Martyna Steckiewicz: Ani buzi, ani kasy

[2012-02-15 16:14:19]

Ze zwiastuna pierwszej edycji programu Polowanie na singla: trzech „wierutnych kłamców”, „utalentowana piękność prosto z Ukrainy”, „cztery dni flirtu, zazdrości i lawirowania na granicy zdrady”, „wszystkie chwyty dozwolone”. To w skrócie najważniejsze atrakcje programu.

Polowanie na singla, polska wersja brytyjskiego reality show emitowana przez stację MTV, dobitnie potwierdza fakt, że czasy purytańskiego – z dzisiejszej perspektywy – Big Brothera odeszły w niepamięć, a jego miejsce zajmują kolejne, mające coraz bardziej szokować formaty.

Pomysł pozostaje niezmienny: zamknąć w jednym pomieszczeniu obcych ludzi, wystawiać ich na próby, obserwować, podsycać emocje. Czterech chłopców przebywa w domu Darii, Uwodzicielki. Trzech jest w stałych związkach, jeden to singiel. Daria ma odgadnąć, kto jest prawdziwym singlem. Przebieg zdarzeń z wypiekami na twarzy śledzą partnerki uczestników. Nie powinno nas to dziwić – każda przecież chce, żeby to właśnie jej chłopak zwiódł Uwodzicielkę i wygrał pieniądze.

Okiem (krytycznego) widza


Jeden wielki festiwal nienawiści – to myśl, która nasuwa się po obejrzeniu pierwszej serii programu. Wykazują się nią i są jej adresatami wszyscy bez wyjątku. Padają gęsto określenia w rodzaju: „najwięksi wrogowie”, „podła”, „wyrachowana”, „suka”, „szmacisko zje***”, „nienawidzę jej”.

Próżno szukać tu choć jednego bohatera pozytywnego, kogoś „dobrego”. „Dobry” znaczy przecież słaby, a w tej grze nie można sobie pozwolić na słabość (chyba że się ją wcześniej starannie zaplanowuje i tym samym stanie się częścią „strategii”). Uczestnicy nie ustają za to w podkreślaniu pewności siebie, ba, wyższości wobec innych, co to „są jakieś takie ciotki trochę…”. Ale czemu tu się w ogóle dziwić? Każdy przecież marzy o wygranej i nie ma czasu przejmować się zasadami fair play (zabawa przecież trwa tylko cztery dni i cztery noce). Widz choć odrobinę krytycznie nastawiony do tego, co serwuje telewizja, zmieniłby pewnie kanał już po prezentacji par, którą zakończyły groźby pod adresem przeciwników i buziak w stronę partnerki, ale ja brnę dalej.

Niezwykłe jest przekonanie uczestników, że relacje międzyludzkie to coś, co można po prostu na jakiś czas zawiesić, że wystarczy wywieszka: „Nieczynne – urlop”. Opiera się ono na przeświadczeniu, że to, co się dzieje tu i teraz, nie ma żadnych konsekwencji, bo kto i po co miałby egzekwować kary? Czas spędzony w domu Uwodzicielki to czas zawieszony – zabawa, maskarada, której uczestnicy występują w roli awatarów rodem z gry komputerowej. Ten „brak zasad” jest w pełni kontrolowany, w wielu sytuacjach widzimy bowiem jak spod maski nowoczesnych (we własnym mniemaniu) młodych ludzi wyglądają uprzedzenia i stereotypy.

Załóżmy jednak, że (w teorii) istnieje zasadnicza różnica między byciem widzem i uczestnikiem. Ten pierwszy otrzymuje fragmentaryczny, w znacznym stopniu wyreżyserowany przez producentów obraz wydarzeń. Rzeczywistość i prawa, które nią rządzą, zostają poważnie okrojone i ograniczone, nie wiemy, co z uczestnikami działo się przed programem ani co stanie się z nimi po wyłączeniu kamer. Jednak fakt, że podczas otwartych castingów nabór do tego rodzaju programów prowadzi się wśród widzów, sprawia, że koło się zamyka: uczestnicy, dawniej widzowie, nadal są przekonani, że to, co się dzieje w zamkniętym domu, to tylko wycinek rzeczywistości oderwany od ich codziennego życia.

„Kłamstwo”, „kłamcy”, „kłamać” – te słowa, odmieniane na wszelkie możliwe sposoby, padają w programie jak trupy w bitwie pod Grunwaldem, nad której datą łamali sobie głowę chłopcy w trzecim odcinku. Widzowi zasady wydają się jasne: w ogóle ich nie ma. Nie oznacza to jednak, że nie ma gry: jest jak najbardziej i wydaje się wręcz słowem-hasłem, którego uczestnicy programu używają zawsze, gdy mają kłopot z wytłumaczeniem swojego zachowania. I jeśli przeoczyli kilka lekcji historii, to świadomość udziału w „grze” determinuje ich aktywność, której nie powstydziliby się najwybitniejsi stratedzy: wszyscy nieustannie intrygują, planują, analizują, ustalają z partnerami/kami strategię. Słowem, znajdujemy się na miniaturowym polu walki. „To jest gra” – słyszymy ciągle z ust uczestników. A skoro tak, to wracamy do kwestii magicznego rozdzielenia rzeczywistości na codzienną i wykreowaną na potrzeby programu.

Warto w tym momencie zastanowić się, czym w takim razie w tego typu programach jest autentyczność i jak ją zbadać? W znacznej mierze dowieść jej mają zwierzenia uczestników, którzy dzielą się z nami na bieżąco odczuciami, wątpliwościami i prognozami na przyszłość. Drobiazgowo analizując każde zdarzenie, które bezpośrednio wiąże się z szansą na wygraną, dokonują w istocie projekcji samoświadomości, co ma nam udowodnić, że ich priorytetem jest bycie w zgodzie z sobą i partnerem/ką. Trzymanie się obranej taktyki oznacza dla nich nie tylko zachowanie ustalonych wcześniej zasad. Tak jak piłkarz na boisku jest przede wszystkim sportowcem, a nie osobą prywatną, tak też uczestnicy programu dokonują wyraźnego rozdzielenia „ja” prawdziwego, prywatnego, od „ja” fałszywego, programowego.

Dzięki temu, że konwencja programu opiera się przede wszystkim na bieżących komentarzach uczestników, dowiadujemy się, że niełatwo jest brać udział w takiej „grze”, bo to nie zawsze jest przyjemne („ja czuję, że gram, czuję, że kłamię (…) jest mi głupio”, „chociaż jest to gra, dziwnie czuję się oszukując”).

Autonarracja tworzy w dużej mierze fabułę, bo gdyby nie wynurzenia nie wiedzieć czemu zazdrosnych nagle partnerek i ocena szans na wygraną po nocy spędzonej przez chłopców (najczęściej na rozmowie) z Uwodzicielką, program, nie dość że irytujący, byłby po prostu nudny. Emocje są tu sztucznie pompowane i raz po raz podsycane przez głos z offu zapewniający nas, że „w powietrzu czuć namiętność, napięcie, oszustwa, rywalizację i… duże pieniądze”…

(Szklanym) okiem producenta


Trudno zatem uwierzyć w autentyczność słów uczestników. Ich zachowanie może być tylko punktem scenariusza, który trzyma w ręku reżyser ukryty za weneckim lustrem. Reprezentują oni starannie wybrane typy charakterów, odgrywając dodatkowo wielopiętrowe role: grają singli, żeby oszukać Uwodzicielkę, kreują swój wizerunek przed kamerami, zmieniają się przed swoimi partnerkami, udają kogoś, kim nie są w żadnym z pokazywanych w programie wcieleń. Ufff. Być może ciekawiej byłoby spojrzeć na program Polowanie na singla od drugiej strony kamery i sprawdzić, jakimi sposobami producenci przyciągnęli widzów i wykreowali jego przypuszczalną atrakcyjność.

Zacznijmy od Uwodzicielki. Głos z offu przedstawia ją jako „utalentowaną piękność prosto z Ukrainy” i „ukraińską modliszkę”, podczas gdy my na ekranie widzimy obraz Darii w bikini. To wyraźny sygnał, że wyobrażenia na temat roli, jaką kobiety ze Wschodu odgrywają w naszym społeczeństwie, są jak najbardziej trafne.
Nachalne podkreślanie pochodzenia Darii ustawia ją w opozycji do pozostałych uczestników programów. Daria jest Inną, Obcą, co pozwala bezkarnie określać ją epitetami: „podła”, „wyrachowana”, „suka”, „szmacisko zje***”, a w końcu uruchamia też dyskurs ksenofobiczny, kiedy jedna z dziewcząt mówi wprost: „nie lubię Ukraińców, nienawidzę, jestem rasistką w stronę Ukraińców”.

W Polowaniu na singla Daria odgrywa rolę podobną do roli Wielkiego Brata: narzuca i kontroluje przebieg wydarzeń. Jest oczywiste (chociażby dlatego, że to format programu, który był już emitowany), że zasady te zostały opracowywane przez osoby trzecie, niebiorące fizycznie udziału w programie. Jednak jego uczestnicy jednoznacznie utożsamiają Darię z organizatorką całego show.

