Lewa strona może skutecznie walczyć z „prawicową międzynarodówką” za pomocą własnej nieidealnej solidarności.
Jest koniec maja, prawie lato, kiedy Budapeszt staje się stolicą prawicowych ruchów z całego świata. W wypełnionej po brzegi sali konferencyjnej Viktor Orbán dziarsko wkracza na scenę. Otaczająca go scenografia przypomina tę z amerykańskich programów telewizyjnych. Z głośników słychać pop, odwiedzający cykają sobie selfie z autokratami, podczas gdy on staje za pulpitem. Wśród oklasków otwiera konferencję, która w 2025 odbywa się pod hasłem: „czas patriotów”.
To europejska wersja Conservative Political Action Conference (CPAC). Wydarzenia w tym formacie odbywają się w Stanach Zjednoczonych od lat 70., a w ostatnich latach także między innymi w Argentynie, Polsce i na Węgrzech. Cel, który im przyświeca, wydaje się na pierwszy rzut oka paradoksalny: prawicowi polityczki i politycy mają zacieśniać międzynarodową współpracę, postrzegając siebie jako większy ruch – także ponad narodowymi granicami.
Orbánowi to na rękę. W swoim wystąpieniu rysuje dwa możliwe modele przyszłości Europy: „plan liberalny”, który przypisuje „brukselskim elitom”, oraz „plan patriotyczny”, który popiera. „Dziś i w nadchodzących latach europejska polityka będzie dotyczyła tego, który plan zwycięży”, mówi. Plan działania jest jasny: „Tę walkę musi najpierw wygrać każdy w swoim kraju, później, już razem, w Brukseli”. Razem.
Razem z kim? Orbán pozdrawia ze sceny między innymi premiera Gruzji, Iraklego Kobachidze, którego siły bezpieczeństwa od ponad roku brutalnie obchodzą się z protestującymi w Tbilisi, ograniczając demokratyczne swobody oraz więżąc dziennikarzy i aktywistów. Pozdrawia także Roberta Ficę, słowackiego premiera, który pragnie przebudowy swojego państwa na wzór autorytarny, chwaląc przy tym efektywność takich właśnie Chin czy Uzbekistanu.
Lista znamienitych gości jest dłuższa: były premier Polski, Mateusz Morawiecki, a dziś przewodniczący Partii Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, także zostaje wymieniony ze sceny. Morawiecki przychodzi z „prawdziwego pola bitwy”, mówi Orbán – ma na myśli Polskę, gdzie prawicowo-populistyczny PiS obsadził stanowisko prezydenta, mimo że już nie rządzi. Następnie pozdrawia Alice Weidel, współprzewodniczącą AfD, która przez Federalny Urząd Ochrony Konstytucji – czyli niemiecki kontrwywiad – uznana została za „zdecydowanie prawicowo-ekstremistyczną”. Prezydent Węgier dumnie wymienia kolejnych gości z Francji, Izraela, Paragwaju czy Australii.
To wydarzenie, z roku na rok większe, jest tylko jednym z wielu. Poza USA i Węgrami CPAC odbył się w tym roku z końcem maja także w Rzeszowie. Do tego dochodzą inne konferencje o podobnym profilu, w ramach których prawicowe ugrupowania na poziomie roboczym wymieniają się swoimi strategicznymi doświadczeniami.
Czy to już solidarność? I jeśli tak: na ile jest wytrzymała? Jak niebezpieczna może się stać? Oraz – co wynika z tego dla sił lewicowych i progresywnych?
Co „solidarność” znaczyła kiedyś
Słowo „solidarność” pochodzi od łacińskiego „solidus”, czyli „wytrzymały”, „cały”. W prawie rzymskim obligatio in solidum oznaczało, że kilka osób wspólnie odpowiadało za zobowiązanie wobec wierzyciela. Wspólnota była w tym wypadku jednak bardziej prawną ramą niż politycznym ideałem.
Znaczenie terminu zaczęło zmieniać się wraz z Rewolucja Francuską i centralną dla niej (obok wolność i równości) ideą braterstwa. W dziewiętnastowiecznym ruchu robotniczym solidarność stała się zasadą współodpowiedzialności: robotnice i robotnicy zamykali się razem, zakładali związki zawodowe, strajkowali – często ponosząc przy tym dużo osobiste i zbiorowe ryzyko. Walczyli o zmiany, które do dziś przynoszą korzyść pracownikom.
Poza Francją w Europie znaczącą rolę odegrała także Polska. Ruch społeczny, który powstał dookoła „Solidarności”, stał się symbolem sprzeciwu wobec autorytarnej władzy. Był także wzorem dla robotnic i robotników w innych krajach, nawet mimo późniejszej zmiany swojej roli. Idea międzynarodowej solidarności nabrała wówczas kształtu także dzięki Kościołowi katolickiemu pod przewodnictwem Jana Pawła II, który wspierając ten ruch, nadawał mu międzynarodowego znaczenia – i w ten sposób także go chronił.
Dzisiaj solidarność ukazuje się w programach wyborczych, kampaniach organizacji pozarządowych czy obrazach kreowanego przez firmy jako moralny fundament. Z definicji używanej przez Federalną Agencję Edukacji Obywatelskiej wynika coś jeszcze: solidarność stała się również „politycznie” skuteczna, kiedy przedstawiciele ruchu robotniczego walczyli o lepsze warunki życia i pracy. Solidarność może występować wobec ludzi, którzy nie znamy osobiście – na przykład tych, którzy dzielą z nami polityczne przekonania albo kiedy czujemy związek z tymi, którzy cierpią z powodu biedy czy ucisku.
Dlaczego więc być solidarnym? Bo osoby i grupy strukturalnie czy politycznie nieuprzywilejowane często nie mają dość siły, żeby tę dyskryminację przezwyciężyć. Solidarność opiera się na „oczekiwaniu potencjalnej wzajemności” – w skromnej nadziei, że pomoc wróci, kiedy sami będziemy jej potrzebować.
Prawicowa sieć – prawicowa solidarność?
Czy na takiej podstawie możemy solidarnością nazwać to, co praktykuje Orbán i inni „patrioci”? Do odpowiedzi przybliżyć nas może Émile Durkheim, który rozróżnia solidarność na mechaniczną i organiczną.
Mechaniczna solidarność, twierdzi Durkheim, kształtuje tradycyjne społeczeństwa: wynika z podobieństwa, wspólnych przekonań, silnej kolektywnej świadomości. Organiczna solidarność natomiast opiera się na podziale pracy i zmiennych zależnościach we współczesnych społeczeństwach. Obie formy są spoiwem, które wspiera porządek społeczny.
Prawicowe i prawicowo-populistyczne siły co do zasady nie pragną jednak tego porządku liberalnych demokracji wspierać, a raczej go osłabić – niemniej przynajmniej do pewnego stopnia wzajemnie się wspierają i uważają, że okazują sobie solidarność. Definiują się poprzez rozgraniczenie między tym, co wewnątrz, i tym, co na zewnątrz, propagują narodową suwerenność i zamknięte granice, widzą się jednak jako członków tego samego ruchu.
Występuje między nimi pewnego rodzaju solidarność, która wyraża definicję mechanicznej solidarności Durkheima: jako „współcierpiący”, którzy – jak mówi Orbán – toczą tę samą walkę przeciwko „liberalnym elitom”, znoszą tę samą wrogość i „kampanie oszczerstw”. Prezydent Węgier odnosi się do Donalda Trumpa, który został postrzelony, i podobnie jak on pozuje na ofiarę wrogiego systemu. Z tego wspólnego dla wielu obrazu siebie wyciąga poczucie wspólnoty: „Nie ma zwycięstwa bez cierpienia”.
Solidarność prawicy na pierwszy rzut oka wydaje się paradoksalna. Projekty nacjonalistyczne dążą przecież do celu wyraźnego rozgraniczenia: „Po pierwsze nasz kraj”. Powstają jednak sieci łączące polityków prawicy na całym kontynencie i dalej.
Nic więc dziwnego, że na inauguracji Donalda Trumpa postaci takie jak Nigel Farage, Eric Zemmour czy Mateusz Morawiecki znalazły się w pierwszym rzędzie – mimo że nie piastują przecież wysokich urzędów państwowych jak Olaf Scholz czy Emmanuel Macron. Prawicowi gracze zapraszają się nawzajem, wspierają się retorycznie i strategicznie.
Socjolog Marco Bitschnau opisuje tę „nacjonalistyczną międzynarodówkę” jako wewnętrznie niespójną: Orbán może być w Waszyngtonie mile widzianym gościem, jednak Węgry pozostają z perspektywy USA półperyferyjnym państewkiem, którego wpływ jest ograniczony – niezależnie od tego, gdzie lokuje swoje sympatie.
W konsekwencji Bitschnau dochodzi do wniosku, że prawicowi działacze często ograniczają się do najmniejszego wspólnego mianownika: wrogości wobec migracji i krytyki elit. Nie dlatego, że stoi za tym wielka ideologia, ale raczej dlatego, że radykalnie prawicowa myśl ma tendencję do orientowania się ku wnętrzu.
Dochodzi do tego także fakt, że prawica przejęła narzędzia służące solidarności od ruchów lewicowych. W połączeniu ze słabymi punktami, które Bitschnau wymienia w pierwszej kolejności, łatwo dojść do konkluzji, że prawicowa niby-solidarność ze względu na swoje wewnętrzne wady nie powinna być traktowana poważnie. To jednak fałszywy wniosek. Innymi słowy: solidarność prawicy jest wybiórcza, instrumentalna – jednak nie można odmówić jej politycznej skuteczności, zwłaszcza, że otrzymuje pośrednie i bezpośrednie wsparcie od tak zwanego politycznego centrum.
Dla ruchów lewicowych jasne przeciwstawienie się temu powinno być jak najważniejsze. Przede wszystkim dlatego, że przedstawiciele dużych partii establishmentu, w dodatku często konserwatywnych, przejmują metody i język prawicy. Częściowo wynika to z nadziei pokonania prawicy jej własną bronią, częściowo w skazanej na niepowodzenie próbie wykorzystania tematów prawicy, aby je zwalczyć – o wiele za często dzieje się przeciwnie – czy wreszcie częściowo z powodu skrywanej sympatii lub politycznego oportunizmu.
Dlaczego to niebezpieczne?
Niemiecka Fundacja Friedricha Eberta powiązana z Partią Socjaldemokratyczną (SPD) pokazuje w analizie politologa Thomasa Grevena z 2024 roku jak daleko sięga to sieciowanie. Europa i Stany Zjednoczone pełnią funkcję ideowego i organizacyjnego centrum, z którego prawicowe ideologie eksportowane są na cały świat. Politycy spotykający się na wydarzeniach takich jak CPAC czy NatCon wymieniają się strategiami i współpracują w Parlamencie Europejskim w celu blokowania decyzji.
Wspólna jest dla nich nienawiść wobec „światowych elit liberalnych” i ich zaangażowania na rzecz wolnego handlu, praw człowieka i równości. W centrum ich uwagi znajdują się też te grupy, które ich zdaniem są przez „elity” faworyzowane: migrantki i migranci, osoby LGBTQI czy mniejszości.
Sieciowanie ponad granicami już dawno stało się integralną częścią prawicowej strategii. A to dlatego, że ten, kto konstruuje obraz globalnego wroga – „liberalnych elit” – potrzebuje także sieci globalnej opozycji. Dzięki temu prawicowe ruchy korzystają z różnicy w poziomie motywacji: podczas gdy przedstawicielki i przedstawiciele tak zwanej liberalnej demokracji często wydają się jedynie „administratorami”, działacze prawicowi pozują na „reakcyjnych rewolucjonistów”, zdecydowanych wojowników w historycznej walce o ostateczne zwycięstwo, jak wyjaśnia Greven.
Słusznie zwraca uwagę także na inny fakt: media społecznościowe wzmacniają tę dynamikę. Ułatwiają międzynarodowe połączenia, tworzą ramy dla teorii spiskowych, dezinformacji i nienawiści. Emocje takie jak gniew i niepokój są nie tylko sytuacją wyjściową lub efektem ubocznym, ale także świadomie wykorzystywanymi narzędziami politycznymi. Media komercyjne, które stawiają na kontrowersję, wzmacniają te narracje.
Efekt: ruch prawicowy wydaje się większy, bardziej wpływowy, lepiej zorganizowany niż jest w rzeczywistości. A to część jego strategii.
Świat skręca w prawo? To nie takie proste
Można więc dojść do wniosku, że świat w sposób nieunikniony zwraca się ku prawicy. W Stanach Zjednoczonych wpływ myśli prawicowych i autorytarnych jest widoczny, w Polsce partie prawicowe znów wygrywają w sondażach, a w Niemczech, Francji i innych państwach omawiane ruchy rosną w siłę.
Łatwo byłoby poddać się wrażeniu, że mamy do czynienia z potężnym „sojuszem nowej prawicy” i uwierzyć, że nic nie może mu się skutecznie przeciwstawić. Zwłaszcza że autorytarne rządy, kiedy już raz dojdą do władzy, zaczynają rozkład instytucji państwa, osłabiają mechanizmy kontroli i marginalizują głosy krytyczne.
Ten obraz to jednak tylko część prawdy. Równolegle z tendencjami autorytarnymi w wielu krajach powstają ruchy protestu:
W Gruzji już od ponad roku trwają demonstracje przeciwko centralizującemu władzę rządowi. Ludzie w deszczu i śniegu wychodzą na ulicę i stają obok siebie. Podają sobie herbatę, bronią się przed armatkami wodnymi i gazem łzawiącym. Główna ulica Tbilisi, aleja Rustawelego, noc w noc jest areną protestów. Demonstranci wznoszą przed gmachem parlamentu flagi Unii Europejskiej obok tych gruzińskich – i to często z dużym ryzykiem. Aresztowania biorących udział nauczycieli, dziennikarzy i studentów stają się coraz brutalniejsze. Mimo to obecni pozostają solidarni. Wracają na ulice mimo niebezpieczeństwa dla samych siebie, swoich rodzin i przyjaciół. Im należy dziękować, że przebudowa struktur państwa w kierunku bardziej autorytarnym, jak w Rosji, nie postępuje szybciej i brutalniej.
W Łotwie pod koniec października i na początku listopada miały miejsce jedne z największych protestów od lat. Tysiące demonstrujących w Rydze doprowadziły do tego, że kwestia wystąpienia kraju z konwencji stambulskiej nie będzie już w najbliższych latach dyskutowana w parlamencie. To dokument z dziedziny praw człowieka, regulujący przeciwdziałanie i zwalczanie przemocy wobec kobiet oraz przemocy domowej. Łotwa była pierwszym krajem Unii, który chciał wystąpić z porozumienia. Transparenty protestujących pokazują także, że wielu z nich chodziło także o relację między państwem a obywatelami: „Przemoc państwa zaczyna się, kiedy pozbawia ono ochrony”, głosił jeden z nich. Niepokój, że wystąpienie z konwencji może być tylko pierwszym krokiem w kierunku państwowej przemocy przeciwko ludności, zmotywował ludzi do wyrażenia sprzeciwu.
Na samych Węgrzech Orbána, gdzie obywatele w kwietniu mają wybrać nowy parlament, w październiku na ulice wyszły dziesiątki tysięcy ludzi wspierających opozycjonistę Petera Magyara. Nawet jeśli równocześnie trwała prorządowa demonstracja, duża liczba zwolenników Magyara jest wobec represji trwających w kraju godna uwagi. I rzeczywiście wydaje się, że opozycja ma realne szanse, żeby po piętnastu latach rządów pozbawić Orbána władzy. Latem Magyar wyraźnie wyprzedzał w sondażach aktualnego prezydenta.
Do tego dochodzą liczne ruchy protestu w całej Europie, które występują przeciwko autorytarnym tendencjom: w Niemczech śledztwa i rewelacje na temat prawicowych sieci powiązań zmobilizowały dziesiątki tysięcy ludzi. Podobną skalę mają tegoroczne protesty w Serbii, gdzie obywatele sprzeciwiają się korupcji i wynikających z niej zagrożeniem dla bezpieczeństwa i infrastruktury kraju. Światowy ruch klimatyczny skutecznie łączy osoby działające na lokalnym, krajowym i międzynarodowym poziomie.
Tak więc grupy te odnoszą przynajmniej częściowy sukces. A badania naukowe przyznają im rację: silne społeczeństwo obywatelskie to najlepsza ochrona przed autorytaryzmem. Na wypadek kryzysu – wojennego czy gospodarczego – to jego istniejące struktury dają społeczeństwu odporność.
Ruchy klimatyczne, feministyczne sieci, grupy solidarności z Palestyną, lokalne inicjatywy przeciwko korupcji i przemocy policyjnej – wszystkie one stanowią wyraz funkcjonowania żywego, wspierającego, opartego na wspólnocie i lewicującego społeczeństwa obywatelskiego. Wiele z tych ruchów jest już zorganizowanych w międzynarodowe sieci przynajmniej w swoim regionie. A jednak wydają się w powszechnym odbiorze podzielone, rozdrobnione i stłamszone.
Tu leży strategiczna różnica między lewicą a prawicą. Podczas gdy prawicowe sieci świadomie centralizują swoja obecność, wiele ruchów lewicowych prezentuje się – mając ku temu powody – zgoła inaczej: jako zdecentralizowane, lokalne, wyjątkowe. Dzięki temu są bardziej elastyczne. Trudniej jednak postrzegać je jako jedną siłę.
Dlaczego tak trudno osiągnąć lewicową solidarność?
W „Pieśni solidarności” Bertolt Brecht pisał:
Nasi panowie, kimkolwiek by nie byli,
z przyjemnością patrzą na nasze spory,
bo jak długo nas one dzielą,
tak długo pozostaną naszymi panami.
Wiele przemawia za tym, żeby tę myśl traktować poważnie. Ruchy prawicowe zyskują, kiedy lewicowe i progresywne siły zbytnio skupiają się na szczegółach, delegitymizują się nawzajem i rozpadają na coraz mniejsze grupy rozłamowców. Dotyczy to pojedynczych państw, a tym bardziej całego świata.
Siła wielu ruchów lewicowych leży w tym, co lokalne: konkretnej walce przeciwko eksmisjom, korupcji, policyjnej przemocy, na rzecz bezpiecznych dróg ewakuacyjnych czy przyjaznej dla klimatu polityki miejskiej. Jednak w obliczu rosnącego w siłę autorytaryzmu nie wystarczy, żeby każdy ruch pozostawał wyłącznie na swoim poletku.
Dlaczego? Ponieważ projekty autorytarne, mimo że często mają charakter narodowy, pozostają strukturalnie podobne: wykorzystują korupcję, bogacą się kosztem obywateli, osłabiają prawo, przechwytują media, dyskredytują organizacje pozarządowe, wiążą się z innymi autorytarnymi władzami – tymi w Moskwie lub gdzie indziej. Ci, którzy zechcą pokonać te tendencje, będą potrzebowali wspólnego mianownika.
Nie będzie nim dzisiaj jednolita wizja społeczeństwa ani żaden wielki program ideologiczny. Będzie to raczej coś pozornie opartego na negacji, abstrakcyjnego: antyautorytaryzm. Obrona praworządności, odrzucenie korupcji, sprzeciw wobec przemocy i zastraszania.
To wizja, która wydaje się mniej pociągająca. Jest męcząca, konfliktogenna i niedoskonała. Ale do dzisiaj brakuje realistycznej alternatywy.
Nieidealne solidarności
Można spróbować zacząć od tego, co robią prawicowcy – ale bez imitowania ich poglądów. Spróbować podobnej praktyki zawierania ambitnych sojuszy ponad podziałami.
Co by się stało, gdyby postępowe i lewicowe ruchy zaakceptowały, że ich solidarność nie będzie idealna – i mimo to ją praktykowały?
Pisarka i krytyczka sztuki Aruna D’Souza w swojej książce „Nieidealne solidarności” opisuje solidarność nie jako gotowy wynik czy puste gesty, ale jako praktykę: otwartą na własną niedoskonałość, tarcia, nieporozumienia i asymetrie. Praktykę, która rozpoznaje, że współpraca ponad podziałami – narodowymi, społecznymi, politycznymi – nigdy nie jest pozbawiona napięć, a jednak czerpie z różnorodnych doświadczeń, historii i relacji władzy.
Właśnie w tym tkwiłby nowy pragmatyzm: nie praktykować solidarności dopiero tam, gdzie panuje pełne porozumienie, ale także tam, gdzie znajdziemy najmniejszy wspólny mianownik pozwalający na przeciwstawienie się autorytaryzmowi. Nie powinna być fantazją o harmonii, ale raczej świadomą i zdolną do radzenia sobie z konfliktami praktyką.
Mogłaby ona przejawiać się między innymi w:
- bliższym i bardziej profesjonalnym tworzeniu współprac – zarówno lokalnych, jak i międzynarodowych,
- tolerowaniu sporów i różnic poglądów, zamiast traktowania ich jako powodów do zerwania relacji,
- skończeniu z podziałami na coraz mniejsze grupy,
traktowaniu solidarności nie tylko jako symbolu, ale też życiu nią.
Kiedy Rosja i inne autorytarne reżimy z pomocą części rządzących w samym sercu Europy planowo dążą do podziałów, odpowiedź musi leżeć w trzymaniu się razem – w praktyce, która broni człowieczeństwa i praworządności nawet wtedy, gdy jest to niewygodne.
To oczywiście wyczerpujące. Oznacza współpracę z ludźmi, z którymi nie sympatyzujemy, których priorytety leżą gdzieś indziej, których sposób mówienia nas irytuje. Ale jeśli chcemy społeczeństw, które akceptują debatę i sprzeciw, taki jest jedyny sposób. Jeśli wszyscy zamkną się z powrotem w swoich bańkach, ten rodzaj społeczeństwa przestanie istnieć dużo szybciej niż byśmy chcieli.
Z drugiej strony, jeśli możliwe okazałoby się ustalenie szerszej praktyki nieidealnej solidarność – i mówienie o tym otwarcie – byłoby to coś inspirującego i dającego nadzieję. Udane przykłady globalnej solidarności wzmacniają wiarę w to, co i tak już istnieje.
Droga praktyki
Światowa solidarność po stronie lewicy i sił progresywnych ma na celu podtrzymywanie i ulepszanie demokracji, a nie jej zniesienie – tak postawione zadanie wydaje się wielkie i trudne. Może więc lepiej będzie zacząć od rzeczy mniejszych.
Od rozpoznania, że świat nie przechyla się w prawo sam z siebie – przynajmniej tak długo, jak ludzie wychodzą na ulice, organizują się i bronią instytucji. Od zrozumienia, że prawicowe międzynarodówki – mimo że głośne, sprawnie się opowiadające i niebezpieczne – nie są wszechmocne. I od gotowości, żeby z ich strategii sieciowania wyjąć to, co się da: poważne traktowanie zawierania sojuszy.
Może ten pierwszy krok ku globalnej solidarności nie jest żadnym nowym manifestem, żadną idealną wspólną linią, ale świadomym wykorzystaniem tej „nieidealnej solidarności”, którą opisuje D’Souza. Solidarności, która staje się polityczna w ten sposób, że nie wstydzi się już własnych niedoskonałości – a raczej przyjmuje je za punkt wyjścia.
Jeśli coś jest pewne, to to, że autorytaryzm żyje dzięki naszemu zmęczeniu, rezygnacji, wstrzymywaniu się, dzięki naszemu „przecież już za późno”. Solidarność – nawet w swojej kruchości i sprzeczności – żyje dzięki decyzji, żeby tego nie akceptować.
tłum. Ernest Małkiewicz
Tekst pochodzi ze strony internetowej Magazynu Kontakt







