoring budowy meczetów, szkolenie wedle doktryny Abd Al-Wahhaba duchownych z krajów takich jak Bośnia, Albania, Kosowo czy pochodzących z poradzieckiej Azji Środkowej, wydawanie i rozdawanie darmo - w nakładach milionowych - egzemplarzy Koranu itd.) musiało zaowocować wpisaniem się Saudów w krucjatę wahhabistyczną i konfrontację tym samym z cywilizacją zachodnią. Czego Zachód jednak nie zauważa.
Madawi Al-Rasheed wskazuje jak klimat fundamentalistyczno-fanatycznej wersji islamu oddziałuje na społeczeństwo, które samo z racji swych plemienno-klanowych koligacji jest tradycyjne w swej podstawowej masie. Rijad w XXI wieku próbuje – i na razie udało mu się to przynajmniej częściowo – zwekslować odpowiedzialność za purytanizm i terroryzm wiązane z islamizmem na Bractwo Muzułmańskie, funkcjonujące od dekad na Bliskim Wschodzie. Choć jest to nie prawda; Bracia Muzułmanie są nader konserwatywnym, opresyjnym i stanowiącym zagrożenie dla wolności oraz cywilizowanego funkcjonowania społeczeństwa w regionie, ale to nie oni są głównym dostarczycielem „paliwa” doktrynalnego dla takich organizmów jak salafici czy Państwo Islamskie (Daesh).
W ASIAN AFFAIRS podsumowano tę pozycję w następujący, celny i precyzyjny, sposób: „Książka Madawi Al-Rasheed pojawia się we właściwym czasie”. Dodać – w podsumowaniu – można jedynie tyle, iż należy ją przestudiować, przeczytać i zdobyć się na refleksję, która wyjaśni wiele z problemów targających współczesnym światem. Nie tylko wiązanych z islamem.

Madawi Al-Rasheed, Historia Arabii Saudyjskiej, Warszawa 2011, Książka i Wiedza, ss. 384 (z angielskiego przełożyła Katarzyna Pachomiak)

Jak i dlaczego wyparowuje ze mnie Polska (część 3)
2016-11-29 05:52:52
Religijne uczucia:

W dn. 3.07.2016 r. na wrocławskim stadionie w obecności prawie 40 000 widzów show w starym, swoim, heavy-metalowym stylu dała legenda rocka: brytyjska grupa IRON MAIDEN. Jest to już 4 wizyta „żelaznej dziewicy” w mieście nad Odrą (12.08.1984, 20.09.1986, 28.11.2003 i 3.07.2016). Czy była to ostatnia wizyta mega gwiazdy heavy metalu w naszym mieście ? Czy rządzący nami dewoci zakażą niebawem – na co się zanosi – wszelkich dziedzin sztuki niepodpadających pod ich, religiancki, kato-talibański sposób widzenia rzeczywistości ? Niedawno posłanka Prawa i Sprawiedliwości Beata Mateusiak-Pielucha zbulwersowała Polskę swoimi przemyśleniami na temat nie-katolików. Oto jej enuncjacja w tej materii:
"Wolni w swoim myśleniu i działaniu powinniśmy żądać od mieszkających i pracujących w Polsce cudzoziemców legalizowania pobytu i stworzyć skuteczniejszy mechanizm bezwzględnego egzekwowania tego obowiązku przez państwowe służby. Ale także, powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnianie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji".
Ten zwrot - "ale także" - jest niezwykle znamienny w tej wypowiedzi.
Entourage wspomnianego koncertu tworzyły ozdabiając scenę i obrazując muzykę, gadżety oraz symbolika kojarzone powszechnie (choć jest to nadużycie wynikające z wielowiekowej indoktrynacji religijnej) z diabolicznością, satanizmem, piekłem, najszerzej z pojęciem zła etc. Zarówno gwieździe wieczoru – IRON MAIDEN – jak i supportowi: znanej na świecie thrash-metalowej grupie amerykańskiej ANTHRAX, towarzyszyły na scenie pentagramy, wizerunek kozła, no i maskotka brytyjskiej grupy – popularny i na swój sposób „sympatyczny”, Eddie.
Figura kozła z olbrzymimi rogami, na kształt fauna z greckiej mitologii, jaka pojawiła się pod koniec koncertu na scenie jawnie nawiązuje do mitów oraz przekazów drążących europejską kulturę od ponad 2000 lat: chrześcijaństwo swoją indoktrynacją przez cały czas swego panowania na Starym Kontynencie jednoznacznie wkleiło w mentalność Europejczyków określony stosunek, zdecydowanie negatywny, do tej symboliki związanej z tradycją przed-helleńską i staro-helleńską (kiedy składano demonicznej postaci, szatanowi – zwanego m.in. Azazelem, ofiary w postaci owiec i którego emanacją jest właśnie kozioł, a owe ofiary miały przebłagać wszelkie złe mocy), gdyż była to potężna konkurencja na rynku religijnych wierzeń. Kozioł – faun w pentagramie jest jednoznacznie kojarzony z satanizmem czyli wiarą w diabła, w złego jako kreatora rzeczywistości.