W programie celowo zderzono dwa światopoglądy: tradycyjny – statecznych, kochających się par heteroseksualnych, i wyzwolony – kobiety żyjącej bez mężczyzny, samodzielnej, znającej własne potrzeby i potrafiącej je zaspokajać. Pod pozorem wolności seksualnej i otwartości na nowe wyzwania są prezentowane tradycyjne poglądy na temat ról płciowych i zachowań seksualnych. Podczas gdy Daria mówi: „tu ja decyduję o tym, na co mam ochotę, a na co nie mam” (mając oczywiście na myśli także władzę, bo to od jej decyzji zależy wybór zwycięzcy), dziewczyny próbują wpisać ją w swój schemat: „nie znajdzie męża – chyba że nie szuka”. Kobieta wyzwolona to ich zdaniem wciąż kobieta rozwiązła, „imprezowiczka”, a ewentualna satysfakcja, jaką mogłaby czerpać z kontaktu z więcej niż jednym mężczyzną, nie wchodzi w rachubę. Jak mówi jedna z uczestniczek: „Myślę, że twoja sytuacja jest gorsza. Oni bawią się z jedną dziewczyną, a ty z czterema facetami? Trochę tak puszczalsko, nie?”.

Pewne jednak wartości pozostają niezmienne, nawet gdy uczestnicy zaprzeczają im swoim zachowaniem. Apogeum tej hipokryzji stanowi żądanie rozwścieczonej zachowaniem partnera dziewczyny: „przysięgnij na Boga!”.

Kolejną kwestią jest sposób definiowania kobiecości i prezentowania obrazu kobiety przez twórców programu. Kreowany jest on głównie w narracji prowadzonej przez wszechwiedzący, ironiczny głos z offu, który oznajmia: „Karolina jest prawdziwą kobietą – a kobieta zmienną jest”, zaś „Uwodzicielka skonsumuje dziś pierwszą swoją ofiarę”. Partnerki od pierwszego kontaktu z Darią komentują jej wygląd („staro wygląda!”) i bez oporów oceniają ją na podstawie jednego nagrania. Do tego także przyłożyli rękę producenci: wszystkie ich działania mają służyć ujawnieniu (wrodzonego wszak kobietom) zamiłowania do plotek i obgadywania.

À rebours


Już na pierwszy rzut oka widać, jak wymowa programu zmienia się w drugiej edycji, kiedy role zostają odwrócone i to kobiety stają do rywalizacji z Uwodzicielem. Poddawane przez Uwodziciela próbie kobiety są przede wszystkim ciałami – często zamiast charakterystyki strategii uczestniczek głos z offu serwuje nam ich opis: „seksowne dziewczyny”, „szczupła”, „figura modelki”, „uwodzicielska blondynka”.

Już same konkurencje, które dla uczestniczek przygotowali twórcy programu, wymuszają dużo większe zaangażowanie emocjonalne, a Maciek, Uwodziciel, posuwa się znacznie dalej niż Daria. Znamienne, że realizatorzy programu właściwie nie pokazali uczestniczki, która w rozbieranym kwizie prawidłowo odpowiedziała na większość pytań i w rezultacie pozostała kompletnie ubrana.

Również partnerzy śledzący z ukrycia przebieg wydarzeń w domu Uwodziciela zachowują się zupełnie inaczej niż ich poprzedniczki. To oni w rzeczywistości panują nad sytuacją i decydują o strategii. Oglądają materiał zupełnie tak, jakby śledzili przebieg meczu piłkarskiego, wykonując gesty zwycięstwa, komentując posunięcia dziewczyn, ekscytując się zachowaniem Uwodziciela. Tymczasem ich partnerki wielokrotnie podkreślają, że im ufają, radzą się, jak mają postępować, tłumaczą ze swojego zachowania (jedna z uczestniczek mówi w pewnym momencie swojemu partnerowi: „Gdybym nie chciała się pocałować, to zostałabym skreślona od razu”). Kobiety są tu więc tylko pionkami, którymi poruszają ich partnerzy, producenci, Uwodziciel.

Ale bezwolne i zależne od partnerów, „zrobią wszystko – jak mówi Maciek-Uwodziciel – żeby mnie osaczyć”. Są nieokiełznaną siłą, która może „omotać” mężczyznę. Konwencja programu zakłada jednak, że to Maciek ma nad nimi formalną władzę i ta właśnie władza pozwala mu twierdzić, że „wszystkie cztery są moje” i nazywać je „swoim haremem”. Gdyby to nie wystarczyło, decydujące słowo i tak należy do głosu z offu, który obwieszcza, że niechętna wobec udziału w rozbieranym kwizie Asia jest „wyniosłą księżniczką”, zaś inny przejaw buntu kwituje krótko: „Ada, to nie wypada”.

Program jawnie forsuje stereotypy związane z rolami płciowymi – jedynym dopuszczalnym wzorem męskości jest w nim maczyzm. W drugiej edycji określenie „gej” nieodmiennie pojawia się wtedy, gdy mężczyzna przestaje zachowywać się w sposób zdecydowany, pewny, „męski”. Automatycznie przestaje być wówczas dla chłopców rywalem.

O uwodzeniu?


Pozostaje jeszcze jedno pytanie, które nurtowało mnie przez cały czas trwania show: jak to, co widziałam na ekranie, miało się do koncepcji uwodzenia opartego na niedopowiedzeniu, wysyłaniu dyskretnych znaków, zwodzeniu?

W Polowaniu na singla nie ma mowy o żadnym złudzeniu, zasady są jasne, a strategia opiera się na kłamstwie, udawaniu. Wszystkie środki uwodzenia stosowane przez uczestników to atrapy przesłonięte ochoczo wypowiadanymi banałami rodem z komedii romantycznych klasy B.

Daria też tak naprawdę nie uwodzi. Dostała do wykonania konkretne zadanie: miała odgadnąć, kto jest singlem, używając do tego jedynie elementów strategii uwodzenia. Powiedziałabym nawet, że były to raczej wolne skojarzenia na ten temat, bo w jej działaniach nie było nic z tajemnicy pozoru, siły uwodzenia czy namiętności.

Atrakcyjność Uwodzicielki w ogóle nie była istotna. Jedyną rzeczą wzbudzającą w uczestnikach pożądanie były pieniądze, które mieli nadzieję wygrać. Uwodzenie zostało w ten sposób włączone do zbioru praw ekonomicznych – na mikroskalę w domu Uwodzicielki, a na większą w relacji producentów i widzów.

Zgoda, pomysłodawcy wykorzystali specyfikę uwodzenia, które od zawsze wiąże się z grą, prawdą i fałszem, złudzeniem i pewnością, „migotliwą teraźniejszością”, w której wciąż trzeba gonić i uciekać. Pod tym względem uwodzenie idealnie wpisuje się w kontekst współczesności i na wszelkie możliwe sposoby jest obecne w świecie medialnym.

Na pocieszenie pozostaje wiara w słowa Jeana Baudrillarda, który podkreślał, że: „strategia uwodzenia polega na złudzeniu. Czyha na każdą istotę, która weźmie je za rzeczywistość. I to stanowi źródło niewyobrażalnej siły. Bo o ile produkcja może jedynie wytwarzać rzeczy i realne znaki, a tym samym uzyskiwać pewną władzę, o tyle wytwarzając złudzenia, uzyskuje się wszechwładzę, w tym zdolność przywracania produkcji i rzeczywistości ich zasadniczemu złudzeniu” [1].

[1] Jean Baudrillard, O uwodzeniu, tłum. Janusz Margański, Sic! Warszawa: 2005.

Martyna Steckiewicz


Tekst ukazał się w piśmie "Bez Dogmatu".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

27 maja:

1525 - Po torturach ścięto Thomasa Münzera, przywódcę powstania chłopskiego w Niemczech, przez Marksa nazywanego "prekursorem komunizmu".

1797 - Zginął François Babeuf, radykalny polityk francuski z okresu Wielkiej Rewolucji Francuskiej, teoretyk wczesnego komunizmu.

1906 - Urodził się Buddhadasa Bhikkhu, tajski mnich buddyjski, twórca idei "Oświeconego Społeczeństwa" i socjalizmu dhammicznego.

1919 - M. Niedziałkowski zgłosił w Sejmie w imieniu Związku Polskich Posłów Socjalistycznych projekt konstytucji, określający reformy ustrojowe, mające umożliwić przejście od kapitalizmu do socjalizmu drogą parlamentarną.

1920 - Utworzono Tatarską Autonomiczną Socjalistyczną Republikę Radziecką.

1954 - Otwarcie pierwszej na świecie elektrowni jądrowej w Obnińsku koło Moskwy.

1964 - Zmarł Jawaharlal Nehru, indyjski mąż stanu, przywódca socjalistycznego skrzydła Indyjskiego Kongresu Narodowego w okresie walki o niepodległość, premier Indii.

1989 - W Lublinie utworzono Tymczasowy Komitet Krajowy PPS z Grzegorzem Ilką na czele.

2002 - Péter Medgyessy z Węgierskiej Partii Socjalistycznej został premierem Węgier.


 
Lewica.pl na Facebooku