Majmurek: Lewica i Generał

[2009-04-17 09:06:35]

Co roku 13. grudnia powtarza się ten sam rytuał. Wzmianki o stanie wojennym w wiadomościach, czarnobiałe archiwalne materiały z ZOMO na ulicach i nieustający, ciągle powracający spór o ocenę wydarzeń sprzed trzech już prawie dekad. Od kilku lat spór zaczyna się w nocy z dwunastego na trzynastego, od demonstracji pod domem głównego politycznego aktora stanu wojennego, generała Jaruzelskiego. Z jednej strony demonstracje prawicy domagającej się kary dla polityka, który już dawno temu wycofał się z życia publicznego, z drugiej demonstracje "w obronie dobrego imienia Generała", które – na zasadzie utożsamienia lewicy z obroną PRL i politycznych wyborów jego przywódców, jakie nieszczęśliwie dokonało się w polskiej polityce w ostatnich latach – na ogół uchodzę za "lewicowe". Choć wśród działaczy "Solidarności" silne było lewe skrzydło, choć sam program związku był silnie lewicowy, a sam ruch miał socjalny i robotniczy charakter, obrona stanu wojennego i postaci jego twórcy przypisana została w naszym kraju do "pakietu" lewicowych poglądów. Niestety. W dodatku w obliczu takich wydarzeń jak proces generała Jaruzelskiego, parlamentarna lewica (w tym jej najmłodsze pokolenie) z obrony postaci Wojciecha Jaruzelskiego uczyniła jeden z najważniejszych punktów swojej tożsamości; młodzi działacze lewicy podpisują list otwarty w jego obronie, Grzegorz Napieralski wzywał każdego, kto poczuwa się do lewicowych poglądów, by stanął w obronie Generała, gdyż "u jego boku" ma dziś być miejsce lewicy.

Choć proces o wprowadzenie stanu wojennego budzi wątpliwości, a postawiony jego autorom zarzut "kierowania uzbrojonym związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym" jest po prostu absurdalny, to umieszczanie przez współczesną lewicę, w Polsce, w roku 2009, generała Jaruzelskiego na swoich sztandarach jest wielką pomyłką i politycznym błędem. Z punktu widzenia krótkoterminowych interesów lewicy z SLD może się to co prawda wydawać racjonalne. Wokół "obrony Generała" będzie można zjednoczyć i zmobilizować postkomunistyczny elektorat, który zawsze gwarantuje te – w obecnej sytuacji bezcenne! – kilka procent. Dla ludzi emocjonalnie identyfikujących się PRL (niekoniecznie nawet związanych z jego strukturami władzy) walka "o dobre imię Generała" staje się symbolem walki o prawomocność ich biografii.

Ale z punktu widzenia długoterminowych celów lewicy, takich jak budowanie trwałej bazy społecznego poparcia dla idei socjaldemokratycznych, umacnianie obecności lewicowego języka w debacie publicznej, definiowanie się przez obronę generała jest dla lewicy działaniem właściwie samobójczym. Elektorat postkomunistyczny będzie się z czasem coraz bardziej kurczył, a im młodszy i słabiej pamiętający PRL elektorat będzie w coraz większym stopniu decydował o wynikach wyborów, tym bardziej lewica z Jaruzelskim na sztandarach będzie go odstraszać.

Nie chodzi zresztą tylko o wyborczą arytmetykę. Wojciech Jaruzelski nie powinien być na sztandarach lewicy nie tylko dlatego, że wkrótce będzie na nich raczej odstraszał niż przyciągał potencjalnych wyborców. Nie powinien się tam znaleźć przede wszystkim dlatego, że cała jego polityczna droga, jego polityczne wybory, pokazują, że z wartościami współczesnej lewicy (czy lewicy w ogóle) – wbrew własnym deklaracjom, samookreśleniom i partyjnym legitymacjom - nigdy nie miał wiele wspólnego. Stosunek współczesnej polskiej lewicy do postaci takich jak generał Jaruzelski jest przy tym częścią szerszego problemu – dziedzictwa PRL. Jest oczywiste, że lewica nie może zgodzić się na prawicową wizję, w której PRL jawi się jako czarna dziura w polskiej historii, porządek całkowicie narzucony narodowi (rzekomo zjednoczonemu pod przewodem kościoła w moralnym sprzeciwie wobec rzeczywistości tamtej epoki) z zewnątrz. Z drugiej strony, najgorsze co lewica może zrobić dziś, to definiować się przede wszystkim poprzez obronę poprzedniego systemu. Nie jest prawdą, że PRL był popieranym tylko przez oportunistów nowym, radzieckim zaborem, nie jest też prawdą, że całe dziedzictwo polskiej lewicy (czy nawet jego najważniejsza część) sprowadza się do Polski Ludowej. Polska Ludowa, wiele jej elementów, jest dla dzisiejszej polskiej lewicy oczywiście nie do zaakceptowania, ale nie można też udawać, że wiele rozwiązań PRLowskich nie było spełnieniem postulatów obecnych długotrwałych walkach polskich grup uciskanych (nie tylko zorganizowanych w KPP, ale także ruchu ludowego) i że to w okresie PRL polskie społeczeństwo doświadczyło na prawdziwie masową skalę procesów modernizacji, jakkolwiek niepełne by one nie były.

Generał Jaruzelski reprezentuje właśnie wszystko to, co w dziedzictwie PRL jest dla polskiej lewicy nie do zaakceptowania. Oczywiście, jest to postać niejednoznaczna, która ma w swojej biografii także wielkie momenty, jak udział w zwycięskiej wojnie z faszyzmem. Ale z drugiej strony, na drugiej szali wagi, mamy zachowanie z roku 1968, które trudno usprawiedliwić. Jaruzelski odegrał wtedy bardzo niechlubną rolę. Był jednym z organizatorów antysemickich czystek w wojsku, w wyniku których miejsce w armii stracili oficerowie żydowskiego pochodzenia. Nie wiemy dziś jakie były wówczas motywy Jaruzelskiego, czy popierał moczarowską, antysemicką nagonkę z przekonania, czy z oportunizmu, czy uważał, że w takiej a nie innej geopolitycznej sytuacji Polski działania, które podejmował są konieczne. Ale na pewno jego zachowanie w roku 1968 czyni jego obecność na sztandarach lewicy co najmniej problematyczną.

Tak samo jak jego udział w inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Pod radzieckimi i polskimi czołgami poległ wtedy projekt "socjalizmu z ludzką twarzą", czy po prostu socjalizmu, który zasługiwał by w pełni na tą nazwę. Jakiekolwiek nie były by motywy udziału Jaruzelskiego, jakkolwiek nie usprawiedliwiać by tego racją stanu, historyczną, czy geopolityczną koniecznością, to pozostaje faktem, że generał Jaruzelski zapisał się wtedy w historii jako jeden z grabarzy projektu budowy demokratycznego socjalizmu wewnątrz radzieckiej sfery wpływów.

Czy kolejną taką próbą nie była polska Solidarność? Wbrew prawicowym narracjom, w których jawi się jako kolejne narodowe powstanie, czy "antykomunistyczny" (cokolwiek to znaczy) zryw, była ona przede wszystkim robotniczym ruchem walczącym o prawa socjalne, bardziej równe i samorządne (także w wymiarze gospodarczym) społeczeństwo. Ma rację Karol Modzelewski, wskazując, że to Jaruzelski utorował drogę Balcerowiczowi. Model kapitalizmu (który prof. Taduesz Kowalik celnie określił jako "najbardziej niesprawiedliwy w tych czasach, w tej części Europy"), jaki został przyjęty w Polsce po roku ’89, mógł zostać zaaplikowany tylko społeczeństwu słabemu, rozbitemu, zaatomizowanemu, bojącemu się podejmować kolektywnych, politycznych działań. Po wielkim zrywie "Solidarności" to stan wojenny, waląc Polaków pałką po głowie, doprowadził społeczeństwo do takiego stanu, skutecznie spacyfikował je politycznie, pogrążając je w apatii, w której trwa w zasadzie do dziś. Gdy Naomi Klein porównywała, przy okazji swojej niedawnej wizyty w Polsce, sposób wprowadzenia kapitalizmu w Polsce i Chile, była często za to atakowana i wyśmiewana. Przecież w Polsce wprowadzano kapitalizm w warunkach demokracji, nie dyktatury, pukali się w czoło rodzimi publicyści. Wszystko to prawda, tylko, że rolę Pinocheta, tłumiącego wszelki społeczny opór i zdolność społeczeństwa do artykułowania sprzeciwu, spełnił w Polsce właśnie Jaruzelski. Nie jest dziś już tak ważne jakie były wówczas jego intencje, czy rzeczywiście wierzył, że wprowadzając stan wojenny "broni socjalizmu jak niepodległości". Ważne jest, że "obiektywnie" odegrał w historii Polski rolę "lodołamacza" zgniatającego społeczeństwu kręgosłup i przygotowującego grunt pod wprowadzenie skrajnie niesprawiedliwego systemu społeczno-gospodarczego.

Na tym negatywna rola Jaruzelskiego się nie kończy. Neoliberalizm w Polsce nie wziął się znikąd, zaczął zdobywać sobie coraz silniejszą pozycję w elitach zarówno władzy jak i opozycji już w latach osiemdziesiątych. Transformacja, w swojej skrajnie antyspołecznej formie zaczyna się pod koniec lat osiemdziesiątych, za sprawą reform rządów Messnera i Rakowskiego, które politycznie osłaniał Jaruzelski. Wszystko to sprawia, że nie jest on postacią nadającą się na symbol, pod którym mogłaby się jednoczyć lewica. Dodajmy jeszcze do tego akcję "Hiacynt" (inwigilacji środowisk mniejszości seksualnych) jaka miała miejsce w czasie jego rządów, a będziemy mieli pełny obraz.

Nie znaczy to, że Jaruzelski nie jest postacią na swój sposób tragiczną i mającą swoje ważne miejsce w historii Polski. Nie wiemy dziś na ile słuszna była decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego. Być może rzeczywiście "by weszli". Co wtedy? Ruch "Solidarności" zostałby krwawo stłumiony, a społeczeństwo dostałoby by pałką po głowie jeszcze mocniej. Związek Radziecki i tak by się rozleciał, a transformacja byłaby tu robiona na wzór rosyjski (gdyż społeczeństwo, po rosyjskiej interwencji, byłoby już zupełnie spacyfikowane), w efekcie czego porządek społeczny, jaki by się w jej wyniku wyłonił, byłby jeszcze bardziej niesprawiedliwy, Polska lat ’90 byłaby rajem dla rodzimych oligarchów, w takim samym stopniu jak Rosja ery Jelcyna. Być może rzeczywiści tragizm historii Polski polegał na tym, że wielki zryw "Solidarności" przyszedł "za wcześnie", w warunkach, w których jego dalsze trwanie zagrażało krajowi katastrofą na wzór czeskiej z roku ‘68? Być może "ukryta wielkość" generała Jaruzelskiego polega właśnie na tym, że wziął na siebie rolę "polskiego Pinocheta" i ochronił tym samym społeczeństwo przed większym złem?

Jeśli Jaruzelski miał choćby cień prawdopodobnego przypuszczenia, że będzie w Polsce sowiecka interwencja, jego decyzja w dużej mierze wydaje się być usprawiedliwiona. Choć najłatwiej ją usprawiedliwić na gruncie konserwatywnej tradycji myślenia o polityce, niż na gruncie wartości lewicy. Dlatego najbardziej intelektualnie spójne obrony tej decyzji dochodzą z prawej strony, od Bronisława Łagowskiego, Adama Wielomskiego, czy wcześniej od Jędrzeja Giertycha. Podejmując decyzję o stanie wojennym Jaruzelski (sądząc po całej jego politycznej drodze, jego publicznych wypowiedziach itd.) kierował się właśnie typowym dla konserwatywnych mężów stanu szacunkiem dla tego, "co rzeczywiste" i wielką nieufnością do "tego, co możliwe", troską o ochronę "narodowej substancji", której nie można "narażać na wykrwawienie", oraz (co jest drugą, mniej chlubną stroną powyższych, tak wychwalanych przez prawicowych myślicieli politycznych cnót) lękiem przed polityczną aktywnością społeczeństwa (zwłaszcza klas ludowych), przed jego upolitycznieniem, przekonaniem, że każda zmiana nie nadzorowana przez elity władzy, musi się skończyć krwawym chaosem, a lud ma w spokoju pracować, a nie uprawiać politykę na ulicach. Jeśli polska prawica kiedyś wyleczy się z "dziecięcej choroby antykomunizmu", to być może, za jakiś czas uzna w Jaruzelskim swojego bohatera.

Dla lewicy Jaruzelski bohaterem być nie może. Jeśli już lewica ma go bronić, to jako zwykłego obywatela. Jeśli nawet odrzucimy argumentację o stanie wojennym, jaką przedstawiłem powyżej (choć moim zdaniem, z całej politycznej drogi Jaruzelskiego, ta decyzja broni się najbardziej), to rola Jaruzelskiego w demokratycznym przekazaniu władzy też jest czymś, przez co zasługuje on na szacunek i prawo do spokojnej starości, jako człowiek prywatny. Co ciekawe, do sądzenia "stanu wojennego" najgłośniej nawołuje neoliberalna prawica, której neoliberalizm nigdy nie mógłby być w Polsce wprowadzony, gdyby Generał nie wykonał wcześniej "oczyszczającej pole" "brudnej roboty". Aż się prosi, by przeczytać to w psychoanalitycznych kategoriach; czy skazujący wyrok na Jaruzelskiego, nie miałby być dla polskiej prawicy swoistym symbolicznym ojcobójstwem, czy chęć skazania starego człowieka, nie jest próbą wyparcia prawdy o tym, że korzenie "wolnej Polski" (czy kształtu stosunków społeczno-ekonomicznych, jakie pojawiły się u nas po roku ’89) tkwią w 13. XII. roku 1981?

Rola Wojciecha Jaruzelskiego w historii Polski ostatnich lat jest głęboko dwuznaczna. Jednak jeśli nawet ocenimy ją pozytywnie, to jego polityczna droga nigdy nie biegła po lewej stronie. Jego kariera w PZPR pokazuje jak bardzo nie-lewicowa była PRL i rządząca nią partia. Jeśli nawet lewica uzna decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego za w jakiś sposób usprawiedliwioną, to i tak nie czyni ona z Jaruzelskiego bohatera lewej strony. Jego miejsce w historii Polski jest – mimo zwodzących nazw i kolorów partii, do których należał – raczej obok takich postaci jak Aleksander Wielopolski, krakowscy stańczycy, czy współpracujący z caratem w tłumieniu rewolucji 1905 roku, Roman Dmowski i jego endecy.

Jakub Majmurek


Tekst ukazał się w kwartalniku "Bez Dogmatu".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:



CZY GROZI NAM WOJNA ? (debata)
Wrocław, Przejście Garncarskie 2, Cafe-księgarnia >TAJNE KOMPLETY<
Czwartek, 25.11.2021, h. 17.00
Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas

Więcej ogłoszeń...


1 grudnia:

1929 - W Warszawie ukonstytuowało się Robotnicze Towarzystwo Służby Społecznej powstałe z inicjatywy Centralnego Wydziału Kobiecego CKW PPS.

1934 - W Leningradzie zamordowano na polecenie Stalina członka Biura Politycznego i sekretarza KC WKP(b) Siergieja Kirowa; początek represji przeciwko działaczom partyjnym i kadrze Armii Czerwonej.

1955 - Czarnoskóra Rosa Parks nie ustąpiła białemu miejsca w autobusie w Montgomery (Alabama). Początek bojkotu autobusów, który trwał 381 dni i uczynił Martina Luthera Kinga przywódcą ruchu na rzecz równouprawnienia czarnej ludności w USA.

1987 - Zmarł James Baldwin, pisarz afroamerykański. Aktywnie wspierał działalność Martina Luthera Kinga i ruch praw obywatelskich.

1996 - Zmarła Zofia Wasilkowska, polityk polskiej lewicy, wieloletnia sędzia Izby Cywilnej Sądu Najwyższego, pierwsza kobieta-minister w historii Polski.

2011 - Zmarła Christa Wolf, niemiecka pisarka, czołowa postać literatury NRD.

2011 - Ałmazbek Atambajew (SDPK) został prezydentem Kirgistanu.


?
Lewica.pl na Facebooku