Można tę symbolikę wywieść z dawnych, bliskowschodnich i perskich jeszcze wierzeń gdzie demiurg zła był równoznacznym panem świata, na równi z dobrym, pozytywnym, przyjaznym człowiekowi władcą wszechrzeczy. Ów dualizm – choć w wypaczonej formie – przejęło poniekąd chrześcijaństwo (np. tradycja manichejska).
Ale nie na ten fakt chcę tu zwrócić uwagę. W Polsce jest obserwowana wzbierająca, potężna fala obskurantyzmu, kołtuństwa, wstecznictwa i religijnego fundamentalizmu (pospolicie nazywanego religianctwem). W tym wymiarze mięści się także zacytowana wypowiedź Posłanki PiS. Emanacją takiego myślenia są również próby dalszego zaostrzenia i tak niezwykle restrykcyjnej ustawy dot. przerywania ciąży, ataki na dzieła sztuki czy kultury nie mieszczące się w kanonie dopuszczonym do publicznej prezentacji a uznawanym autorytarnie przez owych bigotów i ignorantów za jedynie prawdziwy, powołujących się w tej mierze na swoją subiektywnie pojmowaną wiarę religijną i przekaz serwowany z kościelnych ambon. Wyjątkowo pejoratywną rolę pełni tu otoczony złą, niecywilizowaną i cynicznie wykorzystywaną sławą (nadużywany przez falę wzbierającej bigoterii i religianctwa) art. 196 (Roz. XXIV) Kodeksu karnego o tzw. „Obrazie uczuć religijnych”. Mówi on, że: „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.
Przytoczony tu zapis z Kodeksu karnego jest wybitnie wybiórczo stosowany. Szermujący coraz częściej i obficiej tą argumentacją środowiska wojowniczych religiantów w naszym kraju (nie spotykały się z odpowiednią reakcją władzy różnych szczebli, serwilistycznie podchodzącej do siły – często pozornej i iluzorycznej - Kościoła katolickiego), depczący notorycznie zasady państwa prawa i nowoczesnej jurysprudencji (a także zapisany w Konstytucji rozdział Kościoła i państwa), łamiąc szereg zapisów Konkordatu, wytaczają kolejne armaty przeciwko wolności, swobodzie artykulacji myśli i ekspresji artystycznej. Prokuratura i sądy powszechne także często postępują zgodnie z takim „duchem” . Dziś to – w wyniku „dobrej zmiany” – się potęguje o czym świadczy enuncjacja Beaty Mateusiak –Pieluchy. I nic tu nie zmienia dementi, złożone w wyniku oburzenia i powszechnego sprzeciwu – poza ultra-prawicowymi i kato-talibańskimi środowiskami rodzimych religiantów – jakie zapanowały po wspomnianej wypowiedzi Pani Posłanki:
Szanowni Państwo, zwracam uwagę wszystkim dyskutującym i wypowiadającym się na temat mojej publikacji o filmie Wołyń w portalu wpolityce.pl, że napisałam o problemie związanym z zagrożeniem, jakie stanowi coraz większa ilość pracujących i żyjących w Polsce imigrantów, od których, moim zdaniem, należy wymagać poszanowania naszych praw i wartości, jak od każdego gościa, który chce przebywać w naszym domu. Nie ma to nic wspólnego z katolicyzmem, czy innym wyznaniem. Wyrwane z kontekstu zdanie i nazywanie mnie w hejtach faszystowską kurwą to kiepski sposób na dyskusję na tak ważny temat, który staje się w Europie coraz większym problemem. Myślę, że nie tylko ja nie chcę byśmy w Polsce przeżywali tragedie, które były udziałem innych w Europie. Teraz, uważam jest czas na dyskusję jak uniknąć błędów innych. Przypisywanie mi tego, że napisałam o Polakach ateistach, których należałoby deportować i wszelkie wynikające z takiej interpretacji opinie są zwykłą manipulacją. Mam wrażenie, że większość hejtujących wcale mojego artykułu nie czytała, opierając się na komentarzach niektórych portali. Poziom agresji i nienawiści jaki zaprezentowali moi adwersarze zmusza mnie do wydania tego oświadczenia. Wszystkich zainteresowanych proszę o przeczytanie całości artykułu i wyrobienie sobie własnego zdania”.
Ale zwracam uwagę nie na ową skandaliczną wypowiedź członka Sejmu RP, reprezentanta naszego narodu i osobę mającą stać na straży prawa i obowiązującej Konstytucji. Bo po zacytowanym oświadczeniu widać, że Pani Posłanka „mówi co wie, a nie wie co mówi”. A to jest żenujące, po prostu skandaliczne. Smutne jest, iż środowiska demo-liberalne w Polsce, hucznie obchodzące rokrocznie jako święto dzień 4 czerwca - wybory z 1989 roku które zmieniły diametralnie sytuację polityczną, społeczną, kulturową, wszelaką w tej części Europy (a może i w skali całego świata) - objawiają niebywałą hipokryzję, anty-modernizm w myśleniu o państwie, cywilizacji i kulturze Zachodu (Zachodu - do którego tak zachłannie i apriorycznie aspirujemy), pospolitą ciemnotę i zacofanie elit rządzących przez minione ćwierćwiecze Polską. Zwłaszcza jeśli chodzi o zagadnienia światopoglądu, recepcji procesów zachodzących w dzisiejszym świecie, prawodawstwa nowoczesnego państwa, dorobku wspomnianego Zachodu w dziedzinie praw człowieka, wolności obywatelskich, swobody sumienia i wypowiedzi. Niezwykle ważna jest tu sprawa wierzeń religijnych, które dzięki religianctwu i serwilizmowi polskich elit (mieniących się demo-liberalnymi) wobec Kościoła katolickiego zostały niebywale sfetyszyzowane (jakby innych uczuć jednostka nie żywiła). We wszystkich wymiarach: prawnym, kulturowym, psychologicznym itd.
Na bazie, osławionego art. 196 Kk. w ostatnich dwóch dekadach zakazano, zabroniono, wyciszono już wiele akcji, zlikwidowano kilkanaście obiektów, zamykano wystawy i podejmowano próby nie dopuszczania do teatralno-filmowych prezentacji. Zakazy te oczywiście tłumaczono nie drażnieniem środowisk patriotyczno-narodowo-katolickich, zapobieganiem ewentualnym zamieszkom (jakie owi religijni obskuranci mogliby wywołać) na tym tle, negatywnymi reakcjami hierarchii kościelnej etc. Demo-liberałów polskich nie stać było – z lenistwa intelektualnego, z zaprzaństwa czy z myślenia podobnego (choć tego głośno nie artykułują) do wypowiedzi sławnej inaczej posłanki Beaty Mateusiak-Pieluchy – na zaprowadzenie cywilizowanych porządków w tej sferze.
Czy koncerty heavy-metalowe (a w dalszej kolejności – rockowe, pomijając nurt tzw. polskiego rocka patriotycznego lub nazi-rocka, co w jakimś sensie wiąże się z propagowaną wizją kultury przez środowiska rządzące współcześnie Polską w skali makro jak i w wymiarze lokalnym) będą kolejną ofiarą takiego religianckiego, obskuranckiego i anty-oświeceniowego stylu myślenia polskich dewotów ? Czy nie-katolikom, agnostykom i ateistom będzie władza wręczać „bilety w jedną stronę” jak to miało miejsce w niesławnym 1968 roku ?
Bigoteria (tak nachalnie promowana w naszym kraju i tak wszech-obecna w przestrzeniu publicznej Polski AD’2016) jest zawsze związana z zaściankiem, kołtuństwem, anachronicznym myśleniem i anty-modernizmem. Przykładów z historii naszego kraju mamy nadmiar: zwycięstwo kontrreformacji, epoka saska, wsobność myślenia szlachty, upadek kultury, powszechny ciemnogród, rozbiory ……..
Czy tego typu koncerty, takie prezentacje, wystawianie dzieł sztuki nie podpadających według mniemań coraz agresywniejszej dewocji, pod tradycję chrześcijańską (lub będące dysonansem wobec jednolitego, religiancko-autorytarnej przestrzeni publicznej naszego kraju) będą tylko echem przeszłości ? Bo to nie kto inny jak kard. Alfredo Ottaviani, kierujący tzw. Św. Oficjum, będącym przedłużeniem inkwizycji rzymskiej (przemianowanej w 1965 roku na Kongregację ds. Doktryny Wiary), powiedzieć miał jeszcze podczas trwania obrad Vaticanum II , iż „……herezja, każda, nie ma żadnych praw”. I to jest sposób myślenia wszelkiej maści ortodoksów, purytanów, religiantów i fundamentalistów różnej maści. Bo religijny fundamentalizm – islamski, judaistyczny czy chrześcijański – ma te same źródła i ten sam wymiar, a esencja wypowiedzi Pani Poseł niczym de facto nie odbiega od enuncjacji i nawoływań islamistów czy ortodoksyjnych rabinów, nienawidzących en bloc współczesnego świata i inaczej myślących. I to jest puenta rozważań podjętych w tym materiale